Piękne i niebezpieczne. Arystokratki polskiego wywiaduTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Motto

2  Podziękowania

3  Od autora

4  Wstęp, czyli historia bardzo odległa

5  Kat nie zdążył – Władysława Srzednicka Maciesza

6  Benita, Irene, Renate – miłość, wywiad i topór

7  Krystyna – agentka 007 czy prawdziwy „kwiat wojny”?

8  Polska hrabina o aryjskiej urodzie

9  Posłowie do części pierwszej

10  Aneks 1

11  Aneks 2

12  Aneks 3

13  Aneks 4

14  Aneks 5

15  Aneks 6

16  Aneks 7

17  Fotografie

18  Bibliografia

19  Indeks osobowy

A kto o gwiaz­dach śni,

Ten nie wie, co potęga;

Patrzy w jej jasną twarz

Ten, co po gwiazdy sięga. Sta­ni­sław Dłu­gosz

Podzię­ko­wa­nia

W zbie­ra­niu mate­ria­łów do tej książki w prze­różny spo­sób poma­gało mi bar­dzo wiele osób i bez ich bez­in­te­re­sow­nego wspar­cia praca ta nie­wąt­pli­wie nie mogłaby powstać w obec­nym kształ­cie. Pra­gnę im wszyst­kim ser­decz­nie podzię­ko­wać i jed­no­cze­śnie pro­szę, żeby wyba­czyć, jeśli kogoś nie wymie­ni­łem – zapewne zro­bię to oso­bi­ście.

Ser­deczne podzię­ko­wa­nia skła­dam wszyst­kim Rodzi­nom Musz­kie­ter­skim – przed­sta­wi­cie­lom rodów, które pozy­skały naj­wyż­szy mój sza­cu­nek przez boha­ter­ski udział ich przod­ków w boju na cichym fron­cie. Są to: Hen­ryk Gro­chol­ski, Krzysz­tof Mań­kow­ski, Ludwik Pla­ter-Zyberk, Mał­go­rzata Pla­ter-Zyberk, Miro­sław Rzepka, Marek Skóra, Andrzej Szad­kow­ski, Lech Żoł­nierz-Pio­trow­ski, Piotr Zduń­czyk.

Rów­nie gorąco dzię­kuję wszyst­kim bez­in­te­re­sow­nym oso­bom, jakie wsparły mnie, dostar­cza­jąc mate­riały doku­men­talne, które wyko­rzy­sta­łem w tej i spo­żyt­kuję w następ­nej, przy­go­to­wy­wa­nej już książce. Należą do nich: Maria Bli­chie­wicz, płk Andrzej Fur­man, Sta­ni­sław Jan­kow­ski, Sta­ni­sław Janu­szew­ski, prof. Hubert Kró­li­kow­ski, Jan Larecki, Joanna Lipka – Cen­trum Zarzą­dza­nia Bez­pie­czeń­stwem, Jan Mazanka, Mariusz Olczak, Kazi­mierz Pro­kop­czyk, Rafał Skrzy­pek, Bożena Solań­ska, Bar­tło­miej Szy­prow­ski, Krzysz­tof Tar­now­ski, Dorota Zawacka.

Bar­dzo dzię­kuję oso­bom, które włą­czyły się w dzia­ła­nia pro­mo­cyjne doty­czące mojej pracy pisar­skiej. Są to mię­dzy innymi: Dorota Bra­ci­cho­wicz, Aneta Chyc, Artur Jodłow­ski, Zbi­gniew Kań­ski, Grze­gorz Kie­le­siń­ski, Mał­go­rzata Koso­wicz, Piotr Koper, Jaro­sław Kruk, Mar­cin Malen­czyk, Mar­cin Nurek, Wie­sław Stę­pień, Michał Syper, Bogu­sław Tobi­szow­ski.

Głę­boki ukłon skła­dam leka­rzom z zaan­ga­żo­wa­niem dba­ją­cym o zdro­wie moje i rodziny, przez co zapew­nili mi warunki do spo­koj­nej pracy. Należą do nich: prof. Mariusz Kor­kosz, dr Mariusz Sko­pek, dr Dorota Tele­siń­ska-Jasiówka.

Od autora

Książka ta nie mogłaby powstać bez wcze­śniej­szego opra­co­wa­nia doty­czą­cego pod­ziem­nej orga­ni­za­cji wywia­dow­czej z okresu dru­giej wojny świa­to­wej o nazwie Musz­kie­te­rzy. Kie­ro­wana przez Ste­fana Wit­kow­skiego, pol­skiego wyna­lazcę, a w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym głę­boko zakon­spi­ro­wa­nego ofi­cera wywiadu, wielka struk­tura wywia­dow­cza opie­rała się przede wszyst­kim na dzia­ła­niu mądrych, zde­ter­mi­no­wa­nych i bez­kom­pro­mi­sowo dzia­ła­ją­cych kobiet wywo­dzą­cych się z krę­gów naszej ary­sto­kra­cji lub boga­tego zie­miań­stwa. One to wła­śnie lub ich kole­żanki z innych orga­ni­za­cji dzia­ła­jące dla dobra ojczy­zny i każ­dego dnia ryzy­ku­jące życie staną się głów­nymi boha­ter­kami poniż­szego opra­co­wa­nia. Czę­sto pomniej­sza się ich rolę, odsu­wa­jąc w zapo­mnie­nie, a prze­cież bez nich, bez ich odwagi, sze­ro­kich kon­tak­tów w całej Euro­pie i umie­jęt­nego wyko­rzy­sty­wa­nia otrzy­ma­nego wykształ­ce­nia i zna­jo­mo­ści języ­ków obcych, pocho­dze­nia, wro­dzo­nej inte­li­gen­cji, a czę­sto nie­prze­cięt­nej urody, dzia­ła­nie orga­ni­za­cji i komó­rek kon­spi­ra­cyj­nego wywiadu byłoby wie­lo­krot­nie mniej sku­teczne. Win­ni­śmy zacho­wać je nie tylko w naszej wdzięcz­nej pamięci, lecz także na kar­tach ksią­żek oraz pod­ręcz­ni­ków aka­de­mic­kich. Niech w ten spo­sób pozo­staną z nami na zawsze.

