3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Inne rozkosze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

Kohoutek nie spał, leżał na wznak i rozmyślał. Co robić, Panie Boże, co robić? Panie Boże, nie wzywam Twego imienia nadaremno, ale na miłość boską – co robić?

Ponad dachem domu wzmagało się szaleństwo listopadowej nocy, była jedenasta wieczorem, ale o tej porze roku jest to przecież noc głucha, środek ciemnej drogi, ani dojechać, ani zawrócić. Domownicy dawno śpią. Jasne chmury pędzą po niebie z przeraźliwą prędkością niczym łodzie czerwonoskórych, wiekuiście nieruchome góry zdają się dopuszczać do siebie wszelkie możliwości ruchu, a tam, na strychu starej rzeźni, śpi spowita w trzy wełniane koce moja aktualna kobieta.

Co robić? Co robić? Co się stanie, gdy nazajutrz ktoś zauważy, że trzy wełniane koce nie leżą tam, gdzie zwykle? A co się stanie, gdy matka zauważy, że chleb jest krzywo ukrojony i że brakuje sporego kawałka kiełbasy myśliwskiej? Powiem, że zjadłem. Ale i tak będzie awantura, że zjadłem byle jak, a nie przy porządnie nakrytym stole. Z kocami gorzej. Lada chwila ktoś zauważy, że trzy wełniane koce nie leżą tam gdzie zwykle i dopiero się zacznie.

Trzy wełniane koce powinny leżeć na drewnianych ławach w pokoju kominkowym. O tej porze roku nikt wprawdzie nie wchodzi do pokoju kominkowego, prawdę powiedziawszy, nikt nigdy nie wchodzi do pokoju kominkowego, ale zawsze strach, że a nuż jutro właśnie ktoś wejdzie. A jak wejdzie, to, ktokolwiek by to był, czy ojciec, czy matka, czy Oma, czy żona, czy dziecko, ktokolwiek by to był, to, nie ma siły, każdy zauważy, że trzy wełniane koce typu pledan nie leżą na swoim miejscu.

Swoją drogą ciekawe, myśli Kohoutek, ciekawe, jak to możliwe, że nikt nigdy nie wchodzi do pokoju kominkowego, a wszyscy wiedzą, że na drewnianych ławach leżą tam trzy wełniane, skoczowskie koce. Ciekawy paradoks. Kohoutek pragnie kontynuować swe dociekania, ponieważ podświadomie czuje, iż mogą one przynieść ulgę jego skołatanym nerwom, ale gdzie tam, nie ma mowy o uldze, kolejny strach przeszywa jego ciało i duszę niczym smoliste ostrze. A co będzie, kiedy rano wszyscy skoro świt zaczną dalej szukać dwulitrowego słoja pulpetów wołowych, których dotąd nie znaleźli, mogą przecież wtedy zacząć szukać w starej rzeźni, a jak nie znajdą w starej rzeźni, wejdą na strych starej rzeźni i wtedy niewątpliwie znajdą, tyle że nie znajdą dwulitrowego słoja pulpetów wołowych, a znajdą moją aktualną kobietę. Zbudowałem wprawdzie schron, do którego nie dotarłby najskrupulatniejszy okupant, ale oni, członkowie mojej rodziny, niewątpliwie dotrą.

Kohoutek obraca się na bok i przybiera pozycję embrionalną, i jak zawsze w pozycji embrionalnej myśli jego obracają się ku zbrodni. Najlepiej – szepcze do siebie ogarnięty nagłą furią – najlepiej byłoby ją zabić. Powinienem wstać, pójść i ją zabić. Jak znajdą trupa, to i tak będzie awantura, ale nie tak straszna, jak znajdą ją żywą. Jak znajdą ją żywą, to awantura wybuchnie tak straszna, że wszyscy gotowi pozabijać się nawzajem. Ojciec będzie chciał mnie zabić, dziadek zacznie mnie bronić, wtedy ojciec zabije dziadka, Oma zabije ojca, matka zabije Omę, Pastor zabije matkę, Pastorowa zabije Pastora, korzystając z okazji – ponieważ od dawna jej nienawidzi – Pastorową zabije matka pani Wandzi, matkę pani Wandzi zabije córka pani Wandzi, ponieważ nie chce grać na skrzypcach, mnie oczywiście zabije moja żona i w efekcie przez długie tygodnie wszyscy będą na siebie poobrażani do tego stopnia, że nikt nie będzie się do nikogo odzywał.

