Romans Marty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Romans Marty

NAKŁAD J. CZEMPIŃSKIEGO

Saga

Romans Marty

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1910, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050385

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

I.

Kwiatkowski stał oparty plecami o piec w swojej ubogiej kancelaryi adwokackiej, palił papierosa i gawędził z młodym literatem, Podsońskim, swym dalekim kuzynem; to jest, nie tyle gawędził, ile słuchał, uśmiechając się od czasu do czasu to sceptycznie, to znów z pobłażaniem w miarę, jak młody człowiek brnął w najróżniejsze i coraz to dziwaczniejsze sofizmaty. A mimo, ze słowa Podsońskiego dziwnie obco i po literacku brzmiały w tej brzydko urządzonej kancelaryi, Kwiatkowski słuchał ich z przyjemnością, poddając się chętnie czarowi ich młodocianego optymizmu. Podsoński zaś chodził po pokoju, giestykulował żywo rękami, zatrzymywał się przed swym kuzynem i patrząc mu w oczy perorował zawzięcie, podczas gdy jego nerwowe dłonie, zda się gładziły słowa, podkreślały i podrzucały je w powietrze nakształt różnobarwnych kul, których rzucaniem popisują się żonglerzy. W kącie pokoju, schylona nad arkuszem papieru, pisała szybko pisarka Kwiatkowskiego, panna Marta, młoda, cicha, 19-letnia panienka.

— Trzeba rozróżnić ludzi wolnych od niewolników — mówił Podsoński. Nigdy nie należy o tem zapominać. Właśnie, mimo wszystko, co tak zwanej równości bełkocą filozofowie — idealiści, zawsze były i będą te dwie rasy: wolnych i niewolników. Są ludzie, którzy nawet w niebie będą myli podłogi, jak mówi Andrejew. Taka jest już ich organizacja duchowa.

— Więc jakże? — przerwał mu Kwiatkowski. Ma się im może głowy golić lub chodzić po świecie w szarych chlamydach niewolniczych?

— O, jakiżeś ty powierzchowny! — zdumiał się Podsoński. Ezop był niewolnikiem a duchem, czyż nie był jednym z najwolniejszych na świecie?! Ludzie wolni...

— Możebyś ich bliżej i ściślej określił?

— No więc ludzie żyjący w zgodzie ze sobą i tylko przed sobą odpowiedzialni — nie, nie, to nieściśle, mniejsza z tem. Otóż ci ludzie poznają się po spojrzeniu, po uśmiechu, czują się wzajemnie na odległość... i nie potrzebują tego, boć przecie nigdy na nikogo się nie oglądają, odznak domagają się tylko niewolnicy, którzy muszą wiedzieć, kogo należy im słuchać a komu mają prawo rozkazywać... Rozumie się, że dla tych ludzi obowiązek jest czemś świętem, może być nawet, z ich punktu widzenia, ich wzniosłą tragiedją, pozatem jednak...

— Przepraszam cię, a czy ty sam nie odczuwasz braku jakiego obowiązku, jego potrzeby?

Podsoński uśmiechnął się.

— Bynajmniej. Tego sentymentalizmu wyzbyłem się już dawno. Mam pewne obowiązki wobec siebie, a mam je dlatego tylko, że chcę je mieć, że mi się tak podoba.

— No, nie wiem, o ile twoje twierdzenia można brać na serjo.

— Ja w nie wierzę.

— A pewno, ale to niczego nie dowodzi. W każdym razie zazdroszczę ci twej łatwości tłomaczenia sobie wszystkiego.

— Wierz mi, mówię bez zarozumiałości: tylko barbarzyńcy spostrzegają na swej drodze trudne do rozwiązania problemy życiowe lub psychologiczne. Patrz, literatura grecka nie wydała powieści psychologicznej, nie śniło się o niej wcale poetom Odrodzenia. Świadomość własnego silnego życia była dla nich pewnikiem. Barbarzyńca naodwrót nie wie czem jest ani czy wogóle jest. Barbarzyńca zastanawia się nad swojem prawem do życia. Nie ufa ani sobie ani życiu. Nie, nie, nie; wogóle śmieszni są barbarzyńcy, te wszystkie Ibseny, Björsony, Tołstoje. Przed życiem nie można stać jak przed jakimś sędzią... trzeba je kochać, trzeba się niem cieszyć... trzeba mieć w sercu wielką radość...

— A skąd ją wziąć?

— No, narodzić się z nią trzeba, niezawodnie, ale można dojść do niej i zapomocą pogodnej mądrości. Widzisz, słońce trzeba mieć w mózgu.

— Powiedz raczej, że trzeba być skończonym egoistą...

