Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Od Autora

Historia węża w butelce

Jazda do Warszawy

Trzy Czarodziejskie góry

Zmierzch myśliciela

Wszystko ułożone i skończone

Czytanie w niedzielę

Ani tak, ani tak

Weekend z Gombrowiczem

A może byś chciała dzieła Polaka?

Bułka mało słona

Śmieszna rura

Ciastko z pianą

O topieniu w piecu

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

Ciało epoki

„Pojedziemy białym koniem”

Cierpieć jak Iwaszkiewicz

Cały Kornel

Moje życie z laptopem

Osobista historia futbolu

Mgła nad Łopuszną

Ułan na widecie

Święty spokój

Oddzielić ziarno od Maciąga

Historia pewnej fotografii

Siostra trenera

Jak powstaje krytyk literacki

Gdzie jest niebo?

Ja, człowiek teatru

Z punktu widzenia muzykanta

Mój przewodnik po Warszawie

Moi czcigodni korespondenci

Ksiądz katolicki

Bombardierzy kontra sybaryci

Słupecka 6

Włożyć gacie

Osama wiecznie żywy

Sto aspiryn

Kwestia musu

Duch opowieści

Eutanazja i zmartwychwstanie

„Burek jest pogryziony”

Izba w izbie

Boski Janusz

Nieśmiali rezerwiści (1)

Nieśmiali rezerwiści (2)

Nieśmiali rezerwiści (3)

Przypisy

Opieka redakcyjna serii: ANITA KASPEREK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

© Copyright by Jerzy Pilch

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002

ISBN 978-83-08-05969-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od autora

Związki z własnymi książkami nie są powikłane przez to, że nie są rozległe. Autor z prawdziwego zdarzenia o książkach dawniej napisanych zapomina, wszelkie moce skupia na książce, którą tworzy, z nią jedynie ma więź.

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym złożony jest z wyboru moich tekstów ogłaszanych w „Polityce” od 1999 roku. Uczyniłem stosowne poprawki stylistyczne, dałem uzupełnienia tyczące rozmaitych konkretów, całość opatrzyłem paroma przypisami. Zachowałem układ chronologiczny, bo coraz wyraźniej widzę albo coraz wyraźniej mi się zdaje, że moje felietony mają rys dziennikowy, przy czym nie jest wykluczone, że w porywach jest to dziennik intymny. W każdym razie nigdy dotąd przy układaniu książki z rzeczy wcześniej ogłaszanych nie miałem z konstruowaną całością związku tak nadwrażliwego. Cały czas odnosiłem słynne „nieodparte wrażenie”, że nawet spod publicystycznych zapisów natarczywie przeświecają osobiste epizody, a przecież dominują tu formy prozatorskie. Oczywiście, autorska lektura ma swoje wady, można wręcz powiedzieć, że autorska lektura ma same wady, ale tym razem wynikające z niej doznania były tak mocne, że w decydującym stopniu rozstrzygnęły o selekcji tekstów. Zwykle ostro i za pomocą poważnych racji bronię się przed autobiograficzną diagnozą, tym razem, nawet dla siebie samego nieoczekiwanie, mówię na odwrót: w większym, niż się zdaje, stopniu jest to książka osobista.

Warszawa, lipiec 2002

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Historia węża w butelce

Nocami śnieg schodzi z dachu z łoskotem, jakby wszystkie wcielenia spadały na ziemię. W męce bezsenności niejasno widzę na najwyższej półce zarys klasycznego naczynia z koreańskim wężem w środku. Kiedyś (kiedy to było? pięćset, tysiąc wcieleń temu?) pewna nasza wysoko postawiona krewna otrzymała ten jadowity likwor w prezencie od ambasadora. Choć była osobą światową i widziała niejedno, jakoś jej niesporo było gości częstować albo samej próbować. Dała flaszkę w prezencie kuzynowi, kuzyn przekazał stryjowi, stryj też nie miał śmiałości do degustacji, dał w prezencie ojcu, ojciec dziadkowi. Wieki całe ten ni to trunek, ni to preparat (śmiała synteza wyskokowości z zoologią) tkwił za szybami etażerek w Phenianie, Warszawie, Krakowie i Wiśle...