Obyczaj grożenia śmiercią był pradawnym domowym obyczajem. Kohoutek nieśmiertelne frazy o zabijaniu słyszał, odkąd nauczył się słuchać. Ja cię zabiję, mówiła matka Kohoutka do ojca Kohoutka. Trzeba ją wreszcie zabić, mówili oboje, gdy Oma kolejny raz ukrywała jakąś potrawę. Ćwicz, bo cię zabiję, mówiła matka pani Wandzi do pani Wandzi. Zaraz go zabiję, mówiła Oma, gdy dziadek kolejny raz wracał pijany w trupa.

Kohoutek nigdy nie oswoił się z tą domową retoryką śmierci i za każdym razem przejmował go najprawdziwszy strach, że w końcu, istotnie, ktoś zostanie zabity. Ilekroć przemierzał niekończące się korytarze, sienie i amfilady, ilekroć zaglądał do izb, do których nikt nigdy nie zaglądał, tylekroć bał się, iż zaraz natknie się na ciało któregoś z domowników owinięte w zakrwawioną folię albo czyjś nieludzko skatowany kadłub, pośpiesznie i byle jak okryty gazetami. Kiedy szedł do ogrodu, zawsze bał się, iż natknie się tam na kawałek świeżo skopanej ziemi ze sterczącą z niej – niczym w tandetnym horrorze – czyjąś martwą dłonią.

Najlepiej – powtarza Kohoutek – byłoby ją zabić. Najlepiej byłoby ją zabić i dobrze ukryć trupa – wtedy nie byłoby żadnej awantury. Albo przynajmniej trzeba z nią wreszcie poważnie i szczerze porozmawiać. Przecież w ciągu tych kilkunastu tygodni myśmy właściwie nigdy istotnie nie rozmawiali. Ja nieustannie kłamałem, a ona bez przerwy mówiła o literaturze – przyznaje sam przed sobą Kohoutek. Co robić? Gdzie ją umieścić? O hotelu nie ma mowy, bo wszyscy z miejsca by wszystko wiedzieli. Cała zamieszkana wyłącznie przez ewangelików augsburskich miejscowość z miejsca by wszystko wiedziała. A może – błysk niejasnej nadziei rozświetla głowę Kohoutka – a może przedstawić ją jako wczasowiczkę i spróbować ich przekonać, żeby wynajęli jej jakiś pokój? W końcu od lat mówi się o pieniądzach, jakie przyjdą z wynajmowania pokoi, co roku planuje się wynajmowanie pokoi, co roku setki letników proszą o nocleg i za każdym razem spotyka ich szydercza odprawa. Za każdym razem ktoś się nie zgadza, albo starzy, albo Oma, albo matka pani Wandzi. Choć sama wynajmuje pokój, sprzeciwia się wynajmowaniu innych pokoi. Ale na moją aktualną kobietę – myśli Kohoutek – nikt się nie zgodzi. Kiedy ją zobaczą w jej kuriozalnym kapelusiku, wszyscy jak jeden mąż sprzeciwią się wynajęciu jej pokoju choćby na godzinę. Co robić? myśli gorączkowo Kohoutek. Jak długo ona będzie mieszkać na tym strychu? Przecież potrzebne jej będą jakieś wygody, musi się myć, chodzić za potrzebą. Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę? Jak ona mogła mi coś takiego zrobić?

Nagle zaskrzypiała podłoga i Kohoutek raptownie usiadł w pościeli, bo przywidziało mu się, że jego aktualna kobieta stanęła w nogach jego łóżka.

– Chodź – powiedział z tym rodzajem nagłej czułości, w jaką niekiedy w ciągu kilku chwil zaledwie obraca się ludzka furia. Majak stojącej przy łóżku postaci pierzchnął, ale czułość pozostała.