— Nie, trzeba tylko być egoistą szczęśliwym. Człowiek szczęśliwy jest znacznie lepszym od nieszczęśliwego, jest duchowo bogatszym, może znacznie więcej dać...

— Czyli obowiązkiem każdego człowieka byłoby dążenie do szczęścia?

— Niezawodnie. Dążyć do szczęścia znaczy dążyć do doskonałości. Radość powinna być najważniejszym motywem życia, rozkosz jego najświętszym celem.

— Frazesy!

Podsoński wzruszył ramionami.

— Jakiś ty dziwny! Spojrzyj na takiego Cezara Borgię lub Ludwika XIV!! Mieli wszystko, czego tylko dusza zapragnąć moźe, mogli żyć i używać dowoli, a przecież było w nich coś, co im ani chwili spokoju nie dało! Dążenie do władzy, do potęgi. Jestem przekonany, że gdyby ciebie zrobiono królem, byłbyś conajmniej bardzo zakłopotany... Potęga, władza nie nęcą cię... bo nie pochodzisz z rasy królów — aha? Widzisz, zamałe serce masz, i dlatego rozkosz królów jest ci niedostępną...

— Za to ty z rasy królów pochodzisz!...

— Może być, może być! Nie wiem dobrze, ale królewską duszę chciałbym mieć! Niezawodnie! Chciałbym być bardzo dobrym, módz być bardzo dobrym i dużo dawać... I nie dziwię się Ludwikowi XIV-temu. Chciałbym być słońcem...

— Proszę cie, napisz to wszystko, ale nie zawracaj ludziom porządnym głowy. Panna Marta nie może spokojnie pisać...

Podsoński mimowoli obrócił się ku pisarce.

Siedziała pochylona nad biurkiem ale z głową zwróconą ku niemu. Rysów jej twarzy, odwróconej od lampy, nie było widać, tylko jasne, trochę rozburzone włosy połyskiwały wokół jej głowy świetliście.

— Przeszkadzam pani? — spytał machinalnie Podsoński.

— Nie, już skończyłam.

Podsoński chciał coś powiedzieć, ale naraz umilknął i zamyślił się.

— A ten kontrakt kupna przepisany już, panno Marto? — odezwał się Kwiatkowski.

— Tak. Muszę tylko przeczytać, poprawić...

Wstała, przeciągnęła się lekko i wyszukawszy w pobliskiej szafie jakiś papier, usiadła znowu za biurkiem.

— Pani źle siedzi — rzekł po chwili Podsoński. — Kołysze się pani na krześle, garbi zanadto...

— Nie mogę inaczej...

— Uciska pani klatkę piersiową i psuje pani sobie oczy — chciał powiedzieć Podsoński, ale powstrzymał się.

— Tak się to wszystko łatwo mówi — zaczął Kwiatkowski. — Życie trzeba brać takiem, jakiem ono jest. A jest — smutne.

— To zależy — mruknął bezmyślnie Podsoński.

— Nie. To jest fakt. Życie jest i smutne i bardzo twarde. Oczywiście dla każdego, kto na nie patrzy trzeźwo, nie po literacku, poważnie. Co innego teoryjki, mój drogi, a co innego codzienny, szary, pospolity trud... obowiązek... powołanie... W twoich teorjach to tylko pojęcia filozoficzne, ale w życiu to skały prostopadle, przed którymi człowiek staje jak wryty i które na wszystko swój cień rzucają...

Podsoński lubiał kuzyna i rozmawiał z nim chętnie, ale w tej chwili zniecierpliwił się. Głos adwokata brzmiał tak szaro, blado... słowa „trud“, „praca“, „odpowiedzialność“ ściekały mu z warg ciężkie i monotonne jak krople deszczu dzwoniące o blaszaną rynnę. Mówił — a literat myślał o czem innem. Zrobiło mu się pusto i zimno.

— Eskimosi nie mogą patrzeć w południowe słońce, to się rozumie — dumał — Kultura przychodzi z południa. A i Boga z południą na północ przyniesiono, wiadoma rzecz. Barbarzyńcy służyli w legjonach, ale nic więcej. Można nimi orać cały świat, bo są silni i wytrzymali, ale żyć nie umieją... A ja jestem tu między nimi — pragnieniem szczęścia spętany...

— O tak! — rzekł po pewnej chwili — Życie jest istotnie bardzo ciężkie. Powtarzamy to bez końca, bezustannie, kołyszemy się tem do snu—ale.—

Ziewnął.

— Ale ja tu nie poto przyszedłem. Co robisz wieczorem?

— Nic.

— Więc może byśmy co wymyślili, bo i ja nie mam nic do roboty.

— Poszedłbyś do teatru?

