Bezpowrotnie utracona leworęczność

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Z duszą na ramieniu

Rękopis znaleziony na korytarzu szpitalnym

Kawałek o trzęsących się rękach

Szabla porucznika Czyża

Kot, który trzyma mnie przy życiu

Romans i koniec romansu

Turowicz nie z tej ziemi

Cud czasu ujemnego

Drugie, wiecznie zamknięte drzwi

Futbol funebre

Ewa Chudoba, Bronisław Maj i ja

Marsz wiosenny

Stary Kubica i ciemność

Porywająca suchotnica

Seans z wielbicielką

Dwie pary skarpet i jeden but

„I to jesteś ty”

Obłoki nad Czantorią

Ulica Filarecka

Otwieranie i zamykanie furtki

Biuro pisania nekrologów i wspomnień pośmiertnych

Konkordia

Kocia muzyka

Szczegółowy opis jednego doznania

„Pokój temu domowi”

Cudze pisanie

Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych

Niewysuszona cnota porządku

Żółtodziobe serce

Romantyczna skłonność do zwierzeń

Przypisy

Redakcja: ANITA KASPEREK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

© Copyright by Jerzy Pilch

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, 2001

ISBN 978-83-08-05964-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Z duszą na ramieniu

Z duszą na ramieniu przystępuję do bezceremonialnego opisywania moich bliźnich, z duszą na ramieniu i mózgiem w popłochu, bo wiem mało. Szczerze powiedziawszy, jak na razie wiem jedno, wiem mianowicie, że zanim ja skończę tę dziś zaczętą skandalizującą narrację, nowy rząd, co osobliwym trafem również dziś[1] został powołany – upadnie. Mam tę pewność opartą na wiekuistych wyższościach pisania nad politykowaniem, że ja będę dłużej pisał, niż rząd będzie rządził.

Już raz mi się podobna przygoda zdarzyła. Parę lat temu pojechałem na dzień, dwa do teściów do Łapanowa. Był upalny początek czerwca, moja dusza i ciało, jak zwykle w tamtych czasach, były w poniewierce, łaknąłem spokoju i regeneracji. Pojechałem – jestem. Zażywam świeżego powietrza, krytą żabką pływam w jeziorze, dygot duszy ustaje, apetyt wraca. Wygodnie wyciągnięty na leżaku przyglądam się z niesmakiem, jak teściowie w pocie czoła harują na grządce, czytam literaturę popularną, od czasu do czasu na jaką przyjemną audycję telewizyjną popatrzę. Harmonia. Spokój. Homeostaza. Ziemia z kojącym skrzypieniem obraca się wewnątrz niebieskiej łupiny powietrza, a ja na leżaku razem z nią się obracam.

Któregoś dnia wszakże, gdy z rytualną beztroską w telewizor patrzę – co widzę? Widzę, że znany mi osobiście poeta niepodległościowy Jaś Polkowski (dla przyjaciół Polpot) rzecznikiem rządu zostaje. Doznałem podniecenia (bo przecież człowiek doznaje podniecenia, jak kogoś znanego mu osobiście w telewizorze widzi), doznałem zatem podniecenia i fala wspomnień mnie ogarnęła. Przypomniał mi się drugi obieg wydawniczy i przypomniał mi się „Zapis”, na łamach którego Jaś Polkowski (dla przyjaciół Polpot) świetnie debiutował, przypomniała mi się czarna noc stanu wojennego, „NaGłos” mówiony, zatłoczona do granic sala krakowskiego KIK-u, w której Polpot wibrującym głosem i w ciszy wibrującej czytał swoje gorzkie i przejmujące wiersze, i przypomniał mi się Jan Błoński, który w równie przejmujący sposób te wiersze omawiał. Przypomniało mi się, jak wraz z innymi twórcami niepodległościowymi graliśmy w piłkę nożną w parku Jordana. (Spośród wszystkich znanych mi poetów Polkowski grał w piłkę najlepiej, był niezły technicznie, miał – jak powiadają – uderzenie i ciąg na bramkę, nie stronił wszakże od gry brutalnej, lubił też, niestety, niesportowo wyzywać przeciwników od komunistów, co robiło specjalne wrażenie i całkowicie paraliżowało szeregi grających niekiedy z nami małolatów).

