Portret modej wenecjanki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Jerzy Pilch

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marek Pawłowski

ILUSTRACJE: Albrecht Dürer "Portret młodej wenecjanki" ze zbiorów Kunsthistorisches Museum Wien

REDAKTOR PROWADZĄCY: Anita Kasperek

REDAKCJA: Magdalena Bielska

KOREKTA: Jacek Błach, Ewelina Korostyńska



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05944-9 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Sztuka rozpadu

Jeśli jestem w czymkolwiek biegły, to głównie w sztuce rozpadu. Miłość rzecz jasna mam na myśli i wszelkie jej klęski. Z miłością, a zwłaszcza z trwałością miłości nie bardzo sobie, mówiąc oględnie, radzę. Kilkadziesiąt związków — wszystkie w zgliszczach. Gdyby choć jedna historia ocalała, nie byłbym sam, nie miałbym uprawnień do wszczynania procedur rozpadu, nie układałbym skarg — pozornych zresztą i obłudnych, w końcu rzecz w tym, że ja nie chcę trwałości.

Kiedykolwiek chciałem? Raczej nie zdawałem sobie sprawy, że nie chcę, i z uporem godnym lepszej sprawy próbowałem? W każdym razie po latach daremności dochodzę do wniosku, że nie chcę. Nie chcę trwałości. Ale skąd one (One!) o tym wiedzą? Natychmiast! W lot! Grubo wcześniej! Skąd? Iluminacja ani inne trafne oświecenia nie są ich specjalnością. Skąd? Skąd wiedzą? Są wtajemniczone? Jakby były wtajemniczone, nie byłyby rozczarowane.

Rozległy zespół paradoksalnej niemocy życia w parze? Paradoksalnej, ponieważ pacjentowi się wydaje, iż dąży do bycia z kimś, iż pragnie czyjejś obecności, iż chce, i to chce gorączkowo, żyć w parze, w narzeczeństwie, małżeństwie, konkubinacie, na kocią łapę — jak zwał, tak zwał, byle z kimś. W chwilach nieodróżnialnej od realu fikcji akceptuje szczególne warunki, sięga do świata rzeczy, jedne przedmioty personalizuje, inne animizuje, animizowane rozpieszcza, dla personalizowanych bywa niemiły — życie pozornie burzliwe i bogate — wszystko po to, by zaprzeczać pustce. Nie jest to jednak ucieczka w czas zabaw dziecięcych, przynajmniej nie wyłącznie. Nie ucieka, bo nie ma takiej potrzeby — umie, naprawdę umie i naprawdę chce być tylko i wyłącznie sam. Udaje pełnię dla świętego spokoju. Samotni nie budzą powszechnego zaufania, ich mieszkania uchodzą za wylęgarnię występku i zbrodni, niesamotni krzywo na nich patrzą, zazdroszczą im, iż mogą robić, co dusza zapragnie. Faktycznie, jakby ktoś skomponował „Słownik samotności”, musiałaby się w nim znaleźć część zatytułowana „Zabobony samotności”, w niej rozdział „Elementarne gusła samotności”, tam zaś na końcu: „Opinie Polaków o pożytkach z bycia samotnym”. I z opinii tych wyzierałoby mniej lub bardziej skrywane przeświadczenie, iż samotność przede wszystkim daje swobodę erotyczną, wzmaga i głód kopulacji, i samą kopulację jako taką, ergo nieubłaganie wiedzie do życia rozpustnego.

Nawiasem: niesamotni? Wieluż ich? Mniej, znacznie mniej, niż się zdaje. Zawyżona liczba pochodzi z pozorów. Nie ma dotkliwszej samotności niż w niefortunnie wybranym związku, nie ma boleśniejszej samotności niż z kimś, kto miał być lekiem na samotność, a mnoży samotność.

