Opowieść o duchach i gorejącym sercu

Tekst
Z serii: Ewa wzywa 07… #125
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowieść o duchach i gorejącym sercu
Opowieść o duchach i gorejącym sercu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,98  11,98 
Opowieść o duchach i gorejącym sercu
Opowieść o duchach i gorejącym sercu
Audiobook
Czyta Przemysław Bargiel
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Opowieść o duchach i gorejącym sercu

Ewa wzywa 07...Ewa wzywa 07...

Saga

Opowieść o duchach i gorejącym sercu

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1983, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950939

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Na wybrukowanym kocimi łbami placyku przed dworcem czekała tylko jedna taksówka, którą natychmiast zajęła jakaś wielodzietna i objuczona pakunkami rodzina. Było ciemno, pusto i paskudnie. Padał drobny, ale gęsty deszcz, a listopadowy, zimny wiatr dmuchał solidnie i wdzierał się przenikliwym chłodem pod płaszcz.

Poczekałem z dziesięć minut w nadziei, że jakaś inna taksówka się jednak pojawi, ale w końcu doszedłem do wniosku, że czekać tak mogę w nieskończoność, więc podszedłem do faceta w kolejarskim mundurze, który nie zwracając uwagi na deszcz i zimno podpierał żelazną kratę, oddzielającą perony od placyku.

— Proszę pana — zapytałem — gdzie tu będzie ulica Cmentarna?

— A, panie, to ona będzie koło cmentarza...

— A cmentarz gdzie?

— A przy Cmentarnej ulicy, panie. Na samiutkim jej końcu... Pan na cmentarz o taka pora?

— Nie na cmentarz, ale na ulicę Cmentarną — wyjaśniłem.

— A to i dobrze, panie. Bo cmentarz to już zamknięty. O zmroku zamykają, panie...

W końcu mi wytłumaczył, jak trafić na ulicę Cmentarną. Podziękowałem grzecznie i powędrowałem we wskazanym kierunku. Na szczęście walizka ważyła tyle, co i nic. Zawierała tylko piżamę, przybory toaletowe i koszulę na zmianę. Szedłem więc szybko, popędzany jeszcze podmuchami wiatru.

Byłem tu przed dwudziestu kilku laty. Nie pamiętałem już dobrze drogi na ulicę Cmentarną, ale przypominałem sobie, że to dość daleko od stacji. I pamięć mnie nie zawiodła. Było rzeczywiście daleko. Deszcz gęstniał, wiatr się wzmagał, a ja szedłem i szedłem przez opustoszałe ulice, mijając nie kończące się szeregi domów i domków, w których oknach płonęły ciepłe światła, zalane deszczem ogrody, koślawe płoty i nielicznych przechodniów przemykających się chyłkiem od latarni do latarni. W końcu spostrzegłem znajomy cmentarny mur z czerwonej, pokrytej liszajami porostów cegły, zza którego sterczały w niebo ogołocone z liści mokre gałęzie drzew, krzewów i las kamiennych i żelaznych krzyży...

A zaraz za cmentarzem był dom, który pamiętałem z młodości. Niski, parterowy, pokryty wysokim, stromym dachem z czerwonych dachówek. obrośnięty dzikim winem, w którego gąszczu w lecie nocowały ptaki. Wokół był listopadowy mrok, deszcz i dojrzałem tylko światła w niskich oknach, przebijające przez plątaninę bezlistnych krzewów, zarastających przestrzeń między domem a drucianą siatką ogrodzenia.

Pchnąłem niską furtkę i wąską błotnistą ścieżką podszedłem do drzwi. Po omacku poszukałem dzwonka. Pamiętałem, że gdzieś tu powinien być. I rzeczywiście. Po chwili wymacałem drewnianą rączkę dyndającą na długim łańcuszku. Bo to był taki właśnie dziwny dzwonek, który już wtedy, przed dwudziestu kilku laty, wydawał mi się okropnie staroświecki.

Szarpnąłem za rączkę raz i drugi. Rozległo się zaskakująco czyste, metaliczne dyndolenie, a w niedługą chwilę potem zza drzwi, wciąż zawartych, dobiegł przytłumiony kobiecy głos.

— Kto?

— Ja do pani Milewskiej. Do pani Eufrozyny...

Coś zgrzytnęło, zachrobotało, a potem drzwi uchyliły się z piskiem słabo naoliwionych zawiasów i jednocześnie bezlitośnie jaskrawym światłem rozbłysnęła żarówka umieszczona w drucianym koszyczku nad framugą. Drzwi nie uchyliły się zbyt szeroko. Zauważyłem spinający je łańcuch. Młoda dziewczyna o bardzo jasnych, długich włosach, spadających w dół miękką, puszystą falą, obrzuciła mnie obojętnym i nieufnym zarazem spojrzeniem.