— Nie. Cóż to za przyjemność? To już wolę kinematograf...

— Dziwię ci się.

— A tobie ja się wcale nie dziwię. Między nami mówiąc pędzisz życie tak nudne, że w teatrze możesz się bawić... Ja kinematograf wolę... A propos... Niedawno widziałem walkę byków...

— E, aranżowaną zapewne dla zdjęć...

— Wcale nie! Najprawdziwszą w świecie walkę byków... Widać było krwawe plamy na piasku...

— Fuj! Krew! Jakże można na to patrzeć!

— O! Znowu barbarzyńca! Lękasz się widoku krwi? Dlaczego?

— Działa mi to na nerwy!

— A wiesz czemu? Właśnie dlatego, że w tobie wszystkie dzikie, krwiożercze instynkty nie wygasły. Nie myśl, że to dowód kultury. Człowiek kulturalny patrzy na krew spokojnie, na nerwy mu to wcale nie działa, bądź pewny... Krwi boją się tylko dzikie zwierzęta i barbarzyńcy... na jej widok drży w nich wszystko, bo nie wiedzą, czy nie wybuchną...

— Bardzo przepraszam, ale patrzenie na takie rzeczy, bawienie się niebezpieczeństwem i męką drugich dowodzi tylko braku wszelkiej kultury...

 

— Jesteś w błędzie. Myślisz, że „Hamlet“, „Otello“ są mniej krwawe od walki byków? A dramaty Ibsena to nie męka, nie straszne szamotanie się bezbronnego serca ludzkiego w sieci przeznaczenia? Różnica jest tylko ta, żė podczas gdy Gabryel Borkman, Rosmer czy jakiś tam Solness są ludźmi słabymi i szpetnymi, torreadorzy są silni i piękni! Ach, gdybym ja mógł być torreadorem! Życie! U stu djabłów, marnujemy je przecież dla lada nędznego głupstwa! A tak się dziś o nie obawiamy, że już z samego strachu wcale nie żyjemy! Dać życie dla zabawy ludu, mój złoty, znacznie to piękniejsze, mądrzejsze i użyteczniejsze niż zmarnować je dla jakiegoś naszego morału lub nudnego „obowiązku“. Wiesz, całą duszą zazdrościłem tym banderillosom i piccadorom! Oni sami znajdują w tej walce najwyższą rozkosz. I to jest całkiem naturalne. Głupia, nudna męka życia zredukowana jest na arenie do swej najpierwotniejszej postaci. Jest byk—dziki, bezwzględny i ślepy jak przeznaczenle i człowiek, piękny, zdrów, gibki, śmiały. Niema zadnych bzdur, procesów psychologicznych. Sława—choćby chwilowa — albo śmierć. Może być coś piękniejszego? Wiesz, widziałem torreadora — espadę. Mówi się, że łatwo zabić szpadą bezbronne zwierzę. Trzeba to widzieć. Widzisz, jest tylko jedno miejsce nad okiem, w które uderzyć wolno. I jedynie w to miejsce trafiwszy można byka zabić. Największa wprawa i zręczność nie mogą dać gwarancyi, że w danej chwili trafisz w czaszkę cwałującego na ciebie z impetem zwierzęcia. Espada zwodził byka — wreszcie błysk — zwierzę zachwiało się i runęło na ziemię. Gdybyś widział minę espady! Gdybyś widział pański ruch, z jakim obcierał swą krótką klingę i jego lekkie skinienie głowy, jego uśmiech, którym dziękował za oklaski! A tu dokoła kilkudziesięciotysięczny tłum i tysiące kobiet, które go uwielbiały, ubóstwiały, boć przecie to w tej chwili najpiękniejszy samiec z całej Barcelony!

— Ale cóż temu winno zwierzę?

Podsoński rozśmiał się głośno.

— Jeśli wolno byka zabić na sztukę mięsa to czemuż nie miałby człowiek prawa zabić go dla tak rozkosznej emocyi tysięcy.

— Co innego potrzeba.

— A czyż rozkosz nie jest potrzeba, jak i jedzenie? „Panem et circenses“ wołali Rzymianie i mieli rację. Zresztą, co tu dużo gadać. Zabił—widać miał prawo.

— Etyka bandytów!

— A czyż człowiek wobec zwierząt nie jest bandytą? Nie, śmieszny jesteś. Więc idźże między byki, spróbuj je uświadomić, zrób byczą ligę i jazda! Na ludzi! Może ci się uda! Założyłbyś „bycze“ cesarstwo!

Podsoński zaśmiał się tak szczerze, że nawet panna Marta mu zawtórowała. I Kwiatkowski uśmiechnął się.

