Powiastka o złotych korkach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Powiastka o złotych korkach

Saga

Powiastka o złotych korkach

Copyright © 1930, 2021 Jerzy Bandrowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050255

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Kiedy rybacy nie wyjeżdżają na morze, w dzień powszedni nie noszą skorzni ani trzewików, lecz chodzą w korkach, to znaczy chodakach, składających się z grubej na cal podeszwy drewnianej i skórzanego noska na palce. W tych korkach chodzić trudno nieprzyzwyczajonemu i one to powodują, że rybacy mają taki chód, jakgdyby nogi za sobą wlekli, przyczem zawsze są nieco zgarbieni. Ale tu już małe dzieci zwijają się w korkach raźno i biegają w nich tak, jak inne dzieci w sandałkach lub pantofelkach. W lecie wkłada się korki przeważnie na bose stopy, w zimie na grube wełniane pończochy. Obuwie to, zdawałoby się, bardzo pierwotne, ma tę dobrą stronę, iż jest trwałe, a znacznie lepiej od skórzanego, zwłaszcza dziurawego, chroni stopę od zetknięcia się z przemarzniętym lub mokrym piaskiem.

W wioskach rybackich powszechnie przyjęty jest zwyczaj zostawiania korków przed drzwiami lub w sieni, aby nie zanieczyścić błotem podłogi. Gość wchodzi do pokoju cicho, boso lub w pończochach. Taka wystawa korków wygląda bardzo pociesznie, zwłaszcza tam, gdzie rodzina jest liczna, co się często zdarza. Gdy się wejdzie do sieni o zmroku lub wieczorem, a światła niema, łatwo można się potknąć o czternaście lub piętnaście par pozostawionych tam korków. Tym, którzy znają dalekie strony, widok ten przypomina Japonję, gdzie przed każdym domem stoją pary drewnianych „getów“, albo Turcję, gdzie znów przed meczetami ciągną się długie rzędy pantofli.

Otóż w jednej wiosce rybackiej na półwyspie Helskim mieszkał młody nauczyciel z głębokiego lądu. Morza ani życia morskiego nie znał i nie rozumiał. Nazywał się bardzo pięknie, przypuśćmy Ryszard Marja Sobieski, i wprawdzie z rodu królewskiego nie pochodził, ale chętnie wyobrażał sobie, że tak jest. Dlatego też najchętniej mówił z ludźmi o królu Sobieskim i jego czasach, nawet „Tarczę Sobieskiego“ dzieciom na niebie pokazywał, aby wciąż swe nazwisko słyszeć i aby ten i ów pomyślał, iż on, choć skromny nauczyciel, ma w żyłach krew bohaterskiego króla.

Rozumie się, że pan nauczyciel Sobieski marzył o wielkiej karjerze i o wielkiem mieście, zwłaszcza, że był sprytny, zgrabny, naprawdę bardzo przystojny, taki ładniutki. gładki, rumiany, z małemi czerwonemi usteczkami i ślicznym noskiem. Przytem umiał siędobrze ubierać, miał bardzo dobre maniery, a także doskonale tańczył. Słowem, gdyby na świecie istniała jakaś sprawiedliwość, pan nauczyciel Sobieski byłby człowiekiem światowym. Zamiast tego musiał siedzieć w zapadłej wioszczynie rybackiej, gdzie „ludzi“ wcale nie było, tylko nieokrzesani rybacy, mówiący źle po polsku, a tak wszelkiej ogłady pozbawieni, iż pana Sobieskiego nawet nauczycielem nie nazywali, lecz poprostu „Szkólnym“. Oczywiście, panu „szkólnemu“ Sobieskiemu bardzo się to nie podobało, ale nie śmiał nic powiedzieć, ponieważ bał się zrazić sobie rybaków, wśród których żyć musiał.