— Pani Milewska dziś już nie przyjmuje — powiedziała. — Proszę przyjść jutro po południu.

Potrząsnąłem trzymaną w ręku walizeczką.

— Przyjechałem z daleka. Proszę mnie wpuścić...

Zastanawiała się chwileczkę. Obejrzała mnie jeszcze raz uważnie i podjeła decyzję:

— Niestety, bardzo mi przykro, ale to niemożliwe. Pani Milewska jest bardzo zajęta... Musi pan przenocować w hotelu. Proszę przyjść jutro.

Już chciała zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, ale zdążyłem zaprotestować:

— Chwileczkę! Niech pani nie zamyka! Pani Milewska czeka na mnie...

— Czeka? — w spojrzeniu jasnowłosej było zdumienie.

— Właśnie Wie. że miałem przyjechać... Napisała do mnie do Warszawy...

— Niech pan wejdzie — zdjęła łańcuch i wpuściła mnie do środka.

Sionka była ciasna, zagracona i ciemna. Wszystkie drzwi wiodące do pokoi były zamknięte. Na wieszaku zobaczyłem jakieś płaszcze i palta. W kącie stał rozłożony duży, czarny, męski parasol, z którego spływała woda.

Postawiłem walizeczkę na podłodze pokrytej linoleum i zacząłem rozpinać guziki zmoczonego płaszcza.

— Nazywam się Watucki — przedstawiłem się.

W oczach jasnowłosej panny rozbłysły iskierki zrozumienia:

— A! Pan Watucki! Słyszałam o panu... Moje nazwisko niestety nic chyba panu nie powie. Nazywam się Radwańska. Mieszkam z panią Milewską... Na imię mi Zofia, dla przyjaciół —uśmiechnęła się nieznacznie — Zośka... —podała mi rękę.

I kiedy się z nią witałem, jedne drzwi otworzyły się i do sionki weszła drobna, siwa kobieta w ciemnej sukni z białym koronkowym kołnierzykiem.

Pomyślałem, że nic się nie zmieniła. Przed dwudziestu kilka laty, gdy widziałem ją po raz ostatni, wyglądała chyba tak samo, jak dzisiaj. Teraz wydała mi się tylko trochę bardziej krucha i drobna..

Od razu mnie poznała, choć ja z pewnością zmieniłem się bardzo. Przed dwudziestu kilku laty nosiłem jeszcze krótkie spodnie, byłem okropnie chudy, piegowaty i miałem zawsze podrapane kolana. Liczyłem sobie wtedy trzynaście lat...

— Stasiu! — wykrzyknęła. — Jak to dobrze, że przyjechałeś! Żebyś wiedział, jak się bardzo cieszę...

Pochyliłem się i z należytym szacunkiem ucałowałem wyciągniętą ku mnie dłoń, wąską, delikatną, pokrytą siateczką błękitnych pulsujących żyłek i suchą, papierowobialą skórą.

— Postarałem się przyjechać jak najszybciej... Miałem kilka dni zaległego urlopu za przeszły rok. Postanowiłem go wykorzystać.

— Dobrze, że przyjechałeś. Rozbieraj się. kochanie! Ściągaj płaszcz.

Zdjąłem płaszcz. Gdy wieszałem go na wieszaku obok innych okryć, usłyszałem stłumione głosy, dolatujące zza jednych drzwi.

— Chyba nie w porę trafiłem — zacząłem się sumitować. — Ciocia ma gości — wskazałem — głową drzwi, za którymi rozmawiano.

— Nic nie szkodzi. Stasiu. To tylko takie małe spotkanie starych znajomych... Gdybym wiedziała, że przyjedziesz już dzisiaj, odłożyłabym to spotkanie. Wiesz, zbieramy się tu w każdy ostatni piątek miesiąca... Taka już tradycja...

— Będę przeszkadzał.

— Nic podobnego. Zjesz coś, odpocniesz i potem pójdziemy do tych ludzi. Mogą poczekać. I tak się zdążą nagadać z Alfredem...

Imię to zabrzmiało mi jakoś znajomo, ale jeszcze nie kojarzyłem go z nikim konkretnym. —— Widzisz — ciągnęła — zbieramy się dlatego właśnie w piątki, że w tym dniu tygodnia najłatwiej jest porozumieć się z Alfredem... Nie wiem, na czym to polega, ale tak właśnie jest... Próbowaliśmy oczywiście i w inne dni, ale — wyobraź sobie nie — wychodziło... Może ty mi potrafisz wytłumaczyć, mój chłopcze, dlaczego tak się dzieje? Jesteś człowiekiem wykształconym...