Leżę w zwyczajnej męczarni i myślę, że jeśli idzie o kwestię kolejnych wcieleń, to mimo wszystko trzeba by dać spokój. Zwłaszcza trzeba by dać spokój powszechnie teraz opisywanemu w gazetach angielskiemu trenerowi[1], co za wiarę w reinkarnację cierpi. Ideę reinkarnacji wyszydzić łatwo, niczym tandetną fabułę, bo też z serialową łatwością mnoży ona postacie, ich losy, perypetie, wzloty i upadki. Raz w życiu jedną książkę o reinkarnacji przeczytałem, kiedy to było, w poprzednim, co mówię: w poprzednim, w trzecim od końca wcieleniu, bo książka wyszła przeszło dziesięć lat temu. Ian Wilson, Umysł poza czasem, tak się chyba ten bestseller nazywał. Przeczytałem to z niejakim, tak jest, zachwytem – intensywny protokół serii bezkarnych ekscesów umysłowych.

Dokładnie nie pamiętam, czy autor metempsychozę samą w sobie obalał, czy stawiał na nogi, raczej obalał, głównej tezy nie pamiętam, ale pamiętam skrupulatne spisy precyzyjnych wcieleń. Kto tam kim nie był! Przeciętny brytyjski buchalter był na przykład w poprzednich wcieleniach: Młodym romantycznym Hiszpanem, Kapłanem z plemienia Inków, Synem bawarskiego hrabiego, Dobrotliwą czarownicą cygańskiego pochodzenia, Greckim woźnicą rydwanu, Znudzoną córką rzymskiego władcy. Inny znowuż nauczyciel algebry był poprzednio: Katolicką zakonnicą cierpiącą na artretyzm, Synem rosyjskiego kapitana w armii białych, Dotkniętym manią wielkości łaziebnym Katarzyny Aragońskiej, Żoną rybaka, a także Ślepą małą Chinką, która spadła ze skały.

 

Mówię wam: sam śmiech. Z drugiej strony, drażnił mnie jednak kompletnie pozbawiony polotu sposób obalania doświadczeń reinkarnacyjnych. Przychodzi, dajmy na to, wtajemniczony wybraniec i mówi: Ja w poprzednim wcieleniu żyłem w Tebach w starożytnym Egipcie za panowania miłościwego faraona Ramzesa III, woziwodą tam byłem u jednego pana. Skromnie gość się pod względem społecznym plasuje, a i tak zrzędliwy autor nosem kręci, coś tu nie tak, powiada, coś tu nie tak, coś tu nie pasuje.

– No bo jakże ty, bratku, woziwodą byłeś za Ramzesa III, jak pomysł numerowania faraonów przejęli dopiero, dla przejrzystości, wiktoriańscy egiptolodzy w dziewiętnastym wieku? Jakbyś ty, bracie, naprawdę żył w czasach Ramzesa III, to byś naprawdę nie wiedział, jaki to Ramzes. Hę?

Dobrze. Ale jeśli jakimś cudem facet tam jednak był, to on tam był namacalnie, w przeciwieństwie do wiktoriańskich egiptologów, co byli tam spekulatywnie, a jak on był namacalnie, to przecież mogło się tak zdarzyć, był i widział, że już starożytni numerują, tylko później to się jakoś zatarło i uczeni egiptolodzy odkryli w dziewiętnastym wieku to, o czym w starożytnym Egipcie wróble dawno na dachach ćwierkały. W nauce nieraz tak bywało, że starożytni wyprzedzali współczesnych, choć zdawało się: jest na odwrót.

– Panie, kto to może wiedzieć?

– No jak to kto? Gość mówi, że był i widział.

Lawina z dachu schodzi, ściany chyboczą, stare książki z regałów lecą, fotografie ewangelickich przodków ze ścian spadają, stojąca na najwyższej półce ciemna butelka ze szczątkami pamiątkowego węża w środku kołysze się jak kościelna wieża. Dalej poleguję i dalej myślę, że opisywanemu w gazetach angielskiemu trenerowi należy się spokój, ale też z drugiej strony myślę, że jakbym sam w jakimś moim wcieleniu był na przykład piłkarzem, nie pragnąłbym, by mój trener był nazbyt fundamentalnym wyznawcą i praktykiem reinkarnacji. Nie chciałbym, żeby mój trener z ławki widział, jak za mną po boisku moje poprzednie wcielenia ganiają. Jestem piłkarzem, prowadzę piłkę, za mną redaktor „Tygodnika Powszechnego” identycznie drybluje, za nim uczony filolog, za nim ktoś jeszcze może, jakiś wrak obyczajowy w identycznie twarzowym owerolu, gra się komplikuje, futbol traci sens.