Zbie­ra­jąc i porząd­ku­jąc mate­riały do tej książki, nie mogłem wyjść ze zdzi­wie­nia. Takie wspa­niałe kobiety, wyjąt­kowe oso­bo­wo­ści, ich dzia­ła­nia żyw­cem przy­po­mi­na­jące doko­na­nia sław­nego agenta 007 Jamesa Bonda z powie­ści Iana Fle­minga. Nic nie zostało wymy­ślone. Wszystko zda­rzyło się naprawdę. Te kobiety takie wła­śnie były, tak dzia­łały, tak balan­so­wały na gra­nicy życia i śmierci, a my? My nic pra­wie nie wiemy. Nie prze­ka­zu­jemy ich histo­rii z poko­le­nia na poko­le­nie jako naj­chlub­niej­szych kart naszych dzie­jów, jako wzor­ców postę­po­wa­nia kształ­tu­ją­cych cha­rak­tery naszych dzieci i wnu­ków. Nawet gorzej – MY ZAPO­MI­NAMY, a ich doko­na­nia odgrze­by­wać trzeba z kurzu archi­wal­nych doku­men­tów i z mro­ków odle­głych wspo­mnień człon­ków rodzin. Po wie­le­kroć zada­wa­łem sobie pyta­nie – dla­czego? Odpo­wiedź przy­cho­dziła powoli i rodziła się z atmos­fery kolej­nych roz­mów ze świad­kami wyda­rzeń, z rodzi­nami moich boha­te­rek, które stać się prze­cież powinny boha­ter­kami naszymi, wszyst­kich moich roda­ków, wszyst­kich Pola­ków. Odpo­wiedź zamy­kała się w jed­nym sło­wie – ARY­STO­KRA­CJA. To słowo w pol­skiej powszech­nej świa­do­mo­ści spo­łecz­nej ni­gdy nie miało w pełni pozy­tyw­nego wydźwięku. Przy całej szcze­gól­nie w Pol­sce widocz­nej prze­pa­ści wią­żą­cej się ze sta­tu­sem mate­rial­nym warstw spo­łecz­nych doko­na­nia ary­sto­kra­cji na polu kształ­ce­nia podle­głych jej sta­nów, poprawy ich warun­ków życia drogą reform wła­sno­ści i sys­temu podat­ko­wego lub z cza­sem ochrony stanu posia­da­nia nik­nęły w masie nega­tyw­nych opi­nii oraz zawi­ści. Do tych nega­tyw­nie opi­nio­twór­czych gło­sów przy­łą­czała się czę­sto drobna szlachta, ponie­waż w pol­skich realiach praw­nych jed­no­ści szla­chec­kiej owi „lepiej uro­dzeni” nie powinni, zgod­nie z powszechną zasadą „szlach­cic na zagro­dzie równy woje­wo­dzie”, wyróż­niać się z pozo­sta­łej szla­chec­kiej braci. Czę­sto kłuł w oczy stan posia­da­nia ary­sto­kra­tów i wyni­ka­jące z niego sku­pie­nie w rękach ary­sto­kra­cji naj­waż­niej­szych urzę­dów publicz­nych, a tym samym auto­ma­tyczne dąże­nie do odręb­no­ści, sta­jąc się pod­ło­żem dla na poły nega­tyw­nego okre­śle­nia ary­sto­kra­tów „moż­no­wład­cami”. Dla ogółu narodu mniej ważne, wręcz nie­wi­doczne, były szkoły, biblio­teki, kształ­ce­nie i spon­so­ro­wa­nie zdol­nej mło­dzieży z uboż­szych warstw spo­łecz­nych, a tym samym roz­wój oświaty, nauki, kul­tury i sztuki moż­liwy dzięki róż­no­rod­nym dzia­ła­niom pol­skiej ary­sto­kra­cji.

Nie ma potrzeby ukry­wać, że śro­do­wi­sko ary­sto­kra­cji pol­skiej, w naj­więk­szej czę­ści wyjąt­kowo postę­powe, kie­ru­jące się twar­dymi zasa­dami moral­nymi i wyjąt­ko­wym patrio­ty­zmem, musiało mieć w swych ramach jed­nostki wymy­ka­jące się jakim­kol­wiek pozy­tyw­nym oce­nom, lecz wyjątki potwier­dzają regułę. Cha­rak­te­ry­styczne wydają się w tym miej­scu słowa, jakie umie­ścił w swych pamięt­ni­kach usto­sun­ko­wany lite­ra­tu­ro­znawca i kry­tyk lite­racki Wacław Led­nicki, wspo­mi­na­jąc cał­ko­wi­cie zapo­mnia­nego przez nas hra­biego Hie­ro­nima Tar­now­skiego – „uczciwy, nie­skoń­cze­nie prawy i mocno przy­wią­zany do zasad reli­gij­nych i moral­nych”. Można je odnieść do sze­ro­kich krę­gów przed­wo­jen­nej pol­skiej ary­sto­kra­cji.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej Pol­ska zna­la­zła się w stre­fie wpły­wów komu­ni­stycz­nych Związku Sowiec­kiego, a „strefa wpły­wów” ozna­czała bru­talne pano­wa­nie. Pol­ska ary­sto­kra­cja stała się źró­dłem czar­nych jedy­nie obra­zów przed­wo­jen­nego spo­łe­czeń­stwa dla całej pro­pa­gandy PRL i, co naj­gor­sze, dla sys­temu szkol­nic­twa oraz wycho­wa­nia mło­dzieży. To piętno złych wyzy­ski­wa­czy budu­ją­cych for­tuny na ludz­kiej krzyw­dzie, utrwa­lane przez poko­le­nia komu­ni­stów, poku­tuje do dziś i czę­sto daje o sobie znać w nie­chęt­nym sto­sunku spo­łe­czeń­stwa do potom­ków sta­rych rodów. Jestem prze­ko­nany, że teraz w wol­nej Pol­sce nade­szła pora, żeby usu­nąć zasłonę nie­pa­mięci z przed­sta­wi­cieli war­stwy spo­łecz­nej, która przez wieki two­rzyła histo­rię i kul­turę naszego kraju, a w cza­sie ostat­niej wojny była nie­jed­no­krot­nie wzo­rem poświę­ceń dla umi­ło­wa­nej ojczy­zny. Pochylmy więc z sza­cun­kiem głowy przed nimi – ary­sto­krat­kami pol­skiego wywiadu.