Na szczęście, prawie w każdym sensie ciągle jest sam. Jest sam w pełnym splendorze tego sformułowania. Syci się samotnością, tarza się w samotności, upija się samotnością. Gdyby go zapytać, czy jest szczęśliwy — zaprzeczy. Gdyby go zapytać, czy jest nieszczęśliwy — nie potwierdzi. Stroi zwycięskie miny przed lustrem i jak przystało człowiekowi, którego nikt nie widzi, dziwne rzeczy robi, w euforycznych zastyga pozach, gada do siebie. Czasami wychynie z siedziby. W lewo? W prawo? Prosto? Prosto. Niczym seryjny morderca, ofiarę bezbłędnie wypatrzywszy, rusza jej ledwo wyczuwalnym śladem. Dogoni, zacznie się jej zwierzać, w niekontrolowanym przypływie doznań, które mylnie uzna za serdeczność, zaprosi ją do siebie i zaprosiwszy, natychmiast chce się wycofać, żałuje i kombinuje, jak teraz wszystko odkręcić, wiadomo, że nie przyjdzie, cała nadzieja w tym, że wyczuła w nim wariata i nie przyjdzie. Nie przyjdzie. Nie przyjdzie. A jak tak przyjdzie? Jak, owszem, wydał się jej wariatem, ale niegroźnym? Jak odwołać? Jak rozplątać tę nie do rozsupłania motaninę? Zabić ją? Tak od razu? Może jednak nie przyjdzie?

Uprawiałem kunszt rozpadu jak trzeba: z pasją i uwagą. Dobre to było — wysilać się, nawet jak siebie bierzesz pod uwagę, nie musisz, a wynik zawsze wymowny.

Spośród kilkudziesięciu pożarów wybieram niby zgaszony, niby niezgaszony.

Ja wybieram? O, moje prawo wyboru! O, moje dawno utracone prawa obywatelskie, publiczne, wyborcze, erotyczne, estetyczne, literackie, jakiekolwiek. Ja wybieram? Ja niczego ani nikogo nie wybieram. Chyba że jak w starym dowcipie: ja kobiet nie wybieram, a jeśli wybieram, to tylko te, które uprzednio wybrały mnie. Z czego zresztą wiele nie wynika, bo wybrawszy, zostawią mnie niebawem. Z czego zresztą wiele nie wynika, bo nie wybrawszy mnie, wybiorą kogo innego. Ergo ich wybór również okazał się niefortunny. Bardziej nawet — wybierały na całe życie. W każdym razie na dłużej. Jakież lamenty! Jakież lamenty obopólne! Zostawiałaś mnie, zostawiałaś mnie na pożarcie pustce, zostawiałaś mnie w pustym hotelu, w Krakowie opustoszałym jak po ewakuacji. Wariatka nie powinna zostawiać czuba! Czub wariatki! Nigdy i pod żadnym pozorem! Byliśmy parą? Byliśmy parą szukającą schronienia, na wszelki wypadek lądującą w każdej kryjówce, w każdej jamie piaszczystej, w każdym trawiastym bunkrze poniemieckim, w każdej piwnicy albo na każdym strychu. Nie było nigdy wiadomo, z której strony lęk natrze i zaczniemy się — do trupiej białości — wykrwawiać. Oto nasza miłość! Czym była i czy w ogóle była — spróbuję wyjaśnić, prowadząc dociekliwe notatki w umiarkowanie wykwintnym zeszycie w linie. Oprawa: imitacja płótna żeglarskiego, kolor: brudnozielony. Plus ołówek, owszem, ekskluzywny: Palomino Blackwing. W zeszycie byle jakim możesz pisać. Byle czym już nie. Pisz zresztą, czym chcesz, i żyj, jak chcesz. Nie wracaj do mnie, to zresztą jest dziwnie niemożliwe. Nie od nas zależy. Choćbyśmy się nie wiem jak starali — nie wznowimy. Trwało tyle, ile miało trwać. Kiedyś powiedziałaś: tęsknię za naszą miłością. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, nie zrozumiałem, co znaczy czas przeszły — potem tak. Tęsknię za tym, co było. Ty tęsknisz, ja tęsknię, cóż prostszego — wznówmy to!

Tęsknię, ale nie chcę, żeby cokolwiek wróciło. A nawet jakbym chciał, nie wróci. Poza tym gdybyś wróciła, musiałbym zrezygnować z tego, co mam, a mam bezlik. Bezlik plus wzbogacającą duchowo gorycz naszego rozstania. Bezlik pocieszeń — tyle mogę zdradzić. Porzucony ma skłonność (nie tylko ja — każdy) do doraźnych pociech. Jak pokierować nimi niezręcznie (a kierowanie niezręczne to poniekąd moja specjalność), rychło zajmą podstawowe miejsce. Tak. Doraźne pociechy stają się zasadą życia. Jak zwykle pracuję w warunkach rygorystycznej cenzury wewnętrznej, więc o dalszych ciągach doraźności ani słowa. Pewnie, że bosko by było karmić koty przy ulicy Mokwy. Ale to już było. I nie wróci więcej.

 

Nie chciałem też, żebyś za często myślała o tym, co czasem cię nęci. Wiedziałem o twoich skłonnościach niejedno. Więcej wiedzieli twoi rodzice, ale ponieważ nie chcieli i nie potrafili tego wypowiedzieć — jest tak, jakby nie wiedzieli. Jest tak, jakby nie wiedzieli nic. Nic a nic. Swoje oczywiście wiedzą. Nie byliby sobą, jakby nie wiedzieli. Przypisywanie komuś gruntownego nierozumienia spraw jest podstawowym chwytem literatury i podstawowym błędem życia.

II

„Słownik depresji naszej powszedniej”

„Każdego dnia powstaje nowy słownik jałowych kobiet nieznanych dezerterów zmarnotrawionych synów w ich mgle mrowi się tłum stronników milczenia”.

Jan Polkowski

Kolekcjonowałem wszelkie „kiepskie formy”, „marne widoki”, „nagłe zapaści”, „rozległe zawały”, „wielkie głody”, „mordercze poniedziałki”, „zabójcze wtorki”, „samobójcze środy”, „śmiercionośne czwartki”, „godziny diabła”, „oczy szatana”, „czarne piątki”, „białe noce”, „pieskie popołudnia”, „nieoczekiwane ataki”, „fatalne trzynastki”, groźne, a nawet najgroźniejsze „upojne soboty” i inne nie do ominięcia „gleby”. Na „Słownik depresji naszej powszedniej” brakło haseł, nie pierwszy raz brakło terminów na wampirzy dykcjonarz. I to dość prędko brakło, a zdawało się, że wiele tomów przed nami. A tu nawet z synonimami za mało. „Upojne soboty”, też na przykład „apokaliptyczne soboty” czy „czarne piątki”, też „studzienne piątki” etc., etc., przytaczam kilka, ostatnie z trudem, ale coś za coś. Jak się całożyciową frekwencję czarnych zwrotów w czarnych zwojach przebadało, to globalnie wychodziło, że mniej więcej jedną trzecią życia jestem w złym humorze. Nie było źle! Biorąc pod uwagę, że znaczną część pozostałych dwóch trzecich przesypiałem, że nie pamiętałem, kiedy ostatnio byłem spokojny albo chociaż w równowadze — naprawdę nie było źle.

Ideę skoku w końcu odrzuciłem. Odrzuciłem wbrew sobie, szukałem nieodwracalności, a nic nie daje takiej gwarancji jak skok z co najmniej ósmego piętra. Chciałem definitywności, a potem cykor? Najpewniej tak. Chciałem nie chciałem. Z naporem rozwiązań jak z chorobą — do ostatniej godziny liczysz, że się cofnie? Też. Poza tym w nierównowadze skutecznie nie skoczysz. Ani z ósmego. Ani ze sto ósmego. Zanim ruszysz — staniesz. Aby skoczyć, aby wkroczyć w pozbawioną przeszkód przestrzeń, potrzebna jest długa, lodowata homeostaza. Zrównoważona, wytrwała i odporna na przeszkody i argumenty, posępna równowaga. Musisz być uważny jak zwiadowca zastygły w bagnach, zrównany z nimi oddechowo, ciśnieniowo i ogólnowojskowo, nieruchomy i bezwzględny. Dopiero jak wszyscy zapomną, jak sam będziesz bliski zapomnienia o sobie samym — wtedy ruszysz i wtedy runiesz skutecznie. Poza tym póki żyjesz, to żyjesz, ale jak już po, jak już zetknę się z betonem, to udawać, że nie jestem (albo jestem) kupą mięsa po eksplozji, nie bardzo się da. Niby masz gwarantowane bezczucie, ale przecież do końca samemu sobie towarzyszysz. A jak towarzyszysz, jak wiesz, że towarzyszysz — to nawet resztki świadomości starczą, by całość położenia przedstawić.

Spiętrzenie rur grzewczych nad kotłownią nawet części takich (jak widać, niekoniecznie stuprocentowych) asekuracji nie daje, ale jest bardziej ludzkie.

Przemierzałem ślepe korytarze w poszukiwaniu nierówności muru. Łakomie wypatrywałem czarnych dziur. Byłem bez narzędzi, ale wiedza, że do moich osobistych celów hak najlepszy, powinna i bez sprzętu tryumfować. Badałem wpływ — szczerze powiem, nie pamiętam czego na co. To znaczy na co akurat pamiętam, ale czego — nie bardzo. Nic ważnego. Sto razy ważniejsze, że przy okazji historia pewnej samotności dała znać o sobie. Gdzie zdrowie, gdzie pewność, że nas zły traf nie tknie? Oczywiście: nie tknie. Resztkami sił powstrzymuję przywidzenia. Nie są ciekawe, ale są pouczające. Nie wiem, co się dzieje. Ściany nie dają oparcia.