Boże mój – pomyślał Kohoutek, Boże mój, nie wzywam Twego imienia nadaremno, ale w końcu moja aktualna kobieta leży tam na strychu przedwojennej rzeźni, oddzielona od kosmosu jedynie warstwą kruszejących dachówek i kawałkiem tektury. Przecież to absurd.

W duszy i ciele Pawła Kohoutka paniczny strach ustąpił teraz miejsca niesłychanej śmiałości. Skoro stać mnie było na to, aby ją ukryć, skoro dałem radę zanieść jej chleb, kiełbasę, lemoniadę i trzy koce z pokoju kominkowego, skoro potrafiłem to wszystko uczynić, to uczynię jeszcze więcej: niezauważony przez nikogo udam się teraz do niej i będę uprawiał z nią miłość – powiedział prawie pełnym głosem Kohoutek i wstał na równe nogi. Swoją drogą – myślał dalej – co ona we mnie widzi? To, co wszystkie, pociąga ją ta przeklęta weterynaria – odpowiedział sam sobie. W ciszy i ciemności zaczął się ubierać. Włożył spodnie i sweter, na gołe stopy wdział półbuty, narzucił na ramiona prochowiec i jął jak najostrożniej zmierzać przez długą sień w stronę wyjścia. Gdy przechodził koło pokoju, w którym spała jego żona, przystanął na chwilę, aby się upewnić we własnym bezpieczeństwie. Przyłożył ucho do drzwi i usłyszał jej spokojny oddech. Śpi biedactwo – pomyślał i nagle ogarnęła go kolejna fala wzruszenia. Tym razem było to wzruszenie ściśle związane z kwestią wierności małżeńskiej. Biedactwo, śpi spokojnie, a ja tu takie rzeczy wyprawiam. Przecież tyle lat – szeptał do siebie Kohoutek – przecież tyle lat jestem z tą kobietą, a to, co robię, jest takie niemoralne. I w nagłym porywie Kohoutek otworzył drzwi i tak jak stał w ubraniu wlazł do jej łóżka i jął ją obsypywać gorączkowymi pocałunkami. Żona Kohoutka, która sypiała twardym i głębokim snem, nie od razu pojęła, co się dzieje. Gdy jednak rozbudziła się na dobre, gdy zapaliła światło i ujrzała leżącego obok siebie Kohoutka w prochowcu i półbutach, odezwała się doń w te słowa:

– Człowieku, czyś ty się wściekł? Dlaczego jesteś ubrany? Czy ta jedyna szara komórka, która jeszcze do niedawna telepała się w twoim mózgu, czy twoja szara komórka jedynaczka również zanikła? Dlaczego nie dajesz mi spać? Co za świństwa ci znowu przychodzą do głowy – żona Kohoutka pomyślała, iż być może Kohoutek ubrał się w jakichś perwersyjnych zamiarach, ale Kohoutek w gruncie rzeczy nie usłyszał jej narzekań.

– Kocham cię, kocham cię, kocham cię – powtarzał spazmatycznie i dalej obsypywał ją pocałunkami i gorączkowo zdzierał z niej koszulę nocną. I w końcu żona Kohoutka, która w zasadzie nie przepadała za Kohoutkiem, uległa i pozwoliła zostać mu do rana. Przedtem jednak musiał – tak jak człowiek – przebrać się w piżamę.

V

My, starzy zbereźnicy, nie będziemy ukrywać: nazajutrz Kohoutek wspinał się na strych starej rzeźni z bardzo niewyraźną miną. Kohoutka w ogóle można by nazwać człowiekiem z niewyraźną miną, ale tym razem jego niewyraźna mina była szczególnie niewyraźna. W końcu miał świadomość, iż tej nocy zdradził swą aktualną kobietę. W dodatku zdawał sobie sprawę, że ona, wiedziona swą diabelską intuicją, wie już o wszystkim. Niósł jej śniadanie: termos z gorącą kawą i kanapkę z szynką, ale, pomimo iż naszykowanie i wyniesienie z domu kawy i kanapki było heroicznym wyczynem, był świadom, że niewiele mu to pomoże. Czekała go ciężka przeprawa. Ale czekała go też niesłychana niespodzianka.

