Autobiografia w sensie ścisłym. A nawet umownym

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Bazar

Długie ręce Wehrmachtu

Konzentrationslager Baden-Baden

Śmierć, która się pomyliła

Antologia fraz wiślańskich

Hanula Lunatyczka

Złotowłosy obiekt westchnień

Bierut w trumnie

Skrzypce w stogu siana

Wjazd na podwórze

Wszystkie drzwi świata

Koniec Innych rozkoszy

Awersja do podróży

Moja babka i Émile Cioran

Onaż i Leszek Kołakowski

Moi mistrzowie

Leviticus XII

Warownym grodem

Masy upalnego powietrza

Kozi pogrzeb – introdukcja

Imko Wisełka

Historia pewnej ucieczki

Perwersja pastoralna

Metafizyka rzyci w ogniu

Dojenie krów w aspekcie wyznaniowym

Siły zbłąkanych świateł

Papież Franciszek

Zaświaty ledwo zarysowane

Zima wszech czasów

Niekończąca się angina

Kornety szarytek

Ożenić się z katoliczką

Owies w butach

Parkinson nie istnieje

Wynurzenia autotematyczne

Waga, pień i topór

Śmierć indyka beltsville

Niejasne wspomnienie wieczorów autorskich

Lato 1962

Perpetuum mobile

Lato 1962 ciąg dalszy

Ryba, czyli smak prawdziwej wolności

Powrót?

Mężczyzna, który się boi

Gimnastyka poranna

Strach

Wysoka temperatura

Strach – ciąg dalszy

Detale burzy

Twierdza

Kraków

Oleandry

Dom

Monografia

Duch

Wyznania sceptyka

Posłowie

Spis ilustracji

Przypisy

Redaktor serii: ANITA KASPEREK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: EWA POLAŃSKA, KAMIL BOGUSIEWICZ, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki i opracowanie graficzne wersji papierowej: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie Jerzego Pilcha na okładce: Fot. DAWID ŻUCHOWICZ / Agencja Gazeta

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Kinga Strzelecka-Pilch

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07269-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Panorama Wisły.

Autobiografia w sensie ścisłym? A nawet prowizorycznym? Nie szarżujmy. Raczej chodzi o pobudzający (stygnące cielsko autora) trik formalny. Oczywiście, jak ktoś głębinowo ufa modyfikacji tytułu – proszę bardzo. Bywają triki głębokie; tak głębokie, że na trwałe zostają w domenie; tak otchłanne, że ho, ho. Jak będzie w tym przypadku – zobaczymy. Najpewniej będzie tak samo.

Autobiografia, jej fragmenty, jej warianty, jej epizody – na razie bez znaczenia. Na razie ma pewne znaczenie fakt, że urodziłem się w niedzielę 10 sierpnia 1952 roku w Wiśle. Poród zaczął się późno w nocy i trwał do późnego popołudnia. Nieświadom zapasu czasu, dziadek Czyż dobry kilometr do Jana Wymowiańskiego (biegiem!), by ten szykował konie, trzeba z Wandzią jechać na porodówkę. Skądinąd słynny Jankowy zaprzęg naszykowany był zawsze. Na wyższe konieczności: arcyzawsze. W tym wypadku babka Czyżowa uprzedzała: – Spać lekko, w każdej chwili możesz na równe nogi być stawiany.

I Jano spał, nie spał, chyba nie spał, bo wrócili za minutę, jakby z Partecznika powietrzem sfrunęli. Kto mógł wiedzieć, że tu nie chwila, ale pół doby zejdzie?

Wymowiański lubił jazdę kontemplacyjną, uwielbiał odrzutową. Dużo zależało od paliwa. Jak było w sam raz – jeździł w sam raz. Jak był nadmiar klasyczny (ergo sen) – koniki same znużonego gospodarza do domu zawoziły. Jak był nadmiar chaotyczny (ergo nie było ukojenia), przeciwnie, był ból niepojęty – J. przeistaczał się w jeźdźca Apokalipsy.

