Jerzy Dziewulski o kulisach III RP

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ile było stanowisk odpraw?

– Nie było żadnych stanowisk odpraw. Odprawialiśmy ich w terminalu, żeby ograniczyć ryzyko ataku terrorystycznego. Widzisz, kwestie personalne były tak zwanym wąskim gardłem. Było kilku ludzi, którzy dokonywali sprawdzenia. Każdy, kto wchodził na teren portu lotniczego, był osobą już zweryfikowaną. Wychodzi z autobusu, jest kontrola, potem dany delikwent czeka w hali na swój lot. Rozumiesz, noc, cisza na lotnisku. Dyżurne stewardesy, które pomagały w dokonywaniu odprawy, dawały emigrantowi z ZSRR taką tymczasową kartę pokładową…

– To nie prościej było robić odprawę w hotelu?

– Mądry Polak po szkodzie. Wtedy nikt na to nie wpadł i przy odprawie na lotnisku tworzył się niebezpieczny korek. Dopiero z czasem do hotelu zaczęły przyjeżdżać stewardesy i dokonywały odprawy. Autobus z hotelu jechał prosto na płytę lotniska, podjeżdżając pod samą maszynę. Tych zmian, doskonalenia procedury było coraz więcej, bywało, że samoloty przylatywały nocą, kiedy na lotnisku był mniejszy ruch, nie przyciągało to tak bardzo uwagi osób postronnych. To znowu implikowało kolejne korekty… Wiesz, samolot chce odlecieć jak najszybciej, my na akord przygotowujemy ludzi do odprawy, a pośpiech bywa złym doradcą. Nie mówię, że tam popełniano jakieś zasadnicze błędy, staraliśmy się dostosować do najlepszej służby specjalnej świata, której credo brzmi: szybko – tak, ale systemowo, świadomie. Po kilku miesiącach doszliśmy do wniosku, po pierwsze, że trzeba zmienić „noclegownię”, obiekty Legii nie były już odpowiednie, nadto są położone za daleko. Po drugie, odprawa, która okazała się zbyt ślamazarna. No i poszliśmy po rozum do głowy… Ambasada izraelska wynajęła do swojej dyspozycji biurowiec w miejscu, gdzie teraz stoi Galeria Mokotów. Żadnego napisu, żadnych informacji. Gliniarze po cywilnemu, czasem jakiś mundurowy, ale to z rzadka. Rzecz działa się w odległości stu pięćdziesięciu metrów od ruchliwej alei Wilanowskiej. Co tam się dzieje, nikogo nie interesowało, obiekt miał dobrą przykrywkę, w świadomości postronnego obserwatora był tylko biurowcem… Zmieniliśmy całą technologię, mianowicie autobusy przejmowane z Dworca Gdańskiego jechały bezpośrednio w konwoju do tego obiektu przy Wilanowskiej. Tam dokonywało się dalszej identyfikacji pasażerów oraz przekazywało im się informację, o której godzinie będzie dokonywana odprawa. W końcu właśnie tam zorganizowaliśmy odprawę do samolotu. Skróciliśmy ten proces. Jak była zgoda oficera izraelskiego, to dany emigrant z miejsca dostawał kartę pokładową. Więc nie bezpośrednio na lotnisku, coś co było dotąd nie do pomyślenia. Gdzie indziej dostawałeś kartę i gdzie indziej odlatywałeś… Dostawałeś kartę pokładową, która uprawniała cię do wejścia na pokład i dawała ci status „zidentyfikowanego”.

– To mogło wiązać się z ryzykiem, że taka karta mogła zmienić właściciela?

– Nie było takiej możliwości. Ci, którzy dostawali kartę na pokład, wsiadali od razu do autokaru. Autokarem przyjeżdżał bezpośrednio na płytę lotniska, że tak powiem, pod sam nos samolotu.

– Wjeżdżał na pas?

– Oczywiście. Dzisiaj to jest nie do pomyślenia! Ale wtedy było inaczej. Autobus wjeżdżał na lotnisko konwojowany przez moje radiowozy i dwa transportery opancerzone. Moi chłopcy mieli uprawnienia do wykonywania przejazdów przez pasy startowe, drogi kołowania. Mieliśmy specjalną łączność z wieżą kontrolną, która wyrażała zgodę lub nie. Autobusy podjeżdżały bezpośrednio pod samolot. I z autobusu bezpośrednio pakowano ludzi do samolotów. Tak było aż do końca operacji. Chyba że psuło się coś w koordynacji, na przykład samolot się opóźnił. Różne bywały sytuacje. Trudno było wtedy trzymać ludzi w autobusie, chociaż i tak się zdarzało. Więc jak nie było pasażerów odlatujących i operacja była w nocy, ludzi wsadzało się na halę odlotową i tam czekali na swój lot. Czekali z godnością, wielu, jak już mówiłem, było tam ludzi starych, wręcz niedołężnych, dla których był to może ostatni w życiu lot… Przyznam, że patrzeć na tych staruszków, którzy w późnej jesieni życia decydowali się wszystko odmienić i ruszyć do ziemi przodków, było to bardzo wzruszające. Pamiętam, nierzadko konieczna była pomoc lekarska, czasem wzywana była karetka pogotowia. Pomagaliśmy, jak umieliśmy. Na szczęście obyło się podczas tej operacji bez ofiar. Bywały jednak też przypadki mniej radosne, nie wszystkim było łatwo rozstać się z krajem, jakikolwiek by on był, w końcu spędziło się w nim całe życie…