 

Wstęp, czyli histo­ria bar­dzo odle­gła

Kobiety i wywiad. Moda czy koniecz­ność? Co kie­ro­wało mną pod­czas wybie­ra­nia tego tematu? Pora odpo­wie­dzieć na to zasad­ni­cze pyta­nie.

W dzia­ła­niach wywia­dów na całym świe­cie agentki bar­dzo czę­sto odgry­wały ważną, nie­jed­no­krot­nie zasad­ni­czą rolę, a ich nazwi­ska na trwałe zapi­sały się w histo­rii wszyst­kich zna­nych służb spe­cjal­nych zaj­mu­ją­cych się szpie­go­stwem. Wymie­nie­nie ich wszyst­kich zaję­łoby znaczną część tej książki, więc wspo­mnę jedy­nie panie, które przy­nio­sły swym moco­daw­com usługi nie do prze­ce­nie­nia.

Dawno, dawno temu… Tak wła­śnie należy szu­kać śla­dów pierw­szej kobiety szpiega, któ­rej histo­rię opi­sano. Cof­nąć się należy do 350 roku p.n.e, kiedy to król per­ski Artak­serk­ses III na czele trzy­stu­ty­sięcz­nej armii roz­po­czął wyprawę prze­ciw Syrii. Opisy tych wyda­rzeń odna­leźć możemy w Sta­rym Testa­men­cie, odszu­ku­jąc tam wśród 46 ksiąg kanonu chrze­ści­jań­skiego bar­dzo inte­re­su­jącą Księgę Judyty. Auto­rzy nadali tam praw­do­po­dob­nie Artak­serk­sesowi imię Nabu­cho­do­no­zor, a w inte­re­su­ją­cej nas czę­ści doty­czą­cej pięk­nej i mądrej kobiety szpiega wystę­puje Holo­fer­nes, dowódca wojsk, które uka­rać mają miesz­kań­ców Judei za brak popar­cia. Kiedy armia dociera pod Betu­lię, jedną z twierdz strze­gą­cych podejść do Jero­zo­limy, mia­sto staje do obrony, lecz brak wody grozi nie­chybną klę­ską. Wtedy to poja­wia się bogata wdowa Judyta. Opi­sy­wana jest nieco lako­nicz­nie, jak na Stary Testa­ment przy­stało, ale nader wymow­nie. Jak zano­to­wali auto­rzy: „Była piękna i na wej­rze­nie bar­dzo miła. Mąż jej Manas­ses pozo­sta­wił jej po sobie złoto, sre­bro, sługi, słu­żące, bydło i rolę. A ona tym zarzą­dzała”. Judyta pozwala sobie na zbesz­ta­nie naczel­ni­ków mia­sta za brak wiary i plany pod­da­nia najeźdź­com. Podej­muje się w cza­sie pię­ciu dni oca­lić mia­sto, mówiąc: „Posłu­chaj­cie mnie, a doko­nam czynu, który pozo­sta­nie w pamięci z poko­le­nia na poko­le­nie dla dzieci naszego narodu. Stań­cie tej nocy przy bra­mie, a ja wyjdę z moją nie­wol­nicą, a w tych dniach, po któ­rych obie­ca­li­ście wydać mia­sto wro­gom naszym, Pan za moim pośred­nic­twem nawie­dzi Izra­ela. Wy zaś nie dopy­tuj­cie się o mój czyn, albo­wiem nie powiem wam, dopóki nie doko­nam tego, co chcę uczy­nić”. Jak powie­działa, tak zro­biła. Ubrana w piękne stroje i ozdoby ruszyła wraz ze słu­żącą w kie­runku obozu wro­gich Asy­ryj­czy­ków. Zatrzy­mana przez straże, mimo bru­tal­nego prze­słu­cha­nia, zdo­łała je prze­ko­nać, że infor­ma­cje, jakie posiada, pozwolą zdo­być mia­sto bez żad­nych strat. Wia­do­mo­ści są jed­nak tak ważne, że musi je prze­ka­zać bez­po­śred­nio naczel­nemu wodzowi. Któż by śmiał w takiej sytu­acji odmó­wić pięk­nej, boga­tej kobie­cie? Judyta otrzy­mała stu­oso­bową asy­stę i udała się do asy­ryj­skiego obozu, gdzie natych­miast ocza­ro­wała Holo­fer­nesa. Kiedy prze­ko­nała go, że potrafi dopro­wa­dzić do klę­ski obroń­ców, została jego miłym gościem. Prze­by­wała w obo­zie przez trzy dni, uzy­sku­jąc stop­niowo pełną swo­bodę poru­sza­nia. Genialna agentka – piękna, sprytna i nie­by­wale odważna. Prze­cież wspo­mniana swo­boda uzy­skana pod pozo­rem modłów pozwa­lała opra­co­wać drogi ucieczki i oswoić straże z jej osobą. Dnia czwar­tego Judyta uczest­ni­czyła w uczcie, jaką wydał wódz Asy­ryj­czy­ków, pra­gnący ją uwieść. Nad­miar wypi­tego wina uśpił jed­nak Holo­fer­nesa, któ­rym cały czas, z pozoru czule, zaj­mo­wała się agentka. Gdy zostali sami, Judyta odcięła mu głowę jego wła­snym mie­czem i z powo­dze­niem, prze­pusz­czona przez straże, prze­nio­sła ją do oblę­żo­nej twier­dzy1. Dnia następ­nego głowa asy­ryj­skiego wodza zawi­sła na murach, a oblę­żeni ude­rzyli nagle na obóz nie­przy­ja­ciela. Woj­ska asy­ryj­skie pozba­wione nie­spo­dzie­wa­nie dowo­dze­nia ponio­sły sro­motną klę­skę, a Judyta została powszech­nie czczoną boha­terką całego narodu.

