Jestem niewinny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jestem niewinny
Jestem niewinny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Jestem niewinny
Jestem niewinny
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99  14,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Jestem niewinny

Saga

Jestem niewinny

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1981, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950922

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Robert

Nazywam się Robert Cyprysiak. Mam lat dwadzieścia sześć. Wykształcenie średnie, ale niepełne. Skończyłem trzy klasy ogólniaka. To znaczy prawie trzy. Z trzeciej klasy wylali mnie w maju, tuż przed zakończeniem roku szkolnego. Gdyby nie to, z pewnością otrzymałbym promocję. Z matematyki pewnie bym się poprawił.

Zawodu wyuczonego ani żadnego stałego zajęcia nie posiadam. Utrzymuję się z prac dorywczych. To tu, to tam. Jak podleci. Byle wyżyć. Byłem dwukrotnie karany sądownie. Raz skazano mnie na rok pozbawienia wolności, z artykułu dwieście cztery, paragraf pierwszy, drugi raz na trzy lata, z artykułu dwieście dziesięć, paragraf pierwszy. Odbyłem całą karę. Więzienie opuściłem w dniu dwudziestego ósmego listopada zeszłego roku. Chcę pomóc w śledztwie i myślę, że moja dobra wola i chęć współdziałania wzięte zostaną pod uwagę.

To, co powiem, będzie prawdą, całą prawdą i tylko prawdą. Jeżeli popełnię jakieś nieścisłości czy omyłki, to nie ze złej woli, ale dlatego, że czasem pamięć mnie zawodzi. W wieku lat siedmiu uległem poważnemu wypadkowi. Miałem wtedy pękniętą podstawę czaszki i wstrząs mózgu. Od tej pory, mimo że badania encefalograficzne nic nie wykazują, pamięć mi czasem nie dopisuje, a dwukrotnie nawet uległem atakom epileptycznym, po których traciłem przytomność. W czasie moich procesów sądowych obrońca wysuwał to jako okoliczność łagodzącą. Niestety, nie mogliśmy przedstawić świadków, że ataki takie miałem. Biegli psychiatrzy i wysoki sąd nie chcieli uwierzyć w moją padaczkę.

Cała historia zaczęła się w czwartek, dziewiętnastego stycznia bieżącego roku. Obudziłem się z cholernym kacem. Suszyło mnie jak wszyscy diabli. Poprzedniego dnia w pośredniaku, gdzie zachodziłem codziennie w poszukiwaniu odpowiadającej moim zdolnościom i zdrowiu roboty, spotkałem dwóch starych znajomych. Dawno się nie widzieliśmy. Trochę razem wypiliśmy, ale spokojnie, kulturalnie, bez najmniejszego zakłócenia porządku publicznego. Około północy wróciłem do mieszkania obywatelki Reginy Biel, u której czasowo mieszkałem po opuszczeniu zakładu karnego. Reginka też była już na cyku, a w dodatku okazało się, że ma w domu zapasy alkoholu. Wypiliśmy więc razem z Reginką pół basa i wtedy dopiero mnie zmogło.

Rankiem dziewiętnastego stycznia obudziłem się zupełnie przegrany. Łeb pękał i suszyło mnie, jakby wszyscy diabli przyssali się do moich bebechów. Reginka jeszcze spała. Chciałem łyknąć kilka proszków od bólu głowy i strzelić sobie jakiś kefirek. Nie mogłem przecież cały dzień przeleżeć w wyrku. Byłem na dwunastą umówiony w pośredniaku. Miał się tam zjawić facet. Obiecał zaprotegować mnie u jednego prywaciarza z Rembertowa, który podobno potrzebował pilnie presera do wtryskarki. Bardzo zależało mi na tym spotkaniu. Nie chciałem wracać na drogę przestępstwa i naprawdę szukałem podpadającej mi roboty. Postanowiłem nawet, że jak do końca miesiąca nie trafi się nic podchodzącego, to pójdę ostatecznie i do budownictwa za niewykwalifikowanego. Taki już jestem, że jak coś sobie przyrzeknę, to spełniam, a że nie miałem ochoty na budownictwo, to naprawdę przykładałem się do szukania roboty.

W domu proszków ani kefirku nie było, Reginka za skarby nie chciała się rozbudzić, więc się ogoliłem, umyłem, ubrałem i wyszedłem na ulicę.

Najpierw za trzy złote kupiłem proszki od bólu głowy. Nie miałem jednak czym popić, a na sucho łykać niewygodnie. Znowu pomyślałem o kefirku albo kwaśnym mleku. Ale jak sobie przypomniałem te wszystkie smrody, jakie są w każdym barze mlecznym, to aż mną wstrząsnęło i zamiast na roztrzepaniec wpadłem na piwko do „Jantara” przy ulicy Świętokrzyskiej.