– Ale rozumiem, że można było odmówić?

– Można było. Ale czym innym jest rzucać wyzwanie światu, gdy ma się dwadzieścia lat, a co innego, gdy w wieku biblijnego Matuzalema rozpoczynasz wszystko na nowo.

– Ale za to wracasz na łono ojczyzny…

– Tak, ale ojczyzny… duchowej, której nigdy nie znałeś, w której nigdy nie byłeś i nie wiesz, jak tam jest. Wciąż widzę starca na wózku inwalidzkim, który trzyma prawosławną ikonę. Drugi trzyma jakieś pudełko, w którym znajdują się różnego rodzaju pamiątki. Przyciska je do serca. Trzeci zadziwił mnie najbardziej. Miał ze sobą, wyobraź sobie, wyświechtany stołek. Pozwolono mu go zabrać.

– Rozmawiałeś z nim?

– Nie, nie rozmawiałem. Stołek, stołeczek… na którym, widać, siadywały pokolenia. Wytarty do bólu, dosłownie świecący drewnem. Pytam jednego z ochroniarzy izraelskich: – Pozwalacie mu z tym wejść? – Tak, bo to jest stołek… trzeciego pokolenia. To jest stołek, którego używał jego pradziad.

Rozumiesz, to była relikwia. Nie rodzinne zdjęcie, nie ikona. Zwykły stołek z sękami, którego, gdybyś nie znał osobistego kontekstu, być może użyłbyś na podpałkę w kominku.

– Oni w ogóle mogli ze sobą jakieś bagaże zabierać?

– Tak, mieli bagaże, określone mniej więcej wymiary, ciężar. Mniej więcej jedna walizka na osobę. Niektórzy mieli jakieś tobołki, inni tylko zawiniątka z osobistymi rzeczami. Uciekali z ZSRR w obawie… ale nie wiedzieli, co ich czeka tu, w Warszawie, a zwłaszcza jak już dotrą do Ziemi Obiecanej. Wcześniej patrzyłem na to ze sporym dystansem. Ale później zrozumiałem, jaka to była dla tych ludzi przemiana, niby jechali do lepszego świata, posłuszni woli przodków, ale nie wiedzieli, co tam ich naprawdę czeka. Nie wiedzieli, w jakim rejonie Izraela przyjdzie im żyć, jak tam będzie, tyle było spraw spornych… Ale z drugiej strony dostawali tam przyzwoite warunki, rząd Izraela budował dla nich osiedla. Więc jechali tam z pewną nadzieją, ale też z niepokojem, z poczuciem zerwania swoich związków z krajem, gdzie się urodzili i wychowali. Pamiątką tego jest ten zniszczony stołek, który ściska drżąca dłoń starca… W ogóle, co ciekawe, Żydzi zwracali się do siebie „olim”, co po hebrajsku znaczy emigrant, a wszystko odbywało się w ramach tak zwanej alii, czyli wielkiego powrotu Żydów do Ziemi Świętej.

– W końcu dochodzi do tego, że Żydzi docierają do Polski już nie tylko koleją, ale autobusami i samolotami.

– Tak. Ale 80 procent emigracji nadal obsługują pociągi. Co więcej, bywało, że strona rosyjska robiła takie numery, że nie informowała nas na czas o tym, że dany samolot leci do nas z emigrantami na pokładzie. Dopiero gdy maszyna wkraczała w polską strefę powietrzną, dowiadywaliśmy się o „ładunku”. Trzeba było się szybko organizować. Na szczęście takich tak zwanych ładnych kwiatków, czy to z powodów politycznych, czy też z zaniedbań, w końcu ZSRR walił się już wtedy na łeb na szyję, nie było zbyt wiele.

– Ktoś mi opowiadał, że planowano siedemnaście lotów tygodniowo, z czego jedenaście miały wykonywać linie El Al, a sześć – LOT?