Mieszkał szkólny w gmachu szkolnym, w małym pokoiku na górze, z oknem zwróconem na północ, co było bardzo przykre wogóle, bo rzadko zaglądało tu słońce, szczególnie zaś dawało się we znaki, gdy zawyła straszliwa narda. Widok też nie był nadzwyczajny. Szkólny widział ze swego okna tylko oberżę i drażniący go na niej wiecznie nieortograficzny napis „Pod Bałtyckiem Łososiem“. To „kiem“ doprowadzało go czasami do szalu, ale nie było na to rady, bo Papaszk, stary oberżysta, miał węża w kieszeni i ani nawet na myśl nie byłoby mu przyszło przemalowywać cały szyld dla jednej głupiej litery. Czasem, gdy połowy były lepsze i urządzano zabawy, szkólny mógł przyglądać się czarnym sylwetkom tańczących par, widocznym przez okno rzęsiście oświetlonej sali. Widok ten jednak martwił go tylko. Pomyślałby kto, że niesłusznie, bo przecie widok ludzi tańczących jest wesoły. To prawda. Ale szkólny był młody i lubił sam tańczyć, a skoro ze swego okna przyglądał się, jak drudzy tańczą, to znaczyło, że nie miał pieniędzy, aby móc pójść na zabawę. Wtenczas widok weselących się ludzi nie jest wesoły i budzi myśli wielce smętne.

Wiele kłopotów miał też szkólny z dziećmi. Dzieci rybackie są bardzo chętne, zdolne, naogół grzeczne, dobre i bardzo pracowite. Rodziców bardzo kochają, starszych szanują, małe chłopaczki całemi dniami rąbią drzewo, dziewczynki noszą piasek ze strądu i wogóle wszystko pracuje. Ale, oczywiście, chłopcy, w których płynie krew rybacka, z szczególnem upodobaniem zajmują się wszystkiem, co się odnosi do rybołówstwa, marząc tylko o tem, aby wypłynąć na morze. „Izaks“, „beka“, „antryba“, „paczena“, „kaszyrz“, „elmąt“, „stewa“, „rema“ i inne takie, szkólnemu niezrozumiałe rzeczy, znacznie więcej zajmują dziecko rybackie. niż naprzykład opis pługa, którego ono tu nigdy nie widzi. Dlatego szkólny pracował z wielkim trudem i źle mu było wśród tych dzieci, bo musiał wbijać im w głowę rzeczy, których one zapamiętać nie chciały, a zupełnie nie rozumiał się na tem, co najwięcej dzieci zajmowało. Przytem, jako człowiek lądowy, nie umiał po kaszubsku, skutkiem czego nieraz nie rozumiał, co dzieci między sobą mówiły, zwłaszcza, gdy mówiły prędko. I to wzbudzało znów jego nieufność.

Nie wiedział też, jak ma postępować z rybakami. Dawniej, za niemieckich czasów, szkólny był tu potęgą. Walił trzciną bez najmniejszego miłosierdzia. Za jedno słowo polskie, wymówione w szkole, kazał dziecku pięć tysięcy razy napisać: „Ich darf in der Schule nicht polnisch sprechen!“. On miał dodatek do pensji za niemczenie dzieci, on był kierownikiem stacji meteorologicznej, mężem zaufania landrata, on stanowił o wszystkich sprawach i wszystkich prośbach rybackich do rządu. On był panem. Ale czemże jest szkólny za łagodnych polskich rządów? Musi liczyć dzieci, nie ma najmniejszej chęci bić ich, musi i chce być dla wszystkich uprzejmy, a ponieważ przytem jest człowiekiem „krajowym“, to jest z lądu, nikt się z nim nie liczy. Ale podania różne pisać rybakom musi, bo jakże, inaczej nie wypada. Listy im również pisze, bo dziś trzeba pisać po polsku, a cóż oni winni, że umieją pisać tylko po niemiecku? Za to wielka łaska, jeśli rybak raczy sprzedać parę funtów ryby szkólnemu, a nic do wędzarni. Taka to jest zacha.