Zamówiłem duże piwo i porter, ustawiłem się przy oknie, łyknąłem trzy proszki, popiłem piwkiem przełamanym porterkiem i spokojnie czekałem, aż mi głowa nieco popuści. I wtedy, na moje nieszczęście, przyplątał się poeta R. Z poetą R. uczęszczałem do ogólniaka. Ja zresztą wtedy też byłem na etacie klasowego poety. Dwóch nas było takich zdolnych w klasie, R. i ja. Pisywaliśmy wiersze i wysyłaliśmy je do rozmaitych redakcji. Raz się nawet zdarzyło, że mój wiersz wydrukowali w „Głosie Pszczelarza”, podczas gdy jemu zawsze odpowiadano, że utwory jeszcze się do druku nie nadają i musi dużo nad sobą pracować oraz czytać wiele dobrej poezji. Tak więc w tamtych czasach to ja bywałem na wierzchu.

Później się zmieniło. Najpierw wylano mnie ze szkoły, bo miałem nieporozumienie z panią od biologii, a wkrótce potem była pierwsza odsiadka. I już nie pisywałem więcej wierszy. R. je nadal gryzmolił, gryzmolił, aż w końcu zaczęli go drukować, i teraz on jest młodym, dobrze zapowiadającym się poetą, a ja starym powyrokowcem, poszukującym znośnej roboty, w której mozna by zarobić na chleb i na coś do chleba, a przy tym zbytnio się nie uszarpać.

Poeta R. od razu mnie rozpoznał. Przywitał się serdecznie i zaczął wypytywać. Początkowo to taki chętny do rozmowy nie byłem, potem jednak się okazało, że R. wie doskonale, co mi się w ostatnich latach przydarzyło, więc zacząłem mu nawijać o życiu pod celą, a on słuchał, słuchał i tylko uszami ruszał.

Oczywiście na sucho ta gadka nie przeszła. Poeta R. zamówił jeszcze po dużym piwie i porterze, a potem się okazało, że ma w teczce – takiej czarnej, eleganckiej walizeczce – pół literka czystej. Stanęliśmy więc z naszym piwem przy jednym z wysokich stolików, tyłem do bufetu, żeby nas szefowa zza lady nie mogła przykikować, i co wypiliśmy trochę piwa z wyszczerbionych kufli, to poeta R. odmykał walizeczkę i dyskretnie uzupełniał zawartość szkła wódką. I tak popijaliśmy, i gawędziliśmy spokojnie. Tłok był jak wszyscy. diabli, gwar straszny, a powietrze ciężkie od dymu. Ludzie żłopali piwo, porterek i przyniesioną ze sobą wódkę, nieliczne babki piszczały często i przenikliwie. Dwóch zapuchniętych od pijaństwa grajków podpierało plecami drzwi do ustępu i rżnęło na skrzypkach i akordeonie, powiększając do szczytu hałas wypełniający wnętrze. Na niektórych zalanych piwem stolikach grano w karcięta lub w zapałki. Czasem ktoś kogoś w pysk strzelił, niekiedy inny jakiś łomotnął kuflem o kamienną posadzkę, ale na ogół było przytulnie i spokojnie.

Jak już wypiliśmy to, co R. przytargał w dyplomatce, i skończyłem nawijać o życiu pod celą, głos zabrał poeta. Wiersze rozmaite cytował i podpytywał, czy w dalszym ciągu coś piszę. Co miałem odpowiadać? Zasunąłem, że choć z poezją dawno zrobiłem już koniec, to przerzuciłem się ostatnio na prozę i napisałem kilka kawałków o garowaniu, a jak w końcu złapię jakąś podchodzącą robotę, to wtedy będę miał więcej czasu – bo teraz od rana do nocy latam za pracą – i solidnie zabiorę się do pisania...

Tuż obok nas sterczał jakiś elegancki facet w futrzanej papasze i tureckim kożuchu. Nosił przydymione okulary w drucianej oprawce, popijał porterek i wyraźnie nadstawiał słuchy. Trochę mnie to nawet wnerwiało, ale nie za bardzo, bo grzecznie stał, spokojnie, nie wtrącał się, nie przeszkadzał, a my przecież o niczym trefnym nie gadaliśmy. W końcu przestałem zwracać na niego uwagę.

Około godziny jedenastej pożegnałem się z poetą R., który pozostał w „Jantarze”, i wyszedłem na ulicę. Pogadałbym sobie jeszcze dłużej, ale pamiętałem o umówionym spotkaniu w pośredniaku.

