Strąd Dorotki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Strąd Dorotki

Saga

Strąd Dorotki

Copyright © 1930, 2021 Jerzy Bandrowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050361

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Strąd Dorotki.

Córuśnie Tatusiowej, słodkiej Krzysieńce.

Mała Dorotka dłuższy czas ciężko chorowała. Mamusia była nawet o nią bardzo niespokojna, zwłaszcza, że na całym półwyspie nie było lekarza, a sprowadzać doktora z Pucka i płacić mu sto złotych za wizytę często nie mogła. Doktor był u Dorotki tylko trzy razy: kiedy choroba wybuchła, kiedy zbliżał się kryzys, a potem przypadkowo raz, przy sposobności, kiedy go zawezwano do innego chorego[ 1 ]. Dorotka chorowała na ciężkie zapalenie płuc i stan jej był naprawdę bardzo niebezpieczny. Niewiadomo było, czy serduszko jej gorączkę wytrzyma. Mamusia Dorotki pielęgnowała ją troskliwie, przez długi czas nie odstępując jej ani na krok, nie śpiąc i nie jedząc, tak że schudła i bardzo osłabła. Leczeniem dziecka zajmowała się jednak głównie stara Cyla Lizakowska, rybaczka, która doskonale znała się na chorobach i oddawna już leczyła wszystkich chorych w wiosce. Zaznaczyć trzeba, że Cyla nie była żadną znachorką, lecz przepisywała te same lekarstwa, co doktorzy.

Po pewnym czasie choroba ustąpiła, ale mała Dorotka była tak osłabiona, że dłuższy czas jeszcze musiała leżeć. Mamusia nie mogła już przesiadywać przy niej, bo żyjąc z krawiecczyzny, przez czas choroby córeczki dużo straciła. Teraz musiała to nadrobić. Że zaś na półwyspie była najlepszą, jeśli nie jedyną krawcową, która naprawdę coś umiała, a przy tem nie zdzierała rybaczek, więc roboty miała zawsze poddostatkiem.

Mówi się dużo o tem, że rybacy są zacofańcami, niechętnie usposobionymi do wszystkiego, co nowe. Tak nie jest i w rzeczywistości nigdy nie było, albowiem, służąc w marynarce, widywali i poznawali wiele rzeczy nowych, widzieli, jak ludzie żyją na świecie, a gdy znalazłszy się na półwyspie, wracali do starych obyczajów to tylko dlatego, że nie zawsze stać ich było na zaprowadzenie nowych. Trzymając się starych obyczajów i zwyczajów mimo wszystko, wstydzili się ich do pewnego stopnia, i gdy pewien ksiądz, który całe życie wśród nich spędził, ich obyczaje i stroje ukochał i w pięknej książce opisał, obrazili się o to, mówiąc, że ich na pośmiewisko podaje, a gdy który tej jego książki dopadł, wydzierał z niej wszystkie kartki, odnoszące się do dawnych strojów i zwyczajów.

Kiedy Pomorze wraz z półwyspem powróciło do Polski, a letnicy polscy zapełnili wszystkie wioski rybackie, rybacy, a przedewszystkiem ich żony i dorastające córki zapragnęły ubierać się po miejsku. Mało tego. Wiele dziewcząt zaczęło nosić fryzurę chłopięcą i stroić się tak, jak to widziały u letniczek, w krótkie spódniczki, lakierki, cieliste pończoszki i bluzki jedwabne. Zdarzało się nawet tu i owdzie, że za przykładem miejskich elegantek paliły papierosy i piły koniak. Co się tyczy tańców, to tańczono tylko najmodniejsze, począwszy od tanga, a skończywszy na charlestonie. Mistrza tańców na półwyspie nie było, ale rybacy i rybaczki kochają się w tańcu i nietrudno im było nauczyć się go z przyglądania się tańczącym letnikom. Nie podobało się to starszym białkom, które w głos twierdziły, że młodzież grzeszy pychą, i po dawnemu chodziły w święta lub do kościoła czarno ubrane, z głowami owiniętemi czarnemi szalami. Ale młodzież nic sobie z ich uwag nie robiła, a że dochód z letników z każdym rokiem wzrastał, przeto rodzice nie odmawiali córkom detków na stroje, dumni, że ich dziewczęta wyglądają jak miejskie panienki.