 

Gdy wszedł na górę, ujrzał swą aktualną kobietę. Ubrana w zieloną sukienkę, której nigdy przedtem nie widział, siedziała na jednym z pudeł, na kolanach trzymała słój pulpetów wołowych i jadła je na zimno.

– Nie! – krzyknął Kohoutek. – Nie jedz tego!

– Dlaczego? – spytała aktualna kobieta Kohoutka. – Termin przydatności do spożycia jeszcze nie minął. Sprawdziłam na etykiecie.

– Nie jedz! Nie jedz! – wrzeszczał dalej Kohoutek. – Masz, przyniosłem ci prawdziwe śniadanie.

– A więc jeść mi też nie wolno – powiedziała aktualna kobieta Kohoutka, odstawiła słój i starannie wytarła usta chusteczką higieniczną.

– Gdzie znalazłaś ten słój? – zapytał Kohoutek.

– W tym oto pudełku – odparła szyderczym tonem rzekomej winowajczyni, wskazując na karton z napisem „Jan Buzek, handel towarów kolonialnych, Cieszyn, ulica Stalmacha”.

– To niemożliwe.

– Proszę nie zarzucać mi kłamstwa, jak wiesz, ja nigdy nie kłamię – lodowatym, zapowiadającym wręcz eksplozję góry lodowej głosem, oznajmiła aktualna kobieta Kohoutka.

– Ile tego zjadłaś?

– Słuchaj – teraz, z kolei, barwa jej głosu miała w sobie odcień rzekomej ugodowości – zjadłam tylko jeden pulpet, ale zapłacę ci za cały słoik. – I z ostentacyjną gorliwością jęła grzebać w portmonetce, która, jakby istotnie naszykowana do regulowania należności, leżała na jednym z kartonów.

Ale Kohoutek zupełnie nie zwracał uwagi na odgrywany przez nią spektakl. To, że zjadła jeden pulpet, to drobiazg – analizował sytuację – oczywiście, szkoda, że otwierała słój, ale to w końcu da się zatuszować, co najwyżej odium winy spadnie na Omę. Z tego, że zjadła jeden pulpet i naruszyła zawartość słoika, nie ma co robić tragedii. Bezwzględnie korzystnym aspektem sytuacji jest fakt, iż pulpety zostały odnalezione, zaraz podrzucę je tam, gdzie trzeba i gorączkowe poszukiwania ustaną. Ale miejsce okazuje się niepewne! I to jest okoliczność fatalna, a nawet tragiczna. Jak to możliwe, żeby ledwo powłócząca nogami i chodząca o lasce Oma zdołała tu dotrzeć? Jak to możliwe, żeby zdołała wspiąć się po wąskich i stromych niczym drabina schodach? Jak to możliwe, żeby ktoś tak niedołężny, ktoś, kogo raz do roku trzeba wieźć do kościoła w fotelu na biegunach, zdołał sforsować tak karkołomne podejście? Widocznie wszystko jest możliwe. Skoro jest możliwe, że moja aktualna kobieta ni stąd, ni zowąd przybywa do mnie, po to w dodatku, aby pozostać ze mną na zawsze, możliwe jest także, że chroma staruszka z małpią zręcznością wspina się po schodach, konstatuje z goryczą Kohoutek.

– Być może się to nie zdarzy, ale musisz się z tym liczyć – mówi do swej aktualnej kobiety.

– Z czymże to znowu, mianowicie, muszę się liczyć?

– Może jutro, może pojutrze, może za parę dni pojawi się tu Oma. W domu jest pełno jedzenia i ona z pewnością znów zechce coś ukryć. Opowiadałem ci, że robi to od czasu do czasu.

– Dobrze – aktualna kobieta Kohoutka rzekomo ściśle stosuje się do instrukcji – gdy pojawi się tu Oma, co mam robić?

– Ukryj się.