Kiedyś – muszę ustalić tę historyczną datę – furą pełną desek na gazie jeszcze pełniejszym wjechał dokładnie w to miejsce, w którym obecnie dwa psy odnajmują mojej matce pokój z używalnością sanitariatu. Wtedy była tu bujna trawa, ale – na Boga! – stok tak samo stromy! Fura z tartaku u Kubiczka (tak: tym za Oazą) do Partecznika (cztery, pięć kilometrów) gnała z posępnym fatalizmem północnokoreańskiej rakiety: ponury i z każdą chwilą coraz wścieklejszy woźnica czuł, że prędkość owszem, kosmiczna, ale żadnego wzbicia w przestworza nie będzie. Czuł bezradność i bezsens, i czuł, że to, co robi, jest dopiero bezradne i dopiero bezsensowne – poganiał mianowicie. Specjalnie nie ma co wydziwiać, w końcu powtarzanie w ciężkiej sytuacji daremności jest jedną z zasad rasy człowieczej. Przypomnijcie sobie: ile razy było za prędko, a przyspieszaliście, ile razy najedzeni – żarliście, upojeni – piliście. Ile razy przyłapani na kłamstwie, kłamaliście tym zacieklej, ile razy, wiedząc, że samo się nie zrośnie, przykładaliście urwane ucho do dzbana, wybity ząb do dziąsła? Jano wiedział, że poganianie na nic, co najwyżej na zgubę, i poganiał, i powtarzał, i wzmacniał poganianie. Konie wpadły na stok spowite krwawym obłokiem, w oczach zwierzęco, a więc nieodwołalnie, przeczuty koniec.

I nastąpił nieodwołalny koniec, wóz podskoczył, wzbił się w przestworza, uniósł jakieś czterdzieści centymetrów nad powierzchnię globu. Dużo niebezpieczniej niż pod chmury. Pod, a może nawet nad chmurami pokrążyłby i zniknął. Powstałaby legenda o pokazującej się nad Partecznikiem komecie w kształcie fury desek. Opowieść rosłaby wiarygodnie. Niektórzy nie ograniczaliby się do widzenia, przysięgaliby, iż zarazem słyszeli płynącą stamtąd muzykę organową. Głośną. Głośną? Zdecydowanie bardziej głośną niż cichą. Byłoby pięknie.

Jakby śmierć była piękna, byłoby lżej? – kto chce, niechaj wierzy w takie dziecinady. Niektórzy z nas porywającą estetykę stosunkowo świeżych, prawie całych i symetrycznie rozproszonych w soczystej trawie czaszek mieli za sobą. Fura kolebała się na granicy obrotów (kolebanie przechodzi w obrót, obrót w wirowanie). Trzeszczały i pękały łańcuchy, osie, szybry. Deski fruwały w powietrzu, zaraz dołączą nasze głowy, końskie łby, szczątki wszystkiego, co w pobliżu. Nagle wszystko ucichło, zamknąłem oczy, a gdy je otwarłem ponownie, było ściśle jak po Wielkim Wybuchu: zaczynało się życie. Palec boży nie dał obrotom przejść w fazę wirowania, wielkie mi zresztą obroty! Pół obrotu zaledwie! Wóz na boku położony, dechy, owszem, eksplodowały, ale konie, których parujące wnętrzności powinny wisieć na jabłoniach, nie tylko były całe i zdrowe, w ogóle sprawiały wrażenie istot, które nie bardzo wiedzą, co jest, co było grane. Jeszcze przed chwilą śmierć w oczach, po minucie zero świadomości, marną mamy pamięć, marną. W sumie dzięki temu było, jak powinno: człowiek wracał na czoło stworzenia.

 

Konie nie zdawały sobie sprawy, ale ludzie tak. Stara droga u stóp góry naszej hańby nigdy specjalnie uczęszczana nie była – nagle spacerowicz za spacerowiczem, przypadkowi przechodnie w grupach po kilkunastu, panie z pieskami, panowie na rowerach, turyści z plecakami, krucjaty dziecięce, defilada, pochód, tłum. Falują, szemrzą, palcami nas pokazują i śmiech, śmiech, śmiech.