Trzeba powiedzieć otwarcie: reinkarnacja reinkarnacją, a futbol futbolem. Piłka nożna może nie jest sprawą najpoważniejszą (choć i z tym bym polemizował), ale niewątpliwie piłka nożna jest sprawą poważniejszą od reinkarnacji. Tyle tu można powiedzieć, a i to jest za dużo, dalej nie będę żadnych daremnych facecji na temat ewentualnych związków pomiędzy metempsychozą a na przykład sztuką egzekwowania kornerów snuł. Lepiej wam historię o wężu w flaszce dopowiem.

Przez zielone jak toń szkło spoglądaliśmy w jego wciąż chyba żywe oczy, o odszpuntowaniu nikt nigdy nie pomyślał nawet, on wspinał się taneczną spiralą w kierunku szyjki, jakby czekał na moment, by na wolność wyjść. W jego ogonie martwo na dnie zwiniętym był jakiś pozór eksplozji, kto wie, kto wie. Jak mówię, z rąk do rąk przechodził ten budzący powszechną konsternację Adder Liquor made in DPRK. Początki zaczynał spowijać opar mitu, podobno ambasadorowi butelkę wręczył sam Kim Ir Sen, ambasador, jak już mówiłem, pewnej naszej wysoko postawionej krewnej i dalej z osoby na osobę, z pokolenia na pokolenie. Najdłużej, pamiętam, stała niezmiennie prezentowana ogarniętym rytualną grozą gościom w mieszkaniu rodziców w Krakowie, ojciec przeszedł na emeryturę, zabrał ją do Wisły i tam latami była wpierw w starym, potem w nowym domu. Dziadek chyba nigdy się tą osobliwością nie nasycił, co dzień kolebał naczyniem, by zbadać, na ile ruchy węża są samodzielne, a na ile falowaniem trunku spowodowane, do definitywnych ustaleń nie doszedł, bo umarł, ojciec też umarł. Ambasador, wysoko postawiona krewna, Kim Ir Sen – pomarli. Kufry, w których kiedyś ten rarytas wieziono, zetlały, parowozy rdza strawiła, stary dom obrócił się w ruinę, systemy, imperia upadły, słaby byłem jak mucha, otwarłem, kawałki węża przeszły przez gardło, nie ma rzeczy wiecznych.

Śnieg wciąż zjeżdża z dachu, leżę i myślę, że jakbym był śniegiem, też bym z łoskotem leciał na ziemię, bo przecież jako śnieg bym myślał, że spadaniem swoim wiecznym pomagam temu, co pod dachem leży, na równe nogi wstać.

13 lutego 1999

Jazda do Warszawy

Odczuwam nieprzepartą potrzebę dokonania wnikliwej wiwisekcji dziejów moich duchowych i cielesnych związków z Warszawą. Bierze się ta potrzeba nie tylko z powodu, iż od niedawna piszę, zanoszę teksty i chodzę do pracy do redakcji „Polityki” (z siedzibą w Warszawie), nie tylko z tego powodu, choć nie ma co ukrywać: jest to jeden z zasadniczych powodów. W końcu sam siebie nie będę czarował i powiem bez osłonek: do czegoś jednak człowiek w życiu własnymi rękami doszedł, harował człowiek latami jak wół, noce się zarywało, nieraz nadludzki wysiłek w nieludzkich warunkach się podejmowało, ciężko było, ciężko się orało, ale przecież opłaciło się, warto było, mam teraz robotę w Warszawie: siedzę w holu Hotelu Europejskiego i myślę.