Popatrzyłem na staruszkę ze zdziwieniem Kim jest ten Alfred? O czym ona właściwie mówi?

Moje zdziwienie musiało być wyraźnie zauważalne, bo pospieszyła z wyjaśnieniami:

— Pamiętasz chyba wuja Alfreda?

Przypomniałem sobie pana Alfreda Zapamiętałem jego wesołe, nieco wyłupiaste oczy, czerwony nochal i sumiasty wąs, najeżony nad górną, zawsze wilgotną, jakby trochę nabrzmiałą wargą. Zapamiętałem jego tubalny głos, dziwaczny sposób akcentowania słów i ostry zapach tytoniu, którym były przesiąknięte wszystkie jego ubrania. Zapamiętałem to wszystko nad podziw dobrze, mimo że gdy pan Alfred umierał, nie miałem jeszcze dziesięciu lat.

— Ach, ciocia mówi o wuju Alfredzie...

— Właśnie. Można się z nim porozumieć tylko w piątki. Od lat zachodzę w głowę, dlaczego się tak dzieje...

Zerknąłem ukradkiem na pannę Zosię. Miała poważną minę, ale w kącikach jej ust czaił się uśmieszek. Z wyraźnym, złośliwym zainteresowaniem wpatrywała się we mnie, oczekując, jak zareaguję na słowa Milewskiej. Postanowiłem, że nie sprawię jej uciechy. Z kamiennym spokojem oznajmiłem: — Nie mam pojęcia, ciociu, dlaczego tak się złożyło, że z wujem można rozmawiać tylko w piątki... to rzeczywiście dziwne... A może — zaryzykowałem — umarł właśnie w piątek?

— Nie, to nie to — odpowiedziała poważnie. — Umarł we wtorek, a urodził się w czwartek... więc...

 

Wzruszyła ramionami i z głębokim zamyśleniem spojrzała mi w oczy. Usłyszałem dyskretne parsknięcie, jakby ktoś dusił się od tłumionego śmiechu. Ponownic zerknąłem na pannę Zosię. Z jej twarzy nie mogłem jednak niczego wyczytać.

Potem wprowadzono mnie do jednego z pokojów To była jadalnia. Duży, nakryty białym obrusem stół, wysoki kredens zwieńczony galeryjkami z drzewa, krzesła o wysokich oparciach... W oknach białe muślinowe firanki. Na parapetach doniczki z pelargoniami. Ściany, podobnie jak przed laty, pomalowane na niebiesko, dwa obrazy w ciężkich, złoconych ramach Na jednym nocny krajobraz parkowy. Staw, dwa łabędzie, wylizany księżyc na granatowym niebie Na drugim obrazie tłusta, mocno rozebrana niewiasta z jabłkiem w ręku. Niewiasta ma starannie wymalowane drobne loczki, cukierkowy uśmiech i różowe krążki rumieńców na okrąglutkich policzkach...

Ach! Jak kiedyś te obrazy mi się podobały... Zwłaszcza ta gola pani z jabłkiem w pulchnej łapce...

Siadam przy stole na wysokim krześle Naprzeciw zajmuje miejsce panna Zosia Radwańska. Ma mi dotrzymywać towarzystwa. Milewska odchodzi i już przy drzwiach zapowiada, że za chwileczkę. za małą minutkę, wróci z kolacją dla podróżnika. Nie wywinę się od kolacji. Starsza pani zna się na prawidłach gościnności.

Nie mam ochoty się wywijać, bo jestem porządnie głodny. Wyciągam z kieszeni paczkę extra mocnych bez filtrów, zapalniczkę i zaczynam się bezradnie rozglądać. Panna Zosia spieszy z pomocą. Podaje mi zdjętą z kredensu wielka muszlę:

— To będzie dobra popielniczka.

— Dziękuję.

Odruchowo podsuwam papierosy pannie Zosi. Bez słowa bierze jednego. Podaję jej ogień. Przypala. Zaciągając się ostrym dymem, pyta z lekkim uśmieszkiem:

— Jest pan zaskoczony?

— Owszem — przyznaję szczerze. — Nie spodziewałem się czegoś takiego...

— Dawno pan nie widział ciotki?

—Ostatnio rozmawiałem z nią dwadzieścia kilka lat temu...

— I tak pan to ładnie zniósł — panna Zosia nadal się uśmiecha. — Ktoś inny na pana miejscu miałby z pewnością niebywale głupia minę.