– Z tego co pamiętam, to były tylko papierowe plany. W „Moście” brały udział jedynie samoloty izraelskich linii lotniczych. Rzeczywiście były planowane loty z użyciem PLL LOT, ale widocznie nie doszło to do skutku. Być może były to tylko rozwiązania na wypadek wariantu awaryjnego, czyli gdyby izraelskie linie miały jakąś awarię, to nasz LOT podjąłby się transportu emigrantów z ZSRR.

– Kto za to wszystko płacił?

– My nie ponosimy kosztów, oczywiście poza naszą robotą i częściowo poza obsługą lotniska. Zapotrzebowanie na sprzęt składamy oficjalną drogą, prosząc o wszystko Komendę Główną Policji. Ta zaś przekierowuje nasze prośby do Izraelczyków, którzy kupują ze swoich pieniędzy wszystko co trzeba.

– W pewnych kręgach mówiło się, że ta operacja leży u źródeł powstania jednostki GROM. Zresztą sama nazwa jakoby miała być skrótem waszego zespołu roboczego Grupa Realizacyjna Operacji Most. Ten sprzęt został później wykorzystany i efektem tego było powstanie jednostki GROM. Prawda to?

– Ludzie różne rzeczy mówią… Przyczyną powstania jednostki GROM była decyzja ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, dziś już nieżyjącego, Krzysztofa Kozłowskiego. Nie ma to żadnego związku z operacją „Most”. Po akcji cały sprzęt został na lotnisku. Dzięki temu miałem jako druga jednostka – zaraz po Wydziale Zabezpieczenia Komendy Stołecznej Policji – dwa transportery opancerzone na własnym wyposażeniu. Do tego pierwszy sprzęt osłonowy – tytanowe kamizelki kuloodporne. Długo by wyliczać, miałem pierwszy w Polsce specjalny koc antywybuchowy szwajcarskiej firmy TIG. Tak samo pierwszy w Polsce otrzymałem noktowizory pasywne. A GROM, o ile mnie pamięć nie myli, powstał przy okazji wywożenia sześciu agentów CIA z Iraku – akcji dowodzonej przez Gromosława Czempińskiego. Tego nie chcieli się podjąć ani Francuzi, ani Anglicy.

– À propos CIA. Zaangażowane w „Most” były ponoć MI6, CIA, FBI…

– O tym można tylko plotkować, bo żadnych oficjalnych informacji na ten temat nie ma. Im więcej rzekomo w danej akcji zaangażowanych służb, tym dla mediów jest bardziej atrakcyjnie. MI6 maczał palce w czym innym, jeżeli chodzi o powiązania z wywiadem polskim. Były to specyficzne kwestie finansowe, znam pewne pikantne szczegóły, ale… to trudna sprawa. Chodziło o pewien rodzaj pożyczki, której udzielono polskiemu wywiadowi.

 

– Na stworzenie GROM-u?

– Nie, to nic wspólnego z GROM-em nie miało. Raczej z infrastrukturą. Ale to jest nie do dyskusji. Zresztą ówczesne chwyty polskiego wywiadu wobec brytyjskich kolegów przypominały nieco wolną amerykankę. Polacy nie wywiązywali się z pewnych zobowiązań w stosunku do wywiadu brytyjskiego. To był czas, kiedy polski wywiad potrzebował środków finansowych, ale o tym nie mogę nic mówić. Byłem wtedy doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do spraw bezpieczeństwa i moja wiedza wynika właśnie z tego umocowania. Gdybym zdradził szczegóły…

– …ktoś by za to beknął.

– No comments.

– Podsumujmy operację „Most”, która dobiega końca w roku 1992.

– Tak. Ostatni lot w ramach akcji „Most” to bodajże kwiecień albo maj roku 1992. Ostatnia setka uchodźców i… Tak kończy się „Most”, ostatni, którzy po nim przeszli na drugą stronę… Choć tak naprawdę samoloty z emigrantami do Izraela już od początku roku 1992 bardzo rzadko latały. Wszystko dlatego, że od stycznia 1992 roku Żydzi do Izraela mogli latać bezpośrednio z Petersburga i Moskwy. Pomimo kilku incydentów, przypadkowych czy celowych numerów rosyjskich służb, operacja kończy się happy endem, zważywszy na wielkość operacji, według niektórych źródeł przerzucono do Izraela nawet i dwieście tysięcy osób. Ile dokładnie? Nie wiadomo. Żadnego oficjalnego dokumentu na ten temat nie widziałem.

– Jak myślisz, patrząc na „Most” z perspektywy czasu, dlaczego nie było zamachu?

