Żółte światło

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żółte światło
Żółte światło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Żółte światło
Audio
Żółte światło
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Dzień wisielca

Zamysł, który nim kierował, nie był niemożliwy.

Borges

Stoję w kuchennym oknie mojego warszawskiego mieszkania i liczę tych, co nie wytrzymali, liczę wisielców kołyszących się na balkonach po drugiej stronie ulicy. Zadanie nie jest trudne, powoli jednak staje się nieubłaganie powtarzalne. Koszmar może trwać trzy sekundy i jest do zniesienia, jeśli jednak trzy sekundy koszmaru będą się powtarzać codziennie – nie chcę nikogo straszyć – może być kiepsko. Na razie OK: październik, szósta rano, prawie widno, z pewnego punktu widzenia nawet oślepiająco. Powinienem pisać, ale tyle się dzieje, że tak czy tak nie nadążę z uchwyceniem istoty rzeczy. A jak nie nadążę z uchwyceniem istoty rzeczy, to przynajmniej się jej przyjrzę. W czasach mojej młodości tak dobrze nie było widać.

Dawniejsi pionierzy wypraw na tamten świat mniej ostentacyjni byli. Mniej, dużo mniej ich było, ale nie tylko z takiego powodu przesadnego rabanu nie wszczynali. Nie urządzali pośmiertnych widowisk w centrum miasta, raczej przepadali bez wieści i dopiero po pewnym czasie – po paru tygodniach lub po paru latach – znajdowano ich wiszące szkielety w opustoszałej zajezdni autobusowej, w nieukończonym wieżowcu, w częściowo zburzonym pałacu czy w innym pustostanie. Spokojni byli, bo mało ich było? Mniejszość gwarancją spokoju nie jest, raczej odwrotnie. Ścisłego stanu badań nie znam, ale przecież powszechnie wiadomo, że „samoubijców” w zawrotnym tempie przybywa, gwałtowne przyspieszenie tyczy głównie naszych czasów. Dawni Europejczycy nie zabijali się tak chętnie, Boga bali się bardziej. Samo zjawisko jest młode, nawet języka dotąd nie miało. Suicide – słowo pochodzenia łacińskiego – pojawia się późno. Nie ma go – jak wspomina Borges – ani w Oxford Dictionary z 1651 roku, ani w słowniku doktora Johnsona z 1755[1].

Linde odnotowuje „samobójstwo” w 1859 roku – o wcześniejszych postaciach terminu wiadomo mało. Rodzimych dziwactw-przedziwactw: siebiebój, siebiebójstwo, samokatca, nawet nie przytaczam. Pozostaje angielszczyzna ze swą potworną priapiczną potencją: self-murder, self-destruction, self-killing, self-homicide. Self-fucking (samozapierdolenie?).

Tak jest: samobójcy opuszczają domy i mieszkania, wychodzą na tarasy; ewidentnie i w tej dziedzinie nastał godny pochwały pragmatyzm.

Balkon obecnie, zdaje się, jest najwygodniejszym miejscem samoegzekucji. Kto ma balkon, na ogół wiesza się na balkonie, prawdziwi szczęściarze w głębi wymarzonej loggii – nie dziwota, jest to w końcu miejsce, w którym łatwiej znaleźć pętlę. W betonowych ścianach tkwią umocowane wiecznotrwałe kołki, sznury z nich idące przez lata unosiły widma dawnych wisielców. Po nich, jak to po widmach, ani śladu, podobnie jak po łowcach sznurów, które do czasu odwzorowania samych siebie w postaci arcydokładnych bruzd wisielczych spowijały rzeczy, owszem, wiodące do śmierci niechybnej: koszule non-iron, barchanową bieliznę, komplety dżinsowe i portki z elanobawełny, środkowoeuropejskie kożuchy, peerelowskie płaszcze i peweksowskie swetry. Czy faktycznie te zdobyczne pętle – teraz już chyba symbole – przynoszą dostatek aktualnemu właścicielowi? Kim jest ten farciarz? Niechże się przedstawi! Ach, mieć sznur wisielca – doprawdy marzenie ściętej głowy! Swoją drogą, skąd się wziął ten nieposkromiony kult pętli? Powszechna wiara, że posiadanie sznura jest gwarancją długiego i szczęśliwego życia? Z rachunku prawdopodobieństwa? Z obliczeń wynika, że posiadaczy wisielczych pętli jest tak mało, że śmiało mogą tworzyć elitę finansową.