Dokonuję wnikliwej wiwisekcji moich związków z Warszawą i wychodzi mi niezbicie, że były to związki luźne i liche. Pierwszy raz w życiu wyjechałem na najwyższe piętro Pałacu Kultury na początku lat sześćdziesiątych, z wysokości ujrzałem miasto, płynącą rzekę, zamglony horyzont. Ojciec pokazywał strony świata[2], Puszczę Kampinoską, Stare Miasto, Stadion Dziesięciolecia, na którym trwał mecz międzypaństwowy, dom partii, pod który zajeżdżała kawalkada wołg i czajek. Potem, ile razy tu bywałem, zawsze wołgi i czajki pędziły kluczowymi trasami, zawsze ruch w części miasta był wstrzymany, zawsze Fidel Castro albo Walter Ulbricht, szach Iranu albo Todor Żiwkow, cesarz Hajle Sellasje albo Leonid Breżniew, zawsze jakiś mniej lub bardziej bratni przywódca pozdrawiał zza pancernej szyby licznie zgromadzonych wzdłuż trasy przejazdu mieszkańców stolicy – braterska wizyta przyjaźni trwała wiekuiście.

Stałem na tarasie Pałacu Kultury, wiał lodowaty wiatr, mgła ciężka jak barchan zakrywała miasto. Miałem dziesięć albo piętnaście lat, do głowy mi nie przychodziło, że można mgłę porównywać do barchanu, a teraz, po wiekach, po epokach, z całych sił powstrzymuję pióro, by o tamtej gomułkowskiej mgle dotkliwie nie napisać, że była jak barchan bolszewicki. Ale nic nie poradzę na znaczny przybór ideologicznej świadomości po latach.

Przerwałem pracę umysłową w holu Hotelu Europejskiego i dalej myśląc, udałem się na przechadzkę w kierunku Nowego Światu i tam w księgarni, niewiele myśląc, nabyłem album Zakazane zdjęcia[3]. Przeglądam fotografie świata, który wtedy z najwyższego piętra Pałacu Kultury widziałem, patrzę na zdjęcia, które wtedy nie mogły ujrzeć światła dziennego, a które teraz, na dzisiejsze światło wydobyte, dobitnie świadczą, że tamta rzeczywistość była nierealna, nie mogła istnieć. Im wyrazistsze, im bardziej detaliczne są fotografie, tym bardziej kwestionują świat sfotografowany.

Leonid Iljicz Breżniew w trakcie braterskiej wizyty przyjaźni przemawia w Sali Kongresowej, gestykuluje ostro, zaciśniętą pięść w geście ni to zawadiackiej swawoli, ni to ideologicznej wskazówki w górę unosi, tło dla pięści stanowi polskie godło państwowe, niecenzuralna wymowa zdjęcia była zapewne taka, że wygląda, jakby Leonid Breżniew narodowi naszemu na tle orła pokazywał wała. Eksces z dzisiejszego punktu widzenia zupełnie anachroniczny, martwy, żadnej, że tak powiem, niepodległościowej mocy w tym zdjęciu nie ma, w ogóle niczego w tym zdjęciu nie ma, ani śladu prawdopodobieństwa, ani kropli krwi. Spod spiętego kosztowną spinką mankietu śnieżnobiałej koszuli wyłazi Breżniewowi brzeg burego barchanowego podkoszulka i to trochę ratuje sytuację, barchan daje portretowi jakiś pozór życia, ale w końcu bez przesady z tym barchanem. Jeśli nawet w latach sześćdziesiątych mgła, co ją widziałem z najwyższego piętra Pałacu Kultury, była jak barchan, to przecież nie znaczy, że ponad trzydzieści lat później, kiedy na to samo piętro z własnym dzieckiem wyjechałem, żeby mu klasyczny krajobraz pokazać, ta sama mgła była jak jedwab. Wszystko się zmieniło, imperia handlujące barchanem i imperatorzy odziani w barchanową bieliznę sczeźli, wszystko się zmieniło, ale przecież wyciągałem rękę ku wszystkim stronom świata, widać było osiedla, lasy, płynącą rzekę, daleki horyzont.

