Zaproszenie do podróży

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Zaproszenie do podróży

Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 07...

Saga

Zaproszenie do podróży

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1972, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950854

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Kochana Mamo!

Wiem, że robię Ci przykrość, ale nic na to nie mogę poradzić. Postanowiłam przyłączyć się do „ruchu” i moja decyzja jest nieodwołalna. Nie było sensu prowadzić dalej bezmyślnej, mieszczańskiej wegetacji. Żyje się tylko raz i trzeba życie przeżyć możliwie najpełniej. Należy poszukać sensu istnienia we własnym wnętrzu, umieć odnaleźć siebie i uzewnętrznić swoje twórcze możliwości. Życie, jakie prowadziłam dotąd, uniemożliwiało mi to i dlatego musiałam odejść. Wybacz mi, ale nie mogłam inaczej. Żegnaj i nie myśl o mnie źle.

Twoja, mimo wszystko, kochająca

Beata

Przeczytałem list po raz drugi, a potem spojrzałem na kobietę, która mi go wręczyła. Miała królicze, zapłakane oczy i mocne cienie pod nimi. Nigdy specjalnie nie lubiłem tej kobiety, ale przed laty była żoną mojego przyjaciela i dlatego wiedziałem, że nie potrafię teraz jej spławić. Piętnaście lat temu, razem z jej mężem, mieliśmy zatrzymać pewnego faceta podejrzanego o bandytyzm. Przyjaciel wszedł do pokoju, w którym spał podejrzany, a ja zostałem przy drzwiach jako ubezpieczenie. Mąż tej kobiety podszedł do śpiącego cicho, na palcach. Facet ocknął się momentalnie, z ogromnym zdumieniem na twarzy. Stałem na korytarzu przy uchylonych drzwiach i obserwowałem uważnie całą scenę. Prawą rękę, w której ściskałem pistolet, ukrywałem w kieszeni. Byłem pewny, że w razie czego zawsze ją zdążę w porę wyciągnąć. Nie zdążyłem.

Facet był zdumiony tylko chwileczkę. Potem wystrzelił nie wyciągając rąk spod kołdry. Oczywiście i ja wystrzeliłem kilka razy, ale stało się to o parę sekund za późno i nie miałem już przyjaciela.

Popatrzyłem tępo na kobietę siedzącą na krześle naprzeciwko mnie. Potem wzrok powędrował na tapczan, na którym leżała spakowana walizka, i pomyślałem, że trzeba będzie ją rozpakować. Wcale nie byłem z tego zadowolony. Wręcz przeciwnie.

— Proszę pani — powiedziałem — oficjalnie nic nie możemy tu zrobić. Pani córka jest pełnoletnia i może wyjeżdżać, dokąd zechce. Nie mamy nawet prawa wszczynać poszukiwań. Nie jest osobą zaginioną, zostawiła list, w którym zawiadamia panią, że odchodzi. Z punktu widzenia prawa wszystko jest w porządku. Nie ma najmniejszych podstaw do interwencji.

Zaczęła płakać. Cicho, ale bardzo gwałtownie. Zapaliłem papierosa i czekałem cierpliwie, aż przestanie.

Uspokoiła się dopiero po kilku minutach. Wyciągnęła z torebki chusteczkę, wytarła oczy, nos i powiedziała cichym, pełnym bólu głosem:

— Wiem o tym. Dobrze o tym wiem. Dlatego przyszłam do pana nie do komendy, ale do mieszkania. Niech mi pan pomoże. Był pan najlepszym przyjacielem jej ojca — patrzyła na mnie w taki sposób, że nie mogłem znieść tego spojrzenia. Przez chwilę wydało mi się, że ta kobieta uważa, iż w jakiś sposób jestem odpowiedzialny za śmierć jej męża i teraz, po latach, aby się choć troszkę zrehabilitować muszę jej pomóc w rodzinnych kłopotach. Może zresztą wcale tak nie myślała, ale ja, niestety, czułem się rzeczywiście w jakiś sposób winny tamtej śmierci sprzed lat piętnastu, i choć nic jeszcze tej kobiecie nie odpowiedziałem, zdawałem już sobie sprawę, że jutro nie wyjadę jednak na urlop, tylko wszystkimi możliwymi sposobami będę się starał jej pomóc, choć nigdy jej nie lubiłem, bo z tego, co czasami niechętnymi półsłówkami wyrzucał z siebie mój przyjaciel, wynikało, że była osobą nieco jędzowatą, pretensjonalną, i prawdę mówiąc, głupawą.