Po takich jak wyliczone ciężarach, rzec można, każdy trup do uniesienia. Zresztą ciężar nie zdaje się tu sprawą pierwszorzędną, to znaczy, owszem, pierwszorzędną, ale niekoniecznie Grand Prix zwycięską. Idzie raczej o praczasy, gdy masywne trumny na ramionach członkowie rodziny polami, miedzami nieśli. Teraz nieboszczyka noszą i czynią to od lat zawodowi (choć tak samo pijani) pogrzebnicy; oni trumnę jak kosz bielizny cmentarnymi alejkami taszczą, insi znowuż swymi perorami też teraz wiszącego na ziemię ściągają, w końcu między niebem a ziemią się udusił.

Czy balkon jako miejsce samoskonu ma też moc rozwiązywania tego rodzaju paradoksów? Czy powieszony na balkonie przez noc lżejszy się staje? Wszystkim wiadomo, jaką częścią organiczności śmierdzi? Nie wiem, nie byłem nigdy blisko takich zajęć, obserwuję, ale z dala i od niedawna. Pierwsi, którzy go znajdą, winni jednak próbować go unieść, a on ciężki, jakby ołowiu się opił? Coś czytałem? Nowele fantastyczne? Opracowania naukowe? Frontalny atak na samobójstwo? Z nadzieją nabyłem Durkheima i też nic.

W czytaniu o samobójstwie jest coś głęboko niestosownego. W pisaniu jeszcze gorzej. Autor zdaje się mówić: byłem tam, znam te stany ducha i te sytuacje; byłem tam, ale dzięki temu, że piszę, ocalałem. Szantaż? Jak najbardziej. Spójrzcie na stronice zapisane zdaniami, co samośmierć przegoniły. Zdania kruche jak zdania anioła i jak rurociąg twarde. Zdania korespondenta wojennego z frontu wojny o samego siebie jakie mogą być? Nie moja chemia. Tym mniej, że mocno mi się zdaje, że jeśli w tych niestosownych lekturach była mowa o samobójcy ze znaczną nadwagą, to podkreślano odczuwalny ciężar i niską mobilność zesztywniałego po paru godzinach ciała. O jego lekkości zależnej od miejsca umocowania pętli nic mi nie wiadomo. Może w jakichś tropikach samozabici parują w ciągu paru godzin i stają się niepojęcie lekcy? Dokładnie na ten temat nic nie wiem. Nie czytałem? Ależ czytałem, musiałem czytać, do emerytury zajmowałem się książkami, ściślej ich oprawianiem. Fach introligatora w zasadzie płynnie w naszej rodzinie przechodził z ojca na syna, powiadam „w zasadzie”, ponieważ trafiały się nam postne sezony z rozmaitych, z przeróżnych powodów. Na przykład ilekroć tryumfowała – niech ją jasna krew zaleje – demokracja, ledwo się przędło. Do tego stopnia „ledwo”, że można było śmiało zamknąć firmę i zbiorowo świętować wyzwolenie z moskiewskiego jarzma. Rzecz w tym, że za panowania tego właśnie w sensie ścisłym jarzma było najlepiej. Zamówienia rządowe, biblioteki państwowe, oferty – w sensie absolutnie ścisłym – księżycowe. Rosjanie zamierzali zgromadzić na srebrnym globie prawdziwą Bibliotheca Mundi. Prawdziwą, nieprawdziwą – powiedzmy wersja potiomkinowsko-pancerna. Ach, lubiły te ledwo istniejące byty wzmacniać swą rachityczność purpurowym półskórkiem. W przypadku księżycowego klimatu utwardzoną ołowiem świńską skórą. Potem katafalk jak w Czarnobylu? Pod katafalkiem czytelnia? Wszystko jedno. Absurd zupełny, ale kto miał dojścia, zarobił nieźle. Przestudiowałem to i owo, co napisano o oprawianiu ksiąg, i spokojnie – bez aspirowania do miana geniusza – mogłem zostać introligatorem. Uśmiecham się dyskretnie do samego siebie, bo myślę, że nigdy się nie powieszę. (No to dopiero!). Zapewnienia, że ja nigdy – zdecydowanie bardziej lepkie niż czytanie czy pisanie o samoubijstwie. A swoją drogą, że zapytam z czystej ciekawości, dlaczego akurat ja nigdy? Czegoś mi nie dostaje? W pewnym sensie tak. Perfekcyjne usposobienie nie pozwoliłoby mi podjąć działań praktycznych bez całkowitego poznania teorii. Całkowitego! Musiałbym – celem powieszenia się – przeczytać wszystko (nie to i owo, ale absolutnie wszystko) o wieszaniu, a tego uczynić niepodobna. Oczywiście nie tyczy to „wszystkiego” w sensie ścisłym, niejednej praktyki bez teorii zaznałem, ale za żadną praktykę bez choćby śladowego przygotowania teoretycznego nie biorę się z zasady. Tak jest ze wszystkim – za żadną praktykę bez teoretycznego przygotowania się nie biorę, a raczej nie jestem wziąć się w stanie.