— Więc pójdziesz ze mną do kinematografu?—namawiał literat.

— Nie, to bardzo męczy oczy. Pójdziemy gdzie na kolację a potem na jaką muzykę...

— Chodźmy do szantanu!

— Do szantanu? Nie lubię tych wszystkich kabaretów, szantanów i innych nor tym podobnych. To takie ordynarne...

— Co jest ordynarne? Ładna, zgrabna, dobrze zbudowana dziewczynka w pstrych trykotach, to ordynarne? Śliczny dekoltażyk biały, to ordynarne?

— Dajże spokój, tej nędznej pornografii nie nazwiesz chyba artystyczną produkcją!

— Jaki „fajny“, patrzcie państwo! A cóżeś ty jest może artystyczną produkcją? Możeś ty godny zabawiać się wyłącznie w towarzystwie Artemidy-Łowczyni i jej dziewic niepokalanych. Ludwisiu, Ludwisiu, jesteś ogromnie komicznym typem! Otóż właśnie pójdziemy du szantanu!

— Ostatecznie pójść mogę, ale z góry jestem przekonany, że się będę nudził.

— Wolna wola. Ja zaś będę się bawił znakomicie. Więc? Masz jeszcze co do roboty?

— Nie! Panna Marta gotowa?

— Owszem, proszę pana.

— Może pani już iść. A jutro niech pani przyjdzie trochę wcześniej, bo ja rano muszę być w sądzie.

Podczas gdy Kwiatkowski wydawał polecenia, Podsoński przypatrywał się dziewczynie.

Była to drobna, bardzo zgrabna blondynka o bardzo miłych rysach twarzy i wielkich zielonawobłękitnych oczach. Miała mialutkie ręce i stopy. Z Kwiatkowskim rozmawiała swobodnie i nawet poufnie. Ubrawszy się, pożegnała się i wyszła.

— Wcale ładna — zauważył po jej wyjściu Podsoński.

— Niczego, niczego! — mruknął Kwiatkowski niechętnie.

— A jakżeż, stosunki dobre? — pytał literat mrugając okiem.

Kwiatkowski oburzył się.

— Wstydź się! Zwierzę z ciebie! Fuj, jakieżto obrzydliwe! Wszędzie wietrzyć tylko miłostki i miłostki!

— Bój-że się Boga, cóż w tem obrzydliwego! Dziewczyna ładna, młoda, toć to najpiękniejszy dar boski.

— Daj mi spokój! Oczywiście, ty na mojem miejscu nie zostawiłbyś jej w spokoju. Korzystałbyś z przewagi, jaką daje stanowisko, jej zależność... oczywiście; korzystałbyś...

— No, to kwestja... może być, że posługiwałbym się i innymi środkami, choć szczerze mówiąc... kto wie...

— Et, nie blaguj. Już ja cię znam.

— Być może — odpowiedział spokojnie Podsoński.

— Widzisz, to takie biedactwo.

— Powiedz otwarcie, może się w niej kochasz?

— Nie! Dlaczego? Czyż dlatego, że obok mnie siedzi jakaś młoda, nieszpetna dziewczyna, muszę się w niej zaraz kochać lub pragnąć jej? Czy po za samicą nie można w kobiecie widzieć człowieka?

— Ach, taak!

— Ta niepohamowana zmysłowość oburzać musi!

— No, skoro cię to oburza.

— Chciejże mnie zrozumieć, Widzisz, to biedna dziewczyna. Gołe to, matka nie chce nic robić, ojciec, jak mówią, w Ameryce. Inna byłaby może na jej miejscu dawno postarała się o jakiś lżejszy a przyjemniejszy zarobek... zwłaszcza, że matka, jestem pewny, sprzedałaby córkę lekkiem sercem... Stara ma jakiegoś kochanka, alfonsa... Ten drań gra w karty, i wyciska z kobiety co tylko może... Marta łamie się z tem wszystkiem i pracuje u mnie. W najlepszym wypadku, z tem co tu i owdzie dostanie od „stron“, z doucer’ami i t. d. zarobić może najwięcej jakich 40—50 rubli. I z tego żyje ona i matka. — Trzeba to chyba do stu piorunów uszanować, nie? Pocóż jej krzywdę robić? Popatrz-że się, biedactwo nigdzie nie chodzi, nie bywa, z ludźmi się nie widuje...

— Ile ona może mieć lat?

— Osiemnaście, najwyżej dziewiętnaście! Młodziutkie to jeszcze... a godne lepszego losu...

— No, a jakżeż dalej?

— Niby, co dalej?

— Jakie ją życie czeka?

— Jakie?

Kwiatkowski zamyślił się.