Od rana nic nie jadłem, za to wypiłem sporo piwa i wódki, więc nic dziwnego, że powietrze trochę mi zaszkodziło. Postanowiłem krztynę odsapnąć, bo w głowie mi nieco wirowało. Przeszedłem na drugą stronę Świętokrzyskiej, porządnie, jak należy, przy światłach, i przysiadłem na murku koło pawilonu meblowego „Emilia”. Śnieżek drobny prószył, a ja siedziałem spokojnie na murku, odpoczywałem, paliłem papierosa i myślałem o różnych sprawach. Między innymi i o tym myślałem, że może naprawdę warto byłoby spisać kilka historyjek usłyszanych pod celą. Różne mi takie opowiastki przychodziły do głowy i kombinowałem, które z nich na początek spróbować zapisać. Nagle wyczuwam, że ktoś koło mnie na murku przysiada. Zerkam w prawo i widzę, że tuż obok mnie siedzi facet w kożuchu i futrzanej papasze. W pierwszej chwili go nie poznałem, ale tylko w pierwszej chwili. Zaraz się zorientowałem, że to ten, co się przysłuchiwał mojej rozmowie z poetą R. Po tych przydymionych szkłach go rozpoznałem.

Niewyraźnie mi się trochę zrobiło, bo pomyślałem, że to może jakiś cichociemny wywiadowca, ale zaraz się uspokoiłem. Gliniarz nie gliniarz, nie ma potrzeby się łamać. Niczego w „Jantarze” nie zmalowałem, papiery mam w najlepszym porządku, więc nie ma powodu do strachu. Najwyżej będzie kontrola dokumentów. Do żłobka mnie nie zatarga. Za trzeźwy na to byłem. Odkąd to zresztą wywiadowcy zabierają pijaków na Kolską? Nie ich to robota. Od tego są mundurowi w radiowozach...

Przyjrzałem się facetowi uważnie. Na wywiadowcę jednak nie wyglądał. Raczej na pedała, który szuka frajera do zabawy. Cholernie nie lubię takich rzeczy. Najeżyłem się i powiedziałem sobie, że jeżeli będzie mi robił jakieś świńskie propozycje, to mu z miejsca przyłożę po ryju.

 

No i zaczęło się.

Uśmiecha się i grzecznie zagaduje, czy niby mam trochę czasu i zechcę z nim porozmawiać. Ja mu na to – też grzecznie na razie – że nie mam ochoty na pogawędki i żeby się zaraz, delikatnie mówiąc, odtentegował, bo inaczej mogę mu zrobić grubszą nieprzyjemność...

I gdybym wziął na ząb, i wytrwał w tym negatywnym nastawieniu, tobym uniknął nieszczęścia. W najgorszym wypadku tyrałbym teraz za niewykwalifikowanego na budowie i sypiał spokojnie z Reginką, która – choć alkoholiczka – ma swoją klasę i potrafi znaleźć się w łóżku.

Gdybym, gdybym... Niestety. Słaby jest człowiek. Uległem diabłowi.

Z miejsca się połapał, że go uważam za pedryla, bo śmiać się zaczął i zapewniać, że nie ma nic wspólnego z bractwem intelektualistów pieszych, a jego do mnie sprawa ma zupełnie odmienny charakter... Zanim zdążyłem gębę otworzyć i odrzec coś z sensem, zasunął, że niechcący przysłuchiwał się temu, co mówiłem w „Jantarze”, i ma dla mnie pewne propozycje.

– Mogę panu zapewnić – powiada – zarobek uczciwy i zgodny z pana zdolnościami. Potrzeba mi – mówi – kogoś, kto potrafi pisać dobrze po polsku i ma głowę na karku...

Dziwne mi się to wydało, ale pomyślałem, że nic mnie nie kosztuje posłuchać, co ma do powiedzenia. Szukałem przecież dobrej i lekkiej roboty... Z góry sobie tylko przyrzekłem, że jeżeli to, co mi zaproponuje, choć o włos ocierać się będzie o któryś z artykułów kodeksu karnego lub innych ustaw obowiązujących, to choćby złote góry obiecywał, nie zgodzę się. Dwa razy już garowałem. Niektórzy mówią, że do trzech razy sztuka. Mnie jednak zupełnie dwa wyroki wystarczyły. Nie miałem żadnych ambicji dochrapać się trzeciego.

– Dobra – powiadam – czemu nie. Mogę posłuchać, co mi pan ma do powiedzenia. Ale – zastrzegłem się – to, że posłucham, wcale nie znaczy, że się zgodzę!