Temu to nierozumnemu i szkodliwemu hołdowaniu przez rybaczki modzie miejskiej zawdzięczała mamusia Dorotki to, że nie tylko żyła na półwyspie dostatnio, ale nawet mogła coś na czarną godzinę odłożyć.

Po śmierci męża, po którym wypłacano jej niewielką pensję, żyła w Warszawie, mieszkając kątem u niezbyt zresztą życzliwych krewnych i zarabiając cośniecoś robieniem kapeluszy dla pań znajomych i lekcjami muzyki. Gdy zachorowała, lekarze wysłali ją nad morze, twierdząc, że tam odzyska siły. Zaznajamiając się z warunkami życia na półwyspie, sprytna i praktyczna Warszawianka spostrzegła, że poza sezonem życie jest tu tak tanie, iż z łatwością na wszystko mogłaby jej wystarczyć pensja po mężu, przyczem nie było wykluczone, że przy szczęśliwym zbiegu okoliczności, sprycie, energji, oraz znajomości ludzi i stosunków, mógłby się nadarzyć i niezły interes. Ze zaś upodobała sobie wielce cichy i prosty tryb życia w skromnej wiosce rybackiej, oraz morze, w którem wraz z Dorotką się zakochała, postanowiła osiedlić się na półwyspie na stałe, wiedząc, iż w najgorszym razie zupełnie może jej wystarczyć pensyjka po mężu, która w kosztownem życiu w stolicy wystarczała zaledwie na to, by nie umrzeć z głodu.

Sprowadziwszy tedy z Warszawy najniezbędniejsze sprzęty, a między niemi swą ukochaną maszynę do szycia, na której można było także haftować, zagospodarowała się w wiosce rybackiej. Ponieważ Dorotka rosła bardzo prędko, pozostało sporo sukienek, z któremi mamusia nie wiedziała, co robić. Mając sporo czasu, przerobiła je odpowiednio i darowała przyjaciółkom córeczki. Widząc piękne, modne sukienki na dzieciach, i inne matki zaczęły się zgłaszać z zamówieniami do mamusi Dorotki. Tak zwolna powstała jej pracownia krawiecka, w której szyła już nietylko sukienki dla dzieci, ale także bluzki i sukienki dla dziewcząt i młodszych rybaczek. Że zaś, wyjąwszy niemiecką wioskę Hel, na całym półwyspie nie było krawcowej, znającej się na modzie miejskiej i jej subtelnościach, przeto mamusia Dorotki miała nietylko dobre dochody z szycia, ale także i ze szkoły krawieckiej, jaką założyła, a w której dziewczęta uczyły się kroju. W tym celu Warszawianka donajęła pokój w drugiej połowie domu, aby dla siebie i córeczki mieć własny kąt, gdzieby mogła się schronić przed spóźnionemi nieraz wizytami klientek, spokojnie zjeść i trochę wypocząć, i dokądby podczas lekcyj Dorotki nie dolatywały zbyt donośne głosy rybaczek i głuche dudnienie maszyny.

Bo Dorotka uczyła się i to nie na żarty. Wprawdzie mamusia nie posyłała jej do szkoły miejscowej, której poziom obliczony był głównie na dzieci rybaków, zato poprosiła pana nauczyciela, aby córeczkę jej uczył, sama zaś uzupełniała jej wykształcenie lekcjami i wykładami z różnych zakresów, a także uczyła ją języka francuskiego, który znała świetnie, ponieważ matka jej była rodowitą francuzką. Po niej to mamusia miała zmysł praktyczny i wielką zdolność tak do krawiecczyzny, jak też i do robienia kapeluszy.