— Niech mi pan pomoże — powtórzyła jeszcze raz. — Beata była jedyną mi bliską osobą. To moja jedyna córka, proszę pana... — zaczęła chlipać.

Popatrzyłem raz jeszcze na zapakowaną walizkę, zaciągnąłem się papierosem i zapytałem:

— Czy ma pani jej jakąś fotografię? I niech pani opowie coś więcej o swojej córce.

Dopiero teraz po raz pierwszy przyjrzałem się im uważnie. Oczywiście, jak wszyscy mieszkańcy tego miasta oglądałem ich wielokrotnie na ulicach, w parkach i tramwajach, ale nie zwracałem na nich uwagi. Kudłaci, pstrokato ubrani i wyraźnie nie domyci kontrastowali wyglądem i zachowaniem z najbardziej nawet ekstrawagancko przystrojoną młodzieżą. Byli tak oczywiście absurdalnie nie dopasowani do krajobrazu Warszawy, stanowili tak absolutny margines tego wszystkiego, co się w tym mieście działo, że po pierwszym zdumionym zagapieniu człowiek przestawał zwracać na nich uwagę. Przestawał ich dostrzegać.

Siedzieli sobie teraz na płaskich, szerokich schodach, prowadzących do lokalu Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy na tyłach Teatru Wielkiego, w towarzystwie kilku kuso odzianych dziewczyn o nie umalowanych twarzach i skudłaconych, brudnych włosach. Jeden z nich, brodaty i wąsaty, z lwią grzywą spadającą na kark, nie ograniczył się do przycupnięcia na schodach, ale się na nich rozłożył. Leżał na plecach, z gazetą rozesłaną pod głową, gapił się w niebo i brzdąkał na gitarze, która spoczywała mu na brzuchu. Zajmował strategiczną pozycję przed samym wejściem do klubu i wchodząc musiałem bardzo uważać, aby go nie rozdeptać.

Wewnątrz klubu już ich nie było. Przy stolikach siedziała normalna publiczność, taka jak we wszystkich innych tego rodzaju lokalach w mieście. Kilku emerytów, gromadka uczniaków ze szkół średnich i stadko paniuś, które przyszły tu przerzucić zagraniczne żurnale mody. Usiadłem przy stoliku obok okna i udając, że przeglądam jakieś kolorowe pismo, zerkałem na gromadkę koczującą na zewnątrz. Gdzieś wśród nich, w tym albo podobnym towarzystwie, przebywała Beata, zbuntowana córka mojego przyjaciela, który już dawno nie żył. Miałem ją odnaleźć i nakłonić do powrotu do domu. Beatę widziałem ostatni raz przed piętnastu laty. W pewną niedzielę wyszła z tatą na spacer. Spotkałem ich w alejach Ujazdowskich. Wysokiego, barczystego faceta o dobrodusznej końskiej twarzy i maleńką pucołowatą dziewczynkę z mysimi warkoczykami. Weszliśmy razem do parku Ujazdowskiego i karmiliśmy łabędzie. W trzy dni później jej tata został zastrzelony, dziewczynka była zbyt mała, aby uczestniczyć w pogrzebie, i już jej więcej nie widziałem.

Na ogół nie mamy trudności z ustaleniem miejsca pobytu osoby, na której akurat nam zależy. Chyba żeby się specjalnie przed nami chowała, ale i wtedy najczęściej dajemy sobie jakoś radę. W tym sęk jednak, że tym razem nie mogłem korzystać z całego wyspecjalizowanego aparatu, który szybko i bezbłędnie potrafi zlokalizować interesującą nas osobę. Nie mogłem zarządzić wysyłania telefonogramów, nie wolno mi było skorzystać z usług informatorów, nie mogłem przepytać dzielnicowych, a krążące po mieście patrole nie otrzymały fotografii i rysopisu poszukiwanej. Nie istniały żadne podstawy prawne, które pozwoliłyby uruchomić ten sprawny i precyzyjnie działający aparat. I dlatego, prawdę mówiąc, sprawa wyglądała całkiem beznadziejnie.

Oczywiście już wczoraj rano wpadłem do komendy. Koledzy byli zdziwieni.

— Przecież ty już się pławisz w morzu? Co tu robisz? Dlaczego jeszcze w Warszawie?