– Powody są dwa. Pierwszy – uważam, że zabezpieczenie całej akcji było naprawdę bardzo dobre. Razem z Izraelczykami włożyliśmy mnóstwo pracy w to, by każdy element był perfekcyjnie przemyślany.

– A drugi?

– Powiedzmy sobie szczerze – znaczenie naszego kraju na globalnej mapie nie było wielkie. Dla pewnych sił bardziej spektakularne wobec międzynarodowej opinii publicznej byłoby „załatwić” jednego Żyda czy Amerykanina niż, powiedzmy, tuzin Polaków. Wiem, wiem, wiele sił trzymało wtedy Izrael na muszce. Widocznie jednak ostatecznie nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Po wszystkim zapytałem ludzi z izraelskiego wywiadu, dlaczego akurat wybrali nasz kraj. W odpowiedzi usłyszałem, że u nas, mówiąc oględnie, nieuzasadniona niechęć do tak zwanych „obcych”, w tym wypadku Żydów... jest jakby atawistyczna, trudno ten podświadomy, jakby odzwierzęcy odruch nawet zrozumieć. Na hasło „Żyd” zaraz zaczyna się polowanie na czarownice… Trudno im się dziwić, Żydzi doskonale pamiętają wydarzenia z marca 1968 roku, kiedy opętańczo darto się o syjonizmie... Mówiąc krótko – najciemniej jest pod latarnią. Kolejny powód – mieliśmy na swoim koncie odbijanie samolotów z rąk terrorystów. Jednostka, którą kierowałem, miała dobrą opinię za granicą, pisano o moich ludziach w prasie francuskiej, niemieckiej, a nawet we włoskiej4. Po trzecie podobno generał Jaruzelski, angażując się w operację „Most”, liczył, że będzie to zadośćuczynienie za rok 1968, a zupełnie przy okazji poprawi sobie na Zachodzie swój wizerunek. Czy mu się to udało, inna sprawa… W każdym razie decyzję w sprawie „Mostu” podejmował wyłącznie premier Tadeusz Mazowiecki. Ja wiem jedno – ta operacja była najtrudniejszą, w jakiej wziąłem udział w swoim życiu. To były dwa lata kompletnie wycięte z życia.

– Od operacji „Most” upłynął szmat czasu. Dlaczego do tej pory tak niewiele mówiono na jej temat? Jedna z podstawowych zasad służb specjalnych mówi, by działać jak najbardziej dyskretnie.

– I zapewne to jest odpowiedź na twoje pytanie. Czy Rosjanom zależało na chwaleniu się tą akcją? Nie. Czy Żydom zależało? Nie, bo przecież nie chcieli prowokować. Czy Polakom zależało? No też nie, bo i po co się wychylać i drażnić niemało miejscowych, którzy nie lubią Żydów? Mówiąc krótko, nikomu nie zależało na tym, by opowiadać o „Moście”. Tym sposobem dzisiaj przeciętny Polak nie ma pojęcia o tym, co się działo pod jego nosem. I mało kto ma świadomość, że Polacy, z moją skromną osobą na czele, byli odpowiedzialni za największą operację służb specjalnych w historii świata.

– Masz za złe naszym władzom, że w ogóle się tym nie chwaliły?

– Absolutnie nie. Razem z wieloma osobami, których tu nie będę wymieniał, by kogoś przypadkowo nie pominąć, wykonaliśmy tytaniczną pracę. Stąpaliśmy po cienkiej linie, gdzie niepowodzenie oznaczało klęskę, a sukces dla pewnych decydentów był oczywistą oczywistością. Bo co w tym trudnego… I choć kosztowało nas to wiele zdrowia, to wiem, że lepiej było dla naszego kraju, że świat za wiele o tym nie wiedział. Owszem, były jakieś przecieki, chociażby w amerykańskim tygodniku „Time”. Na szczęście ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze – Żydzi wyjechali do Izraela, a żadnemu Polakowi w trakcie operacji „Most” nie spadł nawet włos z głowy. A że mało kto o tym pisał? Nawet to i dobrze. Dzięki temu mogę o tym teraz opowiadać i nikt nie skomentuje tego słowami, że powtarzam jakieś truizmy, klepię powszechnie znane pacierze… Podsumowując – straciłem na tej akcji wiele zdrowia. To była najcięższa operacja w moim życiu. I to nie dlatego, że najcięższa fizycznie, ale ona po prostu dłużyła się jak makaron, jak jakaś telenowela, w której powtarzana w kółko jest jedna scena… Trwało to blisko dwa lata, w trakcie których praktycznie nie miałem kontaktu z rodziną, że o kumplach nawet nie wspomnę. Po prostu całe noce i dni poświęcałem na pracę. Ale wiem, że sprawa była słuszna, i jeśli dzięki mnie ten staruszek, który przyciskał do serca stary stołek, mógł cieszyć się ze stąpania po ziemi przodków, to dla mnie najlepsza zapłata5.