W ten sposób wykształcenie Dorotki nie zostało wcale zaniedbane, mamusia żałowała tylko, że nie może uczyć jej muzyki. Na lekcje religji dziewczynka chodziła do księdza proboszcza.

Tak mamusia jak córeczka odrazu zakochały się w morzu. Bez względu na pogodę musiały je widzieć co najmniej trzy razy dziennie — podczas krótkiej przechadzki po śniadaniu, w południe przed obiadem i o zachodzie słońca. Chodziły czasem i do lasu, ale tylko dlatego, aby prędzej czy później wychynąć z jego cichego mroku na strąd, gdzie było zawsze jasno i skąd rozciągał się przecudny widok na olbrzymie przestrzenie morza, codzień innego, a zawsze niewypowiedzianie pięknego. Nie obawiały się przechadzki nad morzem nawet wówczas, gdy potężna norda z powierzchni skamieniałego prawie strądu zdmuchiwała ziarenka piasku i siekła niemi twarz, lub też podczas powrotu popychała mamusię i Dorotkę tak, że biegły wbrew swej woli. Kochały szum fal, czasu pogody cichy, dźwięczny i śpiewny, czasu burzy srogi i huczący jak grom. Kochały chwile, w których gasła zorza po zachodzącem słońcu, a w gęstniejące ciemności niebios rozżarzały się jasne gwiazdy. Lubiły patrzeć na drgającą na falach kolumnę światła, szybko bieżącą za księżycem, szybującym przez przestworza. Ale nietylko za piękno pokochały morze. Rozumiały dobrze, iż jemu zawdzięczają zdrowie i nowe siły. Maszerowanie po strądzie, na którym nieraz po kostki grzęzły w piasku, zrobiło ich nogi krzepkiemi i wytrwałemi, powietrze morskie wzbudzało apetyt, wichry osmaliły ich twarze. Na otwartej, bezkresnej przestrzeni znakomicie odpoczywał i nowe siły zyskiwał wzrok. Mało tego, ryby morskie, zawsze świeże, prosto z morza, wybornie im służyły. Niedokrewna Dorotka, która dawniej musiała pić obrzydliwy tran, nie potrzebowała już tego lekarstwa, bo świetnie zastąpiły je smaczne i tłuste szprotki, wędzone, gotowane lub smażone. Było im tak dobrze w tej rybackiej wiosce, że dziwiły się, dlaczego ludzie, zmęczeni miastem i jego gwarem, nie przyjeżdżają tu odpocząć choćby nawet w zimie, kiedy w wiosce panuje cisza i spokój, a na morzu jest ruch i życie największe.

Choroba Dorotki była tylko skutkiem jej lekkomyślności. W czasie nieobecności mamusi, widząc bawiące się niedaleko domu dzieci, wybiegła do nich z ciepłego pokoju bez sweterka i szalika. Goniąc się z niemi, zawiodła je na strąd. Dzień był wprawdzie, jakby to powiedział mieszkaniec lądu, słoneczny, pogodny, tylko trochę wietrzny, w rzeczywistości jednak był to „nordowy sztorm“, według wyrażenia rybaków, to znaczy, że wiał silny, zimny wiatr północny, mało dający się odczuwać w osłoniętej lasem wiosce, ale do szpiku kości przejmujący ziąbem na strądzie. Lekkomyślność tę Dorotka przypłaciła ciężką i długą chorobą. Kiedy się jej zrobiło lepiej, mamusia, chcąc powetować sobie straty i koszta leczenia, musiała się znowu ostro wziąć do pracy, i z tego powodu nie mogła już przesiadywać przy Dorotce tak długo, jak przedtem. Dziewczynka widywała mamusię głównie rano, w południe podczas obiadu i wieczorem, kiedy już była zaspana. Podwieczorek mamusia jadała przeważnie w pracowni, bo wtedy miała właśnie najwięcej klientek, jako że rybaczki są przez cały dzień zajęte pracą koło domu i dopiero nad wieczorem mogą się z chaty wymknąć na chwilę.

