Zbrodnia i...Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

Wstęp do nowego wydania

Motto

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Rozdział czterdziesty siódmy

Rozdział czterdziesty ósmy

Rozdział czterdziesty dziewiąty

Rozdział pięćdziesiąty

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Rozdział pięćdziesiąty drugi

Rozdział pięćdziesiąty trzeci

Rozdział pięćdziesiąty czwarty

Rozdział pięćdziesiąty piąty

Rozdział pięćdziesiąty szósty

Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Rozdział pięćdziesiąty ósmy

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty

Rozdział sześćdziesiąty

Rozdział sześćdziesiąty pierwszy

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Rozdział sześćdziesiąty trzeci

Rozdział sześćdziesiąty czwarty

Rozdział sześćdziesiąty piąty

Rozdział sześćdziesiąty szósty

Rozdział sześćdziesiąty siódmy

Rozdział sześćdziesiąty ósmy

Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty

Rozdział siedemdziesiąty

Rozdział siedemdziesiąty pierwszy

Rozdział siedemdziesiąty drugi

Rozdział siedemdziesiąty trzeci

Rozdział siedemdziesiąty czwarty

Rozdział siedemdziesiąty piąty

Rozdział siedemdziesiąty szósty

Rozdział siedemdziesiąty siódmy

Rozdział siedemdziesiąty ósmy

Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty

Rozdział osiemdziesiąty

Rozdział osiemdziesiąty pierwszy

Zakończenie

Redakcja serii Piotr Marecki

Korekta i adiustacja Filip Fierek

Projekt okładki Michalina Mosurek

Projekt typograficzny, skład i łamanieBy Mouse | www.bymouse.pl

Wydanie II poprawione i rozszerzone

Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i..., Kraków 2018

Copyright © by the Author, 2018

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2018

Na okładce wykorzystano zdjęcie z archiwum Autora. Autor i Wydawca dołożyli wszelkich starań, by dotrzeć do właścicieli i dysponentów praw autorskich do fotografii zamieszczonej na okładce książki. Osoby, których nie udało nam się ustalić, prosimy o kontakt z Wydawnictwem.

 

Fundacja Korporacja Ha!art prowadzi księgarnię w Bunkrze Sztuki


ISBN 978-83-65739-20-9

Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 12 426 46 03 (księgarnia),

12 422 25 28 (biuro)

e-mail: korporacja@ha.art.pl Księgarnia internetowa: www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Romanowi Bratnemu

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

Wstęp do nowego wydania

Zabawne, bo i ta wznowiona Zbrodnia i... ma szanse na nowe życie, i ja, dziś osiemdziesięciopięcioletni autor.

Pamiętam tę noc 1973 roku. Właśnie dostałem ćwierć wieku odsiadki. Mam czterdzieści lat. Księżyc za kratą jest tak cholernie blisko, a ja przez sprawę skarbową wylezę za bramę w 2005 roku. Lub klawisz da mego trupa do więziennej kostnicy? Nieee!!! Napiszę o więzieniach PRL-u „szkalującą” książkę, którą wydadzą... w USA. Po rannym apelu ją zaczynam. Gryzmolę tak w celi miesiącami; jako coś do rewizji w SN dla mego, hm, „obrońcy” mecenasa J. Wasilewskiego.

Korespondencję więźniów w pierdlu Mokotów ostro się cenzuruje. Więc ja błagam obywatela wychowawcę, niech w mych kolejnych A4, pisanych maczkiem, wskaże mi lepszy styl i ortografię... Bez czytania zaklejał „szkalujące” przesyłki, a mnie wypraszał z dyżurki.