1 Pisał o tym Andrzej Federowicz, magazyn „Focus”, nr 12/2012, https://www.focus.pl/artykul/most-tajna-operacja-mossadu-w-polsce.

2 Więcej o tym w książce Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce.

3 Izraelski kontrwywiad.

4 Więcej o porwaniach samolotów w Polsce przeczytasz w książce Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce, m.in. w rozdziale Bezradni. Dziewulski po raz pierwszy odbija samolot.

5 Gwoli uzupełnienia: W „Moście” ze strony izraelskiej udział wzięły: Mosad, Sajjeret Matkal i Szin Bet. Z polskiej strony – wywiad, kontrwywiad Urzędu Ochrony Państwa, policyjni komandosi i specjalnie powołana Grupa Realizacyjna Operacji Most.

AGENTURA W KOŚCIELE

– W PRL-u esbecja miała wielu TW, czyli tajnych współpracowników. Jak wielu z nich było ulokowanych wewnątrz Kościoła?

– Na początek opowiem ci pewną historię. To było jeszcze w czasach, kiedy byłem gliniarzem i jakaś część wiary pozostała we mnie. Co do Kościoła, to nie miałem nic do tej instytucji czy do samych duchownych. Bywały takie czasy, że chadzałem do kościoła, i bynajmniej nie tylko po to, by oglądać witraże… I nadchodzi rok 1968. Pamiętny rok, który sprawi, że wystąpię przeciwko swoim zasadom i tej części wiary, która we mnie jeszcze pozostała. A było to tak… Siedzę na komendzie. Dzień dość spokojny, aż do momentu, w którym rozbrzmiewa telefon. Podnoszę słuchawkę i słyszę:

– Słuchaj, jest włamanie.

– Gdzie?

– No, do kościoła na Żoliborzu.

– Pod czyim wezwaniem? – dopytuję.

– No wiesz. Jedziesz w Warszawie ulicą Powązkowską i tam w okolicach dzisiejszego ronda Ofiar Zbrodni Katyńskiej jest kościół.

– Nie wiedziałem, że zajmowałeś się kradzieżami dewocjonaliów…

– No bo zwykle się nie zajmowałem, ale wtedy akurat miałem dyżur. Jedziemy na miejsce. Jest ze mną między innymi kolega Rysio K. Dojeżdżamy. Drzwi do kościoła wyrąbane, po stalowym tabernakulum została drewniana obudowa, słowem, serce kościoła skradzione… Zaraz przychodzi ksiądz i mówi:

– Panowie, dobrze, że jesteście… No właśnie, tutaj było włamanie…

Dopytuję:

– No dobrze, a ile ten sejf z dewocjonaliami, znaczy się tabernakulum, który ukradli, ważył?

Ksiądz odpowiada:

– No, z jakieś 40 kilogramów.

– Ono było metalowe?

– Tak, metalowe. Wykonane przez profesjonalny zakład ślusarski. Staraliśmy się przy jego projektowaniu, żeby było solidne. No wie pan, w środku były piękne kielichy, komunikanty itp. Wszystko chcieliśmy zabezpieczyć przed wandalami i ewentualną kradzieżą.

– Jednym słowem, nawet kasiarz Kwinto z Vabanku by się nie włamał…

– Hm, na pozór… kościół był położony raczej w odludnym miejscu, a pobliskie domy parafian – to z reguły jakieś skromne klity. Za tą świątynią był sporych rozmiarów staw, dzisiaj już go nie ma. Pamiętam jak dziś – staw duży, zamulony, zarośnięty tatarakiem. Zabieramy się do rutynowych oględzin. Piszemy jakieś kwity i w pewnym momencie Rysio mówi do mnie:

– Słuchaj, Jurek, chodź, zobaczymy ślady przed kościołem.

Chwilę węszymy, badamy teren okołokościelny, z miejsca rzucają się w oczy charakterystyczne ślady, wiesz, w wilgotnej ziemi. Bardzo głęboko odciskają się obcasy butów, wygląda to tak, jakby ktoś niósł coś ciężkiego.

– Wydawało mi się, że takie rzeczy to mógłby ustalić wódz Apaczów, Winnetou, a nie śledczy…

– Widzę, że nie bawiłeś się w dzieciństwie w Indian, powiem ci, że w praktyce gliniarza różne doświadczenia mogą być bardzo pomocne. Ale to pół żartem, pół serio… Wracając do tych śladów – idziemy świeżym tropem i nagle ślady się urywają.

– Ksiądz wam towarzyszy, czy zostaje w ograbionym kościele?