 

Z początku, gdy Dorotka zaczęła przychodzić do siebie, cisza i pewne osamotnienie nie dawały się jej bardzo we znaki. Wyczerpana i zmęczona chorobą, odpoczywała. Pokój, choć niski, był obszerny, biały, o czterech oknach, z dylami pomalowanemi na niebiesko. Okna wychodziły na południe, wschód i zachód, tak że w dzień pogodny ze wszystkich stron kolejno słońce zaglądało do pokoju. W środku ściany północnej, niedaleko drzwi, stał wielki biały piec kaflowy, promieniujący miłem ciepłem. W oknach zawieszone były żółte zasłony, które rano gorzały złotym płomieniem, a gdy dzień był piękny i ponad firaneczkami widziało się niebo błękitne, mogło się zdawać, że samo słońce zawiesiło w oknach strzępy swej złotej jasności. Okna zachodnie wychodziły na małe podwórze, gdzie rosło kilka drzewek owocowych, na uboczu zaś stało coś w rodzaju lamusa, zrobionego ze starej, napoprzek przeciętej łodzi. Niegdyś czarna, łódź ta pokryta była teraz pięknie zieloną śniedzią. Przez okno wschodnie widziało się dom sąsiada, zezowatego Bernarda Muży, słynnego okrętnika, który kilka razy objechał cały świat dokoła. Czwarte okno wychodziło na plac przed kościołem. W środku placu był kwadratowy wzgórek, na którego czterech rogach rosły cztery wielkie, stare wierzby. Na konarze jednej z nich stale wisiały kosy, zawieszone tam przez rybaków. Na tym małym pagóreczku suszono też żaki, a po sezonie węgorzowym mance białe, brunatne, czasem nawet buraczanej barwy lub popielatej. Było to ulubione miejsce zabawy małych dzieci.

Mamusia, postanowiwszy osiedlić się w wiosce na stałe i sprowadziwszy nieco pozostałych w Warszawie ubogich sprzętów, urządziła pokój jak mogła najlepiej. Podłoga przykryta była dywanem, spłowiałym wprawdzie, lecz pamiętającym czasy rodziców mamusi, którzy niegdyś byli zamożni. Dzięki temu dywanowi podczas sztormów wicher nie mógł już gwizdać przez szpary podłogi. Między oknami na ścianie zachodniej wisiało piękne lustro w złoconych ramach (w pracowni mamusi Dorotki stało wielkie zwierciadło ruchome), a nad tem lustrem mamusia rozwiesiła moc jaskrawych wachlarzy japońskich. Dorotka miała białe łóżeczko żelazne z niebieską kołderką i niebieskiemi kokardkami u poduszek, a nad jej łóżeczkiem, na dywaniku, przedstawiającym sarenki w biegu, wisiał obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Nad łóżkiem mamusi był tylko stary czarny krzyż żelazny z Chrystusem. W jednym kącie na zaimprowizowanej toaletce lśniły różne przybory toaletowe, pamiątki lepszych czasów. Wielka lampa wisząca, oraz druga, stojąca na stole przed czerwoną kanapką, przysłonięta była ciemnoamarantowym abażurem. Wogóle w tym pokoju było tak ładnie, że wszyscy się dziwili.