Uwiarygodniają mnie pożądane skutki uboczne? Jak mawiał pan Naczelnik: „Tak czy tak oślepnę”. Zapomniany przez Boga i ludzi wegetuję w przedsionku archiwum? Dać sobie rok? Dwa, trzy lata, a potem przyjemność najdziksza z dzikich? W sumie dałem pokój. Aforyzm, iż życie bez starości i bez choroby jest niewiele warte, robi wrażenie ciężko wydumanego i raz przyjęty z pewnością niczym nie wynagradza, ale co tam. Zobaczymy. Oczywiście żadnej powagi, dostojeństwa i innych ustatkowań. Nie skaczę z ósmego wyłącznie po to, by sprawdzić, ile strzelę goli w doliczonym czasie. I co powiecie? Od razu lepiej. Teraz możemy pogawędzić o rzeczach naprawdę ważnych.

Na czym w sensie ścisłym polegały badania? Tysiąc typów tomografii. Ale — wyjaśniam zaraz na początku — do studiowania mapy łba zakutego nie posunąłem się.

Ile razy dziennie słyszysz słowo „depresja”? Ile z tego wypowiadają pucołowaci sybaryci? A ile pociemniałe z rozpaczy, chude i suche jak zapałki studentki psychologii? Pralina studiowała psychologię. Źle powiedziane: studiowała psychologię. Raczej pasjonowała się niektórymi przedmiotami. Była wewnątrz tematów, które niczym punktowe światła wydobywały z ciemności rozprute żyły. Nie znaczy, że dzięki studiom układała jakieś wielkie wyjaśnienie samo-próby. Były to jednak różne sprawy. Zupełnie różne. W ręku nie miałem, ale rzecz musi mieć niemało teorii psycholo, socjolo, neurolo itd. „Historia samobójstwa” chyba istnieje? W końcu istnieje Historia otyłości, Historia brudu, Historia pocałunku, Historia burdeli, Historia prostytucji, Historia zwierciadła, Historia gwałtu.

Swoją drogą ciekawość, kto napisał? Ktoś niebojący się? Niebojący, niebojący, a co z nim, nie wiadomo. Monografię wisielca napisał profesor Zbigniew M., napisał, wydał i coś go ostatnio nie widać. Nie mówię, że za wszystko się płaci, nie mówię: coś za coś, tak nie mówię w żadnym wypadku. Nawet Flaubertowskie: „Wisielec to ja” — nie pada. Emil Durkheim Samobójstwo napisał, ale go nie popełnił. Nie żebym miał jakieś demagogiczne pretensje. Cioran z kolei tematem śmierci i samo-śmierci zajmował się z zajadłą długowiecznością. O bibliografio tematu! Żywiole zbyteczny! Zbiorze nieskończony! Losie ostateczny! Skryjże ty się staranniej w czaszce piszącego! Zasłoń bezmiarem szkolnych błędów jego! A najgłówniejsze z nich to po pierwsze: jest nieszczęśnikiem, co nigdy samo-próby nie podejmie. Po drugie, nie podejmując próby, nawet ostentacyjnie nieudanej — pisał o tym będzie, zażarcie idąc na łatwiznę naruszania tabu.