Nie bez przy­czyny opi­suję tu dłu­żej histo­rię pierw­szej agentki przed­sta­wioną w Sta­rym Testa­men­cie, obra­zuje bowiem ona dosko­nale ponad­cza­sowe reguły, które były, są i chyba zawsze będą aktu­alne w pracy szpie­gów w spód­nicy. No, może z jed­nym wyjąt­kiem – teraz czę­ściej agentki przy­wdzie­wają spodnie, ale inte­li­gen­cja, spryt, umie­jęt­ność wyko­rzy­sta­nia urody i kobie­cego wdzięku połą­czone z odda­niem spra­wie, za którą wal­czą, zawsze sta­no­wić będą dla tej czę­ści agen­tury cechy decy­du­jące o powo­dze­niu misji. Jest wszakże fak­tem, że prócz wymie­nio­nych zalet agen­tek pocho­dze­nie z wyż­szych lub powszech­nie zna­nych warstw spo­łecz­nych sta­no­wiło zawsze atut rów­nie ważny jak inne cechy. Tak było w przy­padku Judyty i innych dam wywiadu, któ­rym tę książkę poświę­cam.

1 Pamię­tać trzeba, że ówcze­sna etyka wojenna w pełni dopusz­czała, a nawet pochwa­lała uci­na­nie głów wro­gom. Zwy­kle uży­wano ich póź­niej jako ele­mentu zastra­sza­ją­cego nie­przy­ja­ciel­skie oddziały. [wróć]

Kat nie zdą­żył – Wła­dy­sława Srzed­nicka Macie­sza

O Sła­wie marzy każdy, komu serce bije.

Dla Sławy się umiera, dla Sławy się żyje.

Ten dwu­wiersz pocho­dzi z obszer­nego utworu poświę­co­nego… No wła­śnie, teraz każ­demu Czy­tel­ni­kowi zapewne przy­cho­dzi do głowy moło­jecka sława, dla któ­rej sien­kie­wi­czow­scy boha­te­ro­wie gotowi byli poświę­cić życie. A jest to błąd. Nie­mały utwór nie­zna­nego autora pocho­dzący z 1921 roku poświę­cony jest kobie­cie rów­nie pięk­nej jak mądrej, do któ­rej wzdy­chali żoł­nie­rze Legio­nów Pił­sud­skiego. Miała na imię Wła­dy­sława, lecz już w rodzin­nym domu nazy­wano ją Sławą i takiego imie­nia uży­wała przez całe życie. Lubiła je, więc także ja przy tym imie­niu pozo­stanę, opi­su­jąc jej życie i nie­praw­do­po­dobne doko­na­nia.

Sława Srzed­nicka uro­dziła się 29 czerwca 1888 roku w mało­pol­skiej wsi Kar­win dzier­ża­wio­nej od 1843 roku przez jej ojca Ści­sława (Zdzi­sława) Srzed­nic­kiego herbu Pomian. Pocho­dząca z Pod­la­sia rodzina1 znana była z patrio­ty­zmu i żywego zain­te­re­so­wa­nia spra­wami ojczy­zny. Nie mogło być ina­czej, jeśli Zdzi­sław Srzed­nicki brał czynny udział w powsta­niu stycz­nio­wym, a o jego odważ­nych, cza­sami wręcz bra­wu­ro­wych poczy­na­niach wspo­mina w swym pamięt­niku inny uczest­nik tych bitew, rot­mistrz kawa­le­rii Jan New­lin Maza­raki, opi­su­jąc potyczkę z Koza­kami w Sielcu 8 maja 1863 roku, kiedy przed 12 powstań­cami ucie­kał cały oddział nie­przy­ja­ciół:

W sze­re­gach kawa­le­rii było kil­ku­na­stu daw­niej­szych moich towa­rzy­szów boń­cza­ków. Pomię­dzy tymi miły bar­dzo Zdzi­sław Śred­nicki, który po dłuż­szej i cięż­szej cho­ro­bie powi­nien by już był zanie­chać wojaczki. Ale praw­dzi­wie żoł­nier­ska dusza w domu ostać się nie mogła. Wyrwała się też z łona rodziny i na nowe pobie­gła boje. Cześć i sława takiemu Pola­kowi!

Rot­mistrz pomy­lił oczy­wi­ście nazwi­sko przy­ja­ciela, lecz wspo­mina o nim w swym pamięt­niku jesz­cze wie­lo­krot­nie.

