Jerzy Dziewulski o kulisach III RP

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Jerzy Dziewulski & Krzysztof Pyzia, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Piotr Oleś

Zdjęcia na wkładce

© Prywatne archiwum Jerzego Dziewulskiego; Mariusz Szyperko/PAP;

Jan Morek/Forum; Adam Chelstowski/Forum; Thomas Samson/AFP/East News; Tomasz Gawalkiewicz/Forum; Jakub Ostałowski/Forum;

Andrzej Iwańczuk/Reporter; Wojtek Olkusnik/Forum; Krzysztof Wójcik/Forum; Jacek Marczewski/Forum; Tomasz Wierzejski/Fotonova;

Andrzej Iwańczuk/Reporter; Maciej Figurski/Forum;

Konrad Kalbarczyk/Forum

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Bohdan Sławiński

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-637-1

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

SŁOWEM WSTĘPU

Ta książka kończy praktycznie moje wspomnienia z przeszłości. Nie jest próbą oceny zdarzeń, jedynie relacją czasów nie tak dawnych, ale minionych. To są moje wspomnienia, opisane tak, jak je widziałem, bez jakichkolwiek upiększeń.

Dzięki Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Leszkowi Millerowi, Zbigniewowi Sobotce czy Januszowi Zemkemu i wielu innym kolegom miałem szansę uczestniczyć w wydarzeniach historycznych. Często ludzkimi losami rządzi przypadek i on zdecydował, że dostałem się do Sejmu, ot tak, dla żartu, by po krótkim czasie przekonać się, że tu żartów nie ma. Walka polityczna jest brudna, nie uznaje żadnych zasad. Słowo dane dziś jutro nie ma żadnego znaczenia, liczy się wyłącznie cel i albo robisz wszystko, żeby go zrealizować, stosując wszystkie możliwe, nawet niehonorowe chwyty, albo znikniesz z pola widzenia. Widziałem wiele takich zachowań i nawet nie usiłuję o nich opowiadać, bo byłem tylko przypadkowym politykiem, choć pamiętliwym obserwatorem.

Opisuję to, co wywarło na mnie największe wrażenie. Ot, gliniarz, pierwszy w historii Polski, dostaje się do parlamentu i widzi świat polityki od środka, a nie jak dotychczas z „krawężnika”, kiedy obserwował na ulicy przejeżdżające czarne limuzyny. Nagle znalazł się w ich środku, nieco zagubiony, zdumiony i rozczarowany tym, co zobaczył. Ale pozostaną wspomnienia, które pozwalają mi dziś patrzeć na polityków inaczej, z rezerwą, z dystansem. Często te dobre strony wspomnień zawdzięczam jednak, o ironio, samym politykom.

Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Prezydentowi RP, że pozwolił mi uczestniczyć w sercu wydarzeń Jego kampanii wyborczej, że pozwolił mi być swoim doradcą i szefem ochrony i że miał do mnie zaufanie, często jednak potrzebne w polityce.

Leszkowi Millerowi, Premierowi RP, że pozwolił mi uwierzyć, iż dla niego liczy się także przeszłość człowieka, któremu proponuje się wysokie stanowisko w Policji, i wierzy w to, że ten wywiąże się z obowiązków. Ale także to, że był mężczyzną, który dotrzymywał słowa.

Januszowi Zemkemu i Zbigniewowi Sobotce dziękuję za przyjaźń i wiele lat wspólnej pracy.

Dziękuję, Panowie!

Jerzy Dziewulski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

NAJWIĘKSZA OPERACJA SŁUŻB SPECJALNYCH W HISTORII ŚWIATA

Pod koniec lat 80. w ZSRR mieszkało blisko 2 mln osób pochodzenia żydowskiego. To właśnie w tamtym momencie premier Izraela Icchak Szamir otrzymuje raport, z którego wynika, że ZSRR może się rozpaść. Konsekwencją rozpadu supermocarstwa mogą być antysemickie nastroje, resentymenty z czasów caratu, prowadzące, być może, nawet do krwawych pogromów. W związku z tym premier Izraela postanawia działać. Poprzez amerykańskie kanały dyplomatyczne zaczyna namawiać przywódcę ZSRR Michaiła Gorbaczowa, by zgodził się na pospolitą emigrację Żydów do Izraela. Ostatecznie Gorbaczow przystaje na to. Warunek jest tylko jeden. Opuszczający ZSRR Żydzi mają zostawić tam majątek, a ten ma przejść na własność państwa.

Na początku emigracja odbywa się przez stolicę Austrii i węgierskie porty lotnicze. Wiedeń jednak dość szybko odpada, bowiem ruch na tym lotnisku jest za duży, by zagwarantować bezpieczną przeprawę. Węgry również wycofują się z dalszych działań po tym, jak w trakcie konwojowania grupy emigrantów z ZSRR zostaje zabity policjant, a sprawców nie udaje się złapać.