—Zawsze staram się, aby mnie nic nie zaskoczyło — wyjaśniam — ale swoją drogą to była mocna rzecz — przyznaję. Nie miałem pojęcia, że ciocia zajmuje się spirytyzmem. Od dawna?

— Och, odkąd ją znam A mieszkam tu już cztery lata Bardzo polubiłam panią Eufrozyne ... Jest taka mila, staroświecka i bezradna…

— Z czego właściwie żyje ciotka?

— Nie wie pan tego?

— Wyznam pani, że nie mam pojęcia.

— Nie interesuje się pan jakoś swoją rodziną...

Zrobiło mi się trochę głupio. Ta dziewczyna miała rację. Zupełnie nie interesowałem się dotąd losami Milewskiej. Dwa razy do roku wysyłałem jej karty pocztowe z życzeniami. Na Boże Narodzenie i na imieniny. Takież karty otrzymywałem też regularnie od niej. Gdy dziesięć lat temu umarła moja matka. Milewska przysłała mi grzeczne kondolencje. List, który od niej otrzymałem przed trzema dniami, był dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.

Dłonią, w której trzymałem papierosa, wykonałem nieokreślony, niemrawy gest, który mial wyrażać zakłopotanie.

— Na nic nie ma czasu... Zresztą, prawdę mówiąc, pani Eufrozyna wcale nie jest moją ciotką. Po prostu moja matka, choć była od niej sporo młodsza, bardzo się z nią przyjaźniła Po wojnie przez jakiś czas wraz z matką mieszkaliśmy u pani Milewskiej. Mówiłem do niej „ciociu” i tak już zostało. To zresztą wcale mnie nie usprawiedliwia. Przykro mi, że jakoś straciłem z nią kontakt... Z czego ona właściwie żyje? — ponowiłem pytanie.

— Pani Eufrozyna — wyjaśniła dziewczyna — oczywiście otrzymuje rentę. Po mężu. Ale to bardzo niewielka renta. Raczej symboliczna. Musi do niej dorabiać.

— Dorabiać? W tym wieku? Przecież ona ma już chyba około osiemdziesiątki...

— Za miesiąc skończy siedemdziesiąt pięć lat. A dorabia sobie pracą w domu. Przyjmuje klientów Codziennie, w dni powszednie, między szesnastą a osiemnastą.

— Ach, przyjmuje klientów... —postanowiłem pozostać wierny zasadzie, że nic mnie nie może zadziwić.

— Kiedy pan zadzwonił, pomyślałam, że to jeszcze jakiś spóźniony klient. Pani Eufrozyna miała ich już dziś pięciu... Była bardzo zmęczona, a jeszcze ten seans... Więc postanowilam pana spławić — znowu się uśmiechnęła. Wyglądała bardzo ładnie.

Przez dobrą chwilę pomilczeliśmy, a że ona nie spieszyła się z dalszymi wyjaśnieniami, w końcu zdecydowalem się zapytac:

— A właściwie, proszę pani, co to za klienci?.. Czym naprawdę zajmuje się moja „ciocia”?..

Bez słowa podniosła się z krzesełka i podeszła do kredensu. Otworzyła jedną z szafek i z półki, na której piętrzył się stos egzemplarzy tygodnika „Kulisy”, wyciągnęła kilka książek. Położyła je przede mną na białym obrusie. Książki były bardzo stare, zniszczone i postrzępione. Przeczytałem tytuły i od razu zrozumiałem wszystko. Najgrubsza (i najbardziej postrzępiona) książka nosiła tytuł Handlekunst. Katechismus der Handfïächen kunde mit 74 Handbildern. Druga byla zatytułowana The Study of Palmistry for Professional Purposes, trzecia, ozdobiona jaskrawą jarmarczną okładką, miała polski tytuł: Wiedza Tajemna. Encyklópedyczny wykład nauk tajemnych Wiedzy Duchowej opracowany na podstawie symbolistyki babilońskiej i egipskiej oraz Kabala według panny Lenormand, wróżki Napoleona Pier wszego...

— Teraz pan rozumie?

Skinąłem poważnie głową:

— Tak, teraz rozumiem... — w duchu pogratulowałem sobie opanowania. Nie dałem po sobie poznać, jakie wrażenie wywarła na mnie fachowa lektura mojej „ciotki”.

— Lepiej będzie — powiedziałem — jeśli pani położy te książeczki na miejsce. Ciocia może nie być zadowolona, że pani mi je pokazała.

— Nic podobnego. Pani Milewska jest bardzo dumna ze swojej biblioteczki — uśmiechnęła się ponownie, ale schowała książki do kredensu.

— Czy ciotka ma dużo klientów?