Czy prócz samobójców, których widuję z okna, są inni, tacy, co wyłamali się ze zglajszachtowania i powiesili się w przedpokoju, podcięli sobie żyły w łazience, przed snem zażyli wszystko, co mieli? I najważniejsze – byli do tego rodzaju samodzielności przygotowani? Teoretycznie? W pewnej mierze?

A co z tymi, którzy nie tyle nawet swe próby, co gwałtownie ściągające ich na manowce porywy myśli bezwstydnie opisywali, potem równie bezwstydnie żyli? Na końcu jednak się powiesili? Pełna rehabilitacja? Szczerze wątpię. Nawet jak są, ja ich nie widzę. Poza tym nie ciekawią mnie aż tak. Gołym okiem widać, że nie pomyśleli choćby o samych początkach życia pośmiertnego. Za chwilę będą się martwili. Pielęgnujmy ich poczucie winy jak najmściwiej. Karzmy ich za duchową słabość. Wmawiajmy im, że samobój popełniony nie na balkonie jest ścigany prawem! Tymczasem za sam balkon należą się punkty dodatkowe. Wisielec ewidentnie pragnął – gdy go wreszcie znajdą – mniej śmierdzieć. Ciało powieszone na balkonie z jednej strony mniejszy fetor wydaje, z drugiej rychlej krzepnie. Gołębie rychlej je napoczynają. Nocne. Specjalny gatunek, który śmiga i żeruje nocą. Skrzyżowanie gołębia z mewą. Nie kombinuję. Nie układam efekciarskich strof. Od lat prowadzę obserwacje i wiem, że maksimum to trzech wisielców tygodniowo, dwu – jednego dnia, i tyle.

Teraz widzę jednego. Ewentualnie jedną. Na wisielczynię język polski niegotowy? Wisielec-wisząca-wisielec-wisielczyna? Wisząca dziewczyna? Wisielczyni? Ta, która wisi? Wisząca pannica? Wisielca? Trudno, zabawimy się męskim rodzajem trupa. Lekki jest – wiatr szarpie nim na wszystkie strony – lekki jak uczyniony z pianki kostium płetwonurka. Mięso jest stygnącym okryciem duszy, co z ciała wyleciała i kto wie, gdzie się podziała. Ciekawość, kto dziś? Oczywiście ktoś młody. Młodość jest niewątpliwie najtragiczniejszą porą życia i z tego powodu, że wszelkie samobójcze ekscesy bierze się wtedy serio. W ogóle wszystko bierze się serio. Kto za młodu nie brał spraw świata serio, ten na starość serial killerem zostanie! A zatem: Kto dziś? Panna ze śnieżnobiałym owczarkiem? Często, o wiele za często (właściwie bez przerwy) z nim spacerująca? Nie wyglądała, ale proszę bardzo. Prawie na pewno tam mieszkała. Wiem, bo przyglądałem się jej pilnie. A skąd, uroda wysoce umiarkowana. Pies wielkości robala – wielce charakterystyczny dla epoki. Swoją drogą, kiedyś ludzie mieli psy. Psy ponad wszelką wątpliwość były zwierzętami, miały ogon, pysk, tułów i cztery łapy. Miały imiona: As, Reks, Fafik. Też na przykład mroczne i niedocieczone, ale częste w moich stronach: Kazan. Małe psy – czasem trafiało się stado pekińczyków – wabiły się od stuleci Czika lub Kika. Koty posturę zachowały, a i z imionami był spokój. Mój świętej pamięci przyjaciel K.F. dawał kolejnym parom swych zawsze czarnych jak smoła kotów imiona cokolwiek klasyczne i zawsze identyczne: Kizia lub Mizia. (W ten sposób miał przez kilkadziesiąt lat w zasadzie dwa koty o jednej tożsamości, co jest, owszem, na razie iluzyjnym sposobem na nieśmiertelność).

 

Teraz jest inaczej? Teraz Kizia Mizia nikt za żadne pieniądze zwierzęcia nie ochrzci? Doprawdy znaki zapytania zbyteczne. Teraz obowiązuje inny model anatomiczny? Jaki? Właściwie trudno powiedzieć. Jakieś porośnięte rzekomą psią sierścią miejsce niedookreślone, które ma dar poruszania się, przeważnie jednak siedzi w kieszeni. Dziś mieć psa, który nie jest parodią, to hańba? Jak wiadomo przyszłością ludzkości jest parodia – kto mógł przypuszczać, że parodyjny wiek od skracania psiej anatomii się zacznie? Dawniej człowiek miał psa po to, by ten bronił go w razie jakiejś opresji. Teraz ma (rzekomego) psa po to, by gnać z nim do weterynarza, gdy atak psiej depresji idzie za daleko. Dziś – niepodobna tak nie pomyśleć – istnieją tylko dwa rodzaje psów: wynaturzone miniatury o zboczeńczych imionach – na przykład Humphrey, Coco, Buddy – i w konspiracji hodowane ludojady, które z czasem obejmą władzę na planecie.