Janek, skupiony na kraksie, nie zwracał uwagi, wstępnie szacował straty, jedną, drugą dechę z miejsca na miejsce… Nagle zorientował się, że mamy publiczność, obrócił ku niej oblicze swoje i dwa charakterystyczne kroki w jej kierunku uczynił. Myślcie, co chcecie; gapie rozchodzić się zaczęli. Śmiech przeszedł na naszą stronę. Wzięło nas i nie puszczało. Najbardziej Jana. Śmiał się wszechogarniającym śmiechem twórcy radego swemu dziełu. Twórcy? Chyba Stwórcy?

Charakterystycznym krokiem poruszał się od morderczej azjatyckiej zimy tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku. Wtedy, jak twierdził, „Na samej już, człowiecze, Syberii” on i trzej inni wehrmachtowcy patrolowali dolinę śniegu „człowiecze, na dwa metry”. Na środku zimowej nierzeczywistości powinien być pałac królowej lodowców, była chata Baby-Jagi. Też nieźle. Czterech germańskich najeźdźców postanowiło zajrzeć do środka. Szli przez kryształowe pole i byli radośni, wróg w każdej chwili mógł ich wystrzelać jak kaczki, ale coś się, kruca, działo. (Jak się ma dwadzieścia lat, jest się pewnym, że śmierć, nawet jak istnieje, niczego nie zmienia). Swoi za samowolne opuszczenie stanowiska rozwalą ich bez sądu, ale przynajmniej do tej dziwnej ruskiej kuczy wstąpią, może coś tam jest.

Coś tam było. Coś pierwszych trzech na strzępy rozerwało. Janek szedł jako czwarty i jego zaminowana chatka Puchatka jedynie ciężko raniła, prawą nogę dożywotnio mu usztywniła. Podobno „z tej, człowiecze, Syberii dzień i noc saniami do Łodzi. Germaniec, człowiecze, dbał o swoje wojsko”.

Charakterystyczny krok Jana z Wymowy to był krok człowieka jednonogiego. Druga noga w funkcji szczudła. Cały portret tchnie kresem realizmu. Jano był potężnej postury – to zawsze ludziom ułomnym przydaje demonicznej wszechmocy.

Olbrzym groźny. Olbrzym pozbawiony jakichś części w bojach – groźniejszy. Sprawdza się to na różnych poziomach. Na przykład sławna fraza „Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi” zawsze mnie konsternowała poznawczo. Z jednej strony liskowi należał się podziw – „chodził” mimo upiornych poszkodowań; z drugiej strony jego okaleczenia mogły swą korsarskością budzić lęk; ułomność obracała się w przewagę. Brakiem ręki łba nie utniesz, przerazić możesz. Poza wszystkim: każdy lisek groźny.

W tego rodzaju spostrzeżeniach jest zawsze jakiś rodzaj demagogicznej łatwizny; tym ciężej oprzeć się chęci ich ogłaszania. Otóż niepodobna nie odnotować, iż z górą sześćdziesiąt lat temu moją matkę odwozi do izby porodowej dwu żołnierzy Wehrmachtu (Jano i mój ojciec) oraz jeden uczestnik kampanii wrześniowej (dziadek Jerzy Czyż). Układ sił ewidentny. Swoją jednak drogą, co by z tego miało wynikać? – nie mam zielonego pojęcia. Przecież nie osobliwa skłonność matuli do niemieckiej telewizji. Guten Tag, Herr Jauch!

Powierzywszy położnicę stremowanemu do nieprzytomności młodziutkiemu doktorowi Pawłowi Wacławikowi, mężczyźni udają się tam, gdzie w analogicznych sytuacjach udają się wszyscy mężczyźni świata: do gospody mianowicie. Do najbliższej gospody. Jest, przypominam, rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi i nikt jeszcze nie bluźni, iż święty a dotkliwy czas oczekiwania można spędzić na tysiąc sposobów. Nie. Na jeden sposób. Jest, przypominam, rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi i nikt nie ma złudzeń, iż dzięki zdrowej żywności, bieganiu i jeżdżeniu na rowerze uzyska żywot wieczny. Ludzie wiedzą, że umrą. Mają niezbitą pewność końca. I to jest dobre. Jest rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi – Józef Stalin żyje jeszcze. Ja już żyję, ale jeszcze nie ma mnie na świecie. W identycznej sytuacji są lub chwilę temu byli: Eusebio Acasuzo, Janusz Olejniczak, Marian Stala, Boguś Linda, Orhan Pamuk, Marek Belka, Wojtek Fibak, Bronisław Komorowski – lista otwarta.