Ucieszył się i powiedział, że to się samo przez się rozumie. Zaproponował, żebym z nim wpadł do jakiejś restauracji coś przetrącić, a jak będziemy konsumowali, to mi wszystko dokładnie wytłumaczy. Oczywiście on będzie stawiał, bo przecież mnie zaprasza...

Zapomniałem jakoś o spotkaniu umówionym w pośredniaku. Poczułem za to, że jestem głodny, i się zgodziłem. Na swoje nieszczęście...

Zaprowadził mnie na ulicę Kredytową, do knajpy, która kiedyś była żydowska, a teraz jest filią „Kameralnej”. Rozebraliśmy się w szatni. On kupił u szatniarza paczkę carmenów i zeszliśmy do podziemia. Nie minęło jeszcze południe, więc w lokalu było pustawo. Zajęliśmy stolik ustawiony pod wielkim wiatrakiem, który wolno się obracał. Zjawiła się kelnerka i mój okularnik zaczął zamawiać. Kotlety schabowe zamówił z buraczkami i kapustą, a do tego oczywiście połówkę żytniej. Żytnią panna przyniosła nie w butelce, ale w karafce – bardzo elegancko – i zaraz napełniła kieliszki po raz pierwszy.

Wypiliśmy i dawaj do tych kotletów. Dobre były, tłuściutkie, przyrumienione jak należy. Dawno takich nie jadłem. Od czasu wyjścia z kicia odżywiałem się raczej mało regularnie i byle czym. W kiciu też nas pod względem kuchni nie rozpieszczali. Takie schaboszczaki z jarzynkami jadłem dawno, bardzo dawno temu. Pożerałem, aż mi się uszy trzęsły i błogo mi się na duszy zrobiło... I może dlatego zmiękłem, i szybko zgodziłem się na jego dziwaczną propozycję, choć już w pierwszej chwili, zaraz jak mi powiedział, o co mu chodzi, to pomyślałem, że albo kpi ze mnie, albo jest regularnym wariatem wypuszczonym na przepustkę z Tworek. Ale opowiem wszystko po kolei. Przedstawił mi się. Powiedział, że nazywa się Paweł Kosiorek i zajmuje się badylarstwem. Pomyślałem, że jeśli uważa, że znalazł faceta, który będzie babrał się w ziemi, to się grubo pomylił. Nie znoszę rozrzucania gnoju, pielenia i temu podobnych robót. Z dwojga złego wolałbym tyrać na budowie, niż babrać się w gnojówce, choćby za to nawet i dwie stówy dziennie podlatywały, co u badylarzy w sezonie często się zdarza. Ale zaraz zrozumiałem, że przecież do takiej roboty nie potrzeba mu kogoś, co umie pisać po polsku. Poza tym był styczeń, więc u badylarzy nie sezon. I zaraz rzeczywiście się okazało, że nie o to mu chodzi.

– Widzi pan – powiedział – pochodzę ze starej ogrodniczej rodziny. Takiej z tradycjami. W Warszawie było kilku ogrodników całą gębą. Siedzieli na Kosiorówce. Pan wie, gdzie to jest?

Nie wiedziałem, więc mi wyjaśnił, że tak nazywa się teren na zachód od Morów. Dobra, ogrodnicza ziemia.

– Ja jestem ostatni z warszawskich Kosiorków – ciągnął opowieść. – Na mnie ród się kończy... Dzieci nie mam i pewnie już mieć nie będę. Za kilkadziesiąt lat nikt już nawet nie będzie umiał powiedzieć, dlaczego ogrodnicze grunty na zachód od Morów nazywają się Kosiorówka... A być może i nazwa zaginie. Bo nie jest oficjalna. Na żadnym planie jej pan nie znajdziesz... Tylko ludzie tak to miejsce nazywają...

Zamilkł i nalał do kieliszków. Wypiliśmy.

– Chciałbym, żeby coś z tego zostało... To znaczy z tych tradycji... Bo, proszę pana, Kosiorkowie to naprawdę byli nie byle kim. Żyli i dawali żyć. Wszyscy ich znali i szanowali... Zasłużeni byli dla ludzi i dla społeczeństwa... Mój pradziad, proszę pana, był w powstaniu styczniowym. Jeszcze jako szczawik zupełny. Z szesnaście lat wtedy miał. Z domu od ojca uciekł do Kampinosu... do partii... I inni Kosiorkowie też ładnie się zapisali... Na przykład brat mojego dziadka w dziewięćset piątym należał do organizacji bojowej PPS... Krzywili się na niego w rodzinie, bo Kosiorkowie ludzie majętni, tak znowu bardzo za socjalistami to nie byli, ale go z rodziny nie wyklęli... A w czasie okupacji, panie, u nas, w naszej starej szklarni, był magazyn broni, a potem radiostacja. Żydów się też przechowywało. A za to wtedy, pan wie... Kula w łeb bez żadnego gadania. Jednym słowem, ładne tradycje...