Nie bardzo wiedziałem, co odpowiadać. Nie chciałem wtajemniczać zbyt wielu osób w szczegóły sprawy, ale kilku kolegom, o których sądziłem, że mogą mieć jakie takie rozeznanie w środowisku, powiedziałem, o co chodzi. Jedni — nawet bardzo mi życzliwi — starali się po prostu mnie spławić, bo naprawdę nie mieli czasu, inni próbowali mi pomóc i opowiedzieli kilka smakowitych historyjek o zwyczajach hippiesów, ale i oni także nie mieli czasu, więc pozbyli się mnie szybko. Z komendy poszedłem do sądu — bo tam skierował mnie znajomy oficer, który kiedyś prowadził śledztwo w dość dziwnej sprawie. W sądzie przez kilka godzin studiowałem akta procesu trzech dziewcząt oskarżonych o wspólne palenie haszyszu. Po południu poszedłem do czytelni czasopism na Koszykowej i tam, korzystając ze wskazówek uroczej bibliotekarki panny Wandy, w rocznikach najróżnorodniejszych czasopism przestudiowałem kilka reportaży o koczowniczych kudłaczach i ich zadziwiających obyczajach. Dziś od rana wałęsałem się po mieście, a teraz byłem tu — zaledwie kilka metrów od interesującej mnie gromadki — i nie miałem najmniejszego pojęcia, co począć dalej.

Skład grupki biwakującej na schodach ulegał stałym przemianom. Jedni przychodzili, drudzy odchodzili. Szeptali coś do siebie, śmiali się głośno, przysiadali na stopniach, gapili w niebo, żuli gumę i zajadali suche kajzerki. Wspaniały brodacz z gitarą położył się dla odmiany na brzuchu, gitarę umieścił obok siebie, podparł się na łokciach i majtał w powietrzu nogami obutymi w zamszowe mokasyny połatane kolorowymi skrawkami plastyku. Dziewczyna o sennych oczach przykucnęła obok niego i leniwym ruchem, przypominającym wiskanie, tarmosiła go po włosach i brodzie. Normalni bywalcy klubu wchodzili i schodzili po schodach, przypadkowi przechodnie wymijali biwakujących, a oni trwali na swym posterunku, nonszalancko obojętni wobec otaczającej ich rzeczywistości, prowokacyjnie hermetycznie odcięci od świata zwyczajnych zjadaczy chleba. Pomyślałem, że właściwie mógłbym już pójść do domu, bo szansa nawiązania kontaktu z tą gromadką równa jest możliwości dogadania się z kolonią ślimaków winniczków czy stadkiem wąsatych nutrii bobrujących w betonowych brodzikach.

 

Więc już się zbierałem do wyjścia, już odkładałem na półeczkę kolorowe czasopismo w sztywnej granatowej oprawie, gdy uwagę moją przykuł szczególnie osobliwy facet, który dołączył właśnie do towarzystwa na schodach.

Przede wszystkim był znacznie starszy od pozostałych. Dobiegał już chyba czterdziestki. Czubek czaszki prześwitywał mu żółtą łysiną między postronkami kosmyków ciemnych włosów spadających w nieładzie we wszystkie strony. Odziany był w coś w rodzaju jutowego worka przewiązanego powrósłem i skórzane sandały osadzone na bosych, mocno włochatych nogach. Szyję osobnika przyozdabiał dużych rozmiarów drewniany krzyż zawieszony na żelaznym łańcuchu. Poznałem tego faceta. Wczoraj w bibliotece widziałem jego kolorowe zdjęcia w jednym z ilustrowanych magazynów. Zdjąłem z półeczki jakieś czasopismo i z powrotem usiadłem przy oknie.

Po godzinie, już na Krakowskim Przedmieściu, podszedłem do niego i delikatnie trąciłem jego ramię. Odwrócił się ruchem niechętnym i niemrawym.

— Nie znam pana — powiedział.

— Nic nie szkodzi, mistrzu — uśmiechnąłem się w sposób możliwie najbardziej ujmujący — ale ja za to znam mistrza. Oglądałem fotografie, czytałem wywiad.

— A, tamto — mruknął niechętnie i zamierzał odejść.

— Mistrzu — nie ustępowałem — w wywiadzie mistrza było wiele interesujących rzeczy, bardzo śmiałe myśli.

— Odczep się — wymamrotał ponuro — odczep się, glino. Jestem alergiczny na gliniarzy.

— Nie jestem gliną.

— Mowa do chińskiego ludu, gadaj sobie do słońca.

Spróbowałem z innej beczki:

— Mistrzu, nie samym słowem człowiek żyje, może mistrz zarobić parę setek, jak Boga kocham...

Zatrzymał się, ale przyglądał mi się nadal nad wyraz niechętnie.

— Nie cierpię prowokatorów.