W tej sytuacji do współpracy namawiane zostają władze rumuńskie. Gdy te odmawiają, a sytuacja międzynarodowa zmienia się jak w kalejdoskopie, bo nadchodzi czas demokratycznych przemian, taki tranzyt emigrantów z ZSRR proponuje się „młodziutkiej”, odrodzonej Rzeczypospolitej, gdzie 24 sierpnia 1989 roku powstaje pierwszy demokratyczny rząd z Tadeuszem Mazowieckim na czele. Dalej dochodzi do nieformalnych rozmów, których finał ma miejsce 26 marca 1990 roku. Wówczas Tadeusz Mazowiecki spotyka się z przedstawicielami Amerykańskiego Kongresu Żydów w nowojorskim hotelu. Tego dnia premier RP zobowiązuje się do pomocy w emigracji Żydów z terenów ZSRR. Zaraz po wizycie premiera Mazowieckiego w USA nasze służby starają się wyciszyć wszystkie publikacje o tym spotkaniu, by nie podgrzewać niepotrzebnie zainteresowania i mieć wolne ręce w tej trudnej operacji.

Cztery dni później samochód z Bogdanem Serkisem, przedstawicielem handlowym polskiej ambasady w Libanie, zostaje ostrzelany z kałasznikowów. W wyniku tego Serkis zostaje trafiony między innymi w głowę, a żona Serkisa, Ewa, zostaje dwukrotnie raniona w nogi; na szczęście udaje im się przeżyć atak. Do zamachu przyznaje się niejaka Organizacja Akcji Rewolucyjnej1. Analiza wywiadowcza jasno wykazuje, że przesłanie tego, co się wydarzyło, jest czytelne. Polska ma sobie dać spokój z pomocą Żydom. Jakby tego było mało, dwa dni później inna grupa, tym razem Islamski Front Militarny, zapowiada, że jeśli Polska nie zrezygnuje z obietnicy pomocy w tranzycie Żydów z ZSRR – ataki na Polaków się nasilą. Co więcej, w Polsce wciąż są obecni najgroźniejsi terroryści na świecie2! W tym momencie na horyzoncie pojawia się między innymi Jerzy Dziewulski, wówczas dowódca policyjnych komandosów na warszawskim lotnisku Okęcie… Czas na odkrycie kulis jednej z największych i najbardziej tajnych operacji służb specjalnych na świecie, od której de facto rozpoczęła się współpraca polskich służb specjalnych z wywiadami zachodnimi.

– Operacja „Most”, którą dowodziłeś, jest uznawana za największą operację służb specjalnych w historii. W końcu jest okazja, by o tym porozmawiać.

– Przede wszystkim nie mam wątpliwości, że z punktu widzenia rozległości była to największa operacja służb specjalnych na świecie. Jej zakres, skala, szerokość działania, nadto zaangażowanie służb z jednej i z drugiej strony, czynią całe przedsięwzięcie monumentalnym. Polski kryptonim operacji to „Most”, żydowski „Alija”. A wszystko zaczęło się niewinnie w 1990 roku. Na początku kwietnia dzwoni do mnie zastępca komendanta głównego policji i pyta, czy byłbym w stanie podjąć się zabezpieczenia, no wiesz… dużej operacji. Dopytuję, o co chodzi, nie znając skali zjawiska… On dawkuje mi wiedzę: Chodzi o przerzut niemałej liczby obywateli pochodzenia żydowskiego ze Związku Radzieckiego przez Warszawę do Izraela. Proszę o konkrety, ilu? Kiedy wreszcie mój rozmówca podaje liczbę ludzi, których trzeba będzie przerzucić, najpierw dosłownie zbieram swoją szczękę z podłogi, ale po chwili… tak, godzę się podjąć tego zadania, wchodzę w to! Stawiam jednak kilka warunków, dotyczących między innymi sprzętu bojowego, środków osłony itd. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Komenda Główna Policji przystają na te warunki.

– Kilka dni później dzwonią do ciebie z MSW, gdzie masz iść na jakieś spotkanie.

– Spotkaniu przewodniczy wiceminister spraw wewnętrznych, jest też licznie reprezentowany nasz wywiad i kontrwywiad. I tu zaskoczenie. Wśród przedstawicieli służb są oficerowie Wydziału IV Departamentu II MSW zajmującego się zwalczaniem szpiegostwa arabskiego i izraelskiego! Dla laika pozorna sprzeczność, jak ci, co dotychczas przeciwdziałali – bo trzeba pamiętać, że PRL miał z ZSRR kurs raczej antyizraelski – mają teraz wspierać? Ale to tylko pozorne naiwności, przecież ci ludzie najlepiej wiedzieli, jak to się wtedy mówiło, z czym to się je, znali realia Bliskiego Wschodu, spektrum resentymentów i napięć. Wracając do spotkania. Poza Polakami są przedstawiciele izraelskich służb. Jeden z nich jest z izraelskiej ambasady, drugi specjalnie przyjechał z Tel Awiwu. Zapewne to ludzie Mosadu i Szin Betu3. Rozmawiamy po polsku.