Słabiej znam tamtą stronę, stronę wynaturzonych onomastycznie psiarzy – zresztą każdą stronę znam słabiej. Nieodległe i uparcie jednakie spacery pozwalają mi zaledwie zorientować się, kto, gdzie i w jakiej klatce pomieszkuje. Nie znając nikogo, z widzenia znam praktycznie wszystkich.

Faktycznie lekki, lekki jest tak niepojęcie, że być może znów to jakiś walczący o swoje prawa małolat, który nocą wymknął się na balkon, a nad ranem z życia? Dziecko się znów powiesiło? Wolałbym nie, wolałbym się mylić. Jeśli wydany na pastwę jadowitych pasatów kostium płetwonurka jakby biegał po balkonie, jakby wołał, znaki dawał – niech biega, woła, daje znaki. W końcu iluzja czy, trafniej powiedzieć, fikcja ma swoje prawa. Jak skulony na sznurze nie będzie znaku życia dawał, samo to zostanie zauważone.

Ktoś zauważy, ktoś będzie dzwonił uparcie, kogoś sponiewierają złe przeczucia, kto inny wyskoczy na balkon i dawaj go ratować, dźwigać, z pętli wyjmować, za chwilę sygnał karetki się rozlegnie, krzyk matki albo siostry, w sumie – powiem wam – coś się jednak dzieje. Nuda nudą, ale coś jednak tak. Poza wszystkim tyle razy przybierałem bezstronną pozę dyskretnego obserwatora, że jest to już silniejsze ode mnie. Nie wyobrażam sobie, bym choćby z daleka, choćby z rosnącym znużeniem nie rzucił okiem, jak też rozwija się akcja. Najprawdopodobniej rozwijać się ona będzie jak zwykle, ale i to może być zajmujące.

Odziewam się ciepło, wręcz płaszcz zimowy na ramiona narzucam, krzesło i obie lornetki pod ręką naszykowane. Moszczę się wygodnie. Wszyscy, łącznie z wisielcem, podnieceni lekko. No nie wiem. I dlaczego lekko? Czuję to, czego on już żadną miarą nie poczuje, czuję chłód przenikający całe ciało. Wieki minęły, a tu ciągle szósta rano, zimny świt październikowy, najlepsza pora, żeby jeszcze na chwilę do wyra, zdrzemnąć się pół godziny – ludzka rzecz! Jeśli idzie o „ludzkie rzeczy”, to nie tylko ostatnio trzymam się od nich z daleka. Wstyd ma swoje prawa. A po drugiej stronie Hożej wisielec gania po balkonie jak niedźwiedź po pustej pasiece i nikt go nie widzi, nikt go nie słyszy. Nikt nie zauważa nagłej pustki, nie słychać pogotowia ani policji. Serio? Jeszcze nikt nic? Powiesił się ktoś samotnie mieszkający? Z całą bezsilnością wyznaję: czasem jestem rozpaczliwie bezsilny. Wysuszony na wiór pijak? Jak nie sam, jak sam! To zawsze komplikuje sprawę, bo wpierw telefony, potem natarczywe pukanie do drzwi, wieść chyżo z ust do ust przekazywana, schodzą się bracia i siostry, każdy ze swoją wersją wydarzeń, a jeszcze częściej bez wersji, śmierć spowszedniała, samobójstwo spowszechniało, zabił się, to się zabił. Nie wiadomo nawet, czy w swoim czy w czyimś imieniu.

Pukanie do drzwi coraz energiczniejsze, potem – jak jasne się staje, że trup celem uchylenia wrót nie zmartwychwstanie – wyłamywanie; też nie od razu. Niekiedy w ekipie policyjnej – jeśli już przybyła – jest funkcjonariusz o złotych palcach, którymi ten mistrz każdy zamek bezszelestnie w minutę otwiera. Tak było i tym razem, ktoś na pozór niedbale, niczym znudzone dziecko, wepchnął agrafkę do dziurki od klucza, mechanizm odskoczył i zaczęli wstępować do środka jedni po drugich.