Westchnąłem żałośnie: — Ja naprawdę chcę sam zarobić i dać zarobić mistrzowi. Zupełnie uczciwie, bez żadnej nawalanki. Jestem dziennikarzem, potrzebny mi materiał do szałowego reportażu.

Pomyślałem, że zażąda teraz z pewnością dziennikarskiej legitymacji, ale jakoś nie wpadł na ten pomysł. Zmiękł wyraźnie. Przyjrzał mi się uważnie i powiedział:

— Na gazeciarza to ty nie wyglądasz.

Wzruszyłem ramionami.

— Mistrz nie wygląda na filozofa, a nim jest. Nie ma żadnego ryzyka. Pogadajmy trochę. Dojdziemy do porozumienia.

— Pogadać zawsze można, ale nie na ulicy.

— Zajdziemy gdzieś. Rąbniemy piwko.

— Nie piję alkoholu. To poniża.

— W porządku. Ja sam się poniżę, a mistrzowi postawię soczek.

— Nie bądź za cwany. Soczkiem się nie wykręcisz. Wywiad ze mną kosztuje, a za zdjęcia opłata ekstra. Nie masz zresztą aparatu... — zauważył podejrzliwie.

— Zdjęcia zrobi fotoreporter, na razie chcę tylko pogadać — dodałem spiesznie i poklepałem się znacząco po marynarce w miejscu, gdzie w wewnętrznej kieszeni nosi się portfel.

Po kilku minutach siedzieliśmy już w kawiarnianym ogródku. Sączyłem chłodne żywieckie piwo, a mistrz drobnymi łykami popijał gazowany sok pomarańczowy i snuł swoje wywody. Rozłożyłem notes i stawiałem w nim długopisem najrozmaitsze pokraczne znaczki, które naśladować miały stenografię. Mistrz bajał:

— ... spokój wewnętrzny, osiągnięcie stanu oderwania od parszywej, zmaterializowanej rzeczywistości osiągnąć można przez należytą wiarę, należyte postanowienie, należytą mowę, należyty czyn, należyte życie, należyte dążenie, należyte pamiętanie i należyte zagłębianie się, oczywiście w sobie. Unikać należy cierpienia i brzydoty, bo to są wartości immanentnie złe, ciągnące człowieka w dół. Kapujesz?

Kiwnąłem z aprobatą głową i zaprzestałem notowania. Mistrz kontynuował:

— Cierpienie nie uszlachetnia, ale poniża, dlatego jesteśmy przeciwko cierpieniu, wszelka niewola jest cierpieniem, dlatego jesteśmy przeciwko niewoli, a za wolnością... — przerwał, gdyż zauważył, że przestałem notować. — Dlaczego nie piszesz?

— Ja to wszystko znam. Czytałem wywiady mistrza. Mnie chodzi o coś trochę innego.

Łypnął na mnie podejrzliwie.

— A o co?

Wyciągnąłem z kieszeni portfel i nie spiesząc się rozłożyłem go na stoliku. Wydobyłem banknot stuzłotowy i ułożyłem obok szklanki z piwem. Potem wyciągnąłem duże pocztówkowe zdjęcie Beaty i pokazałem mistrzowi.

— Zna mistrz tę cizię?

Nic nie odpowiedział.

— Mnie chodzi o taki reportaż bardziej z życia. Ta dziewczyna była studentką anglistyki w Krakowie. Niezłą studentką. Miała kochającą mamusię, spokój w domu i swobodę. Pewnego dnia plunęła na to wszystko, wsiadła w pociąg i prysnęła do was, do Warszawy. To jest temat aż palce lizać. Mistrz rozumie? To może zainteresować czytelnika. Jak do tego doszło, że ta dziewczyna przystała do was, jakie były motywy jej decyzji, jak jej się teraz żyje. Chciałbym z nią pogadać.

— A jednak gliniarz — stwierdził smutno mistrz, pokiwał głową i pociągnął soczku.

Wyjąłem z portfela drugą setkę i położyłem obok poprzedniej.

— To dla mistrza. Jak jest trochę grosza w garści, wtedy łatwiej walczyć z cierpieniem i doskonalić się wewnętrznie. Mistrz jest człowiekiem światowym i zna się na tym.

— Co chcecie od tej cizi? Nikomu nic nie zrobiła.

— Wiem o tym. Mistrz, jako człowiek oblatany, wie doskonale, że gdybym był gliną, nie dawałbym mu tej forsy. Blacharze mają sto innych prostszych sposobów, aby pogadać z tą dziewczyną. Gdyby jej potrzebowali, mogliby ją mieć u siebie już za kilka godzin. Niech mistrz nad tym pomyśli.