Przekornie zmrużyła oczy:

— Nie jest pan przypadkiem z urzędu finansowego?

— Och, nie — teraz ja się uśmiechnąłem.

Nie sądzę zresztą, żeby urząd finansowy mógł mojej ciotce wymierzyć jakiś domiar. Już prędzej niż z władzami fiskalnymi ciocia może mieć kłopoty z kolegium orzekającym — dodałem żartobliwie, choć prawdę mówiąc wcale mi nie było do śmiechu. Nagła świadomość, że osoba, do której żywiłem tyle szacunku, zajmuje się zawodowo wróżeniem z kart i ręki, nie wywołała we mnie stanu radosnej euforii.

— Dużo ciocia ma klientów? ponowiłem pytanie.

— Więcej, niż się pan może spodziewać. Bywają dnie, że nie zdąża załatwić wszystkich. Pani Milewska przyjmuje tylko dwie godziny dziennie. Dluższa praca już ją męczy...

Praca... więc ta panienka nazywa to pracą... Miałem ochotę wzruszyć ramionami. Powstrzymałem się jednak w ostatniej chwili.

Drzwi się otworzyły i weszła Milewska. Przyniosła na tacy szklankę z mocną, parującą herbatą, cukiernicę oraz talerzyki z pieczywem i wędliną.

— Jedz, Stasiu — powiedziała rozstawiając to wszystko przede mną — należy ci się solidna kolacja po podróży. My z Zosią już jadłyśmy. Zawsze przed seansem mamy wczesną kolację. Później jest tyle zamieszania...

— Goście cioci niecierpliwią się pewnie...

— Nic nie szkodzi. Nie przejmuj się, Stasiu. To im dobrze zrobi. Nic tak nie podnieca ludzkiej ciekawości, jak długie czekanie... Znam się nu tym. Stasiu...

Uważałem za wskazane usprawiedliwiać się w dalszym ciągu:

— Gdybym wiedział, że dziś wieczór ciocia jest zajęta, przyjechałbym jutro... Pospieszyłem się jednak, bo wywnioskowałem z cioci listu, że sprawa jest raczej pilna... że ciocia ma jakieś kłopoty.

— Kłopoty? Można to i tak nazwać — starsza pani uśmiechnęła się delikatnie. — Porozmawiamy o tym po seansie... albo najlepiej jutro. Chciałam się ciebie poradzić... Wiesz, Alfred powiedział mi o jednej sprawie, z którą sama nie umiem sobie dać rady.

Zamilkła, a ja zrozumiałem, że zrobiono ze mnie niezłego balona. List starszej pani brzmiał niepokojąco, a nawet wręcz dramatycznie. Czytając go odniosłem wrażenie, że Milewska znalazła się w jakichś tarapatach, a jednocześnie przypomniało mi się, jak wiele moja matka zawdzięczała tej kobiecie... Wcale niełatwo było mi wykukać te cztery dni zaległego urlopu. Stanąłem dosłownie na głowie, aby je uzyskać. Udało się. I w końcu okazało się. że pospieszyłem na łeb, na szyję na drugi koniec Polski tylko po to, aby dowiedzieć się, że starsza pani, która dorabia sobie do renty stawianiem kabały i chiromancją, usłyszała o czymś od ducha swego świętej pamięci męża... Patrzyłem teraz na schludną staruszkę bez większej sympatii.

— Pan ma rację — wtrąciła się nagle do rozmowy panna Zosia — goście czekają już dość długo. A pani Alina gotowa sobie pomyśleć, że pani boi się zacząć przy niej...

— Pani Alina? — Milewska wzdrygnęła się z odrazą, wymawiając to imię. — Cóż mnie obchodzi, co myśli pani Alina? Niech raczej będzie zadowolona, że w ogóle pozwoliłam jej tu dziś przyjść... Nie wiem zresztą, dziecko — wyraźnie się zafrasowała — czy zrobiłam dobrze zapraszając ją tutaj... Uległam po prostu namowom profesora. Nie lubię tej kobiety! — oświadczyła stanowczo. — Jej widok działa mi na nerwy.

Dopiłem ostatni łyk herbaty.

— Może się ciocia mną nie krępować. Poczekam tu spokojnie, a jak już skończycie z duchami, porozmawiamy.

— Poczekasz? Nic podobnego! Musisz pójść z nami! Wuj Alfred z pewnością będzie chciał z tobą porozmawiać.

Wprawdzie ja nie miałem specjalnej ochoty na pogawędkę z nieboszczykiem, ale moje delikatne protesty na nic się nie zdały.

* * *

— To, proszę państwa, jest mój gość z Warszawy.