– Ci ludzie z ramienia Izraela również mówią po polsku?

– Tak. Świetnie znają nasz język i dobrze wiedzą, czego chcą. Mówią nam, że zależy im na jak najszybszym rozpoczęciu operacji. Przywożą ze sobą informacje na temat zagranicznych ugrupowań terrorystycznych. Dodają, że z ich strony wszystko jest gotowe, a termin rozpoczęcia akcji zależy tylko i wyłącznie od nas. Dociekam, kiedy dokładnie chcieliby zacząć. W odpowiedzi słyszymy, że najlepiej w ciągu najbliższych kilku tygodni. Dopytuję, jak długo ma trwać cała operacja. Panowie z ramienia Izraela przyznają, że może nawet i dwa lata. Jestem zszokowany. Dopiero w tym momencie uświadamiam sobie, jak trudne będzie to przedsięwzięcie…

 

– No tak, jak u narodowego wieszcza, którego przypomniałeś: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele… i jakoś tam będzie.

– Nie wyobrażasz sobie nawet, ile bezsennych nocy mnie czekało, kiedy mówiłem sobie, czyś ty nie porwał się z motyką na słońce. Można bez końca wymieniać zagrożenia, które wiązały się z tą operacją. Ludzie z Izraela dopytują, czego potrzebujemy, jaki sprzęt, jak mogą pomóc. Zapewniają, że pieniądze nie grają roli, pomogą na wszelkie możliwe sposoby. Tamto spotkanie trwa jakieś półtorej godziny. Wiceminister daje mi zgodę na bezpośrednie kontakty z przedstawicielami Izraela. Na koniec ustalamy, że za trzy dni spotkamy się ponownie – ja i ta dwójka Izraelczyków. Do spotkania oczywiście dochodzi, tym razem widzimy się na lotnisku. Jestem ja, ta dwójka Izraelczyków oraz oficer jednostki Matkal.

– Uściślijmy. Chodzi o tajną jednostkę Sajjeret Matkal, o której Izrael przez długi czas mówił, że nie istnieje, mimo że powstała ona w 1957 roku.

– Dokładnie tak, to zresztą normalna praktyka służb, przede wszystkim zaprzeczać, czego oficjalnie nie ma, to nie istnieje. Co więcej, w szeregach Matkalu był między innymi premier Izraela Beniamin Netanjahu. Ale mniejsza, wróćmy do spotkania na lotnisku. Ja i panowie z Izraela rozważamy, jak przeprowadzić operację, żeby była skuteczna, a zarazem bezpieczna. Rozpatrujemy dwa warianty. Pierwszy z nich zakłada przerzucenie emigrantów ze Związku Radzieckiego do Warszawy samolotami. Drugi jest kombinowany, najpierw opiera się na transporcie kolejowym, czyli wieziemy pociągami emigrantów z ZSRR do konkretnej stacji – Warszawy Gdańskiej, bo tam zatrzymywały się pociągi ze Związku Radzieckiego. A z Warszawy tworzymy most powietrzny do Izraela. Tak z grubsza, w każdym razie mamy do wyboru dwa warianty operacji. Teraz dajemy sobie chwilę na zastanowienie.

– Okazuje się, że wariant lotniczy na trasie ZSRR – Polska odpada. Dlaczego?

– Z powodu służb rosyjskich, które chcą akcję zamieść pod dywan i jak najmniej się w całą sprawę angażować. Wychodzą z założenia, że „koczowanie” na lotniskach dziesiątków tysięcy Żydów, często rodzin z całym majdanem, to dla nich za dużo, że tego nie da się ukryć. Jak to, jednym rejsowym samolotem do Warszawy miałby lecieć swojski Wania czy Sasza Iwanowicz i cała masa Żydów, którzy, od razu widać, nie wybierają się do Warszawy ani w sprawach handlowych, ani bynajmniej na wakacje? Tak to sobie zapewne tłumaczyli. Dlatego transport ma się odbywać pociągami. Jak mówiłem, Rosjanie działają wówczas w myśl zasady, że im mniejsze zaangażowanie z ich strony, tym lepiej. Pamiętajmy, że Izrael dla schyłkowego ZSRR z politycznego punktu widzenia jest wciąż tak zwanym gorącym kartoflem, w końcu Sowieci tradycyjnie popierali państwa skonfliktowane z Izraelem, w tym Palestyńczyków.

– Jak wygląda to wszystko z perspektywy ZSRR?

– Żydzi w ZSRR zgłaszają się do tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych o zgodę na wyjazd z kraju. Odpowiedź oczywiście jest pozytywna. Tamtejsze służby podobno mają w nosie, jak sobie Żydzi na emigracji poradzą. Dla nich najważniejsze było, żeby tylko wyjechali z Rosji.