— Albo ja wiem? W najgorszym wypadku będzie siedziała u mnie. Jak mi pójdzie lepiej może dostać 60—do 80-ciu rubli...

— I tak całe życie; do jakich 40-stu lat?

Kwiatkowski wzruszył ramionami.

— Być może, że się jej trafi jaka partja. Może wyjdzie za mąż.

— Za kogoś, kto żeni się dlatego, że się ożenić musi. Czyli, innaczej mówiąc, kucharka za małżeńskim kontraktem?

— No, więc cóż ma być? Życie jest smutne.

— O tak, życie może być bardzo smutne. A ty... nie masz zamiaru żenić się z nią?

— Dajże spokój! — zaśmiał się Kwiatkowski.

— Dlaczego? Byłoby to zupełnie rozsądnem. Dasz jej lepsze warunki życia, a wzamian za to miałbyś bezpłatną pisarkę no i kobietę zaufaną...

— Naprzód, to jest nonsensem, bo jakbym się z nią ożenił, to by nie mogła być u mnie pisarką, powtóre ona niema żadnych pieniędzy, a bez tego ja się żenić nie mogę, a po trzecie — nie odczepiłaby się odemnie jej matka, a takiej teściowej ja sobie zupełnie nie życzę.

— Więc ty nie jesteś zaangażowany pod żadnym względem?

— Oczywiście. Byłoby to z mojej strony jawnem szaleństwem. A przytem... Marta nie zajmuje mnie! — jest mi kompletnie obojętną... Ale cóż ciebie może to wszystko obchodzić?

— Mnie? Nic. Pytam o nią dlatego, że ją przed chwilą widziałem... No, pytam...

— Może masz jakie zamiary?

— Zamiary?

Podsoński wzruszył ramionami.

— Co za zamiary? Chodzę do ciebie prawie codziennie od pół roku przynajmniej i dziś dopiero zauważyłem ją. Ot, zgadało się.

— Bo powiem ci prawdę, że byłoby to z twojej strony bardzo nieładnie! Zrobiłbyś jej krzywdę...

— No, krzywdy nikomu robić nie należy — odpowiedział Podsoński zdmuchując popiół z papierosa.

––––––––––

II.

Martę owionął niemiły wilgotny chłód mglistego wieczoru. Przykre uczucie zimna przenikało ją do szpiku kości. Biegła szybko, wymijając przechodniów, nie widząc nic, prócz białego blasku latarń elektrycznych, migocących mdło wśród gęstej mgły.

Jeść się jej chciało, a do domu było daleko. Wczoraj oddała matce ostatnie pieniądze, nie miała nawet na tramwaj.

Szła szybko, ale droga zdawała się nie mieć końca.

Nie nęciły jej dziś wystawy sklepów, przed którymi kiedyindziej wystawała po kilka minut, obliczając ich wartość, pożytek, zestawiając z nich do najmniejszych szczegółów zaciszny i miły jakiś kącik. Jedynie w ten sposób mogła sobie wyrobić jakieś słabe wyobrażenie o zbytku i wygodach, bez których inni ludzie obejść się nie mogą. Jej życiowe potrzeby zadawalniały się zupełnie starymi wynalazkami i sposobami; maszyna do szycia była w jej domu najbardziej nowoczesnym wynalazkiem. Ludzie mówili o balonach i aeroplanach, podczas gdy ona — nie przyznałaby się nigdy do tego—do dziewiętnastego roku życia nigdy jeszcze nie miała sposobności do korzystania z kolei żelaznej, ona, dziecko wielkiego miasta. Ale tak się już złożyło, a jej życiem kierował tylko zbieg okoliczności.

Było jej dziś jakoś bardzo smutno. W pustych, trochę ciemnych uliczkach rozkładały się jakieś czarne cienie. Tu i owdzie rozlegał się przyśpieszony krok przechodnia, lub pies jakiś szczekając wybiegł z bramy. Ale nie to sprawiało na Marcie niemiłe wrażenie; gniotła ją jakaś pustka wewnętrzna. Chodziła tędy codziennie dwa razy od tylu lat, a miała wrażenie, jakby szła tędy po raz pierwszy. Tak jej było obco i smutno.

Uczucia tego doznawała bardzo rzadko. Zwykle była wesoła. Głodna i zmęczona śpieszyła do domu, zjadała kolację, rozmawiała przez chwilę z matką, czytała coś lub szyła i szła spać, ciesząc się z odpoczynku.