Pomyślał przez chwilę bardzo intensywnie, co objawiało się srogim marsem na czole. Moje argumenty wydały mu się chyba przekonywające, bo powiedział:

— Ale jednak nie jesteś gazeciarzem, wyczułem cię, bracie.

— Możliwe — zaryzykowałem częściową dekonspirację — możliwe, ale to niczego nie zmienia. Naprawdę chcę z nią pogadać.

— Po co?

— To już moja sprawa. Nie zrobię jej krzywdy. Chcę z nią tylko porozmawiać.

— Rodzina?

— Coś w tym rodzaju.

Sięgnął po banknoty, obmacał je dokładnie chudymi palcami, jak ślepiec, a potem wetknął niedbale w kieszeń naszytą na swoim worku.

— Właściwie nie widzę powodu, żeby ci to ułatwiać...

— Mistrz żartuje. Dwie setki...

— To nie będzie takie proste — powiedział wolno — ona ostatnio dużo podróżuje.

— Nie ma jej w Warszawie?

— Nie w tym sensie.

Po plecach przeleciał mi nieprzyjemny dreszcz. Przeczytałem wczoraj, co oznacza w tym środowisku słowo „podróż”, i poczułem gwałtowną ochotę, aby przyłożyć mistrzowi po gębie. Oczywiście nie dałem tego po sobie poznać. Uśmiechałem się przyjaźnie.

— W każdym razie sądzę, że nie bez przerwy, od czasu do czasu można z nią chyba pogadać.

— To będzie jeszcze trochę kosztować — rzekł spokojnie — jeszcze trzy setki. Mogę stracić zaufanie. Ryzykuję.

— Wolnego, mistrzu — schowałem portfel — nie jestem wujaszkiem z Chicago. Może być jeszcze stówa, ale ani grosza więcej. I to dopiero po rozmowie. A jak się mistrzowi nie podoba, to niech zwraca forsę i cześć pieśni. Koniec gadki. Tak znowu bardzo to mi na tej rozmowie nie zależy.

Pomedytował chwilę i bąknął:

— Niech tam. Możesz z nią pogadać. Zaprowadzę cię do niej.

— Kiedy?

— Choćby zaraz. Ale wcale nie obiecuję, że będzie w domu i zechce z tobą mówić.

— To już moja sprawa. Będzie rozmawiać. Mistrz zobaczy.

Wzruszył ramionami i przyjrzał mi się ironicznie, ale nic nie powiedział.

Przywołałem kelnerkę i zapłaciłem za piwo i soczek. Podniosłem się z krzesełka i poczekałem na mistrza. Dopijał, nie spiesząc się, swój napój.

— Dokąd idziemy? — zapytałem.

— Zobaczysz. Pójdziesz ze mną, to się przekonasz.

Powlókł się do wyjścia. Ruszyłem za nim. Wyglądaliśmy razem dosyć oryginalnie, bo oczy osób siedzących przy stolikach przylepiły się do nas. Miałem ochotę pokazać gapiom jęzor, ale mistrz wcale nie przejmował się tym zainteresowaniem. Był wyraźnie przyzwyczajony, że jego postać wywołuje powszechne zaciekawienie, i miał to w nosie.

Milcząc poczłapaliśmy w kierunku placu Zwycięstwa. Myślałem, że prowadzi mnie do gromadki koczującej pod Klubem Prasy, ale okazało się, że celem wędrówki był krańcowy przystanek autobusu 106 na tyłach Hotelu Europejskiego. Autobus stał na przystanku. Wsiedliśmy.

W czasie jazdy próbowałem nawiązać z mistrzem rozmowę. Ale nie odpowiadał, pogrążony widać w dogłębnej medytacji nad zagadnieniami należytej wiary i należytego dążenia.

Autobus sunął przez ulice Warszawy, a my w milczeniu łypaliśmy od czasu do czasu na siebie spod oka. Po pół godzinie zatrzymaliśmy się wreszcie na krańcowym przystanku. Wysiedliśmy. Ciekawie rozejrzałem się po niewielkim placyku, na którym stało kilka żółto-czerwonych autobusów. Kręciło się tu paru kierowców i gromadka zmęczonych upałem psów. Z jednej strony placyk otoczony był rzędem zmurszałych wiejskich chałup, z drugiej, między strzelistymi topolami, rozłożył się wielki i biały nowoczesny szkolny budynek. Ruszyliśmy w stronę słońca jakąś pokrytą kocimi łbami drogą, wzdłuż której od czasu do czasu z kęp krzewów i rachitycznych drzewek owocowych wyłaniały się pokraczne pudełkowate domki z ciemnych od starości cegieł lub ruderowate drewniaki, jedne i drugie nieodmiennie przystrojone prętami anten telewizyjnych. Za domkami ciągnęły się szerokie, starannie oczyszczone z chwastów pola, na których rysowały się bezkresne szeregi kalafiorów i kapusty.

Nagle zza kępy drzew wyskoczyły, sunąc nisko tuż nad polami, dwa odrzutowce. Ich trójkątne, pozornie bezsensownie nielotne sylwetki przemknęły bezszelestnie nad głowami i w tej dopiero chwili przewalił się ogłuszający grzmot silników. Odwróciłem głowę. Maszyny szły teraz prosto w górę i po paru sekundach zamieniły się w srebrne, połyskujące na niebie igły, wlokące za sobą białe nici smug kondensacyjnych.

Mistrz zapytał drwiąco:

— Zafascynowanie techniką? Co?

Nie miałem ochoty na dyskusję ideologiczną. Wzruszyłem ramionami. Chciało mi się pić i prawdę mówiąc, miałem zupełnie dosyć mistrza, nie znanej mi panny Beaty, która dała drapaka od kochającej mamusi, rozkudłanych hippiesów i całej tej zwariowanej historii, w którą dałem się wciągnąć zamiast regenerować siły taplając się w słonej morskiej wodzie i prażąc skórę na nadbałtyckiej plaży.

Mistrz, nie zniechęcony moją obojętnością, podjął temat techniki. Wystąpił z długim i zagmatwanym wywodem, z którego wynikało niezbicie, że nowoczesna technika jest jednym z podstawowych czynników wywołujących zjawisko alienacji współczesnego człowieka, jest przekleństwem ludzkości i powoduje, że jednostka nie może w należyty sposób postępować, wierzyć i zagłębiać się w sobie.

— Mistrzu — przerwałem zniecierpliwiony — bez nowoczesnej techniki nie byłoby tych wspaniałych maszyn drukarskich, na których wydrukowano piękne stuzłotowe banknoty, które mistrz raczył schować do kieszeni...

Spojrzał na mnie z niewysłowioną pogardą, ale przerwał swój monolog, którego treść znana mi była zresztą z wywiadu, jakiego mistrz, przeszło rok temu, udzielił reporterowi wielkiego ilustrowanego magazynu. Mistrz, jak na prawdziwego proroka przystało, chętnie udzielał wywiadów, aby propagować swoje poglądy i prawdę mówiąc, prawie wszystkie materiały prasowe, z którymi się wczoraj zapoznałem, pełne były jego malowniczej osoby.

— To tu — przerwał nagle milczenie, gdy zatrzymaliśmy się przed jakąś obdrapaną ruderą otoczoną ogródkiem, w którym niepodzielnie królowały chaszcze dwumetrowych pokrzyw. Pchnął zardzewiałą żelazną furtkę i weszliśmy do ogródka. Widocznie obserwowano nas przez okno, gdyż natychmiast rozwarły się drzwi i ukazała się w nich głowa jakiegoś indywiduum o nieokreślonej płci i wieku, spoglądającego ku nam nieco zamglonym spojrzeniem.

— To tylko my — powiedział mistrz — ten facet jest dziennikarzem i chce o was napisać.

— Aha — powiedziało indywiduum i straciło całkowicie zainteresowanie moją osobą — myślałem, że to ten zagranicznik.

Mistrz nic nie odpowiedział i wszedł do środka. Ja za nim. W nos uderzył mnie nieprawdopodobny zapach kadzidła, połączony z kwaśnym odorem kiszonej kapusty czy ogórków. Znajdowaliśmy się w dużym pokoju o dwóch niewielkich oknach, przypominających żywo wiejską chałupę. Były szczelnie zamknięte i nieprawdopodobnie brudne. Pod jednym stał drewniany stół i dwa krzesełka. Na stole walały się jakieś talerze, kubki i resztki jedzenia. Pod ścianami leżało kilka wypchanych słomą sienników. Na niektórych spoczywały zmięte i podarte derki czy koce. Na ścianie, obok oprawionego w złocone ramy obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, za który wetknięto zeschnięte, wielkanocne palemki, wisiał wycięty z kolorowego czasopisma portret przewodniczącego Mao i również wycięte, tym razem z gazety, niezbyt wyraźne zdjęcie jakiegoś nie znanego mi, mocno obrośniętego osobnika w drucianych okularach. Na sąsiedniej ścianie, którą przed wielu laty pobielono wapnem, ktoś wypisał, najprawdopodobniej szminką do malowania warg, słowo LOVE. Poniżej, równie wołowymi literami, napisano CZYŃ MIŁOŚĆ — NIE WOJNE, a całość ozdobiono emblematem antyatomowej krucjaty. W kącie pokoju stały jakieś dwa blaszane kubły, emaliowana miednica na metalowym stojaku i blaszany półkwaterek. W powietrzu roiło się od much wypełniających przestrzeń pokoju jednostajnym, delikatnym bzykotem. Drzwi prowadzące do drugiej izby były zamknięte.