– A jak mnie zaskoczy?

– Wtedy zachowaj zimną krew. Pamiętaj o jednym. Gdyby cię zaskoczyła, gdyby cię tu ujrzała, nie jest wykluczone, że zada ci wiadome pytanie.

– Jakie wiadome pytanie?

– Zapyta, czy przypadkiem nie jesteś katoliczką i wtedy musisz się zaprzeć i powiedzieć, że jesteś luteranką. To ją uspokoi.

– Przed chwilą ci mówiłam, że nigdy nie kłamię.

Kohoutek w milczeniu spogląda na swoją aktualną kobietę i nagle poraża go prosta niczym abecadło myśl. Kohoutek uświadamia sobie, iż jego aktualna kobieta jest wariatką. Ciarki przebiegają mu po plecach. Przecież żadna normalna kobieta nigdy by tu w takiej sytuacji nie przyjechała, a ona, owszem, przyjechała. Co w niej więc jest takiego, na czym polega jej duchowy defekt, skłaniający ją, zezwalający jej na tego rodzaju koszmarną dla wszystkich, dla niej przecież także – wyprawę?

– Dobrze, poradzę sobie – mówi aktualna kobieta Kohoutka, tym razem tonem nie tylko oznajmiającym zakończenie jednego wątku, ale zapowiadającym przejście do wątku następnego. – Znów u niej byłeś.

Kohoutek, który wie, iż stawianie nawet najbardziej desperackiego oporu jest w takich sytuacjach daremne, milczy, a po chwili pyta bezradnie, jakby licząc na to, iż właśnie bezradność i przyznanie się do winy stanie się jego atutem.

– Skąd wiesz?

– Przecież widzę, jestem kobietą. – I nagle aktualna kobieta Kohoutka wybucha histerycznym płaczem. – Byłeś u niej, byłeś u niej i to akurat wtedy, gdy ja przyjechałam, gdy przyjechałam, żeby zostać z tobą na zawsze.

– Tyle razy ci mówiłem, że bardzo tego pragnę, ale że zarazem nie jest to takie proste – istotnie, tę frazę wypowiada Kohoutek z zatrważającą wprawą.

– Ale przecież obiecywałeś, obiecywałeś, że będziemy razem, że razem zamieszkamy w tym domu i będziemy żyć z wynajmowania pokoi wczasowiczom.

– Owszem, obiecywałem – mówi chłodno Kohoutek – ale zarazem zaznaczałem przy tym, że aby było to możliwe, wszyscy domownicy, a w każdym razie zdecydowana ich większość, muszą przedtem wymrzeć. Były to więc nie tyle obietnice, co niejasne marzenia.

– Nie kochasz mnie – chlipie aktualna kobieta Kohoutka.

– Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham – odpowiada Kohoutek nieco znużonym głosem, gdyż rozmowa przybiera zdecydowanie stereotypowy obrót. – Kocham cię nad życie, ale teraz muszę cię zostawić. Wiesz, że dzisiaj są urodziny Omy i jest masę roboty. – Kohoutek wstaje, całuje swą aktualną kobietę w czubek pochylonej głowy i niezręcznie – mając świadomość, iż w jego geście jest coś z gestu konfiskatora, podnosi słój pulpetów wołowych.

– Wpadnę wieczorem – mówi.

Gdy ostrożnie, by nie upuścić słoja, schodzi po schodach, słyszy nad sobą jakiś szelest. Unosi głowę i widzi wychyloną ku sobie twarz swojej aktualnej kobiety. Jej rysy są zniekształcone tak potworną furią, iż Kohoutek dosłownie kamienieje z przerażenia.

– Być może ja również wpadnę wieczorem. Wpadnę wieczorem złożyć Omie życzenia – syczy aktualna kobieta prawdziwie jaszczurczym sykiem.