– Duchowni chodzą z nami, bo jest już ich dwóch, zachowując przy tym lekki dystans, w końcu wiadomo, jakie siły w ich oczach reprezentujemy, choć, nie powiem, starają się być pomocni. Rozmawiamy z nimi, atmosfera wydaje się być na miarę tamtych czasów… serdeczna. W pewnym momencie Rysiek mówi tak:

– Słuchaj, albo mieli wózek i wzięli sejf na wózek, albo te skurwysyny próbowali go gdzieś tutaj rozpruć. Wiesz co, poszukajmy.

Mówię:

– Rysiu, tylko ślady prowadzą do stawu. No więc co, wsiedli na łódkę i przepłynęli te 20 metrów na drugą stronę? Tam nic nie ma. Bez sensu. Najprawdopodobniej mieli wózek i zabrali łupy.

– Ale Jurek, śladów nigdzie nie ma.

Rzeczywiście, podłoże jest miękkie, wilgotne, nigdzie nie ma śladów potwierdzających, by ów wózek, którym sprawcy jakoby mieli wywieźć łupy, w ogóle istniał. Rysiek lustruje zarośnięte tatarakiem brzegi stawu i po krótkiej chwili zastanowienia stwierdza:

– Wiesz co, coś w jednym miejscu jakby wygniotło tatarak, warto by to było sprawdzić.

I mówi do tego księdza:

– Czy ksiądz ma bosak pożarniczy?

– Tak, mam nawet dwa, zgodnie z przepisami.

Przynieśli nam te bosaki, kładziemy deski, by sobie ułatwić zejście z brzegu, wchodzimy do wody z bosakami. Przeczesujemy dno tego zabagnionego stawu i nagle jakby metaliczny dźwięk. Rysiek przejęty mówi:

– Ty, słyszysz?

– Ty uważaj – podśmiewam się z niego – bo jeszcze jakiś niewypał wyciągniesz.

Ale żarty – żartami, zdejmujemy buty, podwijamy nogawki, wchodzimy w to bajoro i zaczepiamy bosakami o to metaliczne coś, nawet ksiądz nam pomaga. Po kilku minutach walki zdobycz trafia na brzeg – piękny połów – tabernakulum! I to ledwie ruszone, poprzez lekko odgięte drzwiczki widać lśniące kielichy.

Patrzę na nasz „połów” i pytam księdza:

– To złoto?

A ksiądz na to, krygując się:

– A skąd, panie władzo, gdzież by nas było stać na złote kielichy. To tylko pozłacane srebra.

Przyglądam się temu sercu świątyni, które ocieka blaskiem… Nie praktykowałem u jubilera, pewnie złodzieje też nie wiedzieli, że pośledni kruszec…

– Dlatego ze złości wrzucili tabernakulum do wody, może liczyli, że za jakiś czas się do skarbu dobiorą?

– Pewnie tak… Ale ja nie o tym. Oglądamy dalej to tabernakulum, bo sam rozumiesz, jest w tym zdarzeniu pewna głębia… i w momencie, kiedy dotykam „cudem” ocalonego sacrum, podbiega do mnie księża gosposia, i uważaj… całuje mnie w wolną rękę. Nie mam pojęcia, jak się zachować. Łapska mam uwalane mułem, w butach – bagienko… A jej mało, adoruje tą moją brudną rękę… Nie wiem, ile by to trwało, bo oboje byliśmy jak sparaliżowani, gdyby nie sługa Boży… Trzepnął kobietę z liścia w twarz, aż klasnęło. Poprawił z drugiej… Wysyczał:

– Poszła mi stąd!

O, cholera. Aż mnie cofnęło… Kobieta z płaczem odbiegła. Patrzę się na tego księdza i mówię:

 

– Co ksiądz zrobił? Co ksiądz zrobił?

A on na to:

– Jej zachowanie było złe, adorowała człowieka…

Jakby to dla nich było czymś nowym, ja wiem, że niestosowne… ale wiesz, ona na swój sposób, to było chyba podziękowanie, dotykałem świętości, poniekąd je z Ryśkiem odnalazłem, ocaliłem… Pełna wiary kobieta. Oczywiście rozhisteryzowana, ale ten „cud” ocalenia tabernakulum, znamy przypadki zbiorowej adoracji byle drzazgi z krzyża, którą ktoś wyśnił… tu było coś konkretnego, realnego… może złościło księdza, że się władza świecka na coś czasem przydaje… nadto, że to nie jego rękę lud całuje, tylko prostego gliniarza, który pomógł, jak umiał…

Pamiętam, że się pokłóciłem z tym księdzem, strasznie mnie zezłościła ta brutalna pycha, która ukrywa się odziana w ornat… ta pogarda dla prostych ludzi… W każdym razie, myśmy to znalezisko obfotografowali i im oddali. Czyli na pozór nic się nie zdarzyło, tabernakulum znów umieszczono pośrodku ołtarza, drzwi do świątyni naprawiono… Ale ja już nie byłem taki sam. To był dzień przemiany i potężnego kryzysu resztek wiary… Czas refleksji nad sensem… Dałem sobie spokój z klękaniem na komendę księdza, który jest tylko człowiekiem, z całym inwentarzem przywar, na przykład taki znajomy kurier episkopatu…

– …który zaczął z tobą współpracować.