Zdziwi was to, ale Pralina lgnęła do ludzi. Oczywiście nie do tego stopnia, by mieszać się z tłumem. A już mieszanie się z tłumem stojącym pod dziekanatem wydziału psychologii — dajcie pokój. Zespół przeświadczeń wyższościowych — przy okazji? Jak najbardziej. Plamenogrodzka Kralica. Co robić. Nawet nie mogę powiedzieć, że za nią tęsknię. Sam nie wiem, czy bardziej tęsknię za nią, czy bardziej frapują mnie jej historie. Miała rzadko spotykany, naturalny, silny, powiedziałbym: wręcz atletyczny talent literacki. Taką zdolność miewają tylko opowiadacze, dla których język ojczysty nie jest pierwszym językiem. Skończyła równo pięć lat, gdy Pralinowicze pożegnali Podgoricę i wylądowali w Warszawie. Oczywiście po polsku ani słowa — jakaż za to mocna, intensywna polszczyzna po dziesięciu, po piętnastu latach! Ach, oczywiście trafiają się rozmaite lapsusy, nieprawidłowości, wahania. Są jak rysy na zamarzniętym świetle. Czasem dziwaczna składnia, czasem zachwianie rytmu, czasem nieoczywista leksyka. Rozumiecie? W jej polszczyźnie pojawiają się rzadkie, ale wyraźne ślady „pierwszego nauczania”. Rozumiecie? Była przepiękną, młodą, w każdym calu zachwycającą kobietą. Ale jak zaczynała opowiadać… Boże mój, nawet zazdrosny nie byłem. Sztuka opowiadania, jej sztuka opowiadania była jedyną rzeczą, która mogła przezwyciężyć jej urodę. Też nie całkiem, bo jak opowiadała, to piękniała. Przezwyciężała, a też nie przezwyciężała. W każdym razie była niedościgła, była poza zasięgiem nas wszystkich. I równocześnie, nie od razu, ale po pewnym czasie, zaczynałem rozumieć, że ona nie chce debiutować ani wydawać książek, że w naszym — jak to nazwał wieszcz — „turnieju garbusów” nigdy nie wystartuje. Argumentowała, że tak jak jest — jest dobrze, że jest szczęśliwa, gdy zajmuje się swymi opowieściami nieobowiązkowo, hobbystycznie. Literatura nie jest dla szczęśliwych — odparłem trochę urażony, bo jednak w jej odmowie było też odtrącenie mojej pomocnej dłoni. Literatura uwolnienia nie daje — odpowiedziała niby prosto, ale jak się wmyśleć, szkoda gadać. Uwolnienie od? Czy uwolnienie do? Zobaczymy. Może jakieś opowiadanie albo jego fragment — za łaskawą zgodą autorki — da się umieścić w tym lub w następnym zeszycie.

III

Narożny pokój na tyłach domu

(Autorka: Atina Milić)

Na starość Borisza zaczął stronić od ludzi. Zamieszkał w narożnym pokoju na tyłach swojego domu i odmawiał przyjmowania jakichkolwiek odwiedzin. Spał w ciągu dnia, a z pokoju wychodził tylko późną porą, kiedy nie groziło mu, że się na kogoś natknie. Krewni z początku nie dawali za wygraną i przychodzili do niego, pytali, co słychać, jak się miewa. Tak się jednak awanturował, ilekroć widział jakiegokolwiek nieproszonego gościa, że wkrótce rodzina stwierdziła, że skoro taka jego wola — należy go zostawić w spokoju.

Nic nie zapowiadało, że stanie się kiedyś takim odludkiem. Był zawsze duszą towarzystwa, człowiekiem radosnym, rozrywkowym i w pewien sposób natchnionym. Kobiety go ubóstwiały. Krążyła nawet swego czasu legenda, że magnetycznemu spojrzeniu jego zielonych oczu żadna się nie oparła. Nikt, kto go znał, nie wątpił, że ta legenda jest w pełni prawdziwa. I chociaż może się to wydawać dziwne, podziwiała go za nią nawet jego własna żona. Wystarczająco często spotykała się ze wzrokiem innych kobiet, wołającym: „zazdroszczę ci, że masz takiego jurnego męża, a nie taką skończoną ofermę, jak ja!”. Wystarczająco często, by nauczyć się z tego powodu dumy? Może.

Nieszczęśnicy umiarkowanego temperamentu bądź po prostu nieznający się na rzeczy tak dobrze jak Borisza musieli okłamywać żony, że je zdradzają, by nie stracić szacunku w ich oczach, a i tak z politowaniem śmiano się z nich na boku i patrzono na nich jak na ostatnich pantoflarzy. Branka nie miała tego problemu. Jej mąż był słynnym na całą wieś amantem. Wszyscy byli co do tego zgodni. Mogła spać spokojnie.

Mężczyźni również go ubóstwiali. Próbowali kopiować jego sposób bycia, gdy mówił, słuchali w milczeniu — Borisza nigdy nie pozwalał sobie przerywać. Traktował to jako oznakę braku szacunku i reagował na to bardzo nerwowo. Nieraz zdarzyło mu się wręcz wybuchnąć. Ale to mniej ważne. Ważne, że Borisza naprawdę wciągająco opowiadał. Osiągał w tym szczyty doskonałości. A jaką temu nadawał oprawę! Wstawał, odsuwał krzesło, przechadzał się po pokoju; kipiał energią i gestykulował jak w transie. Zatracał się bez reszty, a słowa płynęły z jego ust nieprzerwanym strumieniem, wyglądało to i brzmiało fantastycznie. Był świetnym obserwatorem, dzięki czemu jego historie pełne były konkretów, ciekawostek i zaskakujących point. Na dodatek sprawiał wrażenie kogoś, kto wie wszystko na każdy temat. Z czasem zaczęto go traktować jako chodzącą alfę i omegę, co mu doskonale pasowało. Zawsze czuł się mądrzejszy od innych.