Skłoniłem się grzecznie. Towarzystwo, złożone z trzech panów i dwóch pań, wpatrywało się we mnie z niejakim zainteresowaniem. Wszyscy siedzieli wokół okrągłego, niewielkiego stolika, na którym stał pięcioramienny, staroświecki porcelanowy świecznik. Na jego widok mocniej z pewnością zabiłyby serca wszystkich miłośników staroci, odwiedzających co niedzielę warszawski perski jarmark przy ulicy Wolumen. Stolik był niski, ciemny, nie pokryty żadnym obrusem.

Przystojna pani o ładnej, ale pospolitej, bardzo wymalowanej twarzy zatrzepotała długimi, przylepionymi rzęsami i unosząc w wystudiowanym, nienaturalnym geście upierścienione łapki oraz wydymając pełne wargi, powiedziała z wyraźnym przekąsem:

— Już myślałam, pani Eufrozyno, że pani zrezygnowała.

Milewska spiorunowała ją spojrzeniem:

— Pani Alino! Co za pomysły!... Jeżeli zdecydowałam się panią zaprosić, to z jakiej racji miałam rezygnować?

Wymalowana dama uśmiechnęła się i zaszczebiotała z podejrzaną słodyczą:

— Och, pani Eufrozyno. Różnie bywa... Mogła się pani na przykład poczuć niedysponowana...

— Niedysponowana? Dlaczego? — glos Milewskiej zabrzmiał sucho i ostro. — Co pani chciała przez to powiedzieć?

Widać było, że obie panie raczej nie przepadają za sobą. Krótkie spięcie wisiało w powietrzu.

Suchy, siwy facet w ciemnym wizytowym garniturze zdecydował się na pospieszną interwencję:

—Szanowne panie — powiedział — nie ma o czym mówić. Pani Alina — zwrócił się do gospodyni — nie miała niczego niewłaściwego na myśli... Po prostu wyraziła tylko swoje obawy...

Milewska spojrzała na faceta raczej surowo:

— Ta pani nie ma się czego obawiać, panie profesorze! Jeśli została tu zaproszona, to powinna spokojnie czekać na początek seansu... Przecież się nie pali!

Ton, jakim to powiedziała, pozostawał w dalszym ciągu bardzo nieprzyjemny, a jej oczy rzucały wojownicze błyski. Nie poznawałem starszej pani. Miła, schludna staruszka, sprawiająca jeszcze tak niedawno wrażenie kruchej statuetki z saskiej porcelany, przekształciła się nagle w kipiący wewnętrznym ogniem, przygotowujący się do wybuchu wulkan...

Widać było wyraźnie, że jeżeli wymalowana pani Alina powie cokolwiek jeszcze, choćby coś nawet najbardziej niewinnego, dojdzie do awantury.

Pani Alina chyba też to wyczuła, bo juz się nie odezwała, tylko na jej pociągniętych jaskrawą pomadką usteczkach pojawił się delikatny, wyraźnie fałszywy uśmieszek. Pan profesor także przezornie zamilkł. Podeszliśmy do stołu.

— Siadaj, Stasiu — powiedziała Milewska, wskazując mi wolne krzesełko wciśnięte między krzesełka pani Aliny i chudego profesora. Sama zajęła miejsce między dwoma mężczyznami o nieokreślonym wieku i wyglądzie. Obok jednego z nich siedział mój sąsiad z lewej — chudy pan profesor. Obok drugiego mężczyzny rozsiadła się niewiasta w średnim wieku o wyglądzie zmęczonej nauczycielki. Krzesełko pomiędzy nią a moją sąsiadką z prawej było na razie wolne. Za jego oparciem stała panna Zosia. W pewnej ohwili odniosłem wrażenie, że bardzo dyskretnie mruga do mnie, jakby starając się dać do zrozumienia, abym nie brał zbyt poważnie do serca obrządków, w których wypadło nam uczestniczyć. Pomyślałem, że niepotrzebnie się wysila. Naprawdę nie byłem zbytnio podekscytowany zapowiedzianym kontaktem z zaświatami, choć byłem mocno zaciekawiony. Przeżyłem już prawie czterdzieści lat, widziałem to i owo, ale jakoś dotąd nie uczestniczyłem jeszcze w podobnej szopce...

 

Na razie nic się nie działo. Świec w świeczniku jesacze nie zapalono, a światło padało z wielkiej, otulonej dużym, różowym abażurem lampy, zwisającej nad stołem. Okno zasłaniała ciemnopurpurowa zasłona z pluszu. Wielki, spasiony, czarny i lśniący wypielęgnowaną sierścią kot drzemał na zielonej pluszowej kanapce, ustawionej pod ścianą obok małego pianina z odsłoniętą klawiaturą. Na pianinie stał bardzo staroświecki dzwonek. Na ścianach wisiały jakieś obrazki i duży sztylet z rękojeścią zdobioną niebieskimi kamykami.