Nic tedy dziwnego, że szkólny źle się czuł w tej małej wiosce rybackiej i znienawidził odgłos drewnianych korków. A trzeba wiedzieć, że kłapanie tych korków bywa bardzo donośne, zwłaszcza jesienią i zimą, gdy piasek stwardnieje, a ludzie w posępnej godzinie zmierzchu gromadami śpieszą do kościoła na nieszpory. Od tych licznych korków taka ponura powstaje wówczas muzyka, jakby to szkielety własnemi kośćmi trzaskały. Takie przynajmniej miał wrażenie szkólny Ryszard Marja Sobieski. To też jedyną jego pociechą było przecie od czasu do czasu zajść pod „Bałtyckiego Łososia“ z tem przeklętem. nieortograficznem „kiem“, wypić coś dobrego i zatańczyć z Mariczką przy dźwiękach harmonji. Mariczka była panienką przystojną, zgrabną, daleką krewną starego Papaszka.

Ale pewnego dnia zdarzyła się szkólnemu dziwna historja. Idąc z dziećmi na małą przechadzkę do lasu, spotkał po drodze dziewczynę, zwykłą rybaczkę. Była to dziewczyna smukła i zgrabna, w płomienistym swetrze, czarnej, krótkiej, obcisłej spódniczce i w grubych wełnianych pończochach. Twarz miała przewiązaną czarnym koronkowym szalem, z pod którego wymykały się włosy tak płowe, że niemal białopopielate. Oczy jej były ciemnoszafirowe, ni to śmiejące się, ni to drwiące. Nic w tem nadzwyczajnego nie było, wyjąwszy jedną tylko rzecz: noski na korkach tej dziewczyny były czerwone, czego Szkólny nigdy jeszcze nie widział.

— Co to za dziewczyna? — zapytał dzieci. Naturalnie stanęły zaraz całą gromadą i wszystkie odwróciły się za młodą rybaczką. Stały tak długo w milczeniu, a potem któreś z nich bąknęło:

— To Agnes! Z Kuźnicy! Lecz czyżby szkólny oglądał się za czerwonemi noskami korków jakiejś rybaczki?

Nie. O tem mowy nawet być nie może.

Więc za czemże się oglądał?

Otóż właśnie najdziwniejsze było to, że sam tego nie wiedział. Coś go jednak dziwnie silnie tknęło.

Przyszła jesień, ponura, żałośnie wichrami wyjąca. Szyby w oknach pokoju szkólnego Sobieskiego łkały, smagane deszczem i wichrem północnym. Było mnóstwo zmartwień z dziećmi, które przychodziły do szkoły niewłaściwie ubrane. Takie dzieci szkólny z obowiązku musiał odsyłać do domu, o co się znów rodzice obrażali i robili mu na złość. Nieporozumienie pochodziło stąd, że w wioskach rybackich szmaty nawet są rzadkością, i o ile nic przyjdzie „tychowy“, to jest handlarz manufaktury, nieraz naprawdę niema czem spodeńków podartych załatać. Ale i szkólny nie był temu nic winien i musiał przy swojem obstawać. Wynikały z tego nieprzyjemności, które panu Sobieskiemu zatruwały życie. Prócz tego przyszły też nieuniknione wydatki jesienne, pieniędzy było mało i nie można było zaglądać pod „Łososia“ z nieortograficznem „kiem“.

 

Wówczas zaczął szkólny chodzić na daleIde, samotne przechadzki. Potrzebował ruchu, rozpierała go tęsknota, gorycz zatruwała serce, było mu smutno, czuł się straszliwie biednym, a w takim stanie cóż lepszego nad dłuższą przechadzkę, po której przychodzi błogie zmęczenie, doskonały apetyt na te jakieś szproty z bulwą i sen, mimo wszystko, znakomity. Na drugi dzień od rana orka z dziećmi i znowu przykrości. Ale mniejsza z tem. Po południu kapelusik modny, ciepły płaszcz, szal na szyję i marsz do lasu!

Lecz w wiosce rybackiej na półwyspie Helskim niebardzo jest gdzie chodzić, zwłaszcza jeśli człowiek nie zajmuje się rybołówstwem i nic go nie obchodzi, ile kto ma ryb i jakie. W lesie są dwie długie aleje, połączone ze sobą głębokiemi rowami poprzecznemi, w których lśni czarna deszczówka, pokryta jesienią strząśniętemi przez drzewa zwiędłemi liśćmi. Las nie jest gęsty, a w tej części, gdzie brzóz jest więcej, wypełnia go jakaś niepokojąca, biała jasność. Druga aleja Wiedzie ku zatoce. Zimą rzadko kiedy można tu spotkać człowieka, w jesieni chodzą tędy maszoperje węgorzowe na tonie, które się znajdują na zatoce. ale to dzieje się zwykle bardzo rano, kiedy szkólny śpi.