– A wy mieliście choć listę nazwisk, wiedzieliście, kto przyjeżdża?

– Na początku, przyznam, był kompletny bałagan. Wiedzieliśmy tylko, że emigranci do Izraela, via RP, przyjadą. Znaliśmy kilka, kilkanaście nazwisk, nic więcej. Nie wiedzieliśmy, czy na dworcu wysiądzie dziesiątka czy może setka Żydów. Z czasem izraelskiemu Szin Betowi uda się poprzez kanały dyplomatyczne dogadać sprawę, i ambasada izraelska w Moskwie będzie przesyłać nam dane ludzi, którzy dostali paszporty i zamierzają „na dniach” opuścić ZSRR.

– Uporządkujmy wszystko. Powoli pojawia się plan przerzutu. Najpierw Żydzi mają przyjeżdżać do Polski z ZSRR pociągami, a dalej lecieć samolotami do Izraela.

– Spotykam się z przedstawicielami Izraela po raz kolejny. Zastanawiamy się, jak zabezpieczyć miejsca, w których będą w Polsce przebywać Żydzi. Wiemy, że mają być specjalne pociągi z emigrantami, ale część przyjedzie zgodnie z rozkładem, zazwyczaj pociągiem relacji Moskwa – Paryż. Co więcej, Żydzi-emigranci, którzy do nich wsiądą, będą mieli tylko paszport w jedną stronę. To znaczy, że będą mogli przekroczyć granicę, ale nie będą już mogli wrócić do ZSRR, który za moment odmieni się w Rosję.

– Kto ma wydawać te paszporty? Ambasada izraelska w ZSRR?

– Nie. Mają być one wydawane przez ZSRR. Najciekawsze jest to, że samo wydanie paszportu nie gwarantowało trafienia do ziemi obiecanej. Gwarantowało tylko przekroczenie granicy. Kontrwywiad izraelski bardzo intensywnie pracował nad każdym nazwiskiem. Trzeba było udowodnić swoje motywacje, pochodzenie, prawa do obywatelstwa Izraela. Więc to nie była taka prosta sprawa. Aspirant na emigranta musiał przedstawić dokumenty już w ZSRR, więc tam, gdzie mu wydawano paszport. Rosjanie przygotowywali odpowiednią listę z danymi personalnymi i przekazywali to stronie izraelskiej. Strona izraelska akceptowała to po dokonaniu tak zwanego sprawdzenia. Rosjanie wysyłali do Polski tylko tych ludzi, których Izrael miał na liście. Tu następowała weryfikacja dokumentów, co dalej… Praktyka pokazała, że samolotów wylatujących z Polski do Izraela nie może być za wiele. Trzeba to robić stopniowo, żadnej gwałtowności działania, wzbudziłoby to zbyt wiele podejrzeń, wiesz, zbędne w pracy operacyjnej zainteresowanie tak zwanej opinii publicznej. Na co nam to. Dochodzimy do wniosku, że z Warszawy do Izraela mogą odlatywać jeden, góra dwa samoloty dziennie.

– Czyje to będą samoloty?

– Niczyje.

– To znaczy?!