Słuchałem piąte przez dziesiąte i kombinowałem, czego właściwie ten okularnik może chcieć. Ale prawdę powiedziawszy, tak znowu za bardzo to już tego ciekawy nie byłem. Wypite piwo i wódka zrobiły swoje. Rozmarzony jakiś byłem, rozmamłany i jego gadanie o tradycjach rodu Kosiorków docierało do mnie jak przez mgłę.

– ...i dlatego, proszę pana, zdecydowałem, że to nie może zaginąć. Musi po nas pozostać jakiś ślad. Po nas, po Kosiorkach. Nasza rodzina, proszę pana, to kawałek historii tego miasta i tego kraju...

Kiwałem głową potakująco. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby ślad po Kosiorkach pozostał. Niech im tam. Mnie to nie przeszkadza...

– ...i tu się zaczyna pana rola. Moja propozycja jest taka: spisze pan historię rodziny Kosiorków. To znaczy, ja napiszę za pomocą pana pióra. Pan będzie moim nieoficjalnym współpracownikiem. Na okładce będzie tylko moje nazwisko. Ostatniego z Kosiorków. Ale dobrze panu zapłacę. Nie będzie pan stratny...

To, co mi powiedział, dotarło do mnie z opóźnieniem. Zamarłem z otwartymi ustami, a widelec, uniesiony do góry, ze sporym kęsem schaboszczaka, zatrzymał się nieruchomo w połowie drogi. A gdy już zrozumiałem, o co mu chodzi, parsknąłem śmiechem.

– To nic śmiesznego – powiedział, kiedy już przestałem rechotać. – To bardzo konkretna propozycja. Oczywiście do niczego pana nie zmuszam. Jeżli pan woli, zamiast zająć się pisaniem, pracować gdzieś jako fizyczny, to pana sprawa. Różne ludzie mają gusty. Jeden woli machać piórem, inny łopatą...

– Zaraz, zaraz – przerwałem – nie tak prędko, mistrzu. Wcale nie wolę, tylko że tak jakoś... Po prostu spadło to na mnie za nagle. Zupełnie się nie spodziewałem...

Okularnik uśmiechnął się ironicznie.

– Pan pewnie myślał, że zaproponuję skok na bank albo podkop pod Pewex? Czy ja rzeczywiście wyglądam na kogoś, kto się takimi sprawami zajmuje?

Nie wyglądał. Ale nie wyglądał też na wariata, a przecież...

– Jak pan to sobie wyobraża? – zapytałem. – Niby w jaki sposób mam napisać historię pańskiej rodziny? Przecież ja nic nie wiem ani o panu, ani o żadnych innych Kosiorkach...

– Zaraz wyjaśnię. Oczywiście, że pan nic nie wie, ale to żadna przeszkoda. O tym, żeby napisać historię rodziny Kosiorków, myślę już od lat. I zbieram materiały. Dużo ich mam. Bardzo dużo. Metryki, wypisy z aktów urzędów stanu cywilnego, z hipoteki i sądów. Jeden student siedział przez wiele miesięcy w bibliotece, w czytelni czasopism na Koszykowej, i wybrał z prasy warszawskiej wszystko, co w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat napisano o Kosiorkach. Okazało się, że jest tego sporo. Zapłaciłem temu studentowi kilkanaście tysięcy złotych. Nagrałem też ładne paręset metrów taśmy magnetofonowej. Różni starsi ludzie, którzy znali Kosiorków, opowiedzieli mi o nich. Zebrałem masę materiału. Wykreśliłem drzewo genealogiczne... Teraz wystarczy tylko siąść, uporządkować wszystkie te papierzyska i zabrać się do roboty... Próbowałem zresztą... Kilka razy próbowałem...

– I co?

– Nic. – Rozłożył bezradnie ręce. – Nie wychodzi. Nie potrafię nawet sklecić pierwszego zdania... Postanowiłem więc, że muszę znaleźć sekretarza. Kogoś, kto za mnie, pod moim kierunkiem, napisze tę książkę... No, to jeszcze po jednym!