Rodzina Srzed­nic­kich miesz­kała w przy­tul­nym domu w mało­pol­skim Kar­wi­nie, nie­da­leko Wierzbna. Zdzi­sław Srzed­nicki poślu­bił Pau­linę z Toma­sze­wi­czów i wycho­wy­wał tam wraz z nią czwórkę dzieci – synów Toma­sza, Juliana i Ludwika oraz wspo­mnianą córkę Wła­dy­sławę, przez wszyst­kich domow­ni­ków nazy­waną Sławą. Siel­skie życie rodziny prze­rwała tra­giczna śmierć ojca rodziny 31 grud­nia 1890 roku. Samotna wdowa wycho­wu­jąca czwórkę dzieci nie mogła podo­łać zarzą­dza­niu mająt­kiem i powró­ciła do rodzin­nego Wie­ru­szowa.

Sława otrzy­mała sta­ranne wykształ­ce­nie, ale teraz roz­po­czął się w jej życiu okres cią­głych podróży i prze­pro­wa­dzek, który zda­wał się nie mieć końca. W War­sza­wie ukoń­czyła II Gim­na­zjum Żeń­skie (1904), w Kuź­ni­cach (dzi­siej­szej czę­ści Zako­pa­nego), jak przy­stało na praw­dziwą zie­miankę, uczyła się pro­wa­dze­nia domu w Szkole Domo­wej Pracy Kobiet, pro­wa­dzo­nej przez Jadwigę Zamoy­ską, matkę zna­nego dzia­ła­cza spo­łecz­nego, hra­biego Wła­dy­sława Zamoy­skiego2. Osoby zna­jące już nie­po­skro­miony cha­rak­ter Sławy zadzi­wiać może ten kie­ru­nek edu­ka­cji i wyda­rze­nia, które nastą­piły nie­długo póź­niej. Cóż, takie czasy. Zasobna zie­mianka powinna wła­ści­wie pro­wa­dzić dom, a także wyjść za mąż nie­długo po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści. Zgod­nie z tymi zasa­dami ślub dla odpo­wied­nio wykształ­co­nej osiem­na­sto­latki sta­wał się prak­tycz­nie koniecz­no­ścią. Piękna Sława mogła wybie­rać i wybrała, choć, jak się nie­za­długo oka­zało, nie­zbyt wła­ści­wie. Poślu­bio­nym szczę­śliw­cem został Paweł Paweł­kie­wicz. Zwią­zek mał­żeń­ski utrzy­mał się jedy­nie kil­ka­na­ście godzin. Przy­czyny tak dra­stycz­nej decy­zji pod­ję­tej przez Sławę powinny zostać raczej tajem­nicą alkowy.

Nie­długo póź­niej mło­dziutka dziew­czyna zde­cy­do­wała się na wyjazd do Kra­kowa i pod­ję­cie stu­diów w Pol­skiej Szkole Nauk Poli­tycz­nych (PSNP), gdzie jej wykła­dow­cami byli naj­wy­bit­niejsi pro­fe­so­ro­wie prawa, eko­no­mii i nauk poli­tycz­nych. Te wła­śnie stu­dia stały się pod­stawą dla kształ­to­wa­nia dal­szej drogi życio­wej i całej kariery Wła­dy­sławy Srzed­nic­kiej. Kra­ków oka­zał się także waż­nym ośrod­kiem dla kształ­to­wa­nia poglą­dów poli­tycz­nych Sławy. Wła­śnie tutaj wycho­wana w patrio­tycz­nym duchu dziew­czyna zwią­zała się z ruchami nie­pod­le­gło­ścio­wymi. W zabo­rze austriac­kim umie­jęt­nie wyko­rzy­stano lega­li­za­cję skau­tingu, two­rząc jawną orga­ni­za­cję Pol­skie Dru­żyny Strze­lec­kie. W jej ramach Sława razem z Zofią Zawi­szanką (pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej i póź­niej Zofia Ker­nowa), w nie­dłu­gim cza­sie oddaną przy­ja­ciółką, orga­ni­zo­wała wzo­rem Lwowa żeń­ski oddział tychże Dru­żyn.

Piękna, młoda, inte­li­gentna kobieta zaan­ga­żo­wana w dzia­ła­nia nie­pod­le­gło­ściowe w Kra­ko­wie, prze­peł­nio­nym stu­diu­jącą, roz­po­li­ty­ko­waną mło­dzieżą. Two­rzyły się koła toczące zażarte dys­ku­sje doty­czące moż­li­wo­ści i metod sta­rań o Pol­skę a Sława była bar­dzo czę­sto gor­liwą uczest­niczką takich spo­tkań. Przyj­mo­wano ją zawsze z otwar­tymi ramio­nami nie tylko ze względu na inte­li­gen­cję i sporą wie­dzę. Nie da się ukryć, bar­dzo czę­sto wsku­tek jej wiel­kiej urody sta­wała się mile widzia­nym uczest­ni­kiem wielu poli­tycz­nych dys­put. Zawi­szanka, czę­sta jej towa­rzyszka, ze śmie­chem nazy­wała „wzdy­chul­cami” wia­nu­szek panów ota­cza­ją­cych Srzed­nicką. Czy Sława mogła dłu­żej być samotna? Jed­nym z wzdy­chul­ców był cztery lata od niej star­szy Feliks Mły­nar­ski, absol­went Wydziału Filo­zo­ficz­nego Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego, wów­czas już poważny i zaan­ga­żo­wany dzia­łacz poli­tyczny (znany wiele lat póź­niej, pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, z kie­ro­wa­nia „oku­pa­cyj­nym” Ban­kiem Emi­syj­nym w Pol­sce – i sygno­wa­nia swoim nazwi­skiem zło­tó­wek będą­cych w obiegu w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie, zwa­nych popu­lar­nie „mły­nar­kami”). Zwią­zek był bar­dzo poważny, bo poja­wiły się nawet wspólne plany mał­żeń­skie, a nie­od­łączna Zofia Zawi­szanka z pew­nym podzi­wem nazwała Feliksa „czy­stej krwi inte­lek­tu­ali­stą zaan­ga­żo­wanym, podob­nie jak Sława, we wspólną sprawę” (poli­tyczną oczy­wi­ście). To zupeł­nie natu­ralne, gdyż Mły­nar­ski był rów­nież człon­kiem Dru­żyn Strze­lec­kich.