VI

Kohoutek, istotnie, miał zwyczaj roztaczania przed każdą bliżej poznaną kobietą wizji wspólnego życia. Stąd brało się jego powodzenie. Kobiety chętnie słuchały opowieści o wspólnych podróżach, o wspólnych śniadaniach, oraz, rzecz jasna, o wspólnych dzieciach. My, starzy zbereźnicy, dobrze znamy odwieczną i banalną prawdę, iż rzeczą, której pragnie zdecydowana większość kobiet, jest stabilizacja, stabilizacja w najogólniejszym i najściślej filozoficznym znaczeniu tego słowa. Nawet kobiety spragnione przygód łakną przede wszystkim stabilizacji, ponieważ stabilizacja jest fundamentem i niemalże warunkiem wstępnym rzeczywistej przygody. Opowiadając rozmarzonym głosem o wspólnym życiu, Kohoutek ofiarowywał kobietom iluzję stabilizacji. Nawet wiodące ustabilizowane życie ustabilizowane mężatki chętnie słuchały opowiadań Kohoutka, ponieważ wydawało im się, iż ewentualne wspólne życie z Kohoutkiem byłoby jeszcze bardziej ustabilizowane. Kohoutek – w dodatku – roztaczając przed każdą bliżej poznaną kobietą wizję wspólnego życia, wcale nie kłamał. Nie prowadził żadnej gry erotycznej, nie miał żadnej uwodzicielskiej strategii. Kohoutek był uwodzicielem z bożej łaski. Święcie wierzył w to, co mówi. Naprawdę – w chwili opowieści pragnął spędzić resztę życia ze słuchającą go kobietą. Całkiem realnie wyobrażał sobie odpowiednie szczegóły i epizody. Stąd brała się jego wiarygodność i jego sprawność narracyjna. Kohoutek w swojej prostolinijności zupełnie nie zdawał sobie sprawy z wymienionych przez nas kontekstów psychologicznych. Budził się rano u boku kobiety, z którą wczorajszego wieczora planował życie, mówił do siebie: Boże, ależ ja bzdury wczoraj wygadywałem, i uciekał w największym popłochu. W ten wszakże sposób, chcąc nie chcąc, ten erotyczny prostaczek (inaczej Kohoutka nazwać nie sposób) zdobył niemałe doświadczenie seksualne. Tak, nawet my, starzy łóżkowi wyjadacze, musimy nie bez cienia zazdrości przyznać, iż Kohoutek poznał niemało kobiet.

Poznał kobiety mądre i poznał kobiety głupie. Poznał kobiety wszeteczne i poznał kobiety cnotliwe. Poznał kobiety, które chichotały w łóżku jak szalone. Poznał kobie ty, które w decydujących chwilach wręcz konały ze śmiechu. Poznał pełne dumy kobiety, które, zirytowane swą nieuniknioną w takich sytuacjach bezbronnością, bywały agresywne. Poznał kobiety, które przez cały czas milczały jak grób, i poznał kobiety, których gadatliwość rosła wprost proporcjonalnie do intensywności cielesnych doznań. Poznał kobiety, które mówiły tylko o seksie, oraz takie, które, owszem, godziły się na wszystko, ale jakąkolwiek próbę rozmowy o seksie traktowały jako nieprzekraczalne tabu.

Poznał kobietę, która lubiła gaworzyć w łóżku jak niemowlę. Cio, cio, niu, niu – mówiła do Kohoutka pewna ognista trzydziestolatka. Cio lobiś? Bu, bu, ląćka, dać, dać, pipi niu, niu – powtarzała w koło, a zdezorientowany Kohoutek dalej robił swoje, choć odnosił absurdalne wrażenie, iż po raz pierwszy robi to wewnątrz olbrzymiego niemowlęcego wózka, w który przeistoczyła się garsoniera brunetki.

Kohoutek poznał kobietę, którą na randki przywoził mąż. Poznał pewną maturzystkę, która, gdy upojny wieczór do biegł końca i znużony Kohoutek gotów był odprowadzić ją na postój taksówek, oświadczyła znienacka, iż musi jeszcze posiedzieć parę godzin i napić się wódki, ponieważ gdy wróci zbyt wcześnie i zbyt trzeźwa do domu, rodzice od razu zorientują się, iż coś jest nie w porządku. Kohoutek poznał kobiety, które szły z nim, ponieważ były od lat nieszczęśliwie zakochane, w związku z czym od lat chodziły z każdym.

