Długie spacery nad OlząTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Dedykacja

Wyjść po angielsku

Nie śpiesz się, magnolio

Grążele

Długie spacery nad Olzą

Bez passe-partout

Kawki

Jeden dzień pieszo

Chodzić na skróty

* * * (Oglądam po deszczu tęczę)

Nieśmiertelność

Dylan w Ostrawie

Pokusa

Sekator

Czas konfitur

Ktoś

Celownik

To coś nagłego

List

Z trąbami tamburynami i śpiewem

Wyjść po angielsku

Gdzie jesteś?

O nienawiści

Higiena

Taktyka salami

Głowa

Niespodzianka

Strzępy

Stacje wieczoru

Stacje wieczoru

Psalm

Austerlitz

Orszak

Pomylony

Czereśnie

Raz w Leżajsku

Tak maluczko

Pociąg

Szanta

Pytania

Chmury

Koniec świata

Straty

Zaćmienie Słońca

Wiersz dla A

Klaun

Usłyszcie

Strajk

Przepisuję świat

Przy tej małej rzeźni

Kosy rozdziobują wieczór

Zawieszenie broni

Ogłoszenie

W Segowii

Weź mnie ze sobą na Gerlach

Być młodym

Nie ścigaj się

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA

Redakcja: KRZYSZTOF LISOWSKI

Korekta: ANNA DOBOSZ, ANNA RUDNICKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce wykorzystano obraz Zbigniewa Bielawki

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Jerzy Kronhold

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07219-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

I twoje dłonie sieją między nami dal.

Julian Przyboś

Dla Zosi

WYJŚĆ PO ANGIELSKU

Nie śpiesz się, magnolio

Nie śpiesz się, magnolio, nie śpiesz,

to jest przecież twoje święto,

pora na iluminacje,

termin doręczania darów.

To jest czas na budki dla szpaków,

czas na czary, bruzdy i drewutnie,

na podrygi zardzewiałej łopaty,

na madrygał porzuconych grabi.

Nikt nie lubi tutaj pośpiechu,

wolno tylko jeździć taczkami

i używać w drodze lornetki,

by nie straszyć płochliwych bażantów.

Proszę, zostań przy mnie parę dni dłużej,

nie opadaj, nie zmieniaj przerzutki,

nie śpiesz się, nie biegnij na przełaj.

Grążele

Gdy przyjeżdżałem do niej starą rozklekotaną damką,

żeby zobaczyć, jak fruwa w laboratorium

w białym kitlu, wśród próbówek, menzurek

i kolb różnego rodzaju,

żeby objąć ją wpół,

przy okazji zatrzymywałem się na zewnątrz,

blisko krawędzi betonowej niecki, służącej

za basen na wypadek pożaru,

w której pływały żółte grążele

i różowe karasie,

tak piękne, że je też chciałem

objąć i pocałować.

Długie spacery nad Olzą

Zacznij prawym brzegiem

jak Julian Przyboś,

gdy był młody i zakochał się

w Marzenie Skotnicównie,

zacznij od mostu, który teraz łączy

opadający w dół kanion ulicy Głębokiej

z prostą równiutką Saską Kępą

po czeskiej stronie,

idź niespiesznie wzdłuż fosy,

okrążającej zamek, podziwiaj

skaliste progi przecinające rzekę,

podziwiaj jesiony,

które jeszcze tam stoją

koło kortów tenisowych

i są jak stare konfesjonały pełne

zwierzeń,

są jak przechowalnie

z walizkami, do których nikt nie chce

zajrzeć, bo trzeba by zmówić kadisz,

wiele zim, wiele nut upchnięto w ich słojach,

jak w rowkach płyt długogrających

zapisane zostały wędrówki

z ukochanymi psami

i z maleńką dziewczynką, którą przyniósł

wiatr do naszego domu

jak listek mięty,

i zapisały się twoje rękawiczki ze skóry renifera,

które zgubiłaś na odcinku między szklarnią

a kominem elektrociepłowni,

a to, co się nie zapisało, tego nie ma

i nie ma pewności, że kiedykolwiek było,

wejdź więc na most kolejowy

kierujący pociągi w głąb Moraw,

omiń rzeźnię, pamiętaj, że czeskie świnie

kwiczą tak samo jak polskie,

zatocz koło

 

i wróć lewym brzegiem

do śródmieścia.

Bez passe-partout

Mój ojciec, tak mało o nim wiem,

mógł zostać malarzem, ale wyszło inaczej

wojenka, leguny, szczypiorniak i hazard.

Jego cudem ocalały rysunek

– elewacja katedry w Brunszwiku –

wykonany w niewoli w przejściowym obozie,

zapamiętałem jak widmo we śnie,

cztery rozety, jubilerska dokładność,

jak laubzegą wycięte gotyckie koronki.

Przypuszczam,

że go wypuszczali i mógł z bliska podziwiać

relikwie Welfów, grób Henryka Lwa?

Wisiał w cienkiej ramce za szkłem bez passe-partout

na Puławskiej w ciasnym mieszkaniu

moich wesołych ciotek (wciąż mylą mi się

ich imiona i daty urodzin),

w ciemnym przedpokoju nad szafą,

gdzie piętrzyły się przeczytane kryminały

Agathy Christie i Simenona,

krok od Belwederu i kościoła garnizonowego,

w którym jego pułkowy kolega

grywał dla hecy na organach

słynne fokstroty w rodzaju Stardust.