— Zosiu — powiedziała Milewska — zapal świece.

Zosia zapaliła świece i podeszła do kontaktu. Rozległo się delikatne pstryknięcie i lampa zgasła, a pokój wypełnił ciepły blask. Zosia wróciła do stołu i zajęła wolne krzesełko. Ledwie się zmieściła. Przy stoliku zrobiło się bardzo tłoczno. Nastrój zmienił się momentalnie. Pokój stracił nagle charakter banalnego mieszczańskiego saloniku. W blasku świec meble niespodziewanie wyszlachetniały i zaczęły przypominać antyki. Głębokie, miękkie cienie, poukładane po kątach, tworzyły nastrój tajemniczości, a twarze osób utraciły piętno pospolitości i nabrały wyrazu.

Zapadła głęboka cisza i nagle uświadomiłem sobie, że przez cały czas słyszę monotonne bębnienie deszczu po szybach i dobiegające zza nich poszumy listopadowej wichury.

— Proszę państwa — powiedziała Milewska, a głos jej zabrzmiał uroczyście — wobec tego, że niektórzy z was są tu z nami dziś po raz pierwszy, chciałam przypomnieć o pewnych regułach, jakich bezwzględnie musimy przestrzegać. Proszę przede wszystkim o zdjęcie z palców wszelkich pierścionków i obrączek oraz zegarków. Metale bardzo przeszkadzają w wytworzeniu łańcucha magnetycznego — podkreśliła słowo „łańcuch”. — Tak, do pani mówię — zwróciła błyszczące oczy w kierunku pani Aliny. — Proszę zdjąć te błyskotki.

Pani Alina jakby się trochę zawahała, a Milewska to widać musiała zauważyć, gdyż dorzuciła oschle:

— Niech się pani nie obawia. W moim domu nic nikomu nie zginęło...

Słowa staruszki były bardzo niewinne, ale ton, jakim je wypowiedziała i mocne podkreślenie zwrotu „w moim domu”, nasuwało podejrzenie, że tkwił w nich podtekst sugerujący, iż w domu pani Aliny nie radziłaby nikomu rozstawać się choć na chwileczkę ze swymi kosztownościami.

Pani Alina nie podjęła rzuconej rękawicy. Posłusznie ściągnęła pierścionki z kształtnych paluszków. Ja także zdjąłem z ręki zegarek i schowałem go do kieszeni.

— I jeszcze jedno — pouczała dalej Milewska — Bez względu na to, co się będzie tu działo, w żadnym wypadku, powtarzam w żadnym, nie wolno przerywać łańcucha... To mogłoby się skończyć tragicznie. Łańcuch można przerwać dopiero wtedy, gdy sama o tym wyraźnie powiem... Czy wszystko jasne?

Z zafascynowaniem wpatrywałem się w Milewską, nie mogąc się nadziwić następującym w niej przemianom. Nie minęła jeszcze godzina od chwili, gdy tu przybyłem, a miałem możność obserwować trzecie jej wcielenie. Powitała mnie spokojna staruszka, potem dostrzegłem w niej zaczepną jędzę, która z niewiadomych przyczyn usiłowała obrazić jednego z gości, teraz przemawia do nas rzeczowy organizator jakiegoś trudnego przedsięwzięcia, który wyjaśnia, co i w jaki sposób powinno być zrobione, aby osiągnąć zamierzone rezultaty.

— Proszę utworzyć łańcuch! — zakomenderowała. Przez chwilę byłem trochę zagubiony, bo nie miałem pojęcia, jak się takowy łańcuch magnetyczny wytwarza, ale szybko się połapałem, na czym to polega.

Po prostu wszyscy skrzyżowanymi przed sobą rękoma chwycili się wzajemnie za dłonie. Nie było to specjalnie wygodne, ale od biedy można było wytrzymać. W rezultacie prawa moja dłoń znalazła się w kościanym uchwycie lewego łapska pana profesora, w lewej natomiast poczułem miękkie paluszki prawej dłoni pani Aliny. W chwilę potem stwierdziłem, że ktoś kopie mnie w stopy. Jestem rozgarniętym facetem, więc w mig pojąłem, że nasze nogi także powinny połączyć się w magnetycznym łańcuchu. Szybko przydeptałem pantofelek pani Aliny, podczas gdy pan profesor postawił swój but na mojej stopie.