Także mój „obrońca” Wasilewski uważał, że jestem wariat. I choć współpracował z bezpieką, też nie czytając przesyłek, oddawał je mojej siostrze Hani. A ona do przepisania swej dyskretnej koleżance z PAX-u. Tysiącstronicowy maszynopis Zbrodni i..., poprzez reżysera Krzysztofa Zanussiego, dotarł do Romana Bratnego, autora książki Kolumbowie rocznik 20. Zaś ten, dzięki swej AK-owskiej trylogii, o dziwo był władny i w PZPR-ze, i we wszystkich PRL-owskich rządach. Uprzednio niechętny mi Bratny, który znał „zbandyciałego aktora” tylko z gazet, zachwyca się Zbrodnią i..., oto pisze do mnie za kraty, że będzie się mną odtąd oficjalnie zajmował. I tak nieprzerwanie zawzięty powstaniec ’44 wymusza na kolejnych ministrach Sprawiedliwości PRL-u ich zgodę, bym pracował literacko w celi, zresztą wciąż mi cofaną. Aktualny członek PZPR-u Bratny też gra przy okazji na nosie pionowi prokuratury nielubiącemu się (!) z pionem sądowym.

Ostatnie sześć lat na wrocławskich Klęczkach siedzę w izolatce, z czerwonym „N” na aktach skazanego. To więzienna Ochrona (sterowana przez bezpiekę) wpisała tam złośliwie: „Nasierowski chce obalić w PRL-u socjalizm, a wskrzesić kapitalizm”! Ani mi to w głowie. Ot, fałszywe donosy kapusi Ochrony. Wszak dzięki im za to. Izolowany, przekupuję w cztery oczy paru klawiszy i ślę przez następne lata siostrze Hani, a ona Romanowi Bratnemu, swe dalsze powieści, sztuki teatralne, opowiadania (wszystko to wciąż jest do druku). No i swój więzienny dziennik. Bodajże jedyny z czasu tamtej Zarazy.

W ’83 roku dzięki ośmioletniemu uporowi Bratnego minister Sprawiedliwości prof. Zawadzki ułaskawił mnie, a Zbrodnię i... omalże wydał podziemny Przedświt. Lecz Bratny zażartował, że to mały nakład i bez echa w USA, więc lepiej, abym poczekał. Czekam.

W ’88 roku, za zgodą przewodniczącego Rady Państwa prof. Jabłońskiego (kiedyś Bratny był jego studentem), okrojoną do połowy Zbrodnię i... publikuje mi Wydawnictwo Literackie pod pseudonimem Jerzy Trębicki. Czterdziestotysięczny nakład i trzydziestotysięczny dodruk Zbrodni i... rozeszły się w dwa dni! Na więcej, to nic, że dogorywające, władze PRL-u nie pozwoliły. Grubo droższe egzemplarze i kserokopie sprzedawano na bazarach. Mimo przymusowego pseudonimu ludzie wiedzieli, że Jerzy Trębicki to ten zbandyciały aktor, więc byłem też „rozrywany” przez prasę i TV. Chociaż zapis cenzury był tylko na nazwisko Nasierowski. Dla chytrego marketingu występowałem w TV bez twarzy.

Sukces Zbrodni i... bardzo wsparło Wydawnictwo Literackie, pisząc na tylnej stronie okładki: „Książka Trębickiego wzbudzi zapewne kontrowersje, wywołała zgorszenie i oburzenie, jednak jest ona ważna i potrzebna, a lektura jej jest pasjonująca”. Oraz warunkujący publikację Zbrodni i... aluzyjny wstęp Romana Bratnego o PRL-owskim koszmarze za kratami i o tym, że Jerzy Trębicki osiągnął wolność dzięki swemu pisaniu: „Słowa na bramie Dantejskiego piekła »porzućcie wszelką nadzieję« są nieaktualne. Trudna nadzieja istnieje. To przesłanie tej książki”.