Ciekawe jakby się potoczyło,

gdyby wybrał malarstwo

zamiast Bellony. Czy zostałby futurystą,

czy batalistą na wzór Kossaka i Styki?

Pytania bez sensu, nie mówił zbyt wiele,

raczej strzegł swych kolorów.

Kawki

W stolicy wiatrów w Wygwizdowie

nad głowami fruwają śmieci,

są też inne atrakcje,

walki kogutów w stodole

i mniej gorszące

przy zarosłych torach, w domenie perzu

w strefie wolnej od LGBT tam,

gdzie ucztują kawki klan zbójecki.

Spójrz, oto właśnie

patroszą padlinę, rozłupują orzechy,

czyszczą rewir, zostawiając wypluwki.

Bezwzględne. O tak! I gorliwe!

W czarnych mundurach,

jak okrutnik Torquemada

i jego naśladowcy

upiory z Waffen-SS.

Jeden dzień pieszo

Nie szukaj natchnień

w ogrodzie botanicznym

ani w zburzonej synagodze,

ani w Prado.

Polub spóźnienia,

naucz się fruwać

we śnie,

zostaw samochód,

kluczyki wrzuć do rzeki,

nie oglądaj TV

i nie kupuj gazet,

wyłącz telefon,

przeżyj jeden dzień

pieszo, bez gniewu

i nienawiści,

słuchaj trzcin,

bądź uczniem rzekotki

i minstrela

spod mostu,

zerwij jabłko,

złap wiatr

za kołnierz,

okryj się deszczem,

włóż garnek

dziurawy na głowę

i rządź!

Chodzić na skróty

Chodzić na skróty do miasta

przez prawie dziewiczy ogród,

zrywając po drodze morwy,

dziczki klejące się w rękach,

słuchać na krótkiej fali

szlagierów Radia Luksemburg

albo Bedřicha Smetany

w audycji Czeskiego rozhlasu,

zaglądać na poczcie do skrytki,

czy przyszedł list od niej z daleka,

a potem po przeczytaniu

krzyczeć, biec, śpiewać i klękać.

* * *

Oglądam po deszczu tęczę

i tańczę.

Przyjdź po mnie o 6 rano

ze swoim błotem i brudem

defensorze B

i ty złotousty

arcybiskupie X!

Nieśmiertelność

Fijołki na obrazie Maneta dla Berthe Morisot

pachną nieśmiertelnością tak jak te

posadzone przez ciebie w ogrodzie

zanim odeszłaś.

Dylan w Ostrawie

Na koncercie w hali widowiskowej „Arena”,

w której tryumfowali najlepsi strzelcy NHL,

zająłeś miejsce w oddalonym od sceny sektorze.

Ale coś się zacięło i

Bob Dylan tego wieczoru nie był porywający,

brzmiał jak stary cap na pastwisku

przed transportem do rzeźni,

choć tobie to akurat nie przeszkadzało,

bo rozmyślałeś o

Mnemosyne i jej córkach,

zwłaszcza o ślicznej Suze Rotolo

i jej dalekich kuzynkach w Krakowie,

i o chmurnej młodości,

o butach na wysokim obcasie,

które się nazywały rollingstonki.

Rozmyślałeś o Lasku Wolskim

i o dziewczynie, która pisywała do ciebie

długie, urocze listy, którą chyba

kochałeś, bo wręczyłeś jej

pierścionek z różowym ametystem

i przyniosłeś w prezencie,

co było (przyznaj) dość głupie –

żywe kurczątko

w kartonowym pudełku

na dworzec, gdy odjeżdżała

na Wielkanoc do rodziny.

I chciałeś być wniebowzięty,

licząc, że Bob się ocknie

i wydobędzie spod palców

uwodzicielskie riffy

i zapuka do bram nieba,

ale on tego właśnie unikał,

brzdąkając bez przekonania,

jakby oberwał krążkiem

i lizał lód, jakby

zapomniał, czym jest rock

i jaki hałas

czynią kamienie, gdy się toczą.

Pokusa

Wysoko nad kościołem

ciągnęła procesja obłoków,

jaskółki pruły pod stropem,

deszcz się szykował do skoku.

To było wieki temu,

Wielkanoc, szafran, pascha,

kiedy ją zobaczyłem

na jutrzni z włosami do pasa

i idąc do komunii,

przyjmując ciało Chrystusa,

czułem poselstwo rumianku.

Wielka to była pokusa.

Sekator

Siedzieliśmy na ławce

w chaszczach dzikiego wina

za plecami

dwoje ludzieńków

przy skrzynce z rozmarynem

i tymiankiem

z butlą calvadosu

między nami

na deskach lśnił sekator

do cięcia gałęzi

przypominający minialigatora

w stanie gotowości bojowej

uśmiechnęłaś się

dotykając półkolistych

szczęk jak miecza

dzielącego Tristana

od Izoldy

to była twoja

odpowiedź na karmę

na coś czego

nie dało się

uniknąć

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?