Dla rówieśników był przykładem do naśladowania już jako młody chłopak. Mało kto mógł za nim nadążyć. W wieku dziewięciu lat palił jak nałogowiec, co nie było dla niego ani przyjemne, ani łatwe, i przerzucił się z roweru na samochód, co było dla niego wprawdzie przyjemne, ale jednocześnie przerażające. Tak dobrze prowadził, że wkrótce widok dziewięcioletniego Boriszy za kółkiem przestał wzbudzać jakąkolwiek sensację wśród okolicznych mieszkańców. W wieku trzynastu lat urządzał regularne wyścigi z policją, które bez trudu wygrywał. Naturalnie, gdyby któregoś razu nawet i przegrał, obyłoby się bez konsekwencji prawnych, ponieważ jego wujek był komendantem. Ale i bez wujka komendanta jego wyczyny robiły wrażenie. Taki młody, a taki nieustraszony. Dziewczyny były zachwycone.

Na polowaniach też wykazywał się hardością. Umiejętnie strzelał, celnie, bez wahań. Kiedyś nadepnął na węża i natychmiast go zabił, wbijając mu patyk w czaszkę. Koledzy byli zdumieni. Najbardziej im jednak imponowało, że odziedziczył po przodkach mocną głowę do alkoholu. Mało kto mógł się z nim równać w tej kwestii, dlatego chętnie urządzano sobie z jego udziałem rozmaite zawody. Jedno go w tych zawodach wyróżniało — stukając się kieliszkiem, zawsze patrzył towarzyszom popijawy prosto w oczy. Taki był w jego stronach obyczaj, a hołdowanie tradycjom i obyczajom było dla Boriszy niesłychanie ważne. Podchodził do tego tematu bardzo serio i uczył innych podobnego myślenia. Lgnęli przez to do niego jeszcze bardziej i słuchali pilniej.

 

Co jeszcze można powiedzieć o Boriszy? W wieku późnonastoletnim chodził tak, jakby unosił się nad ziemią albo jakby rozpostarto pod jego stopami słynny gwiazdorski czerwony dywan. Pilnował pleców, by były wyprostowane, głowę trzymał wysoko, a gdy się witał, ściskał każdemu dłoń — na wszelki wypadek — odrobinę za mocno. Po prostu potrafił się zachować jak twardziel, kiedy sytuacja tego wymagała. Przy całym ogromie niewątpliwych atutów Borisza był na dodatek wysoki i przystojny jak Rudolf Valentino. Dla krewnych stanowił idealną reprezentację rodu, co bardzo schlebiało jego próżności. I tu kolejny plus. Próżność w jego kraju była pożądaną cechą u mężczyzn, znowu więc zyskiwał, i to zyskiwał po tysiąckroć. Nie było nic gorszego dla jego rodaków niż mężczyźni niscy, brzydcy i do tego zakompleksieni. Jak fatalnym zbiegiem okoliczności trafiali się niscy i brzydcy, to musieli nadrabiać przynajmniej ostentacyjnym samozadowoleniem, inaczej biada. Niscy, czyli — żeby było jasne — poniżej metra osiemdziesięciu. Z dziada pradziada wszyscy słynęli bowiem ze strzelistej budowy i tak wielkiej tężyzny, że mogli „żonglować końmi”, a syn, który nie wyrastał ponad wspomniane metr osiemdziesiąt, był z miejsca zakałą dla całej wsi i całej swojej rodziny, co w zasadzie na jedno wychodziło.