Panorama rodzinnej miejscowości Jerzego Pilcha ze stoku Bukowej, 1937.

Wisła jako duchowa forma życia.

Najbliższa gospoda (najbliższa nowiutkiej, bez mała rok temu oddanej do użytku izby porodowej) to jest Bazar. Gospoda – stacja graniczna. Gospoda – kres rzeczywistości. Następna w Głębcach – jeszcze w Wiśle, ale już poza Centrum.

Wszyscy mówią: centrum, centrum, a w sumie gdzie to Centrum? Na poczcie? W Zborowym? Przy Muszli? Koło Startu? Nikomu na przykład nie przyjdzie do głowy, że Centrum Wisły to jest przestrzeń pomiędzy kościołami ewangelickim a katolickim, a to by było coś! Ładnie i wyjątkowo. Raczej jest typowo. Centrum to są ziemie pomiędzy stacją Wisła Obłaziec a stacją Wisła Głębce. Zawężając, a też wyostrzając: Centrum to są wszystkie miejsca pomiędzy gospodą na dworcu a Bazarem. Dokładniej się nie da. Podróże miejscowych globtroterów zaczynały się, jak trzeba, na dworcu, tyle że potem szlak zamiast ku nizinom i ku Polsce szedł ku górom i czeskiej granicy. Zamiast tysiąca stacji dwa tylko przystanki po drodze: Piast i Bazar, inna rzecz, były to nieraz nieskończone maligny. Dworzec. Piast i Bazar.

Rekonstrukcję doznań zaczynamy przeto od dworca. Marsz pamięci. Pieśń tryumfu. W imię Najwyższego. Mój Boże, cóż to była za knajpa, ta restauracja na wiślańskim dworcu! Cóż to były za stoliki! Jakie na nich obrusy! Jakie dania! Kufle letniego (przemysł i obyczaj chłodniczy docierał nawet tu żółwim krokiem) piwa! Godziny głównie z Jerzykiem Cieślarem – choć i z Władkiem Krzokiem niejedna – spędzone. A stary Chmielowski? A inni wiślańscy delirycy? Ile razy Dworcowa ratowała im życie? Dawała ulgę? A świadectwa klasyków? Nałkowska odnotowująca[1] długi intensywny wieczór na wiślańskim dworcu – raczej nie miała na myśli kiblowania na peronie.

Cóż to było za wnętrze! Zwłaszcza część werandowa! Z widokiem (w mojej głowie zawsze zimowym) na perony, pociągi i rodzinną chałupę babki Marii z Chmielów Czyżowej. Jak tylko się urodzę, zacznie umierać mój pradziad, ojciec babki, stary Chmiel, zwany Starzykiem od Kędziory[2]. Facet ciężki tak jak jego córka – ona wedle mej pamięci zgodnie ze swą dewizą (wieczór legnąć, rano nie wstać) umierała zawsze. On ostatnie pięć lat. Wcześniej? Wcześniej nie wiadomo, ale najpewniej też. Wąskie specjalizacje rzadko się zmieniają. Gdy wybiła Starzykowa godzina, runęły śniegi, nastała zima od syberyjskiej gorsza. Babka spędzała u Kędziory praktycznie całe dnie, jej nieprzytomny ojciec konał za ścianą, ale ja byłem sto razy bardziej martwy. Z nudów, ma się rozumieć. Całymi dniami (moje „całe dnie” przeciwko waszym) stałem przy zamarzającym oknie, za którym zanurzony w granatowym powietrzu, oświetlony tysiącem żółtych świateł, rozpościerał się wiślański dworzec kolejowy. Huczały lokomotywy, kontrolerzy stanu rzeczy jak opętani tłukli w szyny prętami pomiarowymi. Konduktorzy się zmieniali, kolejarze latarniami znaki dawali. Na pierwszy peron wjechał katowicki, z drugiego odjedzie warszawski. W przedziałach każdy szczegół widoczny, jakby reflektor działał, w ogóle świateł bezmiar, po przeciwnej stronie w dworcowej restauracji nawet weranda rzęsiście iluminowana…

Dworzec kolejowy w Wiśle, 1945.