Ja, Jerzy Nasierowski „Trębicki”, obecnie zapewniam część (?) polskiej młodzieży, że i w naszym 2018 roku, i później ta nadzieja na wolność ciągle będzie istniała. Oto ostatnio ponad dziesięć już wolnych lat nie grałem, nie wydawałem książek. Czyli jakbym był znów w pudle? Aż dwa lata temu nad Wisłą dzielny technik budowlany Michał Cechowski mi mówi: „Trzeba cię, Jurek, odkurzyć”. I przy powalonym drzewie skręcił swą cyfrówką Sony (za dwadzieścia rat) coś pierwszego wytwórni Czopek Film ze mną, czołowym aktorem... Jakieś kolejne filmiki obejrzeli, los chciał, Aleksandra Popławska i Marek Kalita – reżyserzy Dogville w stołecznym Teatrze Syrena. Dyrektor Wojciech Malajkat zadzwonił do mnie, żebym w Dogville zagrał...

Przez sporo kolejnych arcytrudnych miesięcy – ja, niestety ciągle więzień złej opinii publicznej o mnie, eksprzestępcy – mozolnie starałem się robotą aktorską wyleźć z tej opinii. A przy tym, będąc osiemdziesięciodwulatkiem, nie stąpnąłem na scenę od przejścia na emeryturę, czyli blisko dwadzieścia lat! Chyba mi się udało?

Między innymi Jakub Panek w „Gazecie Wyborczej” pochwalił twórców Dogville, A. Popławską i M. Kalitę, za wybór mnie na Narratora: „Głos Jerzego Nasierowskiego czaruje, wprowadza w swego rodzaju trans, przyciąga uwagę widzów”. A Michał Centkowski w „Newsweeku” uznał: „W pamięć zapada świetna muzyka Macieja Zakrzewskiego oraz hipnotyzująca kreacja Jerzego Nasierowskiego – złowieszczego Narratora”. Och, jeden z recenzentów uważał dokładnie odwrotnie. Ale wkrótce zadzwonił Piotr Marecki, że jego oficyna Ha!art wznowi moją Zbrodnię i... Czyli...?

Dzięki Michała i mojemu uporowi Czopek Film do dziś wypuścił na YouTube’a (zapraszam, chyba warto) sto sześćdziesiąt ileś tragiprześmiewczych pięcio–ośmiominutówek. Więc ja, ledwie osiemdziesięciopięciolatek, przeżyję i tę niezbyt wolną IV RP?

Podobno nasza, och, superprawa młodzież jest dziś konserwatywna. A to jej najlepszy wiek, żeby być zdrowo na lewo. Dziewczyny, chłopaki, skoro warto uczyć się i od diabła, zerknijcie w Zbrodnię i... bez tych różnych uprzedzeń. Jako we wzór przetrwania na jeszcze gorsze czasy... Rzekomy komuch Roman Bratny (zmarł w pobliżu setki) kiedyś ratował mnie. Ja, choć niegdyś faktyczny przestępca, w przyszłości też chciałbym kogoś. To w świecie tak się dziwnie kręci. Daję wam, młodzi, na to moje słowo.

Jerzy Nasierowski

jerzynasierowski@wp.pl

Wszelkie podobieństwo do osób

i sytuacji jest nieprzypadkowe.

Są one wiernym odbiciem rzeczywistości.

Jerzy Nasierowski

.

Motto I

„Uważam się za człowieka genialnego. Nie znam i nie chcę znać argumentów sądu. Proszę o niezmuszanie mnie do obecności na procesie. Przebywanie w więzieniu do końca życia jest moją osobistą i nieodwołalną decyzją. Świat kiedyś zrozumie wagę mej twórczości pisarsko-filozoficznej, którą uprawiam w celi”.

„O Jerzym Nasierowskim, autorze powyższego listu do Sądu Wojewódzkiego dla miasta Warszawy, mówi się i pisze tyle, ponieważ milczy. Rzadko się bowiem zdarza, aby oskarżony odmówił złożenia zeznań przed Wysokim Sądem...”

(Z polskiej prasy)

Motto II

„Szlachetny wyraz twarzy to znak, że człowiek stawał przed sądem. Oczywiście nie za przestępstwa polityczne, ale za kradzież albo przekupstwo”.