Przypomniały mi się bankiety, imprezy i pijaństwa niezmiennie antyreżimowe w swej wymowie (Jaś pijał umiarkowanie, głowę też miał umiarkowanie mocną, po ćwiartce z dosyć – powiedzmy – topornym wdziękiem garnął się do kobiet. – Co to, żałoba? – zwykł na przykład w niekonwencjonalny sposób nawiązywać dialog z damą, jeśli bystro dostrzegł, iż jest ona spowita w wieczorowe czernie. Po kolejnych dawkach, również w odpowiedniej kolejności, albo śpiewał antybolszewickie pieśni, albo bredził niepoczytalnie, albo zasypiał snem wojownika. Słowem, jako bankietowicz był, jak i my wszyscy, przyjemny, choć niekiedy uciążliwy).

Przypomniały mi się wreszcie i same wiersze Jasia, wiersze niezwykłej piękności, wiersze, które sprawiały na mnie wtedy i do dziś sprawiają wielkie wrażenie. „Jak brzmiał ten werset? / Spłowiałe konie wchodzą w źródła? / Czy inaczej, nie spłowiałe lecz wpław, / nie konie i nie źródła lecz klęczący / i warkocz bruku?”

Nie widziałem wówczas i do dziś nie widzę w tej poezji nadmierności politycznej, i jeśli piszę o autorze jako o poecie niepodległościowym, to czynię to z ogólniejszych powodów. Bo być może było w Polpocie poecie nastawienie na jedną tonację, być może okoliczność, że przestał on pisać, to jest dobry dowód, że Polska odzyskała niepodległość, być może jarzmo moskiewskie było dla niego podstawową inspiracją, ale efekty tej inspiracji były o wiele od niej samej bogatsze i rozleglejsze.

Patrzyłem na Jasia Polkowskiego, świeżo upieczonego rzecznika rządu, i przypominały mi się jego wiersze. „Biała rybo listopada (już zasypia / to miasto)”, „Obok góra szepce łacińską modlitwę”, „Byłem pustko z tobą w miłosnym objęciu” – płynął przez moją głowę wers za wersem i przypominały mi się dawne doznania i dawne rozumowania, do jakich nas te wiersze skłaniały. Tak jest, słychać w nich było ton polityczny, ale był i ton metafizyczny, i ton miłosny, i wizja, i tajemnica, i szyderstwo, i ból, słowem – wszystko, co powinno być w wielkiej literaturze, w tych wierszach było. Szkoda gadać, fantastyczne to były utwory, one były tak fantastyczne, że nieraz nam się zdawało, iż zgoła niemożliwą jest rzeczą, by Polpot sam takie świetne wiersze pisał, nieraz nam (przyjaciołom Polpota) taka myśl do głowy przychodziła, że chyba te najlepsze kawałki pisze Polpotowi jego żona Anka, bardzo inteligentna i przyjemna osoba. (Dla przyjaciół Polpocina). Zaszczytny ten koncept, bo przecież jest honorem dla mężczyzny domysł posiadania przezeń kobiety tak zakochanej, że gotowej czynić dla niego wszystko, gotowej nawet w jego imieniu wypisywać kompletnie niezrozumiałe rymowane dyrdymały, otóż zaszczytny ten koncept ma długą tradycję. Znana jest powszechnie hipoteza, iż niektóre wiersze T.S. Eliota wyszły spod pióra jego żony, a prawdę powiedziawszy i dzisiaj ilekroć na przykład czytam specjalnie naznaczone metafizyczną głębią prozatorskie epifanie Andrzeja Stasiuka, tylekroć zawistne przypuszczenie, że być może to Stasiukowa Stasiukowi tak zgrabnie napisała, też przychodzi mi do głowy.

 

Ale za daleko zapuściłem się w ryzykowne dygresje, za daleko odszedłem od podstawowej sytuacji fabularnej, a podstawowa sytuacja fabularna jest taka, że ładnych parę lat temu stoję w czerwcu w Łapanowie przed telewizorem i podniecony, i ogarnięty falą wspomnień obserwuję, jak Jaś Polkowski rzecznikiem rządu zostaje. Ale, niestety, nieoczekiwanie dramatycznie i nadzwyczaj prędko wszystko poszło, bo zanim moje podniecenie opadło, zanim fala wspomnień na dobre mnie ogarnęła, Jaś Polkowski przestał być rzecznikiem rządu, i było po ptakach. Nie mam zamiaru wpadać w mniej lub bardziej wystylizowane zasadnicze tonacje, ale była to bardzo intensywna lekcja sceptycyzmu. Ambitnie przypuszczam, że chyba wtedy, parę lat temu w Łapanowie przed telewizorem u teściów, nie byłem całkowitym głupkiem i z grubsza już wiedziałem, że rządy i urzędnicy przemijają, znałem banalną prawdę o ulotności władzy, ale jednak takie oto doświadczenie, iż ja pojechawszy na parę dni do teściów do Łapanowa, byłem w tym Łapanowie dłużej, niż Jaś Polkowski był rzecznikiem rządu, otóż doświadczenie to wywarło na mnie wrażenie silne i sceptycyzm mój wzmogło.