Młodzik jakiś? Z listu dowiemy się niewiele, bo listu najpewniej nie zostawił, wichura mogła porwać kartkę. Mnie zresztą aż tak to nie interesuje. Wolę pokręcić się tu i ówdzie. Zawód uczuciowy? Narzeczona odeszła? Zależy w jakim trybie odeszła. Jak odeszła z ulgą – raczej klęska i dałbym sobie spokój. Ale generalnie nie pokazywać się jej i czekać. Jak odeszła z rozpaczą – trzeba nie włazić jej przed oczy i czekać. Czekać długo i cierpliwie. Kolejni faceci, gdy zorientują się, jaka to franca, odpadną niczym alpinista od pionowej ściany. Szanse? Szanse są, ale nie liczyłbym na nie.

Wiatr się podnosi straszliwy. Wisielec tak szczupły, że wygląda niczym chodziarz odziany w dres olimpijski, wyrywa się z rąk tym, co nie dali rady go uratować, i sunie tam i nazad na sznurze. Podnoszę lornetkę do oka. Wybucha ciężka zimowa burza, ktoś puka do drzwi, ktoś dotyka stopy, nie umiem już podnieść głowy, powoli dociera do mnie, że to ja wiszę, a pozostali gapią się na mnie z balkonu naprzeciwko.

2

„Ohyda wstrząsa ciałem”[2]

W wydanej po polsku upalną wiosną 2018 roku przez Znak potężnej powieści o zwięzłym tytule 4321 Paul Auster przypomina pewien epizod z życia swego dziadka:

„Pierwszego popołudnia w Nowym Jorku natknął się na handlarza ulicznego, który sprzedawał najczerwieńsze, najokrąglejsze i najdoskonalsze jabłka, jakie w życiu widział. Nie mogąc się oprzeć, kupił jedno i z ochotą wbił w nie zęby. Zamiast spodziewanej słodyczy poczuł gorycz i obcość. Co gorsza, jabłko było nienaturalnie miękkie i kiedy przebił zębami skórkę, miąższ owocu wypłynął mu prosto na płaszcz strumieniem bladoczerwonej mazi upstrzonej grudkami małych pestek. Taki był pierwszy smak Nowego Świata, jego pierwsze, niezapomniane spotkanie z pomidorem z Jersey”[3].

Otóż identyczną – praktycznie identyczną, podobne tu są nawet szczegóły – historię opowiedział mi ojciec. Zdarzyła się ona nie w Nowym Jorku, a na targu w Wiśle-Centrum, na który ojciec przybył z Wisły-Jawornika. Towarzyszył mu brat Pavel. „Toż to muszą być dobre jabłka”, pomyśleli na widok dorodnych pomidorów piętrzących się na jednym ze straganów – znali ten stragan, jednoosobowo prowadził go sławny głównie z powodu zbieżności pomiędzy dolegliwością a ksywą pan Kręcigłówka – zamienili kilka uprzejmych zdań, niewątpliwie wprowadzające chaos poznawczy słowo „jabłko” nie padło, kupili całe pół funta i długo nie czekali: dreszcz ohydy wstrząsnął ich ciałami.

Gest był rozrzutny, ale nie żałowali – nie mieli jabłek, ale mieli amunicję. Starczyło na celowanie w drzewa, pociski rozbryzgiwały się promieniście niczym race, trasa pomiędzy Jawornikiem a Wisłą została wytyczona. Wedle opowiadania ojca fatalny smak pomidorów poznali w pierwszych dniach II wojny światowej. Za każdym razem zdawało im się, że za drzewem, w które właśnie celowali, kryje się rozchichotany Adolf Hitler. Hitler Kaputt!, darli się jak opętani i już nie tylko pomidorami, które rychło się skończyły, ale wszystkim, co było pod ręką, nie tylko wodza, ale wręcz całą III Rzeszę bombardowali. Pan Kręcigłówka, gdy zorientował się, jak blisko związany jest z zamachowcami, ukrył się skutecznie i przez rok bez mała nikt nie wiedział gdzie. Gdy po kilkunastu miesiącach wrócił, mało kto go poznawał, drżenie ustąpiło i w ogóle stał się innym człowiekiem.

Z czasem historia nabierała dziwacznego prawdopodobieństwa, na przykład opowiadano, że Führer dokładnie wtedy rzeczywiście przebywał na jakiejś supertajnej naradzie w jawornickich lasach – główny bunkier znajdował się w Rowienkach, tam zresztą wodza III Rzeszy widziało wielu, w okolicach Soszowa zaś widział go świadek jeden wprawdzie, ale za to wyjątkowo wiarygodny: wikary miejscowej parafii ewangelickiej ksiądz Andrzej Wantuła. Na dodatek brat ojca, Pavel, był podobno absolutnie pewien, że co najmniej dwukrotnie trafił wodza III Rzeszy w sam ryj. Nie było to łatwe do obalenia – starszy o rok Pavel był przykładem krzepy fizycznej: biegał szybko, skakał wysoko i daleko, rzucał celnie. Wreszcie to, że w ciągu bez mała roku obaj zostali wcieleni do Wehrmachtu, potwierdzało, że obrzucili pomidorami jeśli nie samego wodza, to kogoś wysoko postawionego, kogoś wielce wpływowego, kogoś, czyj autorytet na śmiech został narażony, kogoś, kto dotkliwej pomsty domagał się będzie.

3

Sekrety Ariela Poschukala

Gdy okazało się, że blisko siedemdziesięcioletni Ariel Poschukal ukrywać musi swój ostatni romans – tak jak musiał ukrywać wszystkie pozostałe – krew go nagle zalała i pomyślał, że nie ma na co liczyć: plemię przegrzebujące jego sekrety nie wymrze nigdy. Niby żył tak jak wszyscy, a jednak musiała w nim być jakaś nadwyżka (czego w gruncie rzeczy? silniejszej niż zwykle skłonności do kobiet?), która powodowała, że przyglądano mu się dokładniej niż innym. Zakazanej mordy rozbójnika raczej nie miał, choć kto to wie. Z całą pewnością miał zakazaną duszę intruza, która postanowiła zostać tu nieco dłużej – wśród współbraci protestantów. Początkowo niezrozumiała odrębność sprzyjała mu i syciła jego próżność – był inny i choć nie wiedział, na czym polega „inność”, popisywał się nią bez ładu i składu. Z czasem odmienność Ariela coraz wyraźniej łączyła się z wyznaniem, z przynależnością do Kościoła luterskiego. W Polsce to faktycznie była rzadkość i Poschukal jr całkowicie się z tą niepewną sytuacją pogodził, rozwinął ją skrajnie i wszystko, co się w jego życiu zdarzyło, tłumaczył wyznaniowo, w czym rzecz jasna była spora przesada, ale i dowcip oryginalny.

W życiu Ariela Poschukala sekretów faktycznie było co niemiara, czy wszystkie wyznaniowe, pewne nie jest. Praktycznie ukrywał się zawsze i ze wszystkim. Ukrywał się, gdy wyrażano nadzieję, że kto wie, do czego jeszcze dojdzie, i wtedy gdy skreślano go bezpowrotnie. Ukrywał się jako dziecko, jako małolat, jako człowiek dojrzały i jako sędziwy starzec. Było to możliwe, ponieważ we wszystkich tych wcieleniach nie przestawał być dzieckiem, i to dzieckiem pełnym poczucia winy. Bronił się przeciwko temu poczuciu i temu byciu, protestował przeciw traktowaniu go jak dziecko, zaprzeczał swej rzekomo na wskroś dziecięcej nieporadności i równocześnie był nieodpartym dzieckiem, dzieckiem z krwi i kości, ale też rozbestwionym dzieckiem, dzieckiem domagającym się silnej ręki i surowego chowu. Wbrew pozorom jako dziecko był puszczony samopas, wyprawiał, co chciał. Starzy próbowali mu coś perswadować, ale wyśmiewał ich szyderczo. Ojciec parę razy niemal rzucał się nań z gołymi rękami, lecz Ari nawet nie drgnął, nie bał się, poza wszystkim był już z niego kawał chłopa. Nie tak dawno pokonał ojca na rękę, co go wybitnie uspokoiło. Szkoła średnia przeminęła w miarę wolno, w każdym razie obyło się bez zawsze przykrych przyspieszeń; teraz studiował – kierunek studiów (psychologię) ma się rozumieć długo ukrywał przed starymi, w których wybór nie tylko tego, ale w ogóle jakiegokolwiek kierunku budziłby odruchowy sprzeciw. Faktycznie był niezwykle irytującym dzieckiem; po trzydziestce czy po czterdziestce zawstydzał zachowaniami. Spotykał się z kobietami, które były, jak Wehrmacht w życiu jego ojca, najściślejszym sekretem, z jedną z nich się ożenił – to ci dopiero był sekret – potem się z nią rozwiódł, i to dalej był sekret, ale dużo słabszy; potem kolejny raz się ożenił – w to już prawie nikt nie wierzył.

 

Prawdopodobnie w sensie najgłębszym był dotkliwie opóźniony. Może się komuś zdawać, że w byciu wiecznym dzieckiem, w przechowywaniu w sobie dziecięcych sekretów, jest jakaś uroda, niestety w Arielu nie było niczego takiego. Z dzieciństwa wziął co najgorsze: ospałość, tępotę i niedorozwój, jechało od niego to cienkim piwem, to kwaśnym wińskiem – wierzył w każde gówno i gębę miał z wiecznego zdumienia wiecznie otwartą. Życie minęło, nie zacząwszy się nawet.

Matka Ariego, Helena z domu Kluk, nie mogła pojąć, dlaczego jej dziecko nie chce, by dalej karmiła je piersią, by zwracała się doń per Poschukalitschku, dlaczego nie chce, by nadal śpiewała mu religijne kołysanki, i w ogóle dlaczego ma serdecznie dosyć – jak to on w przemądrzałości swej powiada – infantylizowania każdej tyczącej go sytuacji. Poschukalowa była zdezorientowana i oburzona.

– U nas w domu nikogo się nie infantylizowało. Wręcz przeciwnie, wymagania rosły! Zawsze były nieco surowsze, niż trzeba. Na ludzi staraliśmy się wychować naszego syna! Na ludzi! A on się nie chciał uczyć! Jakie infantylizowanie? Do żadnego infantylizowania u nas nie dochodziło! Uczyć się nie chciał!

Matka „infantylizowanie” wymawiała jak „onanizowanie”, z wyraźnym obrzydzeniem i pośpiechem, jakby tę wszeteczną artykulację chciała jak najprędzej mieć za sobą.

Opętana na punkcie wiecznej młodości była całe życie święcie przekonana, że gdy wybije godzina i stanie przed obliczem Pana, Wszechmogący i cały jego dwór zachwycać się nią zaczną – jej mądrością, jej urodą i jej nienagannie na przyjście Pana zachowaną młodością. Teraz jej święta pewność nie była już tak niezłomna. Owszem, dalej spodziewała się licznych pochwał z tamtej strony, nie tak jednak licznych jak kiedyś. Ona sama była OK, ale rodzinę miała pożałowania godną. Grzesznik na grzeszniku, rozpustnik na rozpustniku, pijak na pijaku – słowem gorzej niż dzieci. Dużo gorzej. I jaki cień oni na nią rzucali; sama słyszała posądzenia różne. Prawdziwa szajka: Ariel i okoliczni. Ariel, jej syn jedyny, wiadomo. Gustaw, jej mąż, wzór lekkomyślności; jej brat Witold, póki żył, był nie do wytrzymania, z kuzynami i kuzynkami raz tak, raz tak. Jedynie jej matka nie była dzieckiem, ach, ona, Klementyna z domu Schpyra, ponad wszelką wątpliwość nie była dzieckiem – była dorosła, była zawsze dorosła i matka Ariego bała się jej jak ognia. Klementyna z kolei nie mogła się nadziwić, jak niewłaściwie ubiera się córka i jak nieodpowiedzialnie się zachowuje. Nie chciała się poza tym uczyć. Było to tak niedawno, że jakby wczoraj, a może jutro. Gdyby Poschukalitchek okazywał takie fochy jako dziecko, byłoby to łatwiej pojąć, ale przecież on był prawie dorosły. Sześćdziesiąt dwa lata to nie w kij dmuchał. Ledwo żyję, jak słyszę takie historie. – Matka jak zwykle była w centrum opowieści. – Ledwo żyję – powtarzała mechanicznie. – Ledwo żyję. Tłumaczenia, że rodzicielki po to są, by dziecka swe upokarzać, grać fałszywe, ale główne role, toczyć z siebie macierzyństwo niczym ślinę, śpiewać ironiczne kołysanki, upajać się pięknem wód płodowych i gadać byle co, Poschukala nie przekonywały. Do głównych ról miał też skłonność ojciec Ariego, ale po kolei. Na razie jesteśmy przy równie, a może bardziej jeszcze złaknionej aplauzu matce.

Niemałe znaczenie miało, że cokolwiek mówiła, mówiła w trzeciej osobie, można powiedzieć: ugrzęzła w trzeciej osobie, utonęła w trzeciej osobie, trzecia osoba zarosła jej gardło. Nigdy „ja byłam”, zawsze „ona była”, „pani magister była”, „matka była”, zawsze ledwo żyła. Zawsze dobrze chciała, nic nie rozumiejąc, utrzymywała się w centrum uwagi, odpowiednio za pomocą złego lub fatalnego samopoczucia. Chętnie cierpiała za cierpiące miliony, jej głód cierpienia był nienasycony, jak kto cierpiący był pod ręką, przywłaszczała sobie jego cierpienie i oświadczała, że ona dopiero cierpi. Gdy Poschukalitchek był chory, zawsze szeptała, że ona, widząc, jak jest chory, też choruje, jeszcze bardziej choruje, wręcz umiera z przerażenia jego chorobą, tak jest chora. Poschukalikowa głosiła, że z bólu ledwo żyje, że oszaleje, puszczą jej nerwy, tyle się w życiu wycierpiała, że naprawdę moglibyście sobie darować. Przybierała męczeńskie pozy i mękę swą bez trudu głosiła, bez trudu, bo od samego początku wierzyć w nią gorliwie zaczynała, i wierzyła coraz mocniej i coraz spazmatyczniej.

Wszelkie zło łączyła z niedoskonałością własnych modlitw. Wiadomo: jeden totalny brak kompensowała sobie innym nadmiarem. Powiedzieć, że psychoanaliza jest tu szyta szewską dratwą – to nic nie powiedzieć. Ale to nie wszystko: Ari zdawał się kompletnie nie zauważać, że matka infantylizuje go ile wlezie, ponieważ sama przez to jest wiecznie młoda! Tak jest! Im dłużej trwa jego młodość, a zwłaszcza dzieciństwo, tym ona jest młodsza! Pamiętajcie o tym nieszczęsne ofiary waszych matek! One trzymają was w dziecięcym pokoju, bo póki tam jesteście, działa ich jedyna skuteczna kuracja odmładzająca! Nie miejcie im, na Boga, tego za złe.

Matka Ariego zastanawia się, który okres życia wybrać do pośmiertnej demonstracji. Nie ma wątpliwości, że tak właśnie będzie wyglądał sąd ostateczny: każdy pokaże jakiś skrót swego żywota, skrót będzie wyrazisty i lakoniczny, w innym przypadku trwałoby to wszystko wiecznie, a i tak – pomimo przypuszczeń, że czas będzie inny – zapowiada się dobrze. Oczywiście zastanawia się na niby. Doskonale wie, co wybierze. Jest w ciąży i pięknie, i stylowo nosi w brzuchu dorodnego i siwiuteńkiego staruszka, który poza tym, że kopie, jest OK.

Ariel, jak go naszło, jak sporadycznie ogarniało go coś w rodzaju natchnienia, i głosił jakieś dyrdymały, które zdały mu się dobrze skonstruowanymi monologami, klął straszliwie, zupełnie jakby sądził, że językową brawurą własną niekonwencjonalność światu udowodni. Dla matki był to koszmar, w istocie przykre potwierdzenie własnych racji, ergo nieomylności, którą była dość wyraźnie dotknięta.

Kiedy zaś wulgarność słownictwa w perorach Ariego zderzała się z postacią bądź imieniem Najwyższego, jego matka słabła i bladła śmiertelnie, bo była pewna, że za taką bezbożność jej syn zostanie wykluczony z Kościoła i co za tym idzie z automatu pozbawiony szans na życie wieczne. Co wtedy ludzie powiedzą?

W efekcie Ari udawał normalnego tylko wtedy, gdy miał pewność, że nikt go nie widzi.

Ukrywał swoje lektury, bo był pewien, że przyłapany usłyszy kąśliwe pytanie: Czy naprawdę nie ma nic wartościowszego od Pamiętników, Autobiografii, Wyznań, Wspomnień, Z życia całego pamiątek? Zamiast się postawić i oświadczyć z jadem, że nie sądzi, by w domu było coś wartościowszego, miękł i kapitulował.

Ukrywał swą kompletną abnegację religijną. Do kościoła, owszem, chodził, ale w życiu nie wysłuchał w całości jednej homilii – nie był w stanie się skupić. Zwłaszcza drugie połowy kazań bywały rozczarowujące; początki, w których kapłani prezentowali obietnicę i zapowiadali jej spełnienie, bywały niekiedy całkiem ciekawe. Na przykład siwowłosy ksiądz Armin Tschaschke, którego barwę głosu Ariel dosyć lubił, wychylał się z kazalnicy i w niekonwencjonalny sposób atakował mechanistyczno-materialną koncepcję świata: Czy jest ktoś, kto – pytał zgoła nieretorycznie – słyszy łoskot i skrzypienie obracającej się Ziemi? I to było dobre i ciekawe, wychodziło – to już było trochę słabsze – że oczywiście Pan Bóg i tylko on mógłby takie obroty słyszeć i widzieć, potem jednak przychodziło słynne chrześcijańskie wodolejstwo. Zagadkę i wszelkie inne problemy rozwiązywał Pan Jezus, rozwiązywał nie dlatego, że był wybitnym szaradzistą, ale dlatego, że był Panem Jezusem i wszelkie tajemnice rozstępowały się przed nim, i on sam okazywał się rozwiązaną tajemnicą, a tajemnicą była miłość bezgraniczna i bezbrzeżna. Jego do mnie, a raczej Jego do nas wszystkich, bo kochał każdego. Oczywiście miłość miłości nierówna; tu o agape, najwyższą jej postać, chodziło i tą drogą jakoś by się to dało obronić, ale wciskanie nastolatkowi, który od jedynej formy uczucia się dusi, otóż wciskanie mu, że długowłosy i ogólnie wysubtelniony trzydziestolatek go kocha i domaga się natychmiastowej wzajemności, musiało budzić popłoch – i budziło.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?