(Lew Szestow)

Motto III

„Setka ludzi, na dziesięć milionów, która rozumie piękno niebędące naśladowaniem lub udoskonaleniem piękna już rozumianego przez tłum, potrzebuje 20 – 30 lat, aby wytłumaczyć dwudziestu tysiącom dusz najwrażliwszych po ich duszach, że to nowe piękno jest naprawdę piękne”.

(Stendhal)

Rozdział pierwszy

– Po egzekucji, panie Nasierowski, trupa nie oddają rodzinie. Studenci się z niego uczą... – Mężczyzna w białym kitlu muskał mnie opalizującym ostrzem z celnością chirurga. – Blondynek, co udusił taksówkarza, będzie dobry, bo chudy... – Potatuowany nadgarstek skrobał mi teraz szczecinę tuż nad grdyką. – Kiedy go, panie Nasierowski, goliłem, zawsze mu gadałem, że pojedzie tam z kartką u nogi. Śmiał się. Do końca wierzył, że go ułaskawią. No i co? Pojechał... Ładnego gówniarza z celi obok też potną. Nie musiał walić dyrektora lichtarzem. Tłumaczył się, że facet go złapał za jaja. Wielkie rzeczy!

Mówiąc to, fryzjer patrzył na moje oczy, usta, policzki, wcale nie śladem brzytwy. Po czym wspomniał z naciskiem, że ktoś ukradł Andrzejowi spod łóżka karton winstonów... Bardzo dobrze. Pewnie były od Berty... Kiedy dodał, co według niego czeka Andrzeja, zbladłem. Na szczęście strażnik otworzył celę. W drodze na rozprawę zakrywałem twarz dłońmi.

 

Zeznaje kolejny świadek... Utykam chleb w uszach. Zaciskam powieki. Łokciem czuję milicjanta. Za nim Andrzej... Ostatni raz widziałem Andrzeja przed jego aresztowaniem. Półtora roku temu... Miesiąc temu skończył dwadzieścia jeden lat. Nigdy mi nie wybaczy donosu. Ile jeszcze potrwa jego „nigdy”?

– Powiesić ich!

Te okrzyki, spojrzenia obdzierają mi skórę z ciała. Smoła i pierze byłyby czymś kojącym. Andrzej chciał wziąć na siebie nasze kradzieże. Swoim donosem oddałem go tym tutaj na ubój?

– Oskarżam Andrzeja Wicza urodzonego w... pochodzenie społeczne... wykształcenie... karanego... i Macieja Banasia, urodzonego... karanego... oraz Jerzego Nasierowskiego, pseudonim Kuba, niekaranego... o to, że... – ogłosiła zza trybunału? ogłasza? różowowłosa kobieta w czarnej todze.

Dziupla chroniona moim mięsem, kośćmi, ścięgnami i utkanym chlebem chyba nie podoła tym atakom. Z zemsty zabroniłbym ptakom śpiewać, kwiatom pachnieć, a całą ludzkość strąciłbym w przepaść. Lub uciekłbym w odwrotną stronę kalendarza...

Siedzimy z Andrzejem jak gdyby w pierwszym rzędzie tej widowni. Banaś zajmuje właściwą ławę oskarżonych. Przed nim, niżej, zasiedli obrońcy, w togach obrzeżonych zielenią i w urzędowych minach.

– Świadek może odejść – przenika mi przez chleb.

Mimo zaciśniętych oczu poznaję Marię. Ogarnia z ukosa sędziów, a następnie mnie – przestępcę... Tak spojrzałem wtedy na nią w sklepie z antykami. Nim skończyła szkołę aktorską, studiowała historię sztuki. Uczesana à la Botticelli, sprzedawała antyczne komody, lustra i obrazy na wpół niechętnie. Teraz wchodzi na kolejny stopień. Każdy jest szerokości ław dla gapiów sądowych, siedzących po obu stronach przejścia. Salę o dwóch rzędach okien prześwietla chłodne południe, zapalone żyrandole bezsensownie żółcą sufit... Gdy wyznałem Marii w tym sklepie z antykami, że też nie gram w teatrze i przemycam ikony na Zachód, wyprosiła mnie. Posłałem jej do domu bukiet róż i począłem nadrabiać paroletnią przerwę w naszej przyjaźni... Zamyka za sobą ciężkie drzwi sali sądowej? Wzrok gapiów kłuje mnie w kark.