Stąd też, z pamięci o tamtej przygodzie, zuchwałe moje przypuszczenie, iż to co obecnie piszę, dłużej będę pisał, niż potrwają rządy obecnego rządu. Z grubsza obliczyłem bowiem, że gruntowne opisanie wszystkich moich przyjaciół, krewnych, znajomych, byłych i aktualnych narzeczonych, rzetelne i na wskroś ekshibicjonistyczne przedstawienie wszystkich moich upadków, wiarołomstw, skandali, w których brałem udział i które widziałem, mrocznych i wstydliwych przygód, a także wydobycie na wierzch najtajniejszych myśli i czytelne ich uwiecznienie roztrzęsioną ręką na białym papierze, otóż wyliczyłem z grubsza, że wszystkie te haniebne czynności zajmą mi rok co najmniej. Samo opisanie, jak Marian Stala od z górą dwudziestu lat maltretuje mnie psychicznie, z trzy tygodnie mi zajmie. A reszta? Tu rok może okazać się mało. A rok to jest dwanaście miesięcy, to jest szmat czasu, przez rok upadają imperia, przez rok mało która aktualna narzeczona się utrzyma, przez rok nowo powołany rząd nie przetrwa. Nie przetrwa, choć premier ewangelik i to spod Cieszyna. Ale nie przetrwa. Nie ma siły. Nie ma sposobu na Mariolę. Nie przetrwa. A nawet jakby przetrwał, to i tak prędzej czy później skończy mu się kadencja, jak nie skończy się pierwsza, to skończy się druga albo trzecia całkiem niemożliwa, któraś w każdym razie kadencja (któregoś rządu) skończy się na pewno, któraś zostanie przerwana i wyjdzie na moje, bo ja dalej będę pisał, a jakbym nawet już nie pisał leworęcznej spowiedzi, to będę pisał co innego, a jakbym i czego innego nie pisał, jakbym już w ogóle nie pisał, to będzie pisał kto inny. Kto inny będzie pisał, kto inny będzie tracił władzę, na tym polega odwieczna, choć widmowa walka karnawału z postem, sztuki z polityką i chętnie bym tę chimeryczną bitwę dokładniej opisał, dalej pociągnął i głębiej pogłębił, ale niestety, właśnie teraz, kiedy zamaszystość i rozmach wstępują w pióro moje, drzwi do pokoju się otworzyły, straszny ryj się w nich pokazał i tak się jakoś dziwnie na mnie patrzy i patrzy[2]...

Powiem więc tylko tyle: gra pozorów polega tu na tym, iż pozornie ten co pisze, jest w lepszej sytuacji od tego, co rządzi, bo ten, co pisze, opisać może wzlot i upadek rządzącego, rządzący wzlotu i upadku pisarza w żaden sposób nie odnotuje nawet, chyba żeby przemówił nad grobem, ale mowy rządzących nad grobami piszących przemijają tak, jak i ich rządy. Przewaga piszącego jest zaś pozorna z tego powodu, że wtedy właśnie, gdy decyduje się on nazwać swą przewagę, gdy próbuje opisać wzlot i upadek rządzącego, ponosi klęskę, bo w literaturze wszelki gest doraźny przeważnie klęskę oznacza. A jeśli nie klęskę, to poważny błąd kompozycyjny, który bywa klęską. Trzeba pisać swoje, nie trzeba pisać o tych, co sprawują władzę (chyba że komuś się to pokrywa, osobista obsesja ma polityczną strukturę – pożałowania godny przypadek nawet w epokach represji), nie trzeba ulegać doraźnym pokusom, literatura to nie jest gra błędów. Na jaką jasną cholerę na przykład odnotowałem powołanie nowego rządu i teraz się zawile i mętnie z tego zapisu tłumaczę, po co mi zdanie o ewangelickim premierze, czemu mówię o rzeczywistości, która nie jest moją rzeczywistością? Ile razy w przyszłości taki nie polityczny a kompozycyjny lapsus popełnię, ile razy w najbliższych miesiącach wiedziony zwodniczą pokusą wychylę się ku rzekomemu światu i pod pretekstem odnotowywania rzeczywistości gazetową rzeczywistość zacznę zapisywać (że rząd, że premier, że olimpiada w Nagano, że Lech Wałęsa, że Wiaczesław Tichonow, że Yoko Ono), tylekroć pochopności własnej pożałuję i korygować, i przepisywać będę musiał na nowo...