Poznał pewną drugorzędną piosenkarkę i romans z nią był jednym z dłuższych romansów w jego życiu. Kohoutek, obudziwszy się nazajutrz, nie uciekł w popłochu, lecz pozostał i to pozostał na dobrych parę tygodni. Intensywność i zadziwiająca długotrwałość romansu z drugorzędną piosenkarką wynikała z fascynacji Kohoutka muzyką. Kohoutek oczywiście kompletnie nie znał się na muzyce i jeśli idzie o słuch muzyczny, głuchy był jak pień. Muzyka była wszakże istotnym składnikiem jego świadomości czy też raczej nieświadomości erotycznej. Można powiedzieć, iż traktował muzykę jako dziedzinę, która kobietom przydaje niezwykłego czaru. Można powiedzieć, iż traktował muzykę jako swoisty i niezwykle perwersyjny element kobiecej garderoby. Można powiedzieć po prostu: Kohoutek wolał piosenkarki od piosenkarzy, pianistki od pianistów, perkusistki od perkusistów. Istniały dziedziny życia, w których zdaniem Kohoutka podział ról pomiędzy kobietami a mężczyznami winien przebiegać z porażającą wręcz symetrią. Taką dziedziną była muzyka. Muzykę, według Kohoutka, winni komponować wyłącznie mężczyźni, wykonywać zaś winny ją wyłącznie kobiety. Nie powinno w ogóle być śpiewaków i piosenkarzy, chórów męskich czy nawet mieszanych, wszelki śpiew, zdaniem Kohoutka, winien wydobywać się wyłącznie z kobiecych krtani. Muzyka winna rodzić się w ciałach mężczyzn, odtwarzać ją zaś winny ciała kobiet. Również wszelkie instrumenty muzyczne zostały w gruncie rzeczy stworzone dla kobiet. Fortepiany, pianina, gitary, skrzypce, trąbki, puzony, kontrabasy i wszelkie inne narzędzia muzyczne były w swej istocie przeznaczone dla płci żeńskiej. Gdy Kohoutek słuchał muzyki i równocześnie widział unoszącą się nad klawiaturą pianistkę w prostej czarnej sukience, ogarniał go szał równowagi życiowej. Mężczyzna (bo przecież musiał to być mężczyzna), który po raz pierwszy wręczył kobiecie instrument muzyczny, był, zdaniem Kohoutka, jednym z głównych praojców harmonii świata.

Kim była i jak wyglądała pierwsza instrumentalistka w dziejach ludzkości? Na czym zagrała? Niestety, scenę tę na ogół wyobraża sobie Kohoutek w płaski, komiksowy sposób: widzi odzianą w niewyprawione skóry filigranową blondynkę, której kolega jaskiniowiec podaje dla zabawy róg. A ona z nieoczekiwaną desperacją i wprawą przytyka ów róg do swych paleolitycznych warg i dmie weń.

Niekiedy wszakże przychodzi Kohoutkowi do głowy wersja szlachetniejsza. Przychodzi mu do głowy, iż pierwsza instrumentalistka była wyznania mojżeszowego. Scena wręczania biblijnego rogu kobiecie staje się wtedy niezapisanym w Piśmie apokryficznym epizodem Exodusu.

Drugorzędna piosenkarka nie była, rzecz jasna, pierwszą instrumentalistką ludzkości. Była zaledwie jej potomkinią i to w nader bocznej i bardzo zamazanej linii. Była jej praprapraprawnuczką w tysięcznym pokoleniu. Toteż romans z nią, mimo iż, jak na obyczaje Kohoutka, wyjątkowy, nie mógł trwać wiecznie. Trwał miesiąc. Potem w jego życiu przez długi czas nic się nie działo. To znaczy Kohoutek oddychał, jadł, pił, odbywał niekończące się rozmowy z doktorem Oyermahem, pracował, szczepił zwierzęta, obcinał psom przerośnięte pazury, leczył kaszlące cielęta i chore na kolkę konie; tysiące razy jeździł do Krakowa i z powrotem, lecz jeśli idzie o kontakty z kobietami, w jego życiu nie działo się nic godnego uwagi. Jakieś nic nieznaczące rozmowy, przypadkowe spotkania, zdawkowe zbliżenia.