Pierworodny Boriszy — Dragan — osiągnął nędzne metr osiemdziesiąt pięć i przez długi czas miał z tego powodu problemy z niską samooceną. Później nauczył się to skutecznie ukrywać pod maską humoru. Jako dorosły osobnik stał się nieskrępowanym towarzysko, uwielbianym przez wszystkich znanym żartownisiem. W dzieciństwie był jednak nieśmiały aż do przesady. Ciągle wytykano go palcami, bo najmniejszy w klasie, bano się, że spłodzi synów knypków. Na szczęście ożenił się z kobietą słusznego wzrostu, dzięki czemu udało mu się zmajstrować zadowalająco dorodnego potomka. Gdy po pięciu godzinach porodu przyszedł na świat jego upragniony sukcesor, było wiadome, że będzie z niego gigant. Był tak olbrzymim i żwawym noworodkiem, że trajkotały o tym wszystkie pielęgniarki w szpitalu. Ważył sześć kilogramów, miał ciemne włosy, czarne oczy i nosek małego hrabiego, absolutnie nie do podrobienia. Duma Boriszy była nieskończona, a rozgorączkowanie krewnych przechodziło wszelkie granice zdrowego rozsądku. Tej nocy, gdy się urodził jego pierwszy wnuk, w całej wsi strzelano w niebo z pistoletów i ze strzelb myśliwskich na znak radości. Syn Dragana, nazwany oczywiście po dziadku Boriszą, już w wieku siedemnastu lat dobił do metra dziewięćdziesięciu czterech i wyhodował sobie tak gęsty zarost, że mógł spokojnie uchodzić za czterdziestolatka.

Niemal pod każdym względem, jak widać, miał więc Borisza zadowalające życie. Powiodło mu się również na gruncie finansowym i zawodowym. Z wykształcenia był wprawdzie ekonomistą, ale ponieważ znał doskonale kilka języków, pracował w ambasadach na całym świecie jako dyplomata i doradca. Fantastycznie w tym czasie zarabiał, poznał wiele ważnych osobistości i wytwornych dam. Żonie przywoził z zagranicy drogie futra i modne buty, a pozostałym mieszkańcom wsi ciekawe historyjki, którymi potrafił ich zabawiać do późnych godzin nocnych. Wszyscy go wielbili i wyczekiwali jego krótkotrwałych powrotów.

Podczas gdy Borisza przebywał za granicą, Branka zajmowała się domem i dziećmi, a także codziennie przyjmowała gości. Krewniacy chcieli koniecznie wiedzieć, co słychać u jej męża, i być na bieżąco. Każda nowinka rozchodziła się lotem błyskawicy i przeżywano ją długo. Radość, jaka zapanowała we wsi, gdy dowiedziano się, że Borisza wraca na stałe, była nieopisana. Miał wtedy niewiele ponad pięćdziesiąt lat. Zapisał się do partii komunistycznej, ponieważ był wielbicielem marszałka Tito. Dostał w naszych stronach posadę dyrektora lokalnej przetwórni owocowej i zaczął prowadzić życie człowieka statecznego. Jego dwaj młodsi synowie wyprowadzili się do domów, które sobie nieopodal pobudowali, natomiast pierworodny Dragan razem z żoną i dziećmi został oczywiście z nim. Tak nakazywała tradycja. I wszystko byłoby dobrze, wszystko byłoby wedle przyjętych reguł, gdyby nie synowa Boriszy — Julita. Krótko o niej i o tym, jak się poznali z Draganem, bo to bardzo ciekawe.

Otóż to Borisza wypatrzył pierworodnemu jego przyszłą żonę. Było to na pewnym eleganckim przyjęciu we Włoszech, w jednym z najznamienitszych hoteli świata. Tak się złożyło, że akurat w tym czasie Dragan przyjechał do ojca w odwiedziny. Poszedł z nim na to przyjęcie, żeby nabyć nowych umiejętności w dziedzinie flirtów i konwersacji. Świetnie się bawił, podczas gdy Borisza siedział przy barze i dyskretnie przyglądał się zgromadzonym pięknościom, okiem wytrawnego, ale mocno znużonego już łowcy. Ożywił się dopiero, gdy ujrzał Julitę.

Po pierwsze, była uderzająco wysoka. Ale nie tylko to przykuło jego uwagę. Magnetyczne też były jej szczupłość, postawa i wdzięk widoczny w gestach i delikatnym sposobie poruszania się. Kobieta, od której nie mógł oderwać wzroku, miała na sobie czarną suknię do ziemi, zabudowaną z przodu, a wydekoltowaną z tyłu. Było to pomieszanie zmysłowości z elegancją, coś piekielnie — jak uznał Borisza — atrakcyjnego. Zgrabne plecy i czarne, połyskliwe włosy również mu się u niej podobały, ale to jej perfekcyjnie wymodelowany profil twarzy zelektryzował go najmocniej. Czoło w idealnym stopniu wysokie i wypukłe, nos smukły, odrobinę zadarty, a na końcu tego wszystkiego przeuroczy podbródek, który niemal wzruszał do łez. Nic tylko gapić się i szkicować. Co to za kombinacja? Borisza przyglądał się i nie mógł nadziwić. Co to za cudowna twarz? Gęste brwi, ale wygięte w symetryczne łuki, czarne, lekko skośne, nieduże oczy, ale idealnie umiejscowione w twarzy… wąskie usta, ale tak doskonale pasujące do reszty, że aż strach, no i ten diaboliczny uśmiech: wszystko to zapierało mu dech w piersiach i nie pozwalało mrugać. Natychmiast zawołał Dragana. Dragan zdążył już zasłynąć tym i owym wśród dziewcząt we wsi, tematy damsko-męskie nie były mu więc obce, ale gdy Borisza pokazał mu nietuzinkową piękność, ten spytał tylko z prostotą wiejskiego casanovy: Kto? Ta chudzina w sukni tył na przód założonej? — Nie wiedział w tamtej chwili, że jego los jest już przesądzony.