Niestety, tu muszę definitywnie wywód przerwać, ponieważ drzwi się jeszcze bardziej otworzyły, cała kosmata postać dyrektora wydawnictwa Znak Jerzego Illga się w nich pokazała i dalej się patrzy, i bliżej podchodzi, i zaraz zacznie mnie zasypywać gradem propozycji...

Rękopis znaleziony na korytarzu szpitalnym

Mój zamiar opisania dyrektora wydawnictwa Znak Jerzego Illga skończył się w ten sposób, że wylądowałem w szpitalu. Niczego nie chcę przez to powiedzieć, nie wyciągam z tej okoliczności żadnych wniosków, nie uogólniam i bynajmniej nie daję pełnej facecji puenty, iż ten, kto pragnie opisać, przybliżyć i rozgryźć naturę Jerzego Illga, musi – prędzej czy później – trafić na oddział szpitalny. Żadnych tego rodzaju przezabawnych konstrukcji nie wnoszę, niemniej prawda jest taka, że jeszcze parę dni temu miałem zamiar, co mówię, miałem zamiar, wręcz już nawet zacząłem na temat Jerzego I. to i owo szkicować i przemyśliwać, dziś zaś, po kilku dniach tych zgubnych trudów, w szpitalnej piżamie, w szpitalnym szlafroku wędruję przez szpitalny korytarz.

Czarniawy kanalarz wyjątkowo nikczemnego wzrostu śpi kamiennym snem na stojącym pod dyżurką łóżku, lucyferycznie smolisty zarost, monarchicznie zmierzwiona czupryna i imperialne zaniedbanie cielesne pozwalają na domysł, iż być może nie jest to zwykły szeregowy kanalarz, może to jest ktoś znaczny, ktoś wysoko w kanalarskiej hierarchii stojący, może nawet jest to – kto wie – sam król kanalarzy. Dyszy ciężko, rzęzi w delirycznym śnie niczym zarzynany bawół i akurat w chwili, gdy mijam królewskie łoże, nad którym lśni neonowy baldachim z krwawym napisem: „Punkt pielęgniarski”, akurat w chwili, gdy staję na palcach, gdy stawiam jak najlżejsze kroki, by nie zakłócić pełnego niepojętej grozy snu, on budzi się raptownie, siada na łóżku i krzyczy boleśnie:

– Gdzie jest moja odzież? Gdzie jest moja odzież?

– A skądże do k... nędzy ja mam wiedzieć, gdzie jest twoja odzież – odpowiada mu zaspanym głosem Jędruś o nieposłusznych rękach.

Jędruś imał się wszystkich zawodów ludzkości, był gastarbeiterem we wszystkich krajach świata, wszystko potrafi zrobić, wszystko zreperuje, wszystko skonstruuje, posłuży się z wprawą każdym narzędziem, posłuszny jest mu zarówno najdelikatniejszy śrubokręcik, jak i najcięższy topór, i teraz zresztą także nie sposób nie pomyśleć, iż Jędruś dalej dzierży w swych masywnych łapach jakiś niewidzialny młot pneumatyczny albo fantom innego, działającego w oparciu o zasady nieobliczalnych kinetyk, urządzenia. Wszędobylskie ręce Jędrusia poruszają się nieustannie, uruchamiają niedostrzegalne dla zwykłych śmiertelników mechanizmy, przesuwają powietrzne dźwignie, daremnie próbują udowodnić tezę nie do udowodnienia, iż świat jest stabilny. Mijam Jędrusia o nieposłusznych rękach i zaglądam do sal, w których inni męczennicy strachu i rozpaczy posnęli wreszcie w jakiej takiej uldze, idę dalej, idę w kierunku znajdującej się na końcu korytarza Sali Intensywnego Nadzoru Medycznego, z której dochodzi przedśmiertny skowyt kogoś, kto może jeszcze żyje, idę szpitalnym korytarzem i czynię to co i wy, moi bracia straceńcy, czynilibyście na moim miejscu. Idę i ulegam narkotycznemu urokowi średniego personelu medycznego. Uśmiecham się głupkowato i gapię bezwstydnie na siostrę Reginę, na siostrę Anitę, na siostrę Kasię, na siostrę Mariolę i na siostrę Violę zwłaszcza.