Łańcuch został szczęśliwie zamknięty. Myślałem, że teraz zacznie się już zabawa w przywoływanie umarłych, ale musiałem jeszcze trochę poczekać. Milewska krytycznym spojrzeniem oceniła jakość utworzonego łańcucha, a potem oświadczyła:

— Dziękuję... Tak właśnie będziemy siedzieli w czasie seansu... Teraz poproszę o chwilę koncentracji.

Pani Alina wyszarpnęła palce z mojej dłoni, pan profesor puścił moja prawą rękę. Łańcuch został na razie zerwany. Zaczęliśmy się koncentrować Wyglądało to trochę dziwnie. Wszyscy siedzieli wokół stołu w skupionym milczeniu i gapili się przed siebie, Milewska zamknęła oczy, płomyki świec leciutko drżały poruszane oddechami zgromadzonych, odblaski światła pełgały po kątach i po twarzach obecnych, czarne kocisko spokojnie drzemało na kanapie, deszcz monotonnie dzwonił po szybach. Mijały minuty i nic się nie działo. Powolutku poczynałem się czuć nieco znudzony. Coś niemrawo się to wszystko rozwijało.

Ale w końcu się zaczęło. Pani domu otworzyła oczy i powiedziała stłumionym, jakby trochę nieswoim głosem:

— Świece... proszę zgasić świece...

I na tę komendę naraz wszyscy dmuchać zaczęli, ile tchu w piersiach. Płomyczki zafalowały nagle i zatrzepotały poruszone gwałtownymi podmuchami. a potem szybciutko pogasły jeden po drugim. Mrok zapadł i czuć było tylko swąd, bo poniektóre knotki żarzyły się jeszcze nieśmiało, a ja ledwie mogłem powstrzymać się od śmiechu, gdyż przed oczyma miałem widok ośmiorga dorosłych ludzi, z przejęciem dmuchających na komendę wydaną przez siwowłosą staruszkę Obraz ten wydał mi się niezwykle komiczny.

Zaszurgotało przesuwane przez kogoś krzesło, rozległy się delikatne szmery wydawane przez ludzi kokoszących się na swoich siedzeniach, a z mroku wypłynęła kolejna komenda wydana przez moją niezrównaną „ciotkę”.

— Tworzymy łańcuch.

Posłusznie skrzyżowałem ramiona, poszukałem po omacku wokół siebie i już po sekundzie lewą ręką wyczułem ciepłe paluszki pani Aliny, a na palcach prawej dłoni ciężkie łapsko pana profesora. I nogi nasze też się spotkały, jak należy.

Ciemno było, choć oko wykol, więc uznałem za wskazane dodać nieco otuchy mojej sąsiadce. Delikatnie, bardzo delikatnie uścisnąłem jej paluszki i leciutko zwiększyłem nacisk buta na pantofelek. Jej dłoń nie zareagowała, ale za to na swoim kolanie poczułem ostrożne dotknięcie jej kolana.

Zabawa w rozmowę z umarłymi zaczynała mi się nawet podobać. Musiałem się już chyba przyzwyczaić, bo mimo tłoku przy stoliku siedziało mi się teraz zupełnie wygodnie.

Przez bardzo długą chwilę nie działo się nic zupełnie. Słychać było tylko bębnienie deszczu po szybach, poszum listopadowej wichury za oknem, delikatny szmerek oddechów i od czasu do czasu cichutkie skrzypnięcie krzeseł, na których siedzieliśmy.

Mijały minuty za minutami. Oczekiwanie na kontakt z tamtym światem przeciągało się... Pani Alina nie reagowała jakoś na moje delikatne próby dodawania jej otuchy i zaczynało się robić zdecydowanie nudno. Byłem zmęczony wielogodzinną podróżą i powolutku ogarniała mnie narastająca senność...

I kiedy już myślalem, że nie doczekam się żadnych pozaświatowych atrakcji, nagle zaczęło się!

Początkowo nawet zupełnie niewinnie. Gdzieś z mroku wypełzł jakiś delikatny szelest. a potem rozległo się cichutkie chrobotanie, jakby jakaś mysz zabrała się do podgryzania desek podłogi. Chrobotanie ustało po chwili, ale zaraz potem usłyszałem nową porcję delikatnych szelestów... Przypomniał mi się kot, drzemiący na kanapie... Pomyślałem, że pewnie zbudziło go chrobotanie myszy i wyruszył na łowy. Ale to nie był kot. Kot jest małym, lekkim zwierzątkiem, a nieokreślone do tej pory szelesty wyraźnie przybrały na sile i zamieniły się w ciche szurnięcia, które brzmiały tak, jakby ktoś człapał po podłodze w miękkich domowych bamboszach...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?