– Ależ skąd, ja nie werbowałem księży. On mnie polubił za… występy w mediach. Często przylatywał na lotnisko, gdzie zajmowałem się ochroną, siadał u mnie i rozmawialiśmy. Ale żadnego przepytywania, kontaktów, notatek, żadnych osobistych relacji. Nic z tych rzeczy. Ot, koleżeństwo… dwóch facetów z przeciwstawnych resortów. Nie wymienię nazwiska za Boga. To był duchowny kurier, uściślając – prałat, z którym wiele godzin rozmawiałem między innymi na tematy wiary. Po prostu był normalnym człowiekiem do różańca, a najbardziej to do… tańca. I od czasu do czasu namawiał mnie na to i owo… byśmy wyskoczyli wspólnie w miasto. Tylko Dziewul procentów nie pija… Słowem, nic z tych rzeczy, w każdym razie tylu przedstawicieli Kościoła, ile typów ludzi… Tylko widzisz, jak się zaczęły te błędy w systemie wiary, poszła cała lawina… W końcu zostało tylko tyle, że kiedyś miałem komunię, a bierzmowany byłem, ho, ho, przez samego kardynała Wyszyńskiego. Jakoś nie pomogło… Ale to nie koniec „przygód” z duchownymi. Kiedy jako gliniarz pracowałem w Pałacu Mostowskich, na moje biurko trafiła notatka od bezpieki z informacją o tym, że jeden z milicjantów wziął potajemnie ślub kościelny, bodajże w Legionowie. Ty wiesz, kim był OZI? Okazało się, że o tym procederze doniósł ksiądz, który udzielał milicjantowi ślubu. Co gorsza, okazało się, że ten duchowny był wujkiem tegoż milicjanta! Nie wiem, co to był za gość z tego księżulka i jakie miał motywacje, ale żeby donosić na własnego bratanka?! Co więcej, z notatki wynikało, że na uroczystości ślubnej pojawił się sam zastępca komendanta głównego milicji, będący kuzynem owego gliniarza. No myślę sobie, albo jakieś operacyjne gierki, albo ten ksiądz już zupełnie zatracił granicę przyzwoitości… Ja rozumiem, że księdza język swędział, ale żeby donosić na własnego, najbliższego członka rodziny? Zresztą i tak obyło się bez ofiar, bo z racji znajomości z zastępcą Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej nic nie zrobili temu gliniarzowi. Trud duchownego poszedł na marne…

– Ale co go zmusiło do tego donosu?

– Wiedza, którą posiadała bezpieka. Został przez nią zwerbowany, miał pewną słabość, a każdą słabość można wykorzystać… SB miała podobno twarde materiały potwierdzające jego przywary. Ale jak to w operacyjnych gierkach, kogo tam obchodzi etyka, nigdy owych dowodów nie użyto w ewentualnym procesie karnym, bo ksiądz TW był bardziej przydatny niż ksiądz pedofil. Mieli go w ręku, trzymali na smyczy, a ów ksiądz, zdając sobie sprawę z tego, co na niego mają, nadawał im wszystko o wszystkich, nawet o ślubie własnego bratanka, a jakby trzeba było, toby i o własnej matce… A wszystko po to, by ratować tyłek! Zresztą w tamtym czasie, czyli latach 80., największa procentowa tak zwana werbowalność agentury była właśnie w Kościele.

– Największa, czyli jaka?

– Szacuje się, że blisko dziesięć tysięcy duchownych i osób świeckich związanych z Kościołem, czyli na przykład osoby z katolickich klubów inteligenckich czy rad parafialnych, było TW. Moim zdaniem są to wyniki zaniżone, „ucholi” było kilka razy więcej. Może nawet znacznie więcej duchownych niskiego szczebla zostało zwerbowanych… I to w większości przypadków z powodu materiałów obciążających.

– Daj mi osobę, a znajdę na nią paragraf. Tyczy się to każdego, nie tylko duchownych.