W poprzednie dni procesu milczeniem zbywałem moje protokoły, krzykliwie odczytywane przez sędziego. Dziś w głąb uszu mam natkane strzępy więziennej koszuli, które zakleiłem czopem z razowca... Czy korowód świadków zeznaje według tej piramidy tomów z sędziowskiego stołu? Na zakończenie śledztwa odmówiłem czytania akt, nigdy nie rozmawiałem o sprawie z moimi adwokatami, w celi nie patrzę przez okno. Zabezpieczono je matową szybą, podwójną kratą, siatką, a z zewnątrz – ukośnymi płaszczyznami zbrojonego szkła... Strażnik, zapytany wczoraj przeze mnie, która godzina, odpowiedział: „Jest rok 1973”. Nie musiał dodawać: „Polska”.

– Żeby aktor bandytą!... – To widz z końca sali... Ci warszawscy gapie sądowi przeczytali już o mnie w stu gazetach, tu wysłuchali długiej listy mych przestępstw. Czas od ich popełnienia odrealnił je! Co wtedy czułem? Kim właściwie jestem?

Mam niebieskie oczy, blond włosy. Tyle po trzydziestce, a – zdaje się – wciąż ujmuję chłopięcością... Sąd prawdopodobnie myśli, że założyłem nogę na nogę z tupetu, że zamknąłem oczy z cynizmu. Milicjanci z moich boków pewnie uważają, że drzemię. Mimo kawałka koszuli i pół kromki chleba w uszach znów słyszę jakieś obcesowe wobec mnie pytanie. Zadane komuś okradzionemu? Pobitej gosposi? Sąsiadom zamordowanej? Zgrzyt klucza w drzwiach celi (obym już tam wrócił) i podkreślone palcem słowa strażnika: „Wy, jak się nazywacie? Ubierzcie się!” – przeszywają mnie identycznym bólem. Także dzwonki na apele i posiłki. Dosłownie każdy odgłos z sali rozpraw.

„Oskarżony Banaś szlocha. Wsparty o ławę, zgarbiony i wypłowiały trzydziestolatek próbuje stłumić głośne łkanie w chusteczkę. »Jak oskarżony ocenia sam siebie?« – pyta sędzia. »Jestem bydlę, wysoki sądzie. Śmierć tej biednej kobiety była dla mnie wstrząsem...«. Sąd ogłasza przerwę.

Andrzej Wicz podnosi się spokojnie z ławy oskarżonych. Szczupły, wysoki, zgrabna sylwetka, wyraziste rysy, bystre, uważne spojrzenie...” – przeczytam kiedyś w starym reportażu sądowym. Nie bylibyśmy sądzeni, gdybym wtedy nie doniósł na Andrzeja...

Wychodzę skuty z sali rozpraw, w szpalerze gapiów. Ucinam im tułowia opuszczonymi powiekami. Buty, pantofle, trochę przeciwdeszczowych. Już jesień. Uciekają mi spod nóg drewniane klepki podłogi. Eskortujący mnie otwierają potężne drzwi sali. Kamienna posadzka holu, bazaltowe schody, żelazne drzwi aresztu sądowego. Można patrzeć niewstydliwie. Rój milicji wypełniający podziemny korytarz to swoi... Po obu stronach ciemne „poczekalnie”, duszne od zakwasu oddechów. Aresztanci chodzą tu jak w klatkach. Szczerzą kły. Coś krzykliwie wykładają tym skulonym na topornych ławach. Jedni przed rozprawą, inni w trakcie lub czekają już na transport do aresztu śledczego... W celi napisałem do Marii, jak mam odpokutować za moje grzechy. Wyrzeczeniem się wędlin z paczek i mięsnych konserw z wypiski? Gimnastykowaniem się do upadłego i szczotkowaniem włosów do krwi? Czy może pisaniem książek?