– Nieoficjalnie będą to samoloty linii izraelskich, ale tego tak na oko nie da się ustalić, maszyny będą miały zamalowane numery identyfikacyjne. Ustalamy co trzeba i wracamy do przygotowań. Kilka dni później odzywa się do mnie jeden z Izraelczyków i mówi, że musimy wstrzymać na miesiąc przygotowania. Mocno mnie to zaskakuje. Dosłownie wczoraj operację chcieli rozpoczynać na gwałt. Co się dzieje? Ale problem nie leżał po ich, tylko po mojej stronie… Usłyszę, że póki nie poznam zasad działania izraelskich służb, współpraca nie będzie idealna. Mam „poczuć” ich system myślenia?! Wtedy mi się to trochę nie mieściło w głowie, ale przyszłość pokazała, że mieli rację… Człowiek, który mi to mówi, zostanie później szefem Szin Betu na Europę, ale mniejsza o personalia… Był wtedy sekretarzem ambasady, świetnie mówił po polsku. Miał tutaj pewną oficjalną funkcję, paszport dyplomatyczny, a jednocześnie było wiadomo, że jest oficerem Szin Betu, kontrwywiadu izraelskiego. Przedstawił mi się na naradzie u ministra, a później nawiązaliśmy kontakt. On miał carte blanche na poruszanie się wśród naszej MSW i policji. Nie musiał wszędzie prosić o zgody. Jako przedstawiciel dyplomatyczny był akredytowany, nadto, co było wielką zaletą, nikt nie mógł powiązać go z tą operacją, którą de facto dowodził. Co mogę o nim jeszcze powiedzieć: facet konkretny, bezpośredni, wyjątkowo kontaktowy. Świetnie rozumiał niełatwą sytuację polityczną, cały szereg międzynarodowych i miejscowych uwikłań, historycznych i bieżących antagonizmów i oczekiwał od nas konkretnych zachowań. Rzecz rozbijała się o jedną arcydoniosłą sprawę, czyli o wyjątkowe standardy bezpieczeństwa strony izraelskiej. Widzisz, Izrael z założenia nie współpracuje z ludźmi, którzy nie znają ich zasad i nie wkładają serca w robotę. Czyli w gruncie rzeczy wszystko jest poświęcone robocie. Nie ma słowa „nie” lub „niemożliwe”, bo wszystko jest możliwe i do zrobienia. Problem polega na tym, jak to zrobić. Od momentu kiedy moje rozumienie sprawy, jej doniosłości, pokryło się z rozumieniem sprawy drugiej strony, zostałem awansowany na szefa tej operacji ze strony polskiej. Oficer Szin Betu, który wtajemniczał mnie w „system myślenia”, by wszystkie mechanizmy operacji zadziałały jak w zegarku, dowodził ze strony izraelskiej. Był ode mnie starszy stopniem, ja byłem wtedy w stopniu majora. Uzgodniliśmy jedną, podstawową rzecz: wszelkie wnioski, sugestie mojego kolegi z Izraela będą absolutnie realizowane, mają najwyższy priorytet. Ale to nie tak, że trzeba było literalnie wykonywać jego polecenia. Jeśli tylko zgłaszałem jakieś wątpliwości, szukaliśmy razem najlepszego rozwiązania, w końcu chodziło o dobro sprawy, a nie o jakieś narodowe czy resortowe partykularyzmy. W każdym razie w końcu wybiła godzina zero i okazało się, że dzień, w którym wysiadła na Dworcu Gdańskim pierwsza partia emigrantów, był dniem sygnalnym, że operacja się rozpoczęła i będzie trwała tyle ile trzeba. Naszym zadaniem było tak zorganizować pododdział antyterrorystyczny, by emigranci w drodze do Izraela mieli w Warszawie gwarancję bezpieczeństwa.

– Wcześniej jednak w związku z bezpieczeństwem lecisz do Izraela na tajne szkolenie, prowadzone przez, hm, odpowiednie służby.

– Kilka dni później biorę paszport, dostaję wizę, pakuję się i lecę. Najpierw do Frankfurtu, a stamtąd do Izraela. Na miejscu przechodzę szczegółowe szkolenie. Myślenie, zasady, cele, techniki likwidacji przeciwnika, jak posługiwać się ich bronią, jak przesłuchiwać pasażerów. Mnóstwo cennej wiedzy.

– Dobrze. To wróćmy do operacji „Most”. Twoje szkolenie się kończy, co dalej?

– Kiedy ja poznaję niezbędne techniki działania i myślenia w Izraelu, równolegle moi ludzie z Okęcia przechodzą szkolenie na poligonie pod Warszawą. Ot, kolejne rutynowe przeszkolenie, które nie ma nic wspólnego z „Mostem”. Zresztą nie ma powodu, by jakoś specjalnie przygotowywać się do „Mostu”, bo przecież jednostka, którą dowodziłem, była stworzona specjalnie do ochrony samolotów.

– Kto ich szkoli, skoro ty jesteś w Izraelu?

– Nikt! Chłopaki sami się szkolą, każdy z nich doskonale wie, co ma robić. Pamiętajmy, że rzecz się dzieje na początku lat 90., czyli w momencie, gdy w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło o instruktażu bezpieczeństwa antyterrorystycznego. Pracowało się wtedy w oparciu o materiały Wydziału Zabezpieczenia Komendy Stołecznej Policji, a dalej to już była improwizacja. Takie to były ciekawe czasy, w każdym razie wracam z Izraela, dopracowujemy ostatnie szczegóły i 14 czerwca 1990 roku wybija godzina zero. W akcji ze strony polskiej bierze udział może kilkadziesiąt osób. Na warszawski Dworzec Gdański przyjeżdża pociąg relacji Moskwa – Paryż, wśród pasażerów jest wielu żydowskich emigrantów z ZSRR, może setka ludzi czekających na tranzyt do Izraela… Zespół autobusów jest już podstawiony. W okolicach dworca rozlokowane są także nieoznakowane wozy oraz pojazdy naszego pododdziału antyterrorystycznego. Autobusy eskortują dwa nieoznakowane auta, w każdym wozie czwórka przeszkolonych komandosów, dwóch moich ludzi i dwóch Izraelczyków. Chłopaki wiedzą, że w razie zagrożenia mają interweniować. Emigranci z ZSRR wysiadają z pociągu i kiedy ustalamy, że lista się zgadza, słowem, że tyle samo osób opuściło Związek Radziecki, ile przybyło do Warszawy, wówczas rozlokowujemy ludzi w autobusach.