Temi alejami przechadzał się samotnie biedny szkólny. A ponieważ zauważył, że aleja wiodąca do zatoki jest zupełnie martwa, chadzał aleją wzdłuż morza, prowadzącą do wioski sąsiedniej, nic nie wiedząc o tem, iż rybacy ogłosili te właśnie strony jako niesamowite. Miało się tu coś pokazywać, straszyć ludzi, miało ich coś zatrzymywać, nie pozwalać przejść, słowem różne cuda nieprzyjemne miały się tu ludziom przytrafiać. Ot, bajdy!

Jest w tych stronach okolica, zwana Libekiem. W gęstym lesie stoi tam samotna, stara, opuszczona wieża, dawniej sygnałowa, dziś już nikomu na nic nie potrzebna. Dziw, że rybacy, na drzewo wielce łakomi, dotychczas jej nie rozebrali. Już to samo powinnoby być szkólnemu przestrogą i dać mu do zrozumienia, że coś tu musi być nie w porządku, że miejsce to jest nieczyste. Bo trzeba umieć myśleć. Dlaczegoż rybacy wieży tej nie rozebrali? Rozumie się, w dzień zrobić tego nie mogli, tylko w nocy, a skoro oni w nocy tu nie zaglądali, rzecz jasna, że tylko ze strachu. Bali się sił nieczystych.

I to właśnie miejsce upodobał sobie szkólny, pan Ryszard Marja Sobieski. Nie było tu nic nadzwyczajnego. Las, stara wieża i Bałtyk huczący. Ale uczucie osamotnienia było tu tak wielkie, że gęstniało w jakąś skamieniałość. Szkólny zapominał tu o wszystkiem, przestawał myśleć, istnieć, przechodził jakby w jakąś nicość, w której nie czuł już ani radości, ani smutku. I z tem było mu dobrze.

Zauważył te jego wycieczki na Libek do opuszczonej wieży stary Florjan, leśniczy, były rybak i marynarz z tatuowanemi rękami, człowiek, który dużo i przez wiele lat z obowiązku swego stanowiska wałęsał się po lesie czy to w dzień, czy w nocy, niejedno widział i niejedno wiedział, o czem w zimowe wieczory, gdy za oknami leśniczówki las huczał, chętnie gościom opowiadał. A były to opowieści niesamowite i tak straszne, że gościom włosy dębem na głowie stawały, bo Florjan, który zresztą chętnie czasem łyknał o jednego za wiele, miał szczególne szczęście widywać takie rzeczy, jakich nikt nigdy nie widział.

Florjan, krzepki starzec, przeszło osiemdziesięcioletni, młodego szkólnego lubił, rozumiał i miał dla niego współczucie, prócz tego, jako człowiek uczciwy, doznawał czasem wyrzutu sumienia na myśl, że on to właśnie jest teraz kierownikiem stacji meteorologicznej i pobiera za to pensję, gdy za Niemca urząd ten miał szkólny, leśniczy zaś pilnował tylko lasu. Tedy pewnego razu wyszedł z leśniczówki tak, żeby się móc ze Szkólnym spotkać, a gdy mu się to udało, zaczął chytrze, po rybacku, zdaleka, napomykać coś o niebezpieczeństwach różnych i różnych niebezpiecznych spotkaniach.

Szkólny nie zrozumiał.

— Bandytów na półwyspie niema — odpowiedział. — Zresztą ja zawsze noszę broń, a wszyscy wiedzą, że jestem biedny. Tamta aleja, która prowadzi ku zatoce, jest zupełnie pusta, tam nigdy żywej duszy spotkać nie można. Tu spotkam przynajmniej od czasu do czasu rybaka, wóz jakiś, jadący z bulwą lub węgorzami, twarz jakąś ludzką zobaczę.