Kiedy na początku tego wszystkiego wypuszczono mnie po czterdziestu ośmiu godzinach z komendy, natychmiast chciałem jechać do Marii. Bezskutecznie kręciłem kluczykiem, cisnąłem sprzęgło i gaz. Czułem duszność. Suterena z drewnianym podestem do spania, z rzędem starych materacy i pokotem nieogolonych mężczyzn, śpiących w świetle okratowanej żarówki – wzywała mnie do powrotu... Ściany kamienic wyszczerzone oknami zstąpiły na jezdnię. Zatrzymałem taksówkę... Gonił mnie uśmieszek naczelnika komendy. Goni... Stchórzyłem czy powinienem był mu ulec?

W mym domu meble, rzeźby, obrazy i dywany jakby stroszyły się na mnie. Jakoś zbyłem Tatę, który przez te czterdzieści osiem godzin czekał tu na mnie. Siadłem pod schodami... Bardziej cierpiała ta nieszczęsna kobieta czy jej czterej rzekomi mordercy? Ich proces odroczono – było ostatnio napisane w gazecie. Choroba któregoś?

– Synku, chodź na górę, przygotowałem ci kolację.

Od dawna próbowałem wyobrazić ich sobie. Andrzeja widziałem w bliźniaczej suterenie komendy niemal dotykalnie. Prawie słyszałem jego kaszel. A ja już w swych „salonach”... Aresztowany Andrzej jest mimo wszystko bezpieczny, skoro ci czterej ponad rok temu przyznali się do zbrodni Andrzeja. Nie popełnili jej... Prócz Andrzeja i jego wspólnika nikt nie zna prawdy. Obaj faktyczni sprawcy nie zdradzą się. Gdybym więc i ja wszystko zataił... Czterej niewinni są mi zupełnie obcy! Andrzej i jego wspólnik też ich w życiu nie widzieli...

– Ktoś tu ciągle telefonował, synku, przez całe dwie doby.

– Nie będę nic jadł, tato. Zostań dziś. Połóż się na górze. Dobranoc.

Czyżby dzwonił wspólnik Andrzeja?

Zasnąłem z myślą o Marii – pod nieheblowanymi belkami stryszku, usłanego perskimi dywanami i zastawionego rokokowymi meblami. Ciągle jeszcze ani mi się śniło donieść władzom o zbrodni Andrzeja...

Nazajutrz zastałem Marię w domu. Zaczynała akurat dziergać rękaw sukni. Usiadłem przy jej ulubionym stole ze złuszczonego mahoniu, myśląc, co jej powiedzieć o tajemniczym okradzeniu przed tygodniem mojej ciotecznej siostry...

Trzy dni temu wyszliśmy z Andrzejem do kina. Uparł się wpaść wieczorem do Berty. Poszedłem do domu. Kiedy otworzyłem drzwi, jakiś obcy mężczyzna wciągał mnie do holu. W pokoju na górze siedziało ich kilku. Tata zapytał mnie dziwnym tonem, czy coś zjem. Popielniczki kipiały od petów. Pająk u sufitu świecił ćwiercią mocy. Żaden z tajniaków nie odezwał się. I nagle, jak w kryminalnej sztuce, zadzwonił telefon. To Robaczek chciał się ze mną pożegnać. Leciał do USA na występy. Właśnie upychał, jak twierdził, smoking w walizce. Tymczasem tajniacy już grzebali w moich szufladach, odchylali obrazy, zsuwali dywany.

– Po powrocie dowiem się, Kubusiu, co z tobą – usłyszałem na koniec w słuchawce.

Ostatnio nawet nie kłanialiśmy się sobie z Robaczkiem. Czego teraz chciał? Niedawno, pod stołeczną katedrą, minął mnie z miną starego psa, co nasiusiał na dywan. Wpatrzyłem się w wystawę sklepową z Matkami Boskimi z gipsu wśród Panów Jezusów w plastikowych ramkach i blaszanych monstrancji...