Ale najładniejszy był kącik Dorotki. Królowała w nim Andzia, wielka, śliczna lalka z prawdziwemi złotemi włosami, zamykająca i otwierająca oczy i paradująca w prawdziwej jedwabnej sukience i w prawdziwych skórzanych trzewiczkach, które można było zdejmować i czyścić. Tak samo zdejmować można było pończoszki i majteczki z koronkowemi falbankami. W jasnych włosach miała Andzia kokardę z prawdziwej jedwabnej wstążki seledynowej i to taką wielką kokardę, jak sama Dorotka. Prócz tego laleczka miała jeszcze lorgnon, torebkę, balonik, który jej fruwał nad głową, „prawdziwe“ perełki na szyi i prawdziwą parasoleczkę, która się otwierała i zamykała. Nie była to już lalka, ale niemal towarzyszka Dorotki, która nie wiedziała nawet, że szyjąc jej z pomocą mamusi nowe sukienki i nową bieliznę — bo przecież Andzia musiała bieliznę zmieniać! — uczyła się kroju i szycia. Andzia pędziła życie księżniczki z bajki: nie potrzebowała się uczyć ani pomagać w sprzątaniu, siedziała tylko na prawdziwem metalowem łóżeczku z prawdziwemi poduszeczkami i jedwabną kołderką i z uśmiechniętą buzią słuchała bajek, jakie jej Dorotka opowiadała. Tuż obok niej, przy piecu, stał drugi skarb Dorotki, a mianowicie prawdziwa, stosownie do mody krótka, czerwona parasolka. U nóg Andzi siedziała Basia, śliczna Krakowianka i Dzidzi w samej tylko koszulce, zaś obok łóżeczka lśniła wspaniała kuchnia, otoczona wielką ilością najrozmaitszych srebrnych naczyń i talerzy. Nad tem wszystkiem, niby balon, zwisała z wbitego w ścianę gwoździka wielka, malowana piłka w złotej, jedwabnej siatce.

Nic dziwnego, że wszystkie te bogactwa i nigdy nie oglądane na półwyspie cuda zdobyły Dorotce wybitne stanowisko wśród jej rówieśniczek i rówieśników. Rówieśniczki schlebiały jej i pieściły, aby się móc nacieszyć choćby widokiem wspaniałych zabawek, a zachwycone były, gdy Dorotka dawała się czasem pobawić Dzidzią lub Krakowianką, bo o tem, aby ktoś taką damę, jak Andzia, śmiał choćby palcem dotknąć, mowy nawet być nie mogło. Chłopcy kochali się w Dorotce, i aby zwrócić na siebie jej uwagę, bili się między sobą, wyprawiali różne hece, albo też przygrywali jej pod oknami na harmonijce ustnej. Dorotka z całą godnością przyjmowała te hołdy, należące się jej, jako władczyni tego małego światka, w którym wodziła rej tak z powodu znajomości licznych gier towarzyskich, jak też dla swej pomysłowości i wyobraźni.

Łatwo tedy zrozumieć, iż chora dziewczynka, pozostawiona samej sobie, po kilku dniach zaczęła się nudzić. Zauważywszy to, mamusia dopuszczała do niej najbardziej ulubione jej przyjaciółki, a potem i co grzeczniejszych chłopczyków.

Cichy pokój napełnił się gwarem radosnych okrzyków, śmiechem i melodyjnym akcentem rybackiej gwary kaszubskiej, w której Dorotka była wcale biegła. Jak każde dziecko prędko uczyła się języków, a mamusia nieraz nawet łajała ją za to, że zbyt często używa takich wyrażeń, jak „Jo! Jo“, lub „Taka to zacha.“ Dzieci podziwiały jej zabawki, zachwycały się jej rysunkami — Dorotka przedziwnie rysowała kolorowemi kredkami różne potwory i lasy i domy o krzywych ścianach, zezowatych oknach, pijanych drzwiach i kręgach dymu — oraz opowiadały jej, co się działo podczas jej choroby, jak oddawna skończył się połów węgorzy i teraz sprzedaje się już tylko „wangorze“ z kist, jak sołtysowa maszoperja dała w dzień św. Barbary na codzienne nabożeństwo z nieszporami i „wystawieniem“ Najśw. Sakramentu, jak już pokazują się szprotki i że starsze dziewczęta cieszą się na robotę w wędzarniach i że starki po domach przędą już manillę, a rodziny wiążą wieczorami nowe żaki. Z naiwnych tych opowiadań przebijało się bezustannie życie półwyspu i morza.

Wtedy Dorotka nagle strasznie zatęskniła do morza. Pytała mamusię, czyby stary Karol Kohnke, ich gospodarz, nie mógł jej, ciepło ubranej, w dzień słoneczny choćby na chwilę zanieść na strąd, ale mamusia nie pozwoliła. Jakże można mówić o wyjściu na strąd, skoro dziecko było tak słabe, że wstać z łóżka nie mogło.