Rozlał resztę żytniówki z karafki. Pomyślałem, że ten pan Kosiorek to jednak naprawdę wariat. Pierwszy raz widziałem badylarza, który zamiast kombinować, jak to tanim kosztem rozbudować szklarnie i jak podnieść wydajność z każdego metra pod szkłem, marnuje czas i pieniądze na zbieranie materiałów o swoich przodkach... Żeby nazywał się Potocki albo Radziwiłł... Dalej chciało mi się śmiać, ale mimo że sporo wypiłem, byłem na tyle przytomny, żeby tego nie robić. Facet widać należał do tego rodzaju jeleni, których można solidnie podoić. I to zupełnie legalnie, w zgodzie ze wszystkimi paragrafami kodeksu karnego. Sam przecież mimochodem wspomniał o tych kilkunastu tysiącach złotych, które lekko odpalił studentowi za to tylko, że tamten wyszperał mu w starych gazetach rozmaite historyjki o Kosiorkach.

Zdecydowałem się. Na swoje nieszczęście się zdecydowałem. Postanowiłem podjąć się napisania wielkiej historii badylarskiego rodu Kosiorków. Rzecz wydawała mi się lekka, łatwa i przyjemna. Wprawdzie nigdy w życiu nie pisałem niczego podobnego, ale przecież nie święci garnki lepią. A jeśli nawet nie uda mi się sklecić niczego sensownego, to i tak nic złego się nie stanie. Najwyżej pan Kosiorek zrezygnuje z moich usług, a tego, co tymczasem z niego wydoję, nikt mi już nie odbierze...

Spojrzałem mu poważnie w oczy i powiedziałem:

– Przekonał mnie pan, panie Kosiorek. Spróbuję panu pomóc... Oczywiście, jeżeli się dogadamy co do warunków...

Błogi uśmiech rozlał się na zaczerwienionej twarzyczce Kosiorka. Zdjął okulary i zaczął je przecierać papierową serwetką.

– Od razu, gdy usłyszałem w tym „Jantarze”, jak pan opowiadał koledze o swoich zainteresowaniach literackich i o osobistych kłopotach, to pomyślałem, że pan mi się nada. Ja mam, panie, nosa do ludzi... Co do warunków to z pewnością się dogadamy... – oświadczył uroczyście, a potem już zupełnie innym tonem zapytał: – Ma pan przy sobie jakieś dokumenty? Pan rozumie... Muszę pana trochę poznać...

Poznać? Dlaczego nie? Oczywiście, niech mnie poznaje! Jestem do dyspozycji! Wyciągnąłem z kieszeni dowód osobisty. W środku miałem złożone świadectwo zwolnienia z zakładu karnego. Przejrzał uważnie dowód, przestudiował świadectwo.

– Siedział pan... – powiedział oddając mi papiery.

– Nie da się ukryć. Zresztą, jeśli pan dobrze słuchał, o czym nawijałem w „Jantarze”, to nie może to być dla pana zaskoczeniem...

– Oczywiście, oczywiście! – zapewnił pospiesznie. – To mi zupełnie nie przeszkadza... Tak mi się tylko powiedziało... Ma pan jakąś rodzinę? Gdzie pan mieszka?

Wyjaśniłem, że nie mam żadnej rodziny, bo samotny jestem jak palec. Moi starzy po tym, jak drugi raz mnie zamknęli, oświadczyli, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Nie widziałem ich od tej pory. Powiedziałem też, że mieszkam kątem u znajomej.

– Przeprowadzi się pan do mnie – zdecydował. – Stworzę panu doskonałe warunki do pracy. Do czasu ukończenia książki będzie pan mieszkał i jadał u mnie...

– Powoli, mistrzu! – przerwałem mu. – Jeszcześmy nie dobili targu, pan mi jeszcze nie powiedział, co ja będę z tego miał...

Więc mi powiedział. Bardzo mi się podobały warunki. Miałem dostawać cztery patyki miesięcznie, zakwaterowanie i wyżywienie. Po zakończeniu pracy nad książką, jeżeli oczywiście uzna, że robota się udała, dostanę premię. Piętnaście tysięcy złotych...

Coś mi się nie widziało, żebym miał kiedykolwiek dostać tę premię. Nie bardzo wierzyłem, aby mógł być zadowolony z wyników mojej pracy. Miałem jednak nadzieję, że przynajmniej do wiosny będę miał zapewniony wikt, mieszkanie i trochę grosza... A gdy słoneczko przygrzeje... No, wtedy to się zobaczy...

 

Nie targowałem się więc z nim, choć dla dobrego wrażenia powinienem trochę się podroczyć. Wyciągnąłem łapsko i potrząsnąłem serdecznie jego grabulą.

– Szufla, mistrzu! Jestem pańskim sekretarzem. Opiszemy wspólnie dzieje rodu Kosiorków. Może pan na mnie polegać...

Potem zauważyłem, że dobicie targu wymaga przypieczętowania kolejnym półliterkiem. Nie zgodził się. Powiedział, że ma jeszcze dziś coś do załatwienia i nie może być wlany. Nie sprzeczałem się z chlebodawcą. Nie chce to nie. Jego wola.