Ze Stadionu Dziesięciolecia dochodzi wrzawa biblijnego targowiska, obracam oblicze swoje w stronę Łazienkowskiej, stamtąd słychać uderzenia piłki, zawodnicy Legii rozgrywają sparing. Tak jest, Legia Warszawa to jest istotna realność kulturowa, co mnie z Warszawą łączy, darzę Legię sympatią, choć nie ma co ukrywać, darzę Legię sympatią głównie z tego powodu, że ilekroć bywałem w Krakowie na meczu Cracovia – Legia, tylekroć zwyciężała Cracovia, ilekroć zaś na meczu Wisła – Legia, tylekroć Wisła przegrywała. Mnie, kibica Cracovii, głęboko satysfakcjonowało takie skojarzeniowe uplasowanie Legii, że jest to mianowicie drużyna, co nie tylko przegrywa z Cracovią, ale dla wzmożenia słodyczy gromi jeszcze Wisłę. Lubię Legię, choć nigdy w Warszawie na meczu Legii nie byłem.

Dla innych spraw się jeździło do Warszawy słynnymi praekspresami, co w środku nocy ruszały z Dworca Głównego w Krakowie, potem Kielce, Częstochowa, Radom, ludzkość w delegacji służbowej. Nie było błyskawicznych połączeń InterCity, wynalazek telefonu komórkowego był w ogóle nieznany, wynalazek dezodorantu do ziem polskich docierał żółwim krokiem, ale przecież jeździło się dzielnie, ambitnie się podejmowało podróż do Warszawy zawsze w sprawach najwyższej wagi: oddać papiery w ministerstwie, uzyskać wizę w paszporcie, zrobić zakupy w Domach Towarowych Centrum, powitać na lotnisku wysoko postawioną krewną, zajrzeć do księgarni na Nowym Świecie, upodlić się w gronie próbujących pisać kolegów. Wśród tych jazd przypadkowych istotne podróże nieraz się zdarzały, w Tysiącu spokojnych miast metaforycznie opisywałem mojego Dziadka, co maniakalnie jeździł z Wisły do Warszawy wyłącznie w ambulansach pocztowych; bywaliśmy, pókiśmy żyli, u Wantułów wpierw na Kredytowej, potem na Miodowej. Do dziś bliscy mi ludzie we wzlocie albo w upadku żyją w tym mieście. Przez większość życia, utrzymując ze światem kontakt w zasadzie wyłącznie telefoniczny, codziennie prawie warszawski numer kierunkowy wybierałem.

Pomimo to wszakże, pomimo licznych literackich fascynacji, pomimo iż na przykład narkotyczne, deliryczne czy nawet psychodeliczne obrazy tego miasta w książkach Marka Nowakowskiego czy Tadeusza Konwickiego to były dla mnie istotne swego czasu emocje, nigdy nie doznałem tu poczucia jakiegokolwiek zakorzenienia, intensywniejszej więzi nawet. Myślę, iż brało się to stąd, że ja po prostu nigdy w Warszawie ani słowa, ani zdania, ani linijki nie napisałem. W różnych miejscach pisałem, wbrew pozorom pisywałem nie tylko w Wiśle czy w Krakowie, mogę nawet ja, antypodróżnik, powiedzieć, że w rozmaitych częściach świata różne rzeczy pisywałem, na nieliczne moje wyprawy zawsze jakiś wykwintny zeszyt w linię zabierałem, zdarzyło mi się raz nawet na amerykańskich peryferiach w środku kukurydzianych pól całą książkę napisać – w Warszawie nigdy nic.

Teraz zaś siedzę w holu Hotelu Europejskiego i otwieram zeszyt, i pracuję. Przyglądam się światu i zapisuję przychodzące mi do głowy refleksje. Przyglądanie się światu z perspektywy holu Hotelu Europejskiego to jest zresztą, jak się zdaje, silna miejscowa tradycja.