Jestem w środku mitu, jestem w samym sednie archetypicznej emocji, od wieków wszakże wiadomo, iż średni personel medyczny bywa źródłem nie lada doznań. Mityczne sanitariuszki, siostry miłosierdzia, pielęgniarki, felczerki wszystkich epok, ileż poruszających serce legend i pieśni o nich ułożono.

Ponieważ mam sporo czasu (na wędrówkach po szpitalnym korytarzu całe dnie mi przechodzą), spróbuję to zjawisko (zjawisko specjalnego czaru, jakim promieniuje średni personel medyczny) ująć od strony teoretycznej. Otóż moim zdaniem niesłychane emocje, jakie budzą w mężczyznach, czy jak kto woli pacjentach, siostry pielęgniarki, nie biorą się ani z ich czułości, ani z opiekuńczości, ani z ich sterylnej czystości, ani z innych cech anielskich. To znaczy, wszystkie wymienione atrybuty są obecne, mają znaczenie i działają silnie, ale nie są one wyłącznie przywilejem średniego personelu medycznego. Czuła, opiekuńcza i sterylnie czysta może być wszakże zarówno doktor praw, jak i konduktorka pociągu dalekobieżnego, maklerka giełdowa i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, wyczynowa sportsmenka i ekspedientka sklepu nocnego. Czułe, opiekuńcze i sterylnie czyste mogą być, prawdę rzekłszy, przedstawicielki wszelakich profesji. Natomiast kobiety z księżycowego świata medycyny, siostry pielęgniarki, sanitariuszki, lekarki, praktykantki, są także w niepokojący sposób oswojone z ludzką cielesnością, z fizjologią, z najciemniejszą stroną tej fizjologii.

Kiedy dochodzę do progu Sali Intensywnego Nadzoru Medycznego i kiedy patrzę, z jaką swobodą uwijają się one wokół leżących tam półzwłok nieprzytomnego narkomana, kiedy widzę, jak wprawnie smarują jego ropiejące odleżyny, uruchamiają aparaturę pozwalającą mu oddychać, oprzyrządowują to roślinne ciało przewodami uruchamiającymi najwstydliwsze funkcje fizjologiczne, kiedy widzę, w jak naturalny sposób oswojone są z najkłopotliwszymi reakcjami, zakamarkami i substancjami ludzkiego jestestwa – pojmuję, iż to co jest w tym zawodzie i w tym powołaniu najbardziej czarującego, to proste przyzwolenie na bliskość cudzej fizjologii. One są opiekuńcze, czułe i sterylnie czyste, ale jest też w nich niesłychana swoboda dotyku. One bez oporów dotkną, przewrócą z boku na bok i obmyją czyjeś upodlone, składające się wyłącznie z kruszejących kości i parszywiejącej skóry ciało. Żywe szkielety, w których na przykład najtęższą częścią nogi była rzepka kolanowa, widywałem dotąd na filmach dokumentalnych. Ten, co leży na Sali Intensywnego Nadzoru Medycznego, wygląda tak samo. Siostry pielęgniarki ratują, czynią co mogą, z całych sił trzymają go po stronie życia, on wszakże na razie nie wie, że one go dotykają. On w ogóle nie wie, że są przy nim Anita, Viola i Mariola, istoty nie z tej ziemi. Ale reszta, co jest przytomna, wie. My wszyscy, cośmy ledwo, ledwo z powrotem na własnych łapach zaczęli łazić, dobrze wiemy, że w każdej chwili możemy doznać łaski dotyku, łaski zmierzenia ciśnienia, łaski zastrzyku albo nawet łaski pobrania krwi. Toteż wciągają się opuchnięte brzuchy, prężą cherlawe piersi, kunsztownie drapują szaty szpitalne. Ach, my dobrze wiemy, że nie jesteśmy dla nich mężczyznami z krwi i kości, ale rodzajem przykrej substancji, uciążliwym obiektem pracy. Ale przecież ci, co właśnie kroczą w kosztownych kapeluszach ulicą Floriańską, też przeważnie bywają ruchomą materią, na którą w dodatku żadna pielęgniarka nie spojrzy. A poza tym bez przesady z tą męską skromnością. Powiem brutalnie: kto umie grać w piłkę, ten strzela gola i w szpitalnej piżamie.