– Nie ma żadnych spontanicznych antysemickich protestów? W końcu wysiada z tego pociągu kilkaset osób pochodzenia żydowskiego.

– Dzisiaj to byłby problem, bo jak jest wolność i demokracja, to ludziom się wydaje, że wszystko można, a wolności trzeba przecież rozsądnie używać, żadne tam polityczne róbta, co chceta, bo skutki mogą być opłakane, gdy ów wolny obywatel odbiera wolność innym… Dzisiaj taka operacja byłaby niemożliwa, zaraz by jakieś organizacje faszyzujące, jakieś naszości rojące sobie o tym, co rodzime i obce, wtrąciły swoje trzy grosze pod wymachiwaniem biało-czerwoną chorągiewką…

– Tak, ojciec Polak, matka Polka…

– Kto wie, czyby nie poleciały kamienie… Inna sprawa, że wtedy ludzie bali się występować przeciwko władzy… W każdym razie dzisiaj taki tranzyt byłby raczej niemożliwy, i nawet jeśli nie przerodziłoby się to w jakiś pogrom, z pewnością jak Polska szeroka i długa podniósłby się tradycyjny wrzask z roku 1968: „Syjoniści do Syjonu”...

– Oni są kontrolowani po wyjściu z pociągu? Przecież mogli chcieć dać nogę i rozpłynąć się w polskim krajobrazie…

– Nie. Nie chcieli uciec, chcieli jechać dalej, Warszawa to była stacja przesiadkowa. Nie przypominam sobie takiego przypadku, że ktoś chciał zostać. Kontrolowano ludzi, którzy wchodzili do autobusów. Identyfikowano na podstawie listy izraelskiej. Chodziło o to, by wsiadł tam człowiek odpowiedni, zweryfikowany, a nie jakiś przypadkowy cwaniaczek, który w nadziei kilku szekli podszywa się pod cudzą tożsamość, czy, co gorsza, ktoś godzący w bezpieczeństwo państwa Izrael. Jak już był komplet, pruliśmy bez zatrzymywania się na lotnisko albo na miejsce tymczasowego noclegu. Później często stosowaliśmy metody typowo konwojowe, na przykład radiowozy na sygnale.

 

– Nie ułatwia to śledzenia konwoju?

– Możliwe, ale coś za coś, z tyłu konwoju mieliśmy filtr, który odcinał możliwość śledzenia – rozpoznawał i zatrzymywał jadące za nami samochody.

– Niby jak? Czyli jak ktoś jechał za długo, to twoi ludzie go zatrzymywali?

– Tak. Nie pozwalali jechać i kierowali na inną trasę.

– No dobrze, a gdzie jechały te autobusy?

– Ambasada Izraela i mój partner z Szin Betu załatwili miejscówki w obiektach Legii Warszawa na stołecznym Bemowie. W tamtych czasach nie było tam specjalnych wygód, chodziło o spędzenie nocy, dwóch… Emigranci nie mieli prawa opuszczać tego miasteczka. Kiedy autobus docierał na miejsce, otrzymywali ciepły posiłek, co dalej… Instrukcja była prosta. Musieli się uzbroić w cierpliwość i czekać, aż przyleci po nich samolot.

– Ile osób może pomieścić to minimiasteczko?

– Spokojnie, plus minus ze dwieście osób.

– To mało, czytałem, że samoloty przewoziły po trzysta osób.

– Może i trzysta. Pamiętaj, że mówimy o wstępnym okresie operacji.

– Potem udało wam się dopracować system?

– Tak. Zdradzę ci, że starano się tak koordynować ruch, aby emigranci do Izraela jak najkrócej siedzieli w Polsce. Chodziło o to, by pojawiało się jak najmniej plotek, przecieków. Wiedza o tej operacji była ściśle strzeżona, zapewne tylko dlatego mogliśmy tak długo pracować. Dopiero po roku, może nieco dłużej, ktoś z mediów zaczął węszyć. Ale przez kilka miesięcy to właśnie obiekty Legii były schronieniem. Później Żydzi doszli do wniosku, że ten szlak ma swoje wady, a poza tym Legia chciała już się rozbudowywać. Z Dworca Gdańskiego było dość blisko na Bemowo, ale daleko na lotnisko. Wtedy nie było jeszcze cząstkowej obwodnicy, trasy AK, trzeba było przez centrum jechać z Bemowa, czyli kawał drogi, często blokować całe miasto, interweniować, a tym sposobem zwracało się uwagę – jedzie konwój autobusów. Poza tym emigrantów do Izraela wysyłano tylko z lotniska krajowego, kiedy nie było zwyczajnych odpraw. Zazwyczaj późno w nocy, ale zdarzało się, że i wcześnie rano. Konwój zajeżdżał na Okęcie, na płytę lotniska, emigranci wchodzili do hali. Tam były odczytywane nazwiska, a potem, po kolei, na pokład samolotu. Ale ten system kontroli okazał się bardzo kłopotliwy. Po pierwsze, wolno. Po drugie, kolejna kontrola. Po trzecie, ciągła obserwacja. Po czwarte, zaczęły się tym interesować wrogie wobec Izraela państwa, takie jak Libia czy Syria. Oni wiedzieli, że coś się tu rozgrywa. Wywiad syryjski wykonywał takie numery, że na przykład przedstawiciele tamtejszej ambasady podjeżdżali pod lotnisko, stawali pod płotem samochodem oznaczonym „korpus dyplomatyczny”. Opuszczali szybę i filmowali lotnisko. I tak naprawdę g… można było im zrobić.