Całymi dniami stałem przy zamarzającym oknie, za którym zanurzony w granatowym powietrzu, oświetlony tysiącem żółtych świateł rozpościerał się wiślański dworzec kolejowy.

Myślicie, że ze słabo maskowanym sentymentalizmem opłakuję dawną wiślańską knajpę dworcową? Otóż opłakuję cały wiślański dworzec, który – tak jest – przestał istnieć bezpowrotnie, pozostały widmowe kasy, widmowa poczekalnia, widmowe budynki. Kiedyś zarośnięta azjatycką trawą, z zapadłymi torami, doszczętnie zrujnowana stacyjka kolejowa to był przyrodniczy fenomen, może nawet cel jakiej młodzieńczej wyprawy – dziś kraj spowija sieć ruin tego rodzaju.

Następna stacja: Ogrodowa – dawniej (też w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, też w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym) Piast, w dziewiętnastym wieku karczma bez tytułu, przed pierwszą wojną wręcz Luisenhof – miejsce śmierci brata matki, Adama Czyża. Poległ w gospodzie – daremnie próbuję dystansu. Adaś był nieszczęśnikiem i jego zupełna bezradność, bezbronność wobec życia, jego śmierć głupia (mądrej nie ma wcale, ale tak głupia, jak jemu przypadła, też się nie zdarza) nie pozwala opowiadać ani z dystansem, ani na luzie, ani nawet bezstronnie. Wspominam go, bo okropnym był biedakiem, bo „jego sprawa”, zamiast obojętnieć i z pamięci pierzchać – wzmaga się i intensywnieje, bo jeszcze w naszych głowach czasem on sam się pokazuje, ale gdy nasze – moja i matki – głowy zgasną, o nim nikt nigdy nie wspomni.

Śmierć jego durna w przyczynie bezpośredniej – w kontekście zupełnej życiowej zapaści mniej durna? Lepiej się tłumaczy? Jak masz trzydzieści dziewięć lat i umierasz, nic cię nie tłumaczy. Ani małżeństwo fatalne, ani pech zawzięty, ani nałóg zgubny, ani nawet choroba terminalna.

Pił straceńczo, podczas ostatniego ciągu poczuł głód zwierzęcy, czasem bywa to zbawcze, niestety tym razem wręcz przeciwnie – tak łapczywie rzucił się na porcję kiełbasy na gorąco, że go to zabiło. Kawałek królewskiego dania uwiązł w gardle, może po kolejnym ataku kaszlu by puściło, ale zapobiegliwi koledzy wyprowadzili go na zewnątrz, powietrze dobrze mu zrobi, i już na pół uduszonego na ławce na hotelowym tarasie – na wznak, na wznak! – ułożyli, poleży i mu przejdzie, i faktycznie przeszło. Przeszło wszystko łącznie z życiem. Poległ w gospodzie i tym samym wysadził ją w powietrze, unieważnił konteksty, zagłuszył opowieść, wymazał tekst, zasłonił obraz, zniekształcił scenę.

Wyznam w dyskrecji, iż nie mam się ani za tak starego, jaki jestem, ani za jakiego się podaję. A już starannie wyglansowany wizerunek samotnego, schorowanego starca o posępnym spojrzeniu, któremu wszyscy dawno wymarli, jeśli jest moim autoportretem, to komicznym. Aż tak to nie, ale żeby całkiem nie, to też nie – sporo pomarło, całkiem sporo. Adam w tej grupie zajmuje szczególne miejsce, jest rozpaczliwym liderem nieukształtowania. Rzecz bowiem w tym, że zanim się kawałkiem kiełbasy udławił, całymi latami prawie nie żył. Jakoś nic nie wychodziło. Porywczy, nieufny charakter robił swoje, ale wszystkiego nie tłumaczył. Przeważała ciemność. Dziwaczne poglądy, byle jaki przyodziewek, osobliwi koledzy, wyro na strychu. Miał pewne talenty do rachunków, do szachów – nie zostało to rozwinięte. Co będę robił, jak dorosnę? To i owo, czyli nic. Jakie życie, taka śmierć? Chyba tak. Mimo że był oczkiem w głowie babki Czyżowej? Być oczkiem w jej głowie to nie było bezpieczeństwo, to był hazard. Jakkolwiek to brzmi: do oczek w głowie nie miała ręki. Wiem, co mówię, grałem w pierwszej czwórce. Ja, Adam, Władek Chlebek[3], ksiądz Leszek Czyż[4] – widział kto kiedy kuriozalniejszy kwartet? Ułani, ułani, sami popaprani. Wiele o niej nasz skład mówi. Trawiło ją szaleństwo. Nie dawała mu folgi, choć niekiedy zapach obłędu czuło się wyraźnie.