— Co mi się stało? — myślała po drodze.—Potrzeba mi pieniędzy? Prawda, powinnabym sobie kupić nowy kapelusz. Ale to po pierwszym. Zresztą, cóż na tem zależy! Ostatecznie, jedzenia też nie braknie, bo sklepikarka da na kredyt, zapłaci się po pierwszym. Może zapomniałam o jakim terminie w kancelarji? Nie, wszystko napisane. A może-m tylko poprostu zmęczona, głodna? Z pewnością. Nic innego...

A przecież mimo wszystko miała szczerą ochotę usiąść na bruku i zalać się łzami. Broniła się im, jak mogła, ale im prędzej szła, tem gwałtowniej cisnęło się jej w gardło jakieś łkanie.

Bez tchu prawie wpadła w bramę domu.

Na brudnych, ciasnych schodach przestraszył ją kot, który wyskoczywszy z ciemnego kąta, potężnymi, cichymi susami pomknął na górę.

Krzyknęła i chwyciła się poręczy.

Ale po chwili oprzytomniała i zwolna zaczęła spinać się po stromych schodach.

W małej kuchence przyjęła ją matka niemem skinieniem głowy. Siedziała bezczynnie na kufrze obok kuchennego stołu, na którym było widać brudny kieliszek i flaszeczkę z wódką. Nie wykręcona, mała lampka kuchenna rzucała mętne, brudne światło na ściany zawieszone obrazami świętych.

Marta była przyzwyczajona do tego widoku. Matka piła i już dawno nie taiła się z tym przed nią. Nie była to kobieta zła, o tem Marta dobrze wiedziała, była tylko słaba, nie miała szczęścia w życiu, które nieraz obrzuciło ją błotem. Ale dziś wstręt ją zdjął na widok tej kobiety młodej jeszcze i zdrowej, a tak przytępionej i zobojętniałej na wszystko, wyjąwszy najgrubsze i najpospolitsze użycie.

— Mama pije a pieniędzy na inne rzeczy nie ma, rzekła z wyrzutem, rozbierając się.

Matka zwróciła na nią swe wielkie zielonawe oczy; kiedyś mogły być miłe, żywe i wesołe, ale dziś, przekrwione, mętne, szkliste, tliły się słabo i bezmyślnie.

— Gdyby mama wiedziała, jak mama wygląda! — strofowała ją córka. — Dwie krwawe plamy zamiast oczu, jak rany!

— Jak rany — powtórzyła matka obojętnie zachrypłym głosem. — Cóż tam oczy! Ale usta mam pełne, do pocałowania...

— Fe, mamo!

— Dlaczego? Cóż to, myślisz, że tylko ciebie całować można? Mnie nie? Ho ho, niejeden wolałby mnie od ciebie. Cóż to, takie chuchro! Ja to co innego! Kobieta jestem, jak kamień, co się nazywa!

Uderzyła się ręką po udzie.

— Słyszysz? Jak dzwon!

— Niech mama da spokój. Jeść mi się chce.

— Jeść? Masz tam w szafie... kolację. Ale herbaty nie ma. Pieniędzy jakich nie przyniosłaś?

 

— Skąd!!

— Skąd? Gdybym ja tylko na twojem miejscu była, to jużbym ja wiedziała skąd... hoho! Ale cóż z taką gadać... głupią...

— Nie wstyd mamie?

— A no cóż, wstyd, to jeszcze nie to najgorsze, nie... I gorzej bywa.

Coś w Marcie drgnęło. Chciała wybuchnąć, krzyczeć, płakać, skarżyć się, obejmując czyjeś kolana... ale naraz złamało się w niej coś i jakby osłabiona usiadła na krawędzi łóżka, trzymając bezmyślnie kapelusz w rękach.

— No i cóż tak siedzisz, co? — spytała matka po chwili.—Rozbierz się, zjedz i idź spać. Niema co siedzieć po próżnicy.

— Nafta jest w lampie?

— Skądby się wzięła. Tyle co tu widzisz. Poco ci lampa? Idź spać.

— Chcę jeszcze czytać chwilę...

— Jest tam kawałek świecy... wystarczy... A cóż, kolacji nie chcesz?

— Nie.

— Nie, to nie. Zjem ja.

— A niech mnie mama nie zapomni jutro obudzić.

— Nie bój się, nie, nie zapomnę.

Marta wyszła do tak zwanego „mieszkalnego“ pokoju. Stały tam pozostałe z dawnego ogniska domowego resztki mebli, stara sofa, dwie szafy, komoda, stół pokryty ażurową serwetą i kilka wyściełanych krzeseł. Tu sypiała Marta sama, bo matka wolała spać w kuchni.

W pokoju było zimno i niegościnnie. Czuło się, że całymi dniami nikogo w nim niema.

Marta zaświeciła świeczkę i nie zdejmując żakietu usiadła przy stole.