 

Aż do chwili, gdy w pewien upalny czerwcowy wieczór na przystanku koło dworca głównego w Krakowie Kohoutek wsiadł do prawie pustego o tej porze autobusu pośpiesznego linii A. Wewnątrz słychać było ogłuszający kobiecy śpiew. Swawolny kierowca uruchomił na pełny regulator radioodbiornik i głos Mireille Mathieu zdawał się wzmagać panującą wewnątrz duchotę. Kohoutek usiadł po lewej stronie. Minutę lub dwie spoglądał przez okno na obracające się z wolna w pył, a teraz zanurzone w żółtawych masach upalnego powietrza mury i ściany miasta. Potem odwrócił głowę i ujrzał siedzącą przed sobą kobietę. Nie było w niej nic szczególnego. Przymknął na chwilę oczy, autobus przejeżdżał przez skrzyżowanie Lubicz i Rakowickiej, Mireille Mathieu śpiewała wniebogłosy, Kohoutek otworzył oczy i bezmyślnie gapił się na boski zarys czaszki siedzącej przed nim przygodnej pasażerki. Uniosła rękę i poprawiła spięte w luźny kok włosy. Kohoutek poczuł zapach kremu oliwkowego i wraz z tym zapachem spłynęło nań wielkie olśnienie. Olśnienie olśnieniem – pomyślał przytomnie – ale trzeba sprawdzić, jak ona wygląda. Wstał, przeszedł na drugą stronę autobusu i usiadł o dwa miejsca przed nią, tyle że – powtórzmy – po przeciwnej stronie. Przez chwilę znów patrzył w okno, autobus objeżdżał Rondo Mogilskie, potem Kohoutek niby przypadkiem, jakby zaciekawiony budową nowego hotelu odwrócił głowę, spojrzał... i istotnie – to była Ona. Czytała wprawdzie książkę, za czym Kohoutek nie przepadał, ale niewątpliwie to była ona. To ona była pierwszą instrumentalistką ludzkości. To ona, idąc przez pustynię z ludem Izraela, zadęła w szofar. To jej w restauracji „Pod Jeleniem” pradziadek Kohoutka, mistrz masarski, Emilian Kohoutek wręczył dla zabawy porzucony przez pijanego muzykanta puzon. To ona, ubrana w bordową sukienkę z białym kołnierzykiem, chwiejnym krokiem weszła na podium, a ośmielone jej przykładem poszły w ślad za nią Helenka Morcinkówna (trąbka), Krysia Kotula (akordeon), Marysia Jasiczek (klarnet) oraz spowita wyłącznie w istebniańskie koronki Nathalie Delong (bęben). Kiedy Kohoutek ujrzał ją po raz pierwszy, wiedział, że widywał ją już tysiąckroć razy. To ona była pierwszą czeską striptizerką, którą podglądał przez okno kawiarni „Centrum”. To ona siedziała kiedyś samotnie w „Warszawiankach”, piła wiśniówkę za wiśniówką, z jej oczu zaś płynęły łzy. To do niej tyle razy telefonował, kiedy zaś podnosiła słuchawkę – milczał. To ona chodziła z Kohoutkiem na naukę konfirmacyjną. To ona w latach sześćdziesiątych opalała się w pobliżu mostu Dębnickiego. To ona w bananowej spódnicy szła kiedyś Karmelicką. To ona jechała teraz autobusem pośpiesznym linii A.

Kohoutek, wiedziony nie tyle doświadczeniem (wielokrotne związki z kobietami niczego go nie nauczyły), ile przyrodzonym mu instynktem, kolejny raz zmienił miejsce. Tym razem usiadł tuż przed nią i nie próbując nawet pozorować przypadkowości swych zamiarów, odwrócił się i zapytał:

– Najmocniej panią przepraszam, co pani czyta?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?