Król kanalarzy ocknął się na dobre i na rachitycznych, niepewnych, niemowlęcych nóżkach krąży po oddziale w poszukiwaniu lustra wiszącego na odpowiedniej niskości. Król kanalarzy pragnie bowiem rozjaśnić swe mroczne oblicze, czyli – mówiąc po ludzku – pragnie się ogolić. Najstraszliwsze i na szczęście w połowie tylko czytelne przekleństwa sypią się z jego wciąż jeszcze na wpół zesztywniałych ust – wszystkie zwierciadła są na wysokościach dlań niedostępnych. Toteż w końcu wznosi chybotliwą piramidę ze szpitalnych stołków i taboretów i wspina się, i staje na szczycie, i namydla twarz. Tylko ludzie prawdziwie upadli, tylko ci, co zaznali najgłębszej rozpaczy, potrafią tak zapamiętale dążyć do poprawy i doskonałości. Wszakże w każdej chwili ten władca kloszardów może runąć i roztrzaskać sobie czaszkę o beton, desperacko jednak pragnie w razie czego polec jako człowiek ogolony. Z duszą na ramieniu asekuruję to nadmierne w swej karkołomności higieniczne przedsięwzięcie, on patrzy na mnie uważnie, widzę w lustrze odbicie jego półzwierzęcych rysów, niechybnie lada chwila runie kolejna sekwencja nieczytelnych przekleństw. I istotnie, król kanalarzy na moment unosi berło pędzla i mówi:

 

– Czytał pan może Tortilla Flat Steinbecka? Czytał pan? Otóż moim zdaniem Steinbeck znał problem alkoholizmu z autopsji. Tak sądzę, choć trudno mi definitywnie wyrokować.

Tam i z powrotem wędruję szpitalnym korytarzem, krążę pomiędzy Salą Intensywnego Nadzoru Medycznego, w której ważący piętnaście kilo dwudziestolatek to traci, to odzyskuje przytomność, a kompleksem sanitarnym, w którym wolno palić. W kompleksie sanitarnym kłębi się tłumek roztrzęsionych alkoholików, palą desperacko papierosa za papierosem, przysięgają jeden przed drugim i na wszystkie świętości, iż już nigdy, przenigdy nie wezmą do ust kropli wódki i z wstydliwą nostalgią spozierają przez okno, za którym dobrze widać niedalekie sklepy, budkę z piwem i kolegów radośnie buszujących na wolności.

Idą tu jedno za drugim przygodowe opowiadania, zapierające dech historie o nocnych koszmarach, o straszliwych głodach nie do zaspokojenia, wesołe przypowieści o przeróżnych sposobach ukrywania flaszek przed udręczonymi żonami, o stratach i zgubach nie do odzyskania. Rozpacze, płacze, śmiechy i wiwaty. Młodziutkie ćpunki śpiewają pod prysznicem straceńcze piosenki, dreszcze człowieka przechodzą, jest pięknie, ale znikąd ocalenia.

Wędruję szpitalnym korytarzem, ulegam magicznemu urokowi średniego personelu medycznego i po pewnym czasie, zorientowawszy się w tym i owym, liczyć zaczynam na pomoc psychologa. Rozmowa z psychologiem – myślę – powinna mi pomóc, po rozmowie z psychologiem, kto wie, może nawet dyrektora wydawnictwa Znak uda mi się opisać. Tak, niewątpliwie, psycholog, człowiek wykształcony (zielone oczy, warkocz do pasa, rocznik na oko sądząc sześćdziesiąty ósmy) ukoi moją skołataną duszę, powie, co robić i od czego zacząć. I zaraz po śniadaniu ustawiam się w kolejce do psychologa z warkoczem. Ustawiam się w kolejce, już jestem pod drzwiami gabinetu i, jak zwykle, ponoszę klęskę. Przede mną był tu, niestety, Jędruś Parkieciarz i odbył z psychologiem z warkoczem rozmowę wprawdzie krótką, ale na tyle doniosłą, iż w jej wyniku psycholog z warkoczem przerwała pracę, kto wie na jak długo. Jędruś mianowicie odpowiedział psycholog z warkoczem pytaniem na pytanie. – Dlaczego pan pije? – zapytała ona. – A dlaczego pani nie pije? – odparł on, i tak to się skończyło.