Nie speł­niło się jed­nak marze­nie Feliksa, dla któ­rego Sława była inspi­ra­cją do napi­sa­nia poważ­nego dzieła pt. Zagad­nie­nia nie­pod­le­gło­ści. W życiu Srzed­nic­kiej niczym pio­run z jasnego nieba poja­wiła się wielka miłość. Czym ujął Sławę cztery lata od niej młod­szy męż­czy­zna? Zachwy­cona tą parą Zawi­szanka pisała tak: „Swo­ich rówie­śni­ków ujmo­wał przede wszyst­kim wyra­zem szcze­gól­nego udu­cho­wie­nia i wysub­tel­nie­nia. (…) Nikt się nie dowie, jak i kiedy ona także zro­zu­miała, że są dla sie­bie stwo­rzeni. Przed siłą takiego prze­świad­cze­nia musiały ustą­pić daw­niej­sze zobo­wią­za­nia. Mły­nar­ski opu­ścił Kra­ków. Sława i Stach byli nie­roz­łączni, jed­na­kowa strze­li­stość budowy, sub­tel­ność rysów, duma w nosze­niu głowy, jed­naki w oczach ogień”.

 

Tą wielką miło­ścią Srzed­nic­kiej był Sta­ni­sław Dłu­gosz, ps. Jerzy Tetera. Nic dziw­nego nie było w podzi­wie Zawi­szanki, zapewne skry­cie, podob­nie jak dzie­siątki innych kobiet, pod­ko­chu­ją­cej się w nie­by­wale przy­stoj­nym, inte­li­gent­nym i elo­kwent­nym mło­dzieńcu. To była naprawdę nie­by­wała postać, która zachwy­ciła swoją oso­bo­wo­ścią nawet autora tej książki na tyle, że kilka słów wię­cej musi o niej napi­sać.

Czę­sto­cho­wia­nin i szlach­cic herbu Wie­niawa, był synem urzęd­nika Drogi Żela­znej War­szaw­sko-Wie­deń­skiej Feliksa Dłu­go­sza i Pau­liny z Masz­kich. Uro­dził się 23 marca 1892 roku. Nie­ba­wem rodzina prze­pro­wa­dziła się do War­szawy, gdzie Sta­ni­sław ukoń­czył szkołę śred­nią. Już wtedy zaan­ga­żo­wał się w dzia­łal­ność poli­tyczną – uczest­ni­czył w strajku szkol­nym i został przy­jęty do nie­pod­le­gło­ścio­wej orga­ni­za­cji „Przy­szłość”, gru­pu­ją­cej star­szych od niego uczniów szkół gim­na­zjal­nych. Ogromny talent orga­ni­za­cyjny, lite­racki i kra­so­mów­czy pozwo­liły mło­dzień­cowi szybko awan­so­wać w struk­tu­rach orga­ni­za­cyjnych i wysu­nąć się na ich czoło. Napi­sał wtedy słowa wiel­kie, słowa ponad­cza­sowe, odno­szące się do całej idei naro­do­wej i ludzi o nią wal­czą­cych: „Nie­chaj Czy­ści biorą w ręce Sprawę ‒ ci ją dźwi­gną z pro­chu i nie dadzą paść ani w spie­ko­cie let­niej, ani w noc mroźną, ani w wichu­rze, ani w bla­sku. Ci dojdą do kresu”.

Został człon­kiem taj­nego Pol­skiego Związku Woj­sko­wego i war­szaw­skiego oddziału tej orga­ni­za­cji pod nazwą Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej im. Wale­riana Łuka­siń­skiego, któ­rej zada­niem było pro­wa­dze­nie dzia­łal­no­ści para­mi­li­tar­nej w śro­do­wi­skach mło­dzieży gim­na­zjal­nej. Po aresz­to­wa­niu przez car­ską poli­cję pod­czas zjazdu dele­ga­tów Związku Mło­dzieży Pol­skiej 2 kwiet­nia 1919 roku napi­sał w wię­zie­niu strofy poru­sza­jące serce każ­dego Polaka, prze­su­wa­jące go do czo­łówki ówcze­snych poetów patrio­tycz­nych:

Na murze mojej celi nie­zna­joma ręka

nakre­śliła już dzi­siaj na pół starte zda­nie:

„Jutro w Sybir eta­pem…” Sza­rzeją na ścia­nie

wyrazy, przed któ­rymi dusza moja klęka.

Po wyj­ściu z wię­zie­nia i zda­niu matury roz­po­czął stu­dia na Wydziale Prawa UJ w Kra­ko­wie. Dopiero tu zaczęła się dla niego naj­praw­dziw­sza „patrio­tyczna robota”, o któ­rej tak sam pisał do przy­ja­ciela:

W Kra­ko­wie wpa­dłem od razu w wir roboty i zajęć przed­eg­za­mi­na­cyj­nych uni­wer­sy­tec­kich. W poli­tyce aka­de­mic­kiej w bie­żą­cym pół­ro­czu nie anga­żuję się nie­mal wcale, nato­miast wzią­łem robotę wewnętrzną, zostaw­szy „arcy­ka­pła­nem” kra­kow­skim. Czyn­niej­szy udział biorę w robo­cie woj­sko­wej i wsze­dłem do kra­kow­skiej redak­cji „Zarze­wia”. Poza tym pra­cuję luźno w Towa­rzy­stwie Szkoły Ludo­wej.