Nie złamała jej nawet jego śmierć, tak groteskowa, że upiorna. Mnie ta śmierć przesłoniła Pension Piast i tym samym rzemiosło zakłóciła. Jak tu opiewać kolejne centrum Wisły? Jak wspominać doktora Dalskiego, który rok w rok w Piaście z całą familią na wakacje stawał? Jak układać strofy o czterech siostrach Dalskich, które tyle fantasmagorii człowieka kosztowały? Jak zarysować historyczną postać (z Dalskimi spokrewnionej) pani Heleny Wiśniewskiej, de facto założycielki pensjonatu? A postać jej męża naszykowana na pointę? A godziny spędzone przy Beczce w ogrodowej części gospody (piwo w przeciwieństwie do dworca lodowate jak ostrze brzytwy). Przy Beczce, a zwłaszcza przy stojącej w kącie czarodziejskiego ogrodu strzelnicy sportowej? A Gombrowicz w roku Pańskim tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym bałamucący w Piaście pochopną piętnastolatkę? Wspomniałem o Nałkowskiej na wiślańskim dworcu, jakże Gombrowicza w samym sednie wiślańskiej rozpusty pominąć? Nie da rady. Kawałek kiełbasy zwyczajnej w martwym gardle Adama – kawałkiem kiełbasy zwyczajnej. Gombrowicz – że powiem coś od siebie – Gombrowiczem. Młodzieńcze zachwyty nad tym dziełem wywietrzały dawno, jedna stroniczka Iwaszkiewicza więcej warta niż Pornografia z Kosmosem razem wzięte, ale oczywiście zostają Zbrodnia z premedytacją, Ferdydurke, Trans-Atlantyk, ale oczywiście zostaje Dziennik nie do pobicia – temu kanonowi nawet wydawanie osobistych notatników nie zaszkodzi. Inna rzecz tandetna wielkopańskość niektórych zapisów w Kronosie, to jest cecha, którą autor miał już na wczasach w Wiśle – może wiedzieć o tym, to jest jakaś wartość? Ależ on to miał od urodzenia i rzecz to znana! Literatura jednak to nie jest odkrywanie Ameryki – literatura to jest powtarzanie. Teoretycznie twórcze.

 

Odnotowanie W.G. w Piaście o tyle ułatwione, że zachował się list bałamuconej piętnastolatki. Oto jak intensywnie przedstawia ona przyjaciółce swe wiślańskie przygody: „Kochana moja Eluś! […] O imieninach moich nic pewnie nie wiesz, a więc słuchaj: miałam wyprawiony podwieczorek, na którem było 18 osób; sama młodzież: Ania, Iza, Marysia, Janka (z Poznania), Halszka, ja i chłopcy: Mundek Sokołowski, Sławek Szembroń, Adam Norski, Witold Gąbrowicz (z nas jest para), Krzyżanowski, Bolek Mołdawski, pan Emil, Zbynio, Janek. No i z konieczności – ciocie. Od tego czasu wiele się zmieniło – sporo osób od 1 sierpnia wyjechało: Ania, Iza Sz., Marysia P., Janka Z., Munio (przy końcu lipca trochę durzyłam się w nim, ale teraz nie, bo w Witoldzie i to z wzajemnością).