Zrozumiał Florjan, że młody szkólny jest „glupc“, z którym trzeba mówić, jak z dzieckiem. A tedy przystąpił wprost do rzeczy. Posypały się teraz historje okropne o jakichś ogromnych czarnych psach, które się tu na ludzi rzucają, o tem, jak „coś“ w lesie łamie gałęzie i rzuca je przechodniom pod nogi, o gromadach dziwnie ubranych ludzi, którzy niezrozumiałym językiem rozmawiając, giną gdzieś w lesie.

— Mnie się tam raz zdarzyła taka zacha — opowiadał poczciwy Florjan. — Chciałem sobie ustrzelić zająca i wypatrzyłem go. Była zima, noc księżycowa. Siadłem sobie na kopeczku za krzakiem, z fuzją i czekam. Słyszę, a cicho było zupełnie, biegnie zając. Chyc, chyc, po śniegu! Słyszę wyraźnie, patrzę — nie widzę nic. A tu tupot coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie siada przede mną ten zając i dyszy na mnie, czuję dech, a nie widzę zająca. Jest to możliwe? A ja to miałem sam dokonane.

Szkólny pokręcił głową. Bojaźliwy nie był.

— No, wiecie co, Plorjanie — odpowiedzial. — Przecie zając — nie tygrys i nikt się nie zlęknie zająca żywego. Miałbymże ja bać się takiego zająca. którego nawet nie widać?

— Nei, to jest glupc! — pomyślał Florjan, i zagadawszy zręcznie swoje opowiadanie, przeszedł na inny temat.

A szkólny chodził wciąż do samotnej wieży na Libeku.

Raz po południu. kiedy szedł aleją, a dzień był jasny, jakby powiedzieć, jesienno-zimowy, rzeźwy, ujrzał daleko przed sobą coś niby płomyczek. Ten płomyczek szedł ku niemu, ale nie był wcale groźny, bo gdy się zbliżył, szkólny poznał w nim ową dziewczynę, rybaczkę, którą kiedyś spotkał, idąc z dziećmi na wycieczkę, a która wywarła na nim tak dziwne wrażenie. Przechodząc, spojrzała na niego głęboko szafirowemi oczami i uśmiechnęła się. Ale jak? Szkólny nie wiedział, czy ona się śmieje do niego, czy z niego, czy do siebie. Tak się zmieszał, że choć jej nie znał, ukłonił się jej z całą szarmanterją wielkomiejską, na co ona parsknęła śmiechem, zerwała się nagle i pobiegła.

Stał, patrząc za nią, zdziwiony, bo tak biegnącej dziewczyny jeszcze nie widział.

Były to jakieś nieopisanie miękkie, a równocześnie śmiałe i szybkie podrzuty naprzód, które jednak naraz zatrzymywały się tak, że postać dziewczyny prostowała się w całej smukłości, poczem znów miękkim ruchem mknęła ku przodowi.

Tego dnia szkólny nie czuł się w swej świątyni dumania tak dobrze, jak zwykle.

Morze robiło tu wielki „ok“. Nazwa brzmi dziwnie, ale jest zupełnie zrozumiała, jeśli się wie, że rybacy nie wymawiają litery „h“, a zaś „a“ zmieniają zawsze na „o“, co powoduje różne cuda. Naprzykład ze słowa „Haven“, odrzuciwszy „h“ i zmieniwszy „a“ na „o“, a zaś „en“ na „ing“, zrobili ślicznie brzmiące słowo „owinga“, co znaczy przystań. Tak tedy był tu „ok“, czyli „hak“, z brzegiem wysokim, o który fale się rozbijały. Szkólny do tego widoku przywykł. Nie zwracał uwagi na morze. Nie czuł go. Ale tego dnia zdawało mu się, iż szum fal rozbijających się o brzegi nie jest hucznym tylko rozgłosem, lecz jakąś mową czy tyradą groźną, śpiewaną przez wielki chór.

Kiedy indziej, wracając z Libeku, znów spotkał nieznajomą dziewczynę. Tym razem, obrażony jej śmiechem i ucieczką, nie ukłonił się jej. Szła ku Ubekowi. Minął ją obojętnie i aby o niej zapomