Powieść kryminalna. Wszystko o...

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powieść kryminalna. Wszystko o...
Powieść kryminalna. Wszystko o...
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Powieść kryminalna. Wszystko o...
Powieść kryminalna. Wszystko o...
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Powieść kryminalna. Wszystko o...

Saga

Powieść kryminalna. Wszystko o...

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1979, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950892

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WPROWADZENIE DO TEMATU

Napisano ich tysiące, a właściwie dziesiątki tysięcy. Codziennie opuszczają drukarnie na całym świecie nowiutkie egzemplarze kolejnych opowieści o zbrodni, wyrafinowanych mordercach i genialnych detektywach. Powieści kryminalne stały się nieodłącznym elementem „kultury masowej”. Nie ma we współczesnym świecie chyba nikogo umiejącego czytać, kto choć raz nie zetknął się z „kryminałem”. Nie wszyscy przyznają się do tej znajomości. Opowieści kryminalne uchodziły i często nadal uchodzą za literaturę podrzędną, niegodną zainteresowania człowieka kulturalnego. Zarzucano im demoralizatorskie oddziaływanie na młodocianych, szerzenie apoteozy gwałtu i pochwałę zbrodni, przy czym oskarżyciele nie przejmowali się zbytnio faktem, że ogromna ich większość kończy się zwycięstwem prawa i porządku nad zbrodniarzem usiłującym naruszyć ład moralny i prawny obowiązujący w społeczeństwie. Oczywiście, od tej reguły — jak zresztą od każdej — zdarzają się wyjątki (zwrócimy na nie uwagę w odpowiednim momencie), niemniej jednak ogólnie obowiązującą w „kryminale” zasadą jest potępienie zbrodni.

Pewnego rodzaju nobilitacji doczekały się „kryminały” dopiero w ostatnim trzydziestoleciu. Zainteresowali się nimi historycy i teoretycy literatury, powstały pierwsze monografie powieści kryminalnej i jej poszczególnych twórców. Przyznano, że tacy autorzy, jak Chandler czy Simenon — to po prostu tędzy pisarze, a dobrze napisana opowieść kryminalna niekoniecznie musi stać w hierarchii wartości literackich nieskończenie niżej od przeciętnego tomiku wierszy lirycznych.

Lektura powieści kryminalnych przestała być czymś wstydliwym, brzydkim nałogiem, który należy ukrywać przed bliźnimi. U nas na przykład, w niektórych kręgach inteligenckich, wytworzył się nawet pewnego rodzaju snobizm „na kryminały” — na kolekcjonowanie powieści kryminalnych, na wzajemną wymianę obcojęzycznych detektywistycznych pocket-booków przywiezionych z zagranicznych wojaży. Skrajnym przejawem takiego snobizmu mogą być powtarzające się od czasu do czasu publiczne wynurzenia przedstawicieli środowisk naukowo-technicznych stwierdzających z kokieteryjną szczerością, że poza literaturą fachową znajdują czas jedynie na lekturę „kryminałów”...

Nobilitacja to jednak tylko częściowa. Pojęcie „powieść kryminalna” nie wyzbyło się aury pewnej dwuznaczności. Pogardliwa w gruncie rzeczy nazwa „kryminał” stała się terminem powszechnie używanym, nawet przez tych, którzy powieści kryminalne lubią i cenią. Krytycy i recenzenci — przyznający teoretycznie tego typu literaturze pewne walory artystyczne i poznawcze — w praktycznej działalności pomijają „kryminały” absolutnym milczeniem, a autorzy detektywistycznych zgadywanek i dreszczowców kryją się chętnie pod pseudonimami. I o ile czytanie „kryminałów” uzyskało dość szeroką (choć wcale nie powszechną!) aprobatę, to ich pisanie pozostało wciąż czymś trochę wstydliwym, zajęciem w zasadzie „niegodnym” prawdziwego pisarza.

Trzeba zresztą przyznać, że sytuacja panująca zarówno w światowej, jak i polskiej powieści kryminalnej sprzyja w jakiejś mierze lekceważącemu stosunkowi do tak popularnego działu literatury. W żadnym innym bowiem nie powstaje tyle tandetnych, stanowiących prawdziwe panopticum bredni i bzdury książek, tyle „dzieł” napisanych wyjątkowo niechlujnie i będących cyniczną kpiną z rozsądku i smaku czytelnika.

Wielkie nakłady, w jakich wszędzie na świecie drukowane są „kryminały”, i związane z tym stosunkowo wysokie zarobki autorów sprawiają, że do tego działu twórczości, jak muchy do miodu, lgną najrozmaitsi literaccy hochsztaplerzy, cyniczni robigrosze i grafomani. Wydawnictwa są zarzucane maszynopisami „kryminałów”, a że popyt na rynku czytelniczym jest ogromny, a podaż niezłych powieści kryminalnych niezbyt wielka, więc drukuje się także książki, które są obrazą zarówno poczucia logiki czytelników, jak i wszelkich kryteriów artystycznych wartości... Statystycznie jakościowo niski poziom produkcji nie stanowi jedynego powodu niewielkiego prestiżu powieści kryminalnej. Choć zarzuty insynuujące „kryminałom” pochwałę zbrodni są w zasadzie niesłuszne, w samej naturze powieści kryminalnej tkwi jednak pewna niezaprzeczalna dwuznaczność. Tematem jej jest rzeczywiście zawsze zbrodnia, i to w zasadzie zbrodnia najcięższa — morderstwo. „Kryminały” opowiadające o innych rodzajach przestępstw traktowane są jako mało ciekawe... Nawet w powieściach szpiegowskich prawdziwe emocje wzbudza nie tyle fakt, że wrogi szpieg działa przeciwko naszej Ojczyźnie, ile to, że w trakcie swojej działalności zabija. Jeżeli tego nie robi — ziewamy przy lekturze. W gruncie rzeczy interesuje nas tylko zbrodnia główna i prawdziwie przejmować się możemy jedynie wtedy, jeżeli jesteśmy świadkami pościgu za mordercą... Agatha Christie, dość cynicznie, ale słusznie, zauważyła kiedyś, że „nic tak nie ożywia powieści kryminalnej jak kolejne morderstwo”. Roger Caillois, francuski filozof i krytyk, w swoim szkicu o powieści kryminalnej napisał: „nie wydaje się, by publiczność chętnie godziła się poświęcać czas i uwagę złodziejom czy oszustom. Żąda mordercy, zbrodniarza, który zabił i ryzykuje karę główną. Cień śmierci musi padać na chłodne zawiłości logiki”. Przekonanie to podzielają dosłownie wszyscy, którzy zainteresowali się powieścią kryminalną i o niej pisali. Nasuwa się nieodparte podejrzenie, że lektura „kryminału” może być w jakiejś mierze sposobem wyładowywania sadystycznych skłonności ukrytych w podświadomości każdego człowieka...

Być może jest właśnie tak, być może zupełnie inaczej. Zdania psychologów są w tej kwestii skrajnie podzielone, zaś celem tej książki nie jest roztrząsanie problemu moralnej czy psychologicznej wartości lektury powieści kryminalnych. Tutaj chcielibyśmy jedynie zasygnalizować istnienie tego typu kontrowersji, rzucających przecież w jakiś sposób cień na reputację „kryminałów”.

W kolejnych rozdziałach postaramy się pokrótce przedstawić rodowód powieści kryminalnej i jej poszczególnych odmian, zasady konstruowania i pewne, ogólnie przyjęte, kryteria oceny. Zdajemy sobie sprawę z faktu, że „kryminały” traktować należy przede wszystkim jako rodzaj bezpretensjonalnej rozrywki, niemniej jednak, w związku z tym, że mają niezwykle szeroki zasięg oddziaływania, zastanowić się także wypadnie nad ich społeczną i polityczną wymową. We współczesnym świecie nie istnieją, niestety, żadne masowe zjawiska, które nie podlegałyby ocenie w tych kategoriach. „Kryminały” nie stanowią tutaj wyjątku. Jedną z trudności, jaka pojawia się przed autorem piszącym o powieściach kryminalnych, jest niemożność zbyt konkretnego operowania przykładami. Wartość „kryminału” jako pasjonującej lektury najczęściej sprowadza się do zawartej w nim zagadki. Jeżeli zdradzimy przyszłemu czytelnikowi założenia intrygi omawianych książek, odbierzemy mu dziewięćdziesiąt procent przyjemności płynącej z lektury.

Jest to (przynajmniej dla przeciętnego odbiorcy) podstawowy mankament takiego dzieła o „kryminałach”, jak wydana u nas w roku 1976 rozprawka teoretyczna jugosłowiańskiego autora, Stanko Lasića: „Poetyka powieści kryminalnej”. Po uważnej lekturze tego dzieła nie warto już sięgać po takie swoiste arcydzieła literatury kryminalnej, jak np. „No Orchids for Miss Blandish” czy „Le Charretier de la Providence”...

Ze swej strony przyrzekamy, że w dalszych rozważaniach postaramy się starannie ominąć streszczenia fabuły książek, które być może nie są jeszcze znane czytelnikowi. Dotyczyć to będzie także powieści jeszcze na język polski nie przełożonych.

NARODZINY POWIESCI KRYMINALNEJ

Wątki kryminalne w literaturze są równie stare jak sama literatura. Z tych czy innych przyczyn (nie miejsce tu na ich analizowanie) ludzie od dawna interesują się opowieściami o krwawych zbrodniach i wysiłkach zmierzających do wykrycia i ukarania ich sprawców. W pewnym sensie prawzorem powieści kryminalnej może być biblijna opowieść o Kainie i Ablu. Wyraźne wątki kryminalne pojawiają się w „Iliadzie” i „Odysei”, a także arabskich „Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. „Hamlet” Szekspira jest (jeżeli spojrzeć na to dzieło pod specyficznym kątem widzenia) detektywistyczną historią śledztwa prowadzonego przez młodego człowieka, który pragnie wykryć mordercę ojca. Królewicz duński stosuje między innymi metodę rekonstrukcji przebiegu zbrodni. Historię odtwarzania przez wynajętych aktorów morderstwa popełnionego na starym królu można żywcem przenieść do nowoczesnej powieści kryminalnej. I rzeczywiście. W dziesiątkach, jeżeli nie setkach, współczesnych „kryminałów” detektyw odtwarza przy pomocy podstawionych osób przebieg wypadków licząc, podobnie jak królewicz duński, że w obliczu takiej inscenizacji nerwy mordercy zawiodą.

 

Jeżeli „Hamlet” mógłby być prawzorem opowieści detektywistycznej, to „Makbet” — prawzorem politycznego thrillera.

Do wątków „kryminalnych” chętnie też sięgali Balzac i Dostojewski. Szczególnie ten ostatni. „Zbrodnia i kara” jest — niezależnie od wszelkich innych walorów — znakomitym thrillerem, a „Bracia Karamazow” — świetną powieścią detektywistyczną. Do końca nie możemy się domyślić, kto właściwie zabił...

Wątkami kryminalnymi nie gardzili i nie gardzą po dziś dzień najwybitniejsi nawet pisarze. „Kryminały” piszą Dürrenmatt i Greene, „Azyl” Faulknera jest w gruncie rzeczy opowieścią kryminalną, a i w twórczości wielu innych znakomitych twórców literatury dwudziestego wieku obecne są wyraźne zapożyczenia z poetyki powieści kryminalnej.

Przez długi czas dzisiejszą rolę „kryminałów” spełniały powieści awanturnicze, wyposażone w szybką i powikłaną akcję, opowiadające o wydarzeniach owianych aurą tajemnicy, relacjonujące czyny gwałtowne, nie gardzące opisem występków i zbrodni. Od nowoczesnej powieści kryminalnej różni je brak elementu logicznej szarady, zmuszającej czytelnika do łamania sobie głowy nad podstawowym problemem „kryminału”, jakim jest pytanie: kto zabił i dlaczego to uczynił...

A potem przyszedł rok 1841 i skromniutko, na uboczu ówczesnego cywilizowanego świata, bo w Stanach Zjednoczonych, narodził się „kryminał” i rozpoczęła się trwająca po dziś dzień jego bujna, wielowątkowa epopeja. W kwietniu tegoż bowiem roku na łamach wychodzącego w Filadelfii efemerycznego miesięcznika literackiego „Graham’s Magazine” ukazało się opowiadanie stosunkowo mało znanego w USA i raczej przez krytykę lekceważonego pisarza, Edgara Allana Poe — „Zabójstwo przy rue Morgue”. Bohaterem jego był ekscentryczny młodzieniec C. August Dupin. Dzięki niezwykłym zdolnościom analitycznym (Sherlock Holmes nazwie podobną metodę rozumowania „królewską sztuką dedukcji”) rozwikłał, posługując się tylko logiczną analizą znanych mu faktów, „mrożącą krew w żyłach” zagadkę potwornego morderstwa popełnionego w pokoju zamkniętym na cztery spusty od wewnątrz... Niedługo potem ukazały się jeszcze dwa opowiadania o tym samym bohaterze: „Tajemnica Marii Rôget” i „Skradziony list”...

Początek był zrobiony. Na kilkudziesięciu stronicach druku wyczarowano po raz pierwszy w historii literatury specyficzny świat nowoczesnego kryminału. Powołany został do życia pierwszy nowoczesny detektyw, który przebiegłości przestępcy przeciwstawia nie tylko energię i sprawność działania, ale przede wszystkim chłodne, logiczne rozumowanie. Od tej pory właściwie wszyscy powieściowi detektywi są w jakiejś mierze powieleniem tej nieśmiertelnej postaci. Różni, bardzo różni są ci detektywi. Bywają wśród nich kobiety i mężczyźni, ludzie energiczni i pozorne fajtłapy, Murzyni, Chińczycy i księża, purytańskie stare panny i wiecznie pijani rozpustnicy, dzieciaki i stojący nad grobem staruszkowie, znudzeni lordowie i czarni grabarze z Harlemu, policjanci i przestępcy, żyjący chlebem i wodą asceci i gargantuiczne obżartuchy. Pozornie wszystko ich różni. Autorzy zresztą wręcz wyłażą ze skóry, żeby nadać „swoim” detektywom niepowtarzalne, indywidualne cechy. Ale kiedy przychodzi do momentu decydującego, do pojedynku z mordercą — wszyscy robią identycznie to samo co C. August Dupin. Po prostu rozumują. Analizują fakty, budują myślowe konstrukcje których zadaniem jest logiczne powiązanie owych faktów, eliminują hipotezy nie wyjaśniające wszystkich zdarzeń i wreszcie dochodzą do koncepcji, która musi być prawdziwa, podobnie jak musi być prawdziwy poprawnie sformułowany sylogizm...

Wraz z opowiadaniami Edgara Allana Poego narodziła się zatem kryminalna szarada, która ma zadziwiać i fascynować czytelnika niezwykłością i komplikacją zagadki oraz precyzją i logiką jej rozsupłania. I tak się dziwnie złożyło, że twórcą tej chłodnej logicznej zabawy był pisarz właściwie programowo alogiczny, autor fantasmagoryjnych opowieści o duchach, rozwichrzony romantyk, zadziwiający po dziś dzień potęgą swej kapryśnej i mrocznej wyobraźni...

Takich zresztą paradoksów w historii powieści kryminalnej jest znacznie więcej...

Detektywistyczne opowiadania Poego przeszły właściwie bez echa. Nie znalazły naśladowców w Ameryce. Sława pisarza zrodziła się w Europie — we Francji i trochę później w Anglii. Wyraźne echa lektury opowiadań amerykańskiego pisarza znajdujemy w latach sześćdziesiątych w powieściach Anglika, przyjaciela i współpracownika Dickensa, Wilkie Collinsa. Bohater jego utworów, niestrudzony tropiciel zbrodni, sierżant Cuff, od czasu do czasu usiłuje naśladować analityczną metodę rozumowania Dupina. Anglicy są bardzo dumni z Wilkie Collinsa i uważają go za jednego z ważniejszych prekursorów nowoczesnego „kryminału”. Z opinią tą trudno się jednak zgodzić. Jego „Kobiecie w bieli” i „Księżycowemu kamieniowi” znacznie bliżej do klasycznej powieści awanturniczej niż do nowoczesnego „kryminału”. Jest w nich wprawdzie genialny detektyw, są tajemnicze zagadki i nieboszczycy uśmierceni w sposób perfidny i okrutny, a winowajcami okazują się osoby najmniej podejrzane — wszystko to jednak pozbawione jest cudownej zwięzłości i chłodu opowiadań Poego, niemiłosiernie rozgadane, nieco naiwne i zatopione w morzu ozdobników. Obie powieści zachowały wiele staroświeckiego wdzięku, ale — prawdę mówiąc — nie sposób się już przejmować opisanymi w nich perypetiami. Tragiczne dzieje młodziutkiej lady z „Kobiety w bieli”, maltretowanej przez okrutnego baroneta i demonicznego grubasa nie potrafią nas już wzruszyć. Tak samo tajemniczy Hindusi pojawiający się w „Księżycowym kamieniu” nie przyprawiają już dziś nikogo o dreszcz lęku.

Hindusi ci tak się jednak spodobali współczesnym, że w książkach naśladowców Collinsa aż się zaroiło od podejrzanych i demonicznych Azjatów. Przeniknęli oni także na kartki zupełnie nowoczesnych „kryminałów”. Najazd ciemno- i żółtoskórych groźnych wysłanników tajemniczych organizacji i religii stał się tak masowy, że na początku lat dwudziestych naszego stulecia angielski związek autorów powieści kryminalnych, dbający o jaki taki poziom produkcji piśmienniczej swoich członków, uznał demonicznych Azjatów za element całkowicie zdewaluowany i przedłożył autorom „kryminałów” do podpisania pisemne zobowiązanie, iż nigdy więcej nie wprowadzą tych cudzoziemców na kartki swych powieści...

O wiele mniej od twórczości Wilkie Collinsa zestarzały się — pisane trochę później — powieści Emila Gaboriau — autora francuskiego. Napisał ich dziesięć. Do najgłośniejszych należą: „Zbrodnia w Orcival”, „Niewolnicy paryscy” i „Pan Lecoq”. Wiele z nich tłumaczono na język polski. Książki te jeszcze i dziś czytać można z zainteresowaniem. Bohaterem wszystkich jest pan Lecoq, agent tajnej policji paryskiej. Gaboriau czytał uważnie opowiadania Poego, w decydujących momentach bowiem pan Lecoq stosuje analityczną metodę rozumowania Augusta Dupina. Podobnie jak on potrafi tworzyć logiczne konstrukcje myślowe, których siła polega na wiązaniu w jednolitą całość pozornie oderwanych od siebie faktów i wskazaniu jedynego logicznie możliwego rozwiązania...

Lecoq jest jednak osobowością różną od Dupina, kipi wręcz energią, przebiera się w najrozmaitsze kostiumy, osobiście tropi przestępców, nie ogranicza się do analizy zastanych faktów, ale przemyślnym działaniem stara się ich jak najwięcej zgromadzić. Jest on protoplastą tej linii potomków Dupina, której przedstawiciele nie ograniczają się do chłodnej analizy, ale starają się przyspieszyć rozwiązanie zagadki swą aktywną postawą. Lecoq jest typowym przedstawicielem powieściowych detektywów-policjantów.

Powieści Gaboriau zawierają jeszcze wiele zapożyczeń z poetyki klasycznej powieści awanturniczej, ale w zasadzie są to już w pełni ukształtowane nowoczesne „kryminały”.

Twórczość Gaboriau cieszyła się ogromną popularnością i... nie najlepszą sławą. To właśnie w tym okresie zrodziło się powolutku, dość powszechne w kręgach „oświeconych”, przekonanie o gatunkowej „niższości” romansu kryminalnego. Powieści Gaboriau i jego licznych naśladowców czytano chętnie i masowo, jednocześnie jednak zaliczano je do „literatury brukowej”. Pojawiły się pierwsze głosy zarzucające opowieściom o wyczynach Lecoqa demoralizujący wpływ na czytelników i nic tu nie pomógł fakt, że dzielny policjant był nieugiętym obrońcą prawa, zajadłym tępicielem zła i zbrodni. Nie pomógł także fakt, że były to książki sprawnie i poprawnie napisane, nie pozbawione czysto literackich walorów. Głos opinii publicznej zdecydował, że powieści pana Gaboriau nie nadają się jako lektura dla młodych panienek, a nawet i bogobojnych, przyzwoitych mężatek... Nie zabrakło głosów potępiających twórczość Gaboriau w dziewiętnastowiecznej prasie polskiej i traktujących ją jako przykład „moralnej zgnilizny płynącej z rozpustnego Paryża”. Zaciekłość tych ataków wydaje się dzisiejszemu czytelnikowi zabawna i niezbyt zrozumiała. Niewspółmierność zarzutów w stosunku do rzeczywistej zawartości tych powieści nasuwa nieodparte wrażenie, że co zacieklejsi obrońcy moralności publicznej po prostu nie pofatygowali się książek pana Emila przeczytać...

SHERLOCK HOLMES, CZYLI MŁODOSC POWIEŚCI KRYMINALNEJ

Zaczęło się od tego, że młody prowincjonalny lekarz angielski, niejaki sir Artur Conan Doyle, mimo swego szlacheckiego tytułu i możnych krewnych klepał biedę. Praktyka lekarska przynosiła mu dochód w granicach kilku szylingów tygodniowo i młody człowiek, chociaż marzyła mu się sława medyczna (pragnął zostać „angielskim Robertem Kochem”), postanowił dorabiać sobie pisaniem opowiadań do popularnych magazynów. Szybko okazało się, że zatrudnienia literackie przynoszą znacznie, ale to znacznie większe dochody niż praktyka lekarska i początkujący medyk niepostrzeżenie przekształcił się w zawodowego literata. Bohaterem jego opowiadań, drukowanych początkowo na łamach „Strand Magazine”, a następnie w wydaniach książkowych, był super genialny detektyw prywatny (sam siebie nazywał „detektywem-doradcą”), najsłynniejszy dotąd tropiciel zbrodni — mister Sherlock Holmes. Wszyscy chyba znają tego chudego pana z nieodłączną fajką i jego londyński adres (Baker Street 221b), pamiętają o jego dziwactwach i niezastąpionym przyjacielu, doktorze Watsonie, nie jest im także obca postać pani Hudson — wdowy prowadzącej gospodarstwo Holmesa i Watsona. Na Baker Street po dziś dzień płyną ze świata listy zaadresowane do... „słynnego detektywa”, a „specjaliści” — maniacy spierają się namiętnie o szczegóły wyposażenia mieszkania Holmesa. Miliony czytelników zaczęło — i zaczyna dziś jeszcze — pierwsze kontakty z opowieścią kryminalną za pośrednictwem lektury książek Doyle’a. Opowiadania i powieści o Holmesie wznawia się ciągle i wydaje w tłumaczeniach na dziesiątki, jeżeli nie setki języków. Sir Artur Conan Doyle uzyskał niezaprzeczalny status „klasyka”, i to w dodatku takiego, którego nadal czyta się z przyjemnością, co jak wiadomo licencjonowanym klasykom zdarza się nie za często... Nawet zdeklarowani przeciwnicy powieści kryminalnej skłonni są w wypadku oceny twórczości Doyle’a do kompromisu i pobłażliwości. Sir Artur Conan Doyle napisał o Holmesie kilkadziesiąt opowiadań i kilka większych powieści. Postać słynnego detektywa pojawia się po raz pierwszy w krótkiej powieści „Studium w szkarłacie” (rok 1887). Inne powieści o Holmesie to — „Znak czterech” i „Pies Baskerville’ów”. Nie należą one do czołowych osiągnięć Holmesowskiego cyklu; z wyjątkiem może „Psa Baskerville’ów” trochę się już zestarzały. Żywe natomiast pozostały prawie wszystkie opowiadania. W powieściach Doyle zupełnie niepotrzebnie rozbijał klarowną jedność kryminalnej zagadki obszernymi wtrętami wywodzącymi się z tradycji i poetyki powieści przygodowej, w opowiadaniach natomiast zachowywał cudowną zwięzłość, logikę i precyzję narracji. Konstrukcja jego opowiadań może być jeszcze dziś niedościgłym wzorem dla bardzo wielu autorów parających się kryminalną twórczością. Gwoli ścisłości trzeba zauważyć, że Doyle zaczął pisać w szczególnie sprzyjającym momencie. Wypłynął na fali ogromnego zainteresowania sprawami zbrodni, jaka ogarnęła wiktoriańską Anglię. Pierwsza książka o Holmesie ukazała się w grudniu roku 1887. W sierpniu roku następnego rozpoczął swą ponurą działalność najsłynniejszy „wampir” w dziejach światowej kryminalistyki, niejaki Jack Ripper, czyli Kuba Rozpruwacz. W ciągu czternastu tygodni zamordował w okrutny sposób sześć londyńskich prostytutek. Policja była bezsilna. Kuba Rozpruwacz nigdy nie został ujęty. Londyn i całą Anglię zalała fala grozy i oburzenia. Nigdy jeszcze przedtem, a właściwie już i nigdy potem, działalność pojedynczego zbrodniarza nie wywarła tak wielkiego wrażenia na opinii publicznej. Nieudolność policji stała się celem powszechnej i niezwykle ostrej krytyki. Szef policji londyńskiej musiał podać się do dymisji, a oburzeni mieszkańcy East-Endu, który był widownią poczynań Kuby, grozili linczem ministrowi spraw wewnętrznych.

 

W tej, utrzymującej się jeszcze bardzo długo, atmosferze opowieści o dzielnym detektywie, który wyręcza nieudolnych policjantów, musiały spotkać się z ogólnym zainteresowaniem i aprobatą.

Według wyznań samego Doyle’a zawartych w „Autobiografii”, pierwowzorem postaci Sherlocka Holmesa miał być profesor Joseph Bell, który w czasach studenckich pisarza wykładał arkana chirurgii na uniwersytecie w Edynburgu. Ów profesor, ku uciesze i zbudowaniu studentów, na podstawie drobnych szczegółów stroju, wyglądu i zachowania potrafił podobno bezbłędnie określić zawód, wykształcenie, pochodzenie społeczne i pewne cechy charakteru ludzi, których oglądał po raz pierwszy w życiu. Profesor Bell często popisywał się publicznie tymi umiejętnościami, czyli robił to samo, co Sherlock Holmes, wprowadzający nieodmiennie takimi popisami swojego wiernego przyjaciela doktora Watsona w pełne podziwu osłupienie...

Być może profesor Bell rzeczywiście posiadał takie umiejętności, ale wydaje się, że literackiego pierwowzoru postaci Holmesa trzeba szukać o wiele dalej niż w Edynburgu. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że prawzorem detektywa z Baker Street był C. August Dupin, choć sam Doyle niechętnie się do tego przyznawał; ustami Holmesa wyrażał się dość lekceważąco o Dupinie. W „Studium w szkarłacie” znajdziemy między innymi taki passus: „Sądzi pan, zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał”.

Jeszcze gorsze mniemanie żywił Holmes o bohaterze powieści Gaboriau, panu Lecoq: „Lecoq był nędznym partaczem — powiedział gniewnie. — Miał tylko jedną dobrą stronę — energię. Niedobrze mi się robi, kiedy czytam tę książkę... Można by z tego ułożyć podręcznik dla detektywów, jak unikać błędów...”

Ale te gołosłowne zaprzeczenia nie zmieniają faktów. Postacie Dupina, Lecoqa i Holmesa łączą ścisłe więzy pokrewieństwa.

Holmes nieustannie stosuje analityczną metodę rozumowania Dupina i to właśnie dzięki niej osiąga swe niesłychane sukcesy. Zasada, że należy powiązać wszystkie fakty w logicznie niesprzeczną całość, wyeliminować interpretacje, które nie spełniają tego warunku, a wtedy to, co pozostanie, choćby było najbardziej nieprawdopodobne, musi być poszukiwanym rozwiązaniem zagadki — jest busolą kierującą działaniem Holmesa. Identycznie to samo robił bohater skromnych opowiastek Edgara Allana Poego. Zapożyczenia od amerykańskiego klasyka sięgają zresztą dalej. Przejawiają się także w drugoplanowych drobiazgach. Podobnie jak Dupin Sherlock Holmes jest ekscentrykiem, człowiekiem w gruncie rzeczy trochę próżnym, zarozumiałym, znajdującym szczególną przyjemność w wywoływaniu podziwu dla swych umiejętności. U Poego towarzyszy Dupinowi nie nazwany nigdzie narrator, nieodłącznym towarzyszem Holmesa jest poczciwy doktor Watson. Holmes wyraża się z lekceważeniem o „tricku” Dupina, którym wprowadził w osłupienie swego przyjaciela, a przecież sam postępuje identycznie. Każde opowiadanie o Holmesie zaczyna się od opisu jakiegoś „tricku”, za pomocą którego Holmes demonstruje przyjacielowi niezwykłe umiejętności w zakresie wnioskowania i logicznej analizy. Poczciwy doktor Watson za każdym razem popada z podziwu w baranie osłupienie...

Instytucja doktora Watsona zrobiła zresztą w „kryminałach” zawrotną karierę. Najrozmaitsi „watsonowie” towarzyszyć odtąd będą, najczęściej w charakterze narratorów, wielu detektywom. Taką rolę spełnia przy Herkulesie Poirot prostoduszny kapitan Hastings, a dyskretnym Watsonem u boku Philo Vance’a jest sam autor, Van Dine...

Genialnemu detektywowi potrzebny jest bowiem banalny, często mało rozgarnięty kolega, na którego tle niezwykłe umiejętności geniusza zajaśnieć mogą dopiero pełnym blaskiem... W życiu z analogiczną sytuacją spotykamy się wtedy, gdy piękna dziewczyna wybiera sobie jako przyjaciółkę zdecydowaną brzydulę i afiszuje się z nią publicznie. Holmes zawdzięcza wiele nie tylko Dupinowi. Także, tak pogardzany przez niego Lecoq, wniósł wiele do postaci angielskiego superdetektywa. Po Lecoqu odziedziczył Holmes wielki szacunek dla ustaleń naukowej kryminalistyki i zwyczaj drobiazgowej analizy śladów pozostawionych na miejscu zbrodni przez przestępcę. Przysłowiowe guziki, okruchy tytoniu, popiół, dostrzegalne tylko przez lupę drobne zadrapania na murze stają się istotnymi faktami, wspierającymi misterną konstrukcję logicznego rozumowania.

Jeżeli Lecoq po prostu nie lekceważył materialnych śladów działalności przestępcy i starał się je badać i analizować, to Holmes nadał tym czynnościom rangę swoistego misterium. Lupa stała się podstawowym narzędziem pracy detektywa, a znajomość gatunków tytoniu i ich popiołu, umiejętność ustalania pochodzenia ziarenek piasku przylepionych do podeszew butów — niezbędnymi składnikami wiedzy detektywistycznej. Wraz z Holmesem i jego scjentystyczną postawą na kartki powieści kryminalnej wkroczyła nowoczesna kryminalistyka. I nie stało się tak przypadkowo. Ostatnie ćwierćwiecze dziewiętnastego stulecia było okresem jej burzliwego rozwoju. System antropometryczny Bertiliona, rodząca się daktyloskopia, osiągnięcia toksykologii i medycyny sądowej oraz innych gałęzi nauk kryminalistycznych sprawiły, że walka ze zbrodnią zaczęła się opierać na rzeczywistych naukowych podstawach. Intuicję i doświadczenie policjantów coraz częściej wspierały (i często zastępowały) wyniki badań laboratoryjnych.

Sir Artur Conan Doyle zdawał sobie sprawę z tego procesu i dał temu wyraz w swej twórczości. Od czasów Doyle’a przygniatająca większość powieściowych detektywów uznaje korzyści płynące z naukowej kryminalistyki i stara się stosować jej osiągnięcia. Pamiętać jednak należy, że w powieści kryminalnej (inaczej niż w życiu) wyniki badań kryminalistycznych nigdy nie eliminują umysłowego wysiłku detektywa. Ustalenia kryminalistyczne są dla niego tylko pojedynczymi, i to niekoniecznie najistotniejszymi, cegiełkami, z których zbuduje kunsztowny gmach rozumowania prowadzącego niezawodnie do rozwikłania zagadki. Powieść kryminalna, w której morderca wykryty zostałby wyłącznie na podstawie analiz toksykologicznych czy badań mechanoskopijnych — byłaby po prostu nudna. Czytelnik domaga się, aby przeciwko umysłowi mordercy stanął do walki umysł detektywa. Pojedynek między przebiegłością mordercy a zdolnościami analitycznymi detektywa — oto podstawowa treść każdego dobrego „kryminału”.

Conan Doyle był mocno zażenowany wzrastającą popularnością swojego bohatera. W gruncie rzeczy podzielał dość powszechne wówczas przekonanie o jakościowej niższości „kryminału” w stosunku do innych odmian beletrystyki. W „Autobiografii” gęsto tłumaczy się czytelnikom, dlaczego w ogóle pisywał opowieści o Holmesie. Zresztą, kiedy zdecydował w końcu całkowicie zerwać z medycyną i poświęcić pracy literackiej, zapragnął też zdobyć sławę jako autor powieści i dramatów historycznych. Napisał ich sporo. Powieści były wydawane, dramaty wystawiane. Nigdy nie zdobyły ani wielkiej popularności, ani uznania krytyki. Gniewało to sir Artura niepomiernie. Uznawszy, że zasadniczą przeszkoda była tu dwuznaczna popularność, którą się cieszył jako autor opowiastek sensacyjnych, postanowił ostatecznie skończyć z tego rodzaju twórczością. W kolejnym opowiadaniu („Ostatnia zagadka”) uśmiercił Holmesa. Genialny detektyw zginął w górskiej przepaści, staczając ostatnią, śmiertelną walkę z godnym siebie przeciwnikiem, z geniuszem zbrodni, profesorem Moriartym. Wydawałoby się, że sprawa została ostatecznie załatwiona i pisarz poświęci się wyłącznie płodzeniu podniosłych kobył historycznych oraz „naukowym” studiom nad spirytyzmem, którego był wiernym wyznawcą. Ale nic podobnego. Conan Doyle nie doceniał popularności uśmierconego bohatera... Oburzeni czytelnicy zalali pisarza falą gorących protestów. Domagali się kontynuowania serii. Doszło do tego, iż co bardziej krewcy miłośnicy Holmesa odgrażali się, że spuszczą autorowi solidne lanie, a przestraszony Doyle poprosił o opiekę... policji.