Dziś rozpełznięci po moim domu tajniacy przeglądali książki, stukali palcami w tynk i podłogę... Ale niewątpliwy donos Robaczka, że to ja z Andrzejem okradliśmy moją cioteczną siostrę, oznaczał tylko dla Andrzeja parę lat więzienia, ja mógłbym się z tego wykręcić. Gdybym wkrótce nie doniósł na swego młodziutkiego wspólnika o drugim przestępstwie... O jego zbrodni!

– Gdzie Andrzej? – spytał chudy, wysoki tajniak. Chyba naczelnik, bo palił rozparty w moim empirowym fotelu.

– Pojechał do Berty, swojej dziewczyny – odrzekłem tak spokojnie, że aż się tym zachwyciłem.

Krępy tajniak meldował przez radiotelefon numer mego wozu i dzielnicę, gdzie Berta wcale nie mieszkała! Podstarzali chłopcy z minami gangsterów wreszcie usiedli. Poderwał ich kolejny telefon. Andrzej dzwonił, żebym zszedł na dół. Powiedziałem, że mam gości... Tajniacy zamachali mi rękami przed nosem. W bramie nie dali nawet zamienić słowa z Andrzejem. Ja jechałem na komendę swoim fiatem, on – milicyjną warszawą... Na przesłuchaniu wytłumaczyłem się z czasu, w którym okradaliśmy moją cioteczną siostrę.

– Andrzej był ze mną w moim domu, panie naczelniku. No... gdzieś wyskoczył na około dziesięć minut. Ale ręczę za jego niewinność. Choć rzeczywiście kradł od dwunastego roku życia. Że mówił komuś o jakimś milionowym łupie? Chwalił się, dzieciak. A w ogóle Robaczek to wszystko wymyślił z nienawiści do Andrzeja.

Uparte milczenie Marii bolało mnie... W razie wpadki ustaliłem z Andrzejem, że weźmie tę kradzież na siebie.

– Mnie, moja droga, zwolnili wczoraj wieczorem, po czterdziestu ośmiu godzinach, a Andrzejowi dali dwutygodniową sankcję. Też go puszczą! – wymamrotałem.

Maria wbiła oczy w migające druty. Miała zrobione trzy czwarte rękawa... Oboje nie przypuszczaliśmy, że ta moja, w zasadzie miłosna, afera przepoczwarzy się w dochodzenie śledcze i rząd tomów akt na sędziowskim stole...

Wyszedłem od Marii nocą, uspokojony brakiem jej ciekawości. Aleje Ujazdowskie obeschły z błotnistego śniegu. Na pustej ulicy to wszystko niewypowiedziane pulsowało we mnie jak bolący ząb. Śmierć nieszczęsnej kobiety, przyznanie się tych czterech do niepopełnionego morderstwa...

Dotąd rzadko mówiłem z Andrzejem o tych chłopcach. Żadnego nie widziałem na oczy. Byli dla nas nazwiskami z gazety. Raz Andrzej oświadczył, że muszą być czegoś winni, skoro milicja trzyma ich od tylu miesięcy.

– Ale nie tego! – wściekłem się.

I zabroniłem wspominać mi o jego zbrodni... Ze strachu? Z obrzydzenia? W każdym razie nie do niego...

Kilka dni po mnie wypuszczono Bertę. Ciągle nie posiadała się ze zdumienia, dlaczego ją zamknięto... Właśnie wróciła ze szkoły. W przedpokoju stał tajniak. Z kuchni i pokoju wybiegło pięciu dalszych. Mama, czerwona od płaczu, tuliła jej młodszą siostrę. W samochodzie tajniacy oskarżyli Bertę o uprawianie szpiegostwa. Na komendzie wmawiali jej udział w jakichś napadach... Śmiałem się, słuchając jej. Nieumalowana, dziecinnie przejęta, wyglądała na uczennicę z podstawówki. Robiła wieczorowo pierwszą licealną, drugi rok z rzędu... Piszcząc oponami, kluczyłem wśród pustych uliczek Starówki. Jeździła za nami tej nocy kremowa warszawa, którą Berta pamiętała sprzed gmachu komendy.