Nic w tym dziw­nego, że w dzia­ła­niach kra­kow­skiej mło­dzieży Sta­ni­sław poczuł się niczym ryba w wodzie i natych­miast został w pełni zaak­cep­to­wany. Był prze­cież już człon­kiem taj­nej Armii Pol­skiej i jako jej przed­sta­wi­ciel zakła­dał Pol­skie Dru­żyny Strze­lec­kie, a w TSL orga­ni­zo­wał odczyty o tre­ściach histo­ryczno-patrio­tycz­nych i czyn­nie w nich uczest­ni­czył. Był też człon­kiem sto­wa­rzy­sze­nia aka­de­mic­kiego „Znicz”, które odgry­wało rolę eks­po­zy­tury taj­nej Armii Pol­skiej, i nie­ba­wem został jego prze­wod­ni­czą­cym. Cóż, poeta i patriota z praw­dzi­wie mło­do­pol­skim, gore­ją­cym ser­cem, ale… Wła­śnie owo „ale” jest dla tej wspa­nia­łej oso­bo­wo­ści nie­sły­cha­nie ważne. Roman­tyzm ni­gdy nie przy­sła­niał mu rze­czy­wi­sto­ści, co wie­lo­krot­nie się zda­rzało mło­dym ludziom z tam­tych cza­sów. Na stu­diach wszyst­kie egza­miny na Wydziale Prawa zda­wał bar­dzo regu­lar­nie, a prócz tego odna­lazł w sobie nową pasję, histo­rię, i w nie­dłu­gim cza­sie rów­nież w tej dzie­dzi­nie potra­fił wybić się daleko ponad prze­cięt­ność. Pro­fe­sor Wacław Tokarz pro­wa­dził wów­czas (1912/1913) „ćwi­cze­nia histo­ryczne” w ramach Semi­na­rium Histo­rycz­nego Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego. Sta­ni­sław Dłu­gosz, któ­remu zawsze naj­bliż­sze były wszel­kie dzia­ła­nia zmie­rza­jące do odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści i któ­rego wręcz fascy­no­wała tra­giczna i wspa­niała histo­ria narodu, stał się pil­nym słu­cha­czem rów­nież i tych wykła­dów i sam, nie­za­leż­nie, kon­se­kwent­nie stu­dio­wał skom­pli­ko­waną histo­rię powsta­nia stycz­nio­wego. Rezul­ta­tem były jego wła­sne, prze­my­ślane i trafne w swej wymo­wie publi­ka­cje pozwa­la­jące usta­wić go w jed­nym sze­regu z innymi histo­ry­kami tego okresu.

Sta­ni­sław i Sława, Sława i Sta­ni­sław – dwoje ludzi, któ­rych nie dzie­liło nic, a łączyło wszystko. Pocho­dze­nie, wykształ­ce­nie, to samo śro­do­wi­sko, poglądy poli­tyczne i spo­łeczne, dzia­łal­ność na toż­sa­mych polach w połą­cze­niu z nie­wąt­pliwą atrak­cyj­no­ścią fizyczną obojga mło­dych ludzi sta­no­wiły mie­szankę wybu­chową, któ­rej skut­kiem mogły być jedy­nie wza­jemna fascy­na­cja i wielka miłość. Czasy były jed­nak bar­dzo trudne dla zako­cha­nych. 28 lipca 1914 roku Austro-Węgry wypo­wie­działy wojnę Ser­bii, 1 sierp­nia Niemcy – Rosji, a 3 sierp­nia Niemcy – Fran­cji i Austro-Węgry – Rosji. Roz­po­częła się tra­ge­dia pierw­szej wojny świa­to­wej. Sta­ni­sław prze­by­wał wtedy w War­sza­wie, a wojenne wie­ści napeł­niły go praw­dzi­wym lękiem. Mógł prze­cież otrzy­mać szyb­kie powo­ła­nie do rosyj­skiej armii, a do tego nie mógł dopu­ścić. Już 5 sierp­nia wyru­szył w kie­runku Kra­kowa, żeby zamel­do­wać się w sze­re­gach pierw­szych oddzia­łów strze­lec­kich. Nie zdą­żył choćby i poże­gnać się ze Sławą. Nie mógł zdą­żyć, bo 1. kom­pa­nię kadrową sfor­mo­wano na Ole­an­drach 3 sierp­nia, a 6 sierp­nia masze­ro­wała już ona w stronę Mie­chowa. Tam wła­śnie Dłu­gosz spo­tkał masze­ru­ją­cych strzel­ców i natych­miast zacią­gnął się jako zwy­kły sze­re­go­wiec do pie­choty. Wykształ­ce­nie i umie­jęt­no­ści Sta­ni­sława pre­de­sty­no­wały go jed­nak do wyż­szych funk­cji i bar­dzo szybko został przy­dzie­lony w ran­dze ofi­cera do Oddziału Wywia­dow­czego 1. pułku pie­choty Legio­nów Pol­skich.

Sława w tym cza­sie spę­dzała waka­cje w Wie­ru­szo­wie, rodzin­nym majątku, do któ­rego prze­pro­wa­dziła się jej matka po śmierci męża. Prze­su­wa­jąca się linia frontu odcięła ją od Kra­kowa i od, jak sądziła, prze­by­wa­ją­cego tam Sta­ni­sława. Udało się jej tam dotrzeć dopiero w paź­dzier­niku, ale Dłu­go­sza już nie zastała. Może praca w wywia­dzie zdoła nas zetknąć, pomy­ślała zapewne, wie­dząc o przy­dziale uko­cha­nego. Wstą­piła do utwo­rzo­nego w Legio­nach Żeń­skiego Oddziału Wywia­dow­czego kie­ro­wa­nego przez Alek­san­drę Szczer­biń­ską (póź­niej­szą żonę Pił­sud­skiego).

Nie spo­sób pomi­nąć choćby krót­kiego omó­wie­nia dzia­łań tej wyjąt­ko­wej i nie­by­wale zasłu­żo­nej jed­nostki, któ­rej utwo­rze­niu począt­kowo prze­ciwny był nawet Józef Pił­sud­ski, nie­przy­chylny wobec for­mo­wa­nia jakich­kol­wiek fron­to­wych oddzia­łów kobie­cych. W roli kurie­rek i wywia­dow­czyń wła­śnie kobiety dzięki dosko­na­łemu przy­go­to­wa­niu spraw­dzały się wyśmie­ni­cie. Już 2 sierp­nia wywiad w oko­li­cach Słom­nik prze­pro­wa­dziła wspo­mi­nana wcze­śniej Zofia Zawi­szanka, a 7 sierp­nia z podob­nym zada­niem wyru­szyła w kie­runku Mie­chowa Alek­san­dra Szczer­biń­ska.

Sława Srzed­nicka zada­nia bojowe roz­po­częła, jak wia­domo, nieco póź­niej, a jej celem był Piotr­ków. Miała prze­wieźć stam­tąd wia­domości do War­szawy, a w dro­dze pro­wa­dzić roz­po­zna­nie jed­no­stek rosyj­skich. Pole­ce­nia wyko­nała na tyle dobrze, że już w grud­niu otrzy­mała z kole­żanką zada­nie znacz­nie szer­sze i trud­niej­sze. Nale­żało ponow­nie prze­do­stać się przez linię frontu do War­szawy, wio­ząc ze sobą bar­dzo kom­pro­mi­tu­jący bagaż. Były nim nie tylko nomi­na­cje i roz­kazy dla powsta­ją­cej tam Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej, ale rów­nież spora suma pie­nię­dzy dla niej prze­zna­czona. Nie­po­korna Sława ukryła ponadto w walizce sporą liczbę nie­le­gal­nych, a więc kom­pro­mi­tu­jących w przy­padku rewi­zji dru­ków. Sytu­acja była bar­dzo trudna. Front usta­bi­li­zo­wał się wów­czas na Wiśle, prze­kształ­ca­jąc się w wojnę pozy­cyjną (Niemcy zajęli Płock dopiero w lutym 1915 roku). Walk w tym cza­sie nie było, ale obie strony nie­wąt­pli­wie skrzęt­nie pil­no­wały swo­ich pozy­cji. Kobiety na potrzeby misji stwo­rzyły legendę, według któ­rej muszą prze­do­stać się do bar­dzo cho­rej matki. Musiały jed­nak wyglą­dać zupeł­nie nie­win­nie. Odpo­wied­nio wybrane i dopa­so­wane stroje mogły nie wystar­czyć. Sława wpa­dła wtedy na pomysł, który musiał, jak się oka­zało, sku­tecz­nie zapew­nić im dodat­kowy kamu­flaż. W podróż zabrały ze sobą wyżła o imie­niu Reks. Kto by się spo­dzie­wał misji szpie­gow­skiej po dwóch mło­dych kobie­tach z waliz­kami i PSEM?

Pierw­sza część trasy została poko­nana na mocy poro­zu­mie­nia przy nie­miec­kiej pomocy. W rejon pustych oko­pów na ziemi niczy­jej walizki pomógł kobie­tom prze­nieść nie­miecki ofi­cer. Dalej musiały posu­wać się same w kie­runku pierw­szych rosyj­skich pla­có­wek za znisz­czo­nym mostem przez Wisłę w Płocku. Cze­kały w pustym oko­pie, w coraz gęściej pada­ją­cym śniegu, na nadej­ście wcze­snej zimo­wej nocy. Póź­niej zaczęły nawo­ły­wać coraz gło­śniej. Kiedy poja­wili się Rosja­nie, z wyraźną obawą ocze­ku­jący nie­miec­kiej zasadzki, Sława zaczęła tłu­ma­cze­nia zgod­nie z usta­loną wcze­śniej legendą. Chora mama w szpi­talu, konieczna pomoc… Cisza panu­jąca w oko­pach – Niemcy wie­dzieli prze­cież o misji pol­skich wywia­dow­czyń – uspo­ko­iła Rosjan. Kilku żoł­nie­rzy prze­pro­wa­dziło kobiety i psa po bel­kach czę­ściowo zruj­no­wa­nego mostu na drugą stronę Wisły i… frontu. Podej­rzane dopro­wa­dzono do budynku rosyj­skiego dowódz­twa. Wywo­łały sporą sen­sa­cję, ale przy­jęto je na tyle dobrze, że Sławą, kasz­lącą po mro­zie w oko­pach i nagłym przej­ściu do cie­pła w budynku, zajął się woj­skowy lekarz. Prze­słu­cha­nie było dokładne i wni­kliwe, lecz wywia­dow­cza legenda spraw­dziła się bar­dzo dobrze. Naj­trud­niej­sza chwila nade­szła, gdy Rosja­nie roz­po­częli rewi­zję wali­zek. Jedna z nich gro­ziła prze­cież cał­ko­witą dekon­spi­ra­cją pol­skich wywia­dow­czyń. Sława jed­nak ni­gdy nie tra­ciła opa­no­wa­nia i przy­tom­no­ści umy­słu. Nagle „przy­po­mniała sobie”, że ma ze sobą rewol­wer, wyjęła broń z kie­szeni płasz­cza i szybko poło­żyła na stole. Wybu­chło wiel­kie zamie­sza­nie, ale kwe­stia zre­wi­do­wa­nia ostat­niej walizki stała się mało istotna. Oczy­wi­ście kobiety natych­miast zamknięto w aresz­cie (razem z psem) do dys­po­zy­cji wyż­szego dowódz­twa.