Właściwie to morze było tak blisko, iż w wielkiej mierze widziało się je i słyszało nawet na placu przed kościołem. Kręcąca się na wieży kościelnej chorągiewka wskazywała kierunek wiatru. Z zachowania się kur i psów można było odgadnąć siłę wiatru. Gdy wiała niezbyt ostra briża, psy, zwinięte w kłębek, drzemały albo wałęsały się leniwie, kury zaś grzebały w piasku lub biły się, póki ich kogut nie rozpędził. W czas sztormu psy szukały kątów osłoniętych przed wiatrem, a kury albo szły za ich przykładem, lub też chowały się w kępce bezlistnej, dygocącej od wiatru wyki. Widać było powracających z połowu rybaków, to z kaszerzami pełnemi rybek, to znów z pustemi, a po ruchach ich domyślić się można było, jak połów wypadł. W nocy, gdy morze było bardziej podrażnione, wyraźnie słyszało się huk fal.

To wszystko jednak nie zadowalało Dorotki i dlatego wpadła na pomysł, do którego wykonania natychmiast przystąpiła. „Nogi“ jej łóżeczka znajdowały się niedaleko okna, które było podwójne. Otóż dziewuszka poprosiła koleżanki, aby przyniosły jej ze strądu trochę piasku zwykłego i fioletowego[ 2 ] a także parę garstek różnobarwnych kamyczków. Kiedy życzeniu jej uczyniono zadość, owinęła się starannie kołderką, i poleciwszy otworzyć okno wewnętrzne, kazała dzieciom na parapecie zrobić z piasku strąd. Dziewczynki z radością zabrały się do modelowania strądu. W krótkim czasie powstały góry, czyli wały piaszczyste, poprzecinane stegnami, sam strąd, na niem cienko piórkiem narysowane krzyżujące się łuki grzbietu, firbeki, w których kawałeczki szkła miały udawać wodę, wreszcie zoloj, wysypany ubitem na proch szkłem, mającem oznaczać, iż tu jest właśnie pas, po którym denedżi biegają. Kawałeczki zapałek połamanych były „bitami“. Nie zapomniano też i o tem, aby wpobliżu stegn porobić doły, jakie powstają na strądzie zwykle tam, gdzie wybiera się piasek. Na zoloju, grzbiecie i dalej na strądzie błyszczały małe, różnobarwne kamuszki, jakie morze zwykle wyrzuca na brzeg; wśród nich dziewczynki umieściły też kilkanaście najmniejszych muszelek, które Dorotka miała w swym zbiorze. Strąd zrobiony był tak, że morze zaczynało się tuż za oknem, odgrodzone od niego tylko szybą.

Nie na tem jednakże koniec. Na prośbę Dorotki dziewczęta przyniosły z lasu gałązki sośniny, które wetknięte w piasek na górach udawały las. Mamusia wieczorem zrobiła córeczce z czarnego papieru kilka pękatych batów rybackich z masztami i paczenami, zmajstrowanemi zręcznie z zapałek. Baty te na drugi dzień umieścił na strądzie Dorotki jeden z zakochanych w niej chłopców, i to umieścił je tak, jak to rybacy robią naprawdę: wykopał dołek w piasku, w którym umieścił łódź, uwiązaną poza tem do wbitego u stóp gór pala liną, zrobioną z grubej nici, aby morze batu nie porwało. Inne łodzie były mniej lub więcej tak samo zabezpieczone. Dorotka, ujrzawszy tak pięknie ukształtowany strąd, związała z nici kilka manc, gdy mamusia z organtyny, przymocowanej do kółek z cienkiego drutu, zrobiła parę żaków. Aby zaś strąd nie był pusty, ustawiła na nim malutkich rybaków, zrobionych przemyślnie z waty napuszczonej atramentem. Wkońcu zlepiła z tektury śliczną, zupełnie prawdziwą bliżę ze szklaną latarnią u szczytu i wieżę sygnałową.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?