– Musicie być szczególnie ostrożni, dosłownie dmuchać na zimne. W końcu Polska nie jest pierwszym krajem, poprzez który ma być wykonywana operacja „Most”. Najpierw był Wiedeń i Budapeszt. Działo się tak do momentu, aż na Węgrzech dokonano zamachu bombowego na konwój. Zginął węgierski policjant. W tym momencie Węgry wycofują się z akcji, a sprawcy nie udaje się znaleźć. Polska jednak się nie boi ewentualnych konsekwencji operacji „Most”. Polski wywiad ma odpowiednie rozpoznanie w tej kwestii, czy raczej jest to, delikatnie mówiąc, hurraoptymizm, że nic złego się nie zdarzy?

– Oczywiście, że jesteśmy przygotowani, chociaż niewielu jest wtajemniczonych w tajniki tej operacji. Polski wywiad miał doskonałe rozpoznanie, jeżeli chodzi o państwa muzułmańskie, które były w konflikcie z Izraelem. Wiesz, Syria, Jordania, Libia. To były kraje, w których Polska miała doskonałe źródła osobowe. Podam przykład, nasze kontakty operacyjne dopomogły na przykład Amerykanom, kiedy to zwrócili się o wyprowadzenie pracowników CIA ze strefy zagrożonej. Inna sprawa, że ta operacja była na rękę Żydom i niosła realne korzyści. Nie mówię tylko o korzyści zwiększenia populacji Izraela, otoczonego przecież przez państwa arabskie, gdzie tak zwana dzietność jest bardzo wysoka, ale także o podniesieniu obronności państwa przez zastrzyk ewentualnego rekruta. Widzisz, w kołach niesprzyjających państwu żydowskiemu uważano, że operacja „Most” to chytry myk, który pozwoli z zasobów Związku Radzieckiego zasilić izraelską armię. W ten sposób Izrael miał jakoby pozyskać kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, ot, mięso armatnie, które rzuci na front. Ale jak to z takimi rewelacjami bywa, po weryfikacji okazało się, że to gry informacyjne, po prostu wiadomym czynnikom zależało na obrzydzeniu współpracy z Izraelem, który rzekomo się militaryzuje, wybacz, ale jak w tym tradycyjnie gorącym rejonie zapominać o obronności… Zresztą ja z tymi emigrantami naprawdę wiele miałem do czynienia, co z nich za wojacy…

– Nie nadawali się do armii?

– Rzecz oczywista. To była operacja o charakterze humanitarno-politycznym, a nie militarnym. Wśród uchodźców z ZSRR było wielu ludzi starych, schorowanych, którzy nierzadko pragnęli w Ziemi Świętej dokonać żywota… Nadto sytuacja polityczna była akurat korzystna, ZSRR się pomału rozpadał, i można było umożliwić rzeszy obywateli powrót do kraju, o którym dotąd marzyli. Dziwić się Izraelowi, że pamięta o swoich obywatelach? Oczywiście było też niemało młodych ludzi, ale materiału na przyszłych komandosów to ja tam za dużo nie widziałem.

– Ryzyko zamachu terrorystycznego w Polsce w tamtej chwili jest ogromne. Dostajesz sygnały, że coś jest planowane?

– W pewnym momencie do jednego z moich ludzi podchodzi znajomy przedstawiciel arabskiej linii i pyta:

– O której godzinie przylatują samoloty?

– Jakie samoloty?

– No wiesz, El Al.

– Ale o co ci chodzi? Jakie El Al?

– No, nie udawaj, nie wygłupiaj się, stary. O której są planowane?

– Ja nic nie wiem.

– Słuchaj, przecież wiem, że się zajmujecie tymi ludźmi ze Związku Radzieckiego.

Piekielnie ich to interesowało.

– Za informacje dostaniesz dziesięć tysięcy dolarów.

On oczywiście wywalił gały, bo dziesięć tysięcy dolarów to była fura forsy. Nie zmienia to postaci rzeczy, że błyskawicznie przyleciał do mnie.