Sięgnęła machinalnie po leźącą obok otwartą książkę, położyła ją przed sobą i — zapatrzyła się w płomień świecy.

Cóż czytać? O kim? O jakichś księżniczkach, margrabinach, drących w gniewie chusteczki koronkowe takiej ceny, że ona, Marta, nie mogłaby ich opłacić kilkumiesięczną pracą? O szczęśliwych i nieszczęśliwych kochankach, owych słodkich lub demonicznych Arturach, Adolfach, Ernestach i Henrykach? O tym całym świecie, którego nawet we śnie nie umiała sobie wyobrazić? O tych jakichś balach dziwnych, maskaradach, o całem tem życiu tak dziwnie pstrem, rojnem i bogatem, a tak ponętnem, że ona wszystko dałaby za jeden jego miesiąc i chętnie zgodziłaby się zginąć tak jak „Wielka Iza“ lub „złotowłosa Bianka“, gdyby choć jeden dzień mogła przeżyć tak jak one całe życie.

Zbudził ją jakiś szmer. To matka dreptała w pantoflach po kuchni, nucąc sobie jakąś pieśń kościelną. Słychać było jej ciężkie, nierówne kroki, skrzypnięcie drzwi od szafy, brzęk naczynia ustawianego. Po chwili zatrzaśnięto drzwi i zamknięto na klucz. Ktoś szedł na dół po schodach.

— Znowu po wódkę poszła — przemknęło Marcie przez myśl.

Wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

Czuła się ogromnie nieszczęśliwą.

Nędzna świeczka migoce na stole, tląc się bladym płomieniem. Wszystkie sprzęty spowija gruby cień. Czai się po kątach, za każdym krzesłem, za szafami, za łóżkiem. Jakby czyhały na nią jakieś złe, czarne myśli, jakaś trwoga niejasna, niepewność. A jak daleko sięgnie myślą wstecz, zawsze widzi taki pokój, te sprzęty ciężkie, twarde, kanciaste, zmrok kryjący się po kątach i świeczkę lub tanią lampkę na stole. To było słońce jej dzieciństwa, jej młodości. A w dzień? Dlaczego nie mieli nigdy mieszkania tak jasnego, aby odbijało choćby odblask słońca? Rzecz dziwna, ale ona, Marta, nie pamięta nigdy promienia słonecznego w swoim pokoju. Nawet w kancelarji, w tym posępnym, szarym pokoju błyśnie czasem złoty grot, rozpali ciemne tapety na ścianach; rozzłoci, rozgrzeje zmierzch. Tu — nigdy. Marta nie może sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek w oknach ich mieszkania były jakie kwiaty. Z całą pewnością twierdzi, że nigdy kwiatów nie było. Nie byłoby ich komu podlewać. A przecież kilka fuksyi, laków, wazonik myrtu lub rezedy tak pięknie ubrałyby okno.

Takie kwiaty czasami ślicznie kwitną. Szczególnie fuksye, purpurowo-fioletowe, płonące, wesołe...

Jeśli jej się kiedy poszczęści, to już ona będzie wiedziała, jak sobie życie urządzić. Może kiedy wygra jaki los, a może trafi jej się dobra partja. Wtedy będzie chciała mieszkać za miastem. W malutkiej willi o ogromnych oknach z lustrzanemi szybami. Musi to być gdzieś niedaleko gościńca, aby było widać jadące do miasta wozy chłopskie. I kolej musi być niedaleko, aby ona, Marta, mogła czasem popatrzeć na lecący gdzieś daleko pociąg białym dymem owiany i pomyśleć: Skąd on leci? Co mi wiezie? Może jakieś nowe sny lub nie przeczuwaną nigdy radość?—Oczywiście naokoło willi musi być mały ogródek, zielonym żywopłotem otoczony, poprzecinany białemi ścieżynkami, wijącymi się ozdobnie wśród klombów kwiatowych. A w ogródku pełno kwiatów: gwoździki białe i czerwone, wielkie, puszyste lewkonie, bratki żółte, czarne i błękitne, rezeda, tulipany wielkie niby barwne świece wśród grząd płonące, a w środku zielonych aksamitnych gazonów, krzaki róż wielkich, wonnych, pełnych, różnobarwnemi baniami szklannemi ubrane. I naturalnie jaskółki nad oknem. W zimie cisza, spokój lśniący, jakby wyszlifowany gościniec, a wokoło szeroka, cicha, biała równia, zaś nad nią niezgłębione przestworza bladego błękitu niebios, czasem długo płonące krwawo-złote zorze a czasem bezdenna czarna głąb, prósząca na ziemię srebrzyście-białym puchem śnieżystym. Lecz wiosną i latem świegotanie ptastwa wśród krzewia, brzęk muszek i owadów, iskrzący się taniec rozpląsanych nad kwiatami motyli, woń silna i świeża w powietrzu drgającym od roziskrzonych barw przepychu... W niedzielę, gdy mieszczanie na wózkach, dorożkach i rowerach wysypaliby się za miasto, ona, w miękkiej, białej, flanelowej sukni (nigdy jeszcze nie miała białej, flanelowej sukni, a to się tak ładnie układa) z poza ciemno-zielonego żywopłotu przyglądałaby się odpoczywającym wśród zieleni rodzinom, rozigranym, wystrojonym dzieciakom różowym, bladym i wychudłym panienkom flirtującym z sentymentalnymi kawalerami i mamom poważnym, bacznie śledzącym młodych, a wszyscy oni pytaliby się zdziwieni: Któż to ta dama w białej sukni, tam, wśród tego ślicznego ogródka? Może jaka hrabina lub księżna, taka piękna, dystyngowana i smutna...