– Zgoda, bezpieka mogłaby mieć coś praktycznie na każdego. Ale zdecydowanie łatwiej było zwerbować duchownych niż innych ludzi, to ci powie każdy esbek. W trakcie pracy w sejmowej komisji zajmującej się lustracją dowiedziałem się, że bezpieka werbowała duchownych w większości na podstawie materiałów obciążających. Na obronę Kościoła trzeba dodać, że przed upadkiem PRL-u służby z tą instytucją walczyły na noże, wszelkimi środkami. Była to wojna totalna, nie tylko informacyjna, SB miała świadomość, że Kościół skupia w swoim ręku wielu intelektualistów, czyli w pewnym sensie świadomych lub nie pionków wpływu. Zważywszy na autorytet tych ludzi, jakim się w pewnych kręgach cieszą, może być to broń masowego rażenia… oddziaływać na nastroje społeczne, formować pożądane. Nie wnikając w szczegóły, bezpieka miała specjalne departamenty i wydziały, których jedynym zadaniem była inwigilacja Kościoła i zwalczanie jego wpływów za granicą i w kraju. W pewnym momencie wprowadzono nawet obowiązek prowadzenia na każdą osobę duchowną tak zwanej TEOK, czyli Teczki Ewidencji Operacyjnej na Księdza. Co więcej, do tego dochodziły TEOP-y, czyli Teczki Ewidencji Operacyjnej na Parafię, dokumentujące co ważniejsze wydarzenia.

– Co dokładnie zawierały te teczki?

– Teczki dotyczące księży zawierały na przykład takie informacje, jaki jest stosunek duchownych do jedynie słusznej linii PRL-u, czy ją popierają… Ale też i szczegóły dotyczące tego, czy ktoś w otoczeniu duchownych współpracuje z bezpieką. Natomiast w teczkach dotyczących parafii poza szczegółami z życia parafii były fotografie kościoła, szkice otoczenia, wykazy pobliskich kaplic, majątku parafii, spis zakonnic i zakonników, a nawet statystyki dotyczące tego, jakie wyznania są na danym terenie. Zbierali praktycznie wszystko. Od faktów po plotki, by mieć materiał do ewentualnego „demontażu” cudu, jeśli się gdzieś w parafii spontanicznie zdarzy. To owocowało sporą ilością werbunków. A zadania i cele były oczywiste:

Zadania realizowane przez komórki „D” pionu IV byłej Służby Bezpieczeństwa:

– pogłębianie tendencji odśrodkowych wśród duchowieństwa,

– osłabienie autorytetu czołowych przedstawicieli hierarchii,

– inspirowanie księży i wiernych do pisania listów o treści pożądanej przez władze,

[…]

– rozpowszechnianie wśród kleru i aktywu działaczy świeckich wiadomości spreparowanych celem wywołania fali krytyki prac Episkopatu,

– powodowanie zamieszczania w wydawnictwach zagranicznych pozytywnych informacji o sytuacji i działalności Kościoła w Polsce,

– opracowywanie pism i rysunków szkalujących księży i inne osoby z nimi związane,

– inspirowanie i pogłębianie różnic oraz konfliktów między zakonami,

[…]

– tworzenie grup przestępczych, działających w czasie trwania pielgrzymek, dokonujących pobić, zniszczeń, odurzeń środkami narkotycznymi6.

– Jednak nie ujawniono dotychczas TEOK-ów. Dlaczego? Podobno polski Kościół brał udział w nieoficjalnych rozmowach dotyczących Okrągłego Stołu, w sprawie przejęcia teczek duchownych?

– Nie mam co do tego większych wątpliwości. Kościół, czy tego chce czy nie, jest częścią społeczeństwa. Stanowi pewien rodzaj moderatora w życiu publicznym, który jawi się jako źródło moralności. Określa, co jest dobre, co jest złe. Wskazuje, jak powinno się żyć. Słowem, uzurpuje sobie prawo bycia autorytetem. Nie oznacza to jednak, że tego typu autorytet może działać ponad społeczeństwem, ponad zasadami, które rzekomo sam wyznaje. Jeżeli dba o siebie, to powinien też dbać o innych. I tym sposobem zbliżamy się do Okrągłego Stołu. Przenosimy się do drugiej połowy lat 80. Kościół walczy ramię w ramię z Solidarnością, wspiera ich w walce o prawdę, wolność i demokrację. I nagle w trakcie Okrągłego Stołu dochodzi do kuluarowych bardzo bliskich rozmów hierarchów kościelnych z Kiszczakiem7. W ich trakcie Kościół walczy przede wszystkim o to, by zasoby archiwalne Kościoła nigdy nie znalazły się w publicznej dyspozycji. Kurtyna milczenia. Nawet Kiszczak nigdy publicznie nic nie oświadczył na ten temat.