Dragan gustował w łatwo rumieniących się i wiecznie rozchichotanych dziewczętach o wyraźnie zarysowanych krągłościach, zwłaszcza tylnych, i nie rozumiał, co tak powalającego było w czarnowłosej ponuraczce wskazanej mu przez ojca. Pojął to dopiero, gdy zobaczył ją po raz drugi.

Jakimś sposobem, przy asyście Boriszy i dzięki splotowi korzystnych okoliczności, udało mu się umówić z nią na randkę. I to właśnie wtedy, gdy stanęła w jego drzwiach i zobaczył ją ubraną w bryczesy i sięgające za kolana oficerskie kozaczki, dotarło do niego, z jakiej klasy lalunią ma do czynienia. Wyglądała zawadiacko. W tej jednej sekundzie stracił dla niej głowę. Bezpowrotnie.

Nie przeszkadzało mu, że kompletnie jej nie rozumiał. Po innych kobietach wiedział, czego się spodziewać, natomiast Julita nieustannie go zaskakiwała. Na przykład dawała mu jasno do zrozumienia, na co sobie może przy niej pozwolić, a na co nie może. Nie nawykł do tego. Tak wciąż się pilnować? Sam się sobie dziwił, że mu się chce. Wspinał się na wyżyny swojej szarmanckości, ale nieraz tak go olbrzymi stres pożerał, że był pewien: nie podoła. Straszliwie cierpiał, jednak jakaś tajemna siła nie pozwalała mu dać za wygraną. I jakby jeszcze tego było mało, wybranka jego serca okazała się kłótliwym upierdliwcem. To znaczy wciąż szukała okazji do dyskutowania. Potwornie go to irytowało. Podważała każdą jego myśl, miała swoje zdanie na każdy temat, a to jej zdanie było zawsze odmienne od jego zdania. Był to dla niego istny horror. Żeby się z tym chociaż kryła, ale ona odwrotnie, głośno mówiła, co myśli, jakby w oczekiwaniu na poważną i merytoryczną wymianę poglądów. Koledzy ubawiliby się po pachy. Wstrząsało to nim. Ani myślał się komukolwiek przyznać, że spotyka się z taką prowokatorką. A gdy pewnego razu, podczas rozmowy telefonicznej, pożarli się o to, czy lepsza jest pepsi, czy cola, a potem znowu o to, czy lepszy tatar z pietruszką, czy bez, i zaczął ją, z braku wytrzymałości nerwowej, wulgarnie obrażać i wyzywać od kretynek — rozłączyła się bez słowa. A potem długo, bardzo długo, nieskończenie długo nie odbierała telefonu. Najwyraźniej nie miała zamiaru wysłuchiwać jego tłumaczeń, co na przemian rozjuszało go i napawało grozą. Był pewien, że krótka chwila utraty panowania nad sobą nie może mieć aż tak daleko idących konsekwencji. Jednak Julita znów postanowiła mu udowodnić, że nie ma racji. Przepraszał ją tygodniami. Wydawało mu się, że niczym nie będzie w stanie złamać jej uporu. Nigdy wcześniej nie zetknął się z podobnym zjawiskiem. Odchodził od zmysłów, podczas gdy ona lodowato milczała. Jego świat powoli rozpadał się w gruzy. Nie rozumiał, jak kobieta, jakakolwiek kobieta, może mieć na mężczyznę, jakiegokolwiek mężczyznę, tak przemożny wpływ. Bezgranicznie ją za to znienawidził i jednocześnie, ku własnej zgubie, bezgranicznie pokochał. Gdy w końcu udało mu się uzyskać przebaczenie, natychmiast się oświadczył. O dziwo, zgodziła się i tak została synową Boriszy.