 

— Myślałem, że to jest ten zagranicznik — powiedziało jeszcze raz indywiduum i zwaliło się bezwładnie jak worek na jeden z sienników.

— Gdzie jest Beata? — zapytał mistrz.

Indywiduum wydobyło leniwie z kieszeni jakiś flakonik, wysypało z niego na dłoń dwie pomarańczowe pigułki, połknęło je bez popijania, a potem patrząc na mnie powiedziało obojętnym tonem:

— To było LSD — i oczekiwało zaintesowane, jakie wrażenie wywrze to wyznanie.

Uśmiechnąłem się.

— Raczej witamina B compositum. Mam dobry wzrok, kochasiu.

Popatrzył na mnie z niesmakiem, a potem odwrócił się do ściany.

— Pytałem — powtórzył mistrz — gdzie jest Beata? Chcemy z nią porozmawiać.

Odwrócił się gwałtownie od ściany, przysiadł na sienniku i oświadczył z przekonaniem:

— Po co temu panu Beata? Ja mogę udzielić o wiele lepszego wywiadu. Wytłumaczę panu, na czym polega nasz ruch, dlaczego walczymy o pokój, dlaczego kochamy ludzkość i uprawiamy miłość.

Pomyślałem, że nasi swojscy hippiesi są cholernie skłonni do udzielania wywiadów i bardzo dbają o publicity.

— Zamknij dziób — warknął mistrz — od udzielania wywiadów jestem tutaj ja. Pytam, gdzie jest Beata?

— Pewnie wyszła, mistrzu — powiedział — może niedługo wrócić — a potem zaskomlał z nowo obudzoną nadzieją: — a może pokazać temu panu, jak się wdycha tri?

Nie wyraziłem chęci na oglądanie pokazu. Przysiadłem na jednym z krzeseł i zapaliłem papierosa.

— Poczekam tutaj, aż wróci.

— To może długo potrwać — zauważył mistrz — w naszej wspólnocie panuje całkowita wolność, każdy może wychodzić i wracać, kiedy chce. Lepiej niech pan wpadnie kiedy indziej.

— Poczekam.

— To ja może jednak pokażę panu to wdychanie — nie ustępował kudłaty osobnik. Doszedłem do wniosku, że nie ma więcej niż osiemnaście lat. Był chudziutki i cherlawy. Tylko uwłosienie głowy prezentowało się imponująco.

Daj spokój, synu — powiedziałem — nie takie rzeczy się widywało. Znałem facetów, co łykali żywe ośmiornice, a na zakąskę wąchali iperyt. Nie zaimponujesz mi tym swoim tri.

— A czy pan wie, że my uprawiamy wolną miłość — nie ustępował — to znaczy wszyscy ze wszystkimi i jak kto ma ochotę?

— To musi być cholernie męczące — zauważyłem współczująco — zwłaszcza przy twojej słabej budowie i anemii.

Wyraźnie chciał się obrazić, ale mistrz huknął na niego:

— Zamknij się! Powiedziałem, żebyś zamknął dziób. A pan — zwrócił się do mnie — niech jednak idzie do domu. Wie pan, jak tu trafić, i wpadnie pan tu innym razem.

Milczałem, paliłem papierosa.

— To ja sobie pójdę popodróżować — powiedział chuderlawy młodzieniec i powstał z siennika. — Pan nie chce podróżować? Jeden dziennikarz to już ze mną podróżował...— dodał marząco — potem to opisał w swojej gazecie. Pan naprawdę nie chce? Dam panu pociągnąć jednego szluga...

— Nie chcę kiblować, synu — powiedziałem flegmatycznie — w ustawie z roku 1951 o środkach farmaceutycznych i odurzających artykuł trzydziesty brzmi mniej więcej tak: kto bez zalecenia lekarza używa środka odurzającego w towarzystwie innej osoby, podlega karze aresztu do jednego roku. Dalej jest tam coś o grzywnie. Dokładnie nie pamiętam Warto od czasu do czasu poczytać kodeks. Może się potem przydać.