Gdzieś za ścianą rozległy się dźwięki fortepianu. Instrument był stary, rozbity, rozstrojony, ale głos jego, jakby przefiltrowany przez mury, brzmiał dość przyjemnie i cicho. Ktoś grał starego, sentymentalnego walca, którego zapewne grywał kiedyś w młodości i grał go przez cale życie i grał teraz, któż wie, co wspominając!... I Marta go znała, a słuchając go w tej chwili miała takie wrażenie, jakie ma człowiek, gdy w starej pożółkłej książce znajdzie zasuszony liść róży. Karty książki pożółkły i kto wie czy nie obumarły już palce, które je przewracały, a ten zasuszony listek mówi, ze kiedyś była wiosna, piękna, rozkochana — i minęła i blaski jej pogasły, wonie wywietrzały, przebrzmiały ptasie poświsty, a tylko nikłe i blade wspomnienie pozostało a wargi mimowoli szepczą: Była wiosna! Była wiosna!

— Smutno! — pomyślała Marta.

A dlaczego? Mam co jeść, mam dach nad głową, mam gdzie spać, mam się w co ubrać. Mogłoby mi być znacznie gorzej a może mi być tylko lepiej. Więc czegóż chcę? — pyta się dziewczyna. — Czy nęcą mnie zabawy, towarzystwo, teatr? Zapewne, ale żyć przecież bez nich można... A jednak...

Stanęła przed przed półką z książkami. Były tu pozszywane starannie odcinki z gazet, powieściowe dodatki, cieniutkie tomiki kiepskiego papieru pokrytego niewyraźnym drukiem — a w tych żółych rulonach wystrzępionych feljetonów caly jej świat, świat pełen kłamstwa, sztucznych świateł, sztucznych uczuć i wzruszeń i sztucznych zachwytów, świat, który nie istniał nigdy nawet w głowie autora, który go opisywał, a którym karmić się muszą tysiące biednych serc palącą tęsknotą życia trawionych.

— Czyż dla mnie nikt książki nie napisze?— pomyślała Marta.

Uśmiechnęła się. Komuż-by się chciało pisać dla niej? I o czem? Co mogło zająć ją, która tak mało wiedziała i rozumiała?

A możeby samemu pisać książkę? Nie książkę, ale pamiętnik? O tem, co nikogo innego nie obchodzi, prócz niej samej. O nieszczęścIu, matki, o sobie samej, o życiu, o ludziach, których spotyka... Prawda, nie wiele miała z nimi do czynienia. Ten i ów ją zaczepił, tamten list przysłał, a wszyscy kłamali, mizdrzyli się tak śmiesznie... potem będzie pisała o kancelaryi, o sprawach, z jakimi się tam poznaje, o różnych, różnych ludziach... I o tym, jak się do kancelarji dostała... To doskonałe... Przeczytała inserat, ubrała się jak mogła najlepiej i poszła przedstawić się Kwiatkowskiemu... To było przed trzema laty, miała 17-ty rok... Kwiatkowski przyjął ją grzecznie ale nieufnie... Zmierzył ją tymi czarnymi oczami i spytał, wiele ma lat. Skłamała, naumyślnie skłamała, ale tak, jak żadna kobieta skłamać-by nie chciała. Powiedziała, że kończy 19 lat. A on uwierzył, oczywiście, nie mógł przypuszczać, że ona kłamie. I jak go się bała z początku! Z tą bladą, żółtawą twarzą, pokrytą gęstym, czarnym zarostem wyglądał tak poważnie, surowo. . tak mało mówił, nigdy się nie śmiał, o kobietach wyrażał się tak lekceważąco... Bała się go, ale po pewnym czasie zauważyła, że on się jej boi...