27 lutego 1999

Trzy Czarodziejskie góry

W antykwariacie na Świętokrzyskiej kupiłem trzeci egzemplarz Czarodziejskiej góry. Moja pierwsza arche-Czarodziejska góra została w skrzętnie i, jak się okazuje, pod wieloma względami przedśmiertnie uporządkowanej krakowskiej bibliotece na Francesco Nullo, jest to tamten mityczny egzemplarz z dedykacją bp. Wantuły. Równo czterdzieści lat temu, w Roku Pańskim 1959, Wantuła ofiarował powieść Manna moim starym w prezencie, ojciec z właściwą sobie zajadłością przeczytał natychmiast i z równie zajadłą skłonnością do natychmiastowych, definitywnych i niepoczytalnych ustaleń doszedł do wniosku, iż sztuka literacka polega na układaniu zdań długich. Im większy pisarz, tym dłuższe zdanie potrafi napisać, uważał mój stary. Potem przeczytał Doktora Faustusa i kolosalne, całymi stronicami idące okresy tego arcydzieła utwierdziły go nieodwracalnie w obłędnym domniemaniu. Na mnie gloryfikacja tasiemcowej frazy, jak prawie wszystko, co on głosił, odcisnęła swe tragiczne piętno, do dziś mam skłonność do nieumiarkowanej jazdy bez kropek i przecinków. Pierwszy egzemplarz Czarodziejskiej góry fundamentalnie zakorzenił się w domowym życiu, inne intensywne i bardziej widzialne przygody tej książki już opiewałem frazą – tak jest – rozwlekłą, ale z kadencjami.

 

Druga Czarodziejska góra nie zakorzeniła się w moim życiu wcale albo: zanim zdążyła się zakorzenić, tamto życie oddaliło się z prędkością światła i Panu Najwyższemu chwała, bo przez to oddalenie mogę teraz opowiadać z czystym sumieniem, bez niczyjej krzywdy. Drugą Czarodziejską górę dostałem w prezencie od pewnej rozbestwionej intelektualnie małolaty przed trzydziestką. Nie uwierzylibyście, jak małolaty przed trzydziestką potrafią być rozbestwione intelektualnie, ta, im była młodsza, tym była mądrzejsza, wprost się zachłystywała możliwościami myśli ludzkiej, była też nader rozpasana pod względem estetycznym, piękno ją upajało, czytała wyłącznie arcydzieła, słuchała wyłącznie muzyki klasycznej, jadała wyłącznie w najdroższych restauracjach. Godzinami siedziała za wykwintnie nakrytym stołem, srebrnym widelcem dziobała w roladzie z jesiotra i wytwornie żuła. Ach, złakniona wyłącznie duchowej wyższości małolata, upiorne było jej życie, wyrażenia „bar sałatkowy” nie znała w ogóle, nigdy nie przeczytała powieści kryminalnej, nie doceniała uroków rozmowy o niczym. Nie tak dawno to było, parę zaledwie burzliwych lat temu i małolata, jeśli dalej żyje, dalej jest małolatą przed albo bardzo niewiele po trzydziestce, choć, jeśli zmarła, nie byłbym zdziwiony, gorset aspiracji spowijał ją tak szczelnie, że mógł ją w sensie ścisłym udławić.

Kochałem ją jak siostrę, nie muszę dodawać, że związek nasz był na wskroś platoniczny, co zresztą mówię platoniczny, przy jej idealizmie, idealizm platoński to były pozory, platoniczności nigdy nie było jej dosyć. Kochałem ją jak siostrę, ona zaś żądała, bym na wszelki wypadek kochał ją jak brata. Istnienie cielesności, nie mówiąc już o istnieniu płciowości, kwestionowała całkowicie, w ogóle w zasadzie kwestionowała dotyk. Jedynym rodzajem dotyku, jaki z dziecinnym zapałem akceptowała, było głaskanie rudej kocicy o imieniu Luiza. Spoglądałem na pełne wiecznego niesmaku oblicze małolaty, głaskałem warczącą z rozkoszy Luizę, szykowałem się do odejścia. Małolata na pożegnanie wręczyła mi Czarodziejską górę, intencja upominku miała utrwalać pamięć jej rozbestwienia duchowego, radykalnego idealizmu i antycielesności. Małolata była mylnie pewna, że Kławdia Chauchat nie spała z Hansem Castorpem – cóż, ludziom o radykalnych przekonaniach to się często zdarza: zawodzi ich rozum. Ale mylne przesłanie to jeszcze pół biedy, Czarodziejska góra jako manifest miłości platonicznej to jest dosyć karkołomne przedsięwzięcie interpretacyjne, bo przecież żyjący w opisanym tam sanatorium pobudzeni gruźlicy trachają się nieustannie, ale niechby było, że się nie trachają, małolata wszakże, prócz wyposażenia dzieła w mylne, ale przynajmniej niewidzialne przesłanie, w ataku pożegnalnego patosu wpisała jeszcze na stronie tytułowej całkowicie niezrozumiałą dedykację, którą w dodatku opatrzyła koślawym wizerunkiem kota. Z furią spakowałem dwa tomy (wydane w odrażającej serii ze złoceniami na okładce) i wywiozłem w góry, i tam skryłem w sekretnym miejscu wśród innych zdradzieckich materiałów. W każdym razie drugą Czarodziejską górę mam w Wiśle, egzemplarz duchowo i cieleśnie spaprany, ale jest.