Umówiliśmy się na dzień następny. O godzinie dwunastej w południe miałem na niego czekać z rzeczami przed piwiarnią „Jantar”. Miał przyjechać po mnie wozem. Przed rozstaniem wypłacił mi z własnej woli zaliczkę. Pięć stów.

– Mam nadzieję – powiedział – że nie zwieje pan z forsą. Mały zysk, a duża strata. Jeśli będzie się pan mnie trzymał, zarobi pan znacznie więcej...

Zapewniłem pana Kosiorka, że nie ma czego się bać. Naprawdę nie miałem zamiaru ulatniać się z zaliczką – nie należy podcinać gałęzi, na której właśnie się siadło.

Z restauracji wróciłem do domu, to znaczy do Reginki. Rozebrałem się i poszedłem spać. Reginka wróciła późnym wieczorem. Była zła jak chrzan, bo zmarzła na kość i nie podłapała żadnego klienta.

– Nie martw się, Renia – powiedziałem – dzisiaj ja będę twoim klientem.

Położyłem przed nią te pięć stów, które dostałem od Kosiorka. Niech zna gest. Bardzo się zdziwiła, że dałem jej forsę. Dotychczas to bywało raczej odwrotnie. Nie miałem żadnych przychodów. To ona codziennie rano odpalała mi kilka dziesiątek na obiad, fajki i piwo.

– Zrobiłeś jakiś skok? – zaniepokoiła się poważnie, przeliczając wręczone jej setki. – Musisz uważać, Robert. Jak nic znowu trafisz do pierdla...

– Nie ma strachu, kobieto. To szmal uczciwie zarobiony. Dostałem pracę. Zostałem sekretarzem jednego wariata...

Nie uwierzyła mi. A gdy powiedziałem jeszcze, że jutro z rana się wyprowadzam, rozzłościła się i trochę nawet popłakała. Nie chciała wierzyć, że dostałem pracę. Myślała, że przeprowadzam się do innej. Długo i bez większego skutku tłumaczyłem jej, że tak nie jest. Potem obiecałem, że jak się tylko ociepli, wrócę do niej na stałe, a do tego czasu będę niekiedy wpadał. Dopiero jak jej to przyrzekłem, trochę się uspokoiła i poszliśmy do łóżka. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiem, co te dziewczyny we mnie widzą... Jestem wysoki, czarniawy, włos mam miękki, puszysty, zęby białe, nawet jak ich długo nie myję, no i poza tym niczego mi nie brakuje. Ale to wszystko. Do Gregory Pecka czy Strasburgera jednak mi daleko. A mimo to zawsze, odkąd odrosłem od ziemi, kręciły się wokół mnie jakieś dziewczyny. Niby było to przyjemne i wygodne, ale nie zawsze. Czasami stawało się to źródłem cholernych kłopotów...

Następnego dnia spakowałem wszystkie swoje rzeczy, wziąłem teczkę pod pachę i już o jedenastej poszedłem pod „Jantar”. Gdy było pięć po dwunastej, zacząłem się denerwować, że Kosiorek nawalił i trzeba będzie zwinąć żagle, i wracać na Pańską do izdebki wynajmowanej przez Reginkę. Wcale mi się to nie uśmiechało. Już przez te kilkanaście godzin zdołałem się przyzwyczaić do myśli o życiu w badylarskim luksusie.

Kosiorek jednak się nie rozmyślił. Dziesięć po dwunastej przy krawężniku przyhamował zielony fiat mirafiori i zza jego szyby wyjrzał mój chlebodawca. W pierwszej chwili nawet go nie poznałem, bo był bez okularów. Że to on, zorientowałem się dopiero wtedy, gdy otworzył drzwiczki i powiedział:

– Wsiadaj! Pospiesz się! Tu nie wolno się zatrzymywać, zapłacę mandat.

W przeciwieństwie do dnia poprzedniego, kiedy był uprzedzająco grzeczny, zwracał się teraz do mnie po imieniu, a ton miał szorstki i rozkazujący. Uznał się już widać za mojego szefa. Niech mu tam! Jeśli mu sprawia przyjemność tykać mnie, to bardzo proszę. Nikt od tego nie umarł. Grunt, żeby mnie dobrze żywił i płacił, ile się zobowiązał. Będę mu pisał tę cholerną historię rodu Kosiorków najlepiej, jak potrafię. Tak od razu mnie chyba nie wyleje. Do wiosny pewnie wytrzymam. Może nawet i dłużej...