Byłam też na dwóch dancingach[5], na festynie, odpuście[6], na którem dostałam serce z piernika od pana Witolda. Zrobiłam 2 wycieczki na Stożek oraz Czantorję, te ostatnie z Nim, ale było też więcej osób. Muszę Ci coś o nim napisać – a więc kocham się i to zupełnie prawdziwie! Jest to miłość idealna i zarazem zmysłowa. On jest studentem na ostatnim roku prawa w Warszawie, ma 22 lata, jest bardzo wykształcony i do tego śliczny (jak wszyscy mówią), nie za wysoki. Nie tańczy, nie gra w tenisa, tylko w szachy i pali fajkę.

Kocham go i jestem o niego szalenie zazdrosna chociaż jak dotąd nie ma powodu[7]. Mieszkał od 1 lipca do 1 sierpnia w willi «Bukowej», jak go poznałam 18 lipca, zaraz zaczął mi asystować aż tak, że 1 sierpnia sprowadził się do «Piasta», przy stole siedzi obok mnie. Wszyscy w «Piaście» wiedzą, że mi oficjalnie asystuje, co chwilę całuje w rękę «na dzień dobry» itd. Ma jedną wadę – jest zarozumiały, bo jest skoligacony z wielkimi rodami.

Ach, Elu, w tej chwili, gdy skończyłam to ostatnie zdanie, był u nas w pokoju, bo jest 12 w południe, a jeszcze nie zeszłam na dół i nie widział mnie. Pocałował kilka razy w rękę, potem powiedział: «mnie wolno i w usta Cię pocałować!». A ja naturalnie nie pozwoliłam, ale scen takich boję się bardzo – czuję, że nie będę miała długo siły, aby mu się opierać.

Elu, ty pewnie nie będziesz chciała wierzyć temu wszystkiemu, bo to jest wprost nieprawdopodobne, ale zaklinam Cię, że jak kocham Boga i moją Mamusię – to wszystko jest prawda! Ja wiem, że będę okropnie cierpieć, gdy się z nim rozstanę i że on wkrótce o mnie zapomni, ale mniej go kochać nie mogę. On mnie zapewnia, że będzie do mnie pisał, tylko cóż z tego. To jest moja pierwsza, prawdziwa miłość.

Ściskam Cię i całuję – «Słodka Osoba», Kryśka, czyli «Szampan nie kobieta», «Moja Krysiunia» – jak mnie nazywa”[8].

Mniej więcej sto metrów – tyle dzieli Piasta od mojego arche – miejsca – domu moich dziadków. Adaś i inni domownicy, którzy tam bywali, nie mieli daleko. A gdy kto dawał radę – jak przystało dystansowi: sprintem – nawet babka nie zauważała. Wtedy, w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, pomiędzy Piastem a domem, który stanie się domem moich dziadków, domem moich rodziców i moim, nie było masywnego budynku Wojnara, wtedy stała tam jakaś lepianka, w której nie mogę ustalić, kto mieszkał. Ktoś mieszkał. Ale kto? Kto wie? Paranoi w tej kwestii jeszcze nie mam, ale powoli, powoli.

Wtedy, w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, w domu, który będzie moim snem najrozpaczliwszym, mieszkają prowadzący masarnię i rzeźnię państwo Chlebkowie, rodzice Marianna i Andrzej oraz trójka ich dzieci: Helena, Karol i najmłodszy, oczko w głowach rodziców, dziewiętnastoletni Gustaw. Moja przyszła babka Marysia Chmielówna jest jego rówieśnicą, w kwietniu tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku skończyła dziewiętnaście lat i jej urody nie da się nie zauważyć. Zauważył ją nawet ksiądz pastor Andrzej Wantuła, zauważył dogłębnie, ale – jak by powiedziała kobieta-szampan – co z tego. Powiedzieć, że przyszły biskup był w pewnych kwestiach opieszały – to nic nie powiedzieć.

Jest piękne lato tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego – za trzy lata moja przyszła babcia zostanie żoną młodego masarza Gustawa Chlebka, za sześć lat zostanie wdową po nim, za osiem – jedenastego lutego tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego roku – wyjdzie za mąż za mojego dziadka, Jerzego Czyża. Zamieszkają u starych Chlebków. U Chlebka – stojące w samiutkim centrum siedlisko Czyżów i Pilchów pod takim wezwaniem będzie znane do końca dni naszych. U Chlebka lekko nie będzie. Co ciekawe – wymieranie kolejnych postaci sytuacji nie poprawi.