– Przecież ona nałogowo kłamie. Nikt was nie śledził – rozzłości się Andrzej, zwolniony po dwutygodniowej sankcji.

– Jedna stara prostytutka wywróżyła mi, Kuba, w tej okropnej suterenie, że żadne z nas trojga nie będzie już nigdy szczęśliwe... – Osiemnastoletnia Berta ze śmiertelną powagą nakładała sztuczne rzęsy. Tajemniczy samochód czaił się dwie latarnie wstecz. Jej oczy były znów piękne. Zamazała twarz czymś w płynie. Uszminkowała się. – Przysięgam, Kuba, wynajmę Andrzejowi najlepszego obrońcę w Polsce. Choćbym miała zedrzeć tyłek. – Wykrzywiła się do jadącego za nami wozu.

W domu wziąłem ją. Trochę w nadziei, że gdy to się wyda, któreś z nas wypadnie z łask Andrzeja. Chyba ona... Berta poznała w hotelu starego Szwajcara, który zaprosił ją w Alpy. Po tej naszej, pierwszej w życiu, miłosnej nocy rano załatwiłem Bercie szybsze wydanie paszportu, wizę szwajcarską, bilet, odprowadziłem ją na lotnisko. Bojąc się jednocześnie, że zarobi w tych Alpach dolary i Andrzej, mimo wszystko, znów jej przebaczy. Mnie również...

Każda ich wspólna chwila przepełniała mnie kipiącą zazdrością. Będąc z Andrzejem niemal dniem i nocą przez trzy lata, jakoś nie pamiętałem o samotności Berty. Przychodzi tu na rozprawę sądową w sztucznych rzęsach, z wyzywającym makijażem, obwieszona złotem. Śledczy twierdzi, że ona ostatecznie skurwiła się przez nas. Nie miała pojęcia o naszych przestępstwach. Trafiły ją rykoszetem. Fakt, przed aresztowaniem rzadko łaziła po hotelach. Może, rzeczywiście wydoroślawszy, nie wróciłaby do grzechów młodości, a teraz zarejestrowana przez milicję musi w nie brnąć...

Pierwszy kamyk strącił Robaczek swoim donosem na mnie i Andrzeja. Ja swoim donosem na Andrzeja zepchnąłem pierwszy głaz, aż przysypało nas wszystkich. Właściwie powinienem rozumieć podłość Robaczka jak własną... Ciekawe, czy znalazł przynajmniej ulgę w rozdzieleniu mnie z Andrzejem. Bo rozdzielenie Andrzeja z Bertą mnie nie ukoiło...

– Ona, Kuba, nie wierzyła, że mnie puszczą, dlatego pojechała w te Alpy... – Andrzej po dwutygodniowym pobycie na komendzie obmywał nad wanną nie tylko odór sutereny?

– Ja wierzyłem! – klepałem go serdecznie po gołych plecach.

Jego mama zaprosiła nas na obiad, a może raczej na spóźnioną ucztę weselną, gdyż milicjanci wyjaśnili jej rodzaj naszej przyjaźni. Noc spędziliśmy u mnie. Obaj szczęśliwi, uczciwi. Złoto mojej ciotecznej siostry, schowane u Andrzeja w piwnicy, było równie nieistotne jak pocztówka z Alp – pełna erotycznych czułości, którą dostałem od Berty. Wyglądało na to, że Andrzeja wręcz ucieszyła kolejna zdrada ukochanej.

Niestety, w dniu zapowiedzianego powrotu Berty Andrzej płakał. Na moim ramieniu... Wziąłem go do kina. Potem tłumaczyłem mu, że Berta jest zmęczona podróżą, no i nie wypada budzić jej rodziców. O północy powiedział mi, że idzie się przejść. Wrócił rano.