– Dobrze, że jesteś trzeźwy – powiedział, gdy wjeżdżaliśmy w tunel łączący Kasprzaka z Wolską. – Zapomniałem ci powiedzieć, że u mnie w czasie pracy nie ma mowy o popijaniu. Co będziesz robił po godzinach albo w niedzielę, twoja sprawa, tylko do domu musisz wracać po cichu i bez żadnych awantur. Za to w czasie pracy – całkowita abstynencja. Będziesz robił dziennie po siedem godzin...

Pomyślałem, że zniosę i to.

– Oczywiście, szefie. W pracy będę trzeźwy jak niemowlak. Nawet piwka sobie nie strzelę... Taki już jestem, szefie...

Roześmiał się zgryźliwie.

– Jednym słowem: niewiniątko... No, to świetnie.

Jechaliśmy Wolską, potem Połczyńską. Kiedy minęliśmy granicę Warszawy, zaraz za stacją obsługi samochodów w Morach skręciliśmy w prawo. Droga była polna, nie oczyszczona, pokryta wyślizganą warstwą śniegu i zamarzniętego błota. To mego chlebodawcy wcale nie speszyło – dalej jechał ostro i wóz tańczył niebezpiecznie, tak że chwilami robiło mi się niewyraźnie. Popatrzyłem na Kosiorka. Siedział rozparty swobodnie i prowadził pewnie. Dość ostry wiraż wzięliśmy w taki sposób, że mróz mi przeleciał po plecach.

– Ostrożniej, szefie – jęknąłem – ja naprawdę chcę jeszcze napisać dla pana tę książkę...

– Nic się nie bój. Ze mną nie ma strachu...

– Ale z pana ryzykant...

– Mylisz się, kochasiu. Nie lubię ryzykować. U mnie wszystko jest zawsze precyzyjnie obmyślone i wykonane. I to zarówno na szosie, jak i w życiu...

Pomyślałem, że ma o sobie stanowczo za bardzo wygórowane mniemanie. Być może, za kółkiem rzeczywiście przeprowadzał wszystko precyzyjnie, ale w życiu... Najlepszy dowód, że tak nie jest, to wybranie właśnie mnie do napisania książki o Kosiorkach... Trafił, biedula, jak kulą w płot...

– To już moja ziemia – powiedział wskazując na prawo.

Popatrzyłem na pola pokryte śniegiem. Pola jak pola. Nic szczególnego.

– Tu rośnie cebula.

– Dużo tego?

– Ładne kilka hektarów...

Zajechaliśmy z fasonem przed dom położony tuż przy drodze. Budynek był niski, rozłożysty, betonowy. Przypominał raczej stary bunkier niż rezydencję badylarza, który uprawia kilka hektarów cebuli. Obok domu rozpościerała się szklarnia. Szklane okna były dokładnie zaszronione.

– A tam co pan pędzi? – zapytałem starając się wykazać maksimum uprzejmości wobec swego chlebodawcy.

– Teraz nic. Awaria ogrzewania. Produkcję uruchomi się dopiero w lutym.

Wysiadł z wozu. Ja też wylazłem. Otworzył drzwi do garażu.

– Poczekaj tu na mnie.

Posłusznie poczekałem, aż wprowadzi wóz. Drzwi do domu otworzył wydobytymi z kieszeni kluczami. Trochę się zdziwiłem.

– Sam pan tu mieszka?

– Jest żona i gosposia. Gosposia ma dwa tygodnie urlopu. Żona pojechała do miasta. Wchodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju.

Z zewnątrz dom pana Kosiorka wyglądał jak stary, odrapany bunkier, za to w środku... Aż mi dech zaparło, gdy się rozejrzałem wokoło. Dębowe, ciemne boazerie, dywany, stare obrazy w wielkich złotych ramach. Czuło się, że ci, co tu mieszkają, siedzą w szmalu aż po same dziurki od nosa. Spodobało mi się u pana Kosiorka. Tak, spodobało.

Gospodarz zaprowadził mnie do pokoju, który był dla mnie przeznaczony. Porządny był to pokój, z szerokim oknem, wersalką, szafką, stołem i krzesełkami wyściełanymi purpurowym pluszem. Postanowiłem, że postaram się pomieszkać tu tak długo, jak tylko się da.

– Rozgość się – powiedział Kosiorek – będziesz tu mieszkał. Dopóki gosposia nie wróci z urlopu, musisz sam sobie zamiatać... Łazienka jest przy końcu korytarza. Ostatnie drzwi na prawo. Gdy tylko żona przyjedzie, zrobi jakiś obiad. Na razie męczymy się bez gosposi, ale za dziesięć dni pani Jaga wraca i wszystko będzie grało jak w zegarku...