Wzruszył ramionami i wykrzyknął:

— Pan wie, gdzie ja mam te wasze ustawy, pan wie, co ja myślę o tych ustawach?

— Domyślam się, synu. Możesz mi dokładnie tego nie opowiadać. Mam wyobraźnię.

Roześmiał się, i w tym uśmiechu jego twarz wydała mi się nawet sympatyczna. Ale zaraz znowu się naburmuszył i ruszył w kierunku drzwi do sąsiedniego pokoju. Wszedł tam, drzwi starannie zamknął za sobą.

A w chwilę potem buchnął stamtąd przeraźliwy wrzask. Drzwi otwarły się na roścież i chuderlawy młodzieniec znalazł się obok nas. Już nie wrzeszczał. Twarz miał bladą jak pieluszka niemowlęcia. Oczy wybałuszone, a gębę rozwartą. Z kącika ust ściekała mu strużka śliny.

— Co się stało? — zapytałem, podnosząc się z kulawego krzesła.

Nie odpowiedział. Moje słowa do niego nie dotarły. Podszedłem do chłopaka i powtarzając pytanie potrząsnąłem go mocno za ramiona. Poczułem, że jest zwiotczały i bezwładny jak słomiana Marzanna, którą zaraz ma się cisnąć do rzeki. Popatrzyłem na mistrza. Miał twarz nieodgadnioną i spokojną. Nie zdradzał zainteresowania przyczyną przerażenia swego podopiecznego.

Odsunąłem się od oniemiałego młodzieniaszka i ruszyłem w kierunku szeroko rozwartych drzwi. Sąsiedni pokój był umeblowany mniej więcej tak samo jak ten, który już znałem. Kilka sienników, stolik, dwa taborety, miednica, kubeł. Na ścianie przypięty plakat z kolorowym pieskiem, wzywający w imieniu Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami do okazywania należytej dobroci czworonożnym współmieszkańcom planety. W kącie na podłodze stało stare radio marki „Poemat” z adapterem. Obok leżało kilka płyt. Na jednym z sienników spoczywała Beata. Poznałem ją natychmiast. To właśnie z nią chciałem porozmawiać i jakoś popróbować nakłonić do powrotu do mamy.

Tylko że ta pogawędka nie mogła już dojść do skutku, bo Beata nie żyła. Co do tego nie miałem najmniejszej wątpliwości. Wystarczył jeden rzut oka. Jej twarz wyglądała bardzo nieprzyjemnie, a wokół szyi dziewczyny zaciskał się mocno skórzany pasek od spodni.

Tuż obok posłania, na którym leżała, na podłodze poniewierały się trzy grube, ustnikowe papierosy.

Przez chwilę rozglądałem się po pokoju, a potem wycofałem, starając się wracać po własnych śladach, aby czegoś nie zadeptać. Drzwi zostawiłem otwarte.

Wróciłem w samą porę. Wystraszony cherlaczek nie przyszedł jeszcze do siebie i stał na tym samym miejscu, nieporuszony jak zdechła mucha przylepiona do lepu, ale mistrz drobnym, acz stanowczym krokiem ruszał już żwawo w kierunku drzwi wyjściowych.

— Dokąd, mistrzu? — zawołałem. — Proszę pozostać na miejscu.

Zatrzymał się w pół kroku i rzekł z godnością:

— Jestem wolnym człowiekiem. Wychodzę, kiedy chcę i dokąd chcę.

— W pewnych wypadkach — powiedziałem — nawet najbardziej wolny człowiek musi jednak nieco ograniczyć swobodę swoich ruchów. A teraz właśnie zdarzył się taki przypadek. Popełniono morderstwo.

Nie odpowiedział, tylko dał krok do wyjścia. Podbiegłem i mocno przytrzymałem go za rękę.

— Wracaj — warknąłem — żarty na razie się skończyły. Jeżeli nie posłuchasz, będę musiał zatrzymać cię siłą.

Wyszarpnął się gwałtownie.

— Dużo mi zrobisz. Jestem ciekawy, w jaki sposób mnie zatrzymasz.

— Po prostu spuszczę ci solidne manto — wyjaśniłem spokojnie — a poza tym będziesz potem odpowiadał za stawianie oporu władzy. Tak się złożyło, że miałeś nosa, bo rzeczywiście jestem milicjantem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?