Pewne siły były bardzo zainteresowane nie tylko tym, kiedy emigranci z ZSRR przylatują, ale konkretnymi nazwiskami. Godziną odlotu i stanowiskiem samolotu. Na szczęście facet okazuje się lojalny i nie wydaje im tych informacji. Za to nasz kontrwywiad co rusz dostaje sygnały o tym, że przedstawiciele państw arabskich planują zamach. Sytuacja momentami jest naprawdę nerwowa. Przecież w każdej chwili w ramach odwetu mogą na lotnisku odpalić bombę!

– Masz podejrzenia, kto może pracować dla państw arabskich?

– Nie trzeba być wielkim znawcą, by to wiedzieć. Arabowie bez żadnej krępacji kręcą się wokół terenu lotniska. Między innymi ludzie ze wspomnianej syryjskiej ambasady. Czasem przyjeżdżali, pamiętam, piaskowym mercedesem na niebieskich blachach, innym razem spacerowali sobie w pobliżu lotniska, niby to zainteresowani, ach, z jaką gracją na niebie maszyny kreślą smugi kondensacyjne. Nie przejmują się tym, że mamy na nich oko. Co więcej, często filmują okolice. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że znamy ich nazwiska, wiemy, kim są. Nie oburzają się, gdy legitymujemy ich na terenie lotniska. Widocznie chcą wysłać jasny sygnał Izraelowi – strzeżcie się, mamy was na oku. Wiedzą, że nic im nie możemy zrobić. Deportacja ani aresztowanie nie wchodzi w grę – mają status dyplomatyczny. Informacje o przylocie były z punktu widzenia taktyki bardzo istotne. Samoloty izraelskie przylatywały w nocy. Maszyny były stawiane na uboczu, chodziło o to, żeby zawsze były z każdej strony osłonięte, przesłonięte hangarem czy innym samolotem. To były zazwyczaj boeingi 747. Kiedy samolot izraelskich linii lądował, to oczywiście z miejsca go przejmowaliśmy. Robiliśmy osłonę, czyli pilnowaliśmy ogona, boków maszyny.

– Lądował pusty?

– Tak. Pierwszy bodajże około pierwszej po południu. Na pokładzie poza dwoma pilotami są cztery stewardesy, trzech stewardów, lekarz i dwie lub trzy pielęgniarki plus kilku żołnierzy z Matkalu. Dwie godziny przed przylotem moje transportery opancerzone plus radiowozy z załogą polsko-izraelską patrolują płytę lotniska. Do tego antyterroryści obstawiający lotnisko. Poza tym ciągle w gotowości są jeepy i helikopter Mi-2. Kiedy izraelska maszyna ląduje, przejmujemy ją na głównym pasie lądowania , dalej UAZ-ami jedziemy obok i za samolotem, kontrolujemy, by nikt nie wykręcił jakiegoś numeru, nie spowodował lotniczej katastrofy. Specjalnie maszyna nie staje na odludziu, żeby utrudnić ewentualny ostrzał. W momencie kiedy samolot trafi już na stojankę, naszym zadaniem było go ogrodzić. Wiesz, liny, słupki, różnego rodzaju taśmy itd. Nikt nie mógł się do tej maszyny zbliżać. W samolocie otwierały się drzwi, opuszczały się schody, wychodziło kilku oficerów ochrony z jednostki Sajjeret Matkal. Ich zadaniem było pilnować samolotu. Jeden siedział z przodu samolotu, drugi pilnował ogona. Do samolotu nie można było podejść, był jakby eksterytorialny… Jego bezpośrednią ochroną zajmowały się izraelskie służby specjalne. Zaznaczaliśmy pracownikom LOT-u, że strefa jest około 30–50 metrów, żeby jej, broń Boże, nie przekraczać. Nikt nie mógł wejść do samolotu. Nikt nie mógł podjechać, powiedzieć, że ma jakiś transport. Nikt nie mógł powiedzieć, że chce coś tu sprawdzić albo naprawić. Każdy ruch był kontrolowany. Wieża kontrolna musiała wiedzieć o wszystkich ruchach na płycie lotniska. Jeśli pilot nie wzywał kogoś czy czegoś, a jakiemuś wścibskiemu się w tamten rejon lotniska zbłądziło, z miejsca interweniowaliśmy. Kto chce jechać, skoro nie był wzywany?! Myśmy otaczali wianuszkiem radiowozów samolot z każdej strony, byliśmy gotowi do interwencji w każdej sytuacji. W momencie kiedy samolot stał, to przeważnie ludzie byli już po odprawie. Stał godzinę czy dwie, a myśmy umożliwiali emigrantom wejście na pokład. Zdarzały się sytuacje, że maszyna stała i dłużej, bo były jakieś problemy personalne. W pewnym momencie doszło do sytuacji, w której strona izraelska i my zaczęliśmy się zastanawiać, w jaki sposób skrócić ten czas odprawy, żeby to było, jak to się mówi, rach-ciach.