A trzecią Czarodziejską górę kupiłem na Świętokrzyskiej, często teraz chodzę Świętokrzyską, bo mieszkam za rogiem, porzuciłem przelotne uroki Hotelu Europejskiego, budzę się w moim nowym miejscu na dwunastym piętrze, co rano podchodzę do okna i przez teatralną lornetkę sprawdzam, jaka chorągiew wisi nad nieznanym miastem[4]. Nieraz, jak poczuję, że krew żywiej w żyłach krąży, zapuszczam się aż do Nowego Światu, kupuję atrament, spoglądam na przestylizowane małolaty w każdym wieku, zachodzę do księgarń. Wczoraj też tak było, w antykwariacie na Świętokrzyskiej kupiłem trzecią Czarodziejską górę (to samo wydanie co od Wantuły, słynna czarno-granatowa obwoluta w strzępach, grzbiet od światła dziennego miejscami przejaśniały, ale egzemplarz praktycznie nietknięty, ktoś czterdzieści lat temu dojechał do trzydziestej siódmej strony – „czas upływa wam tu szybko” – mówi Hans Castorp i tyle, ani zdania dalej), jak mówię, kupiłem na Świętokrzyskiej trzecią Czarodziejską górę, schowałem do teczki i, ożywiony, postanowiłem, że do Nowego Światu ruszę. I idę Nowym Światem, jak zwykle kolejna flaszka atramentu blue-black, kolejna jedna, druga, trzecia małolata wystylizowana do granic, kolejna woda mineralna za kontuarem baru Bajka, jak zwykle, jak zwykle. Choć nie jak zwykle, bo horyzont nagle niezwykle ciemnieje, perspektywa się zawęża, niezwyczajny tupot słychać. Grupa rolników z naprzeciwka Nowym Światem idzie, spieszno im, jakby się bali, że do antykwariatu na Świętokrzyskiej nie zdążą przed zamknięciem, absurdalna myśl przez głowę mi przeszła, absurdalna i mylna, bo oni szli spiesznie, ale już się nie spieszyli, oni szli spiesznie z rozpędu, bo z demonstracji wracali. I szli radykalnie, zwinięte sztandary i proporce za pazuchami nieśli, gardła jeszcze mieli bojowymi okrzykami rozgrzane, spojrzenia pałające, lica rumiane. Z pogardą patrzyli na z miejska odzianych przechodniów, wystylizowane małolaty, co w życiu krowy nie doiły, pozornie litościwy, w istocie plugawy ich śmiech budziły, minęli mnie i spojrzeli w sposób, który wzmocnił mnie duchowo, spojrzeli na mnie jak na miejscowego gnoja, spojrzeli na mnie, jakbym był stąd.

Kolejna kapitulacja była moim udziałem, bo ja, prosty synek z Wisły, wnuk starego Kubicy, chłopskiego przywódcy co się zowie, nie podjąłem z nimi walki o swój wizerunek, odciąłem się od korzeni, chciałem być stąd. I więcej powiem, chciałem być stąd, nie chciałem być stamtąd i nie tylko o własny wizerunek nie podjąłem walki, ale przyspieszyłem kroku i pędem w stronę Empiku ruszyłem, bo pomyślałem w panice, że jakby rozgrzani demonstracją chłopi przyjrzeli mi się baczniej, jakby zobaczyli więcej, jakby swoim chłopskim rozumem doszli, na co ja przed chwilą pieniądze daremnie wydałem, jakby pojęli, że w samo południe ekstrawagancko w torbie trzecią Czarodziejską górę niosę, to przecież mogliby się nie bez racji słusznym gniewem unieść i skarcić mnie boleśnie za brak urozmaiceń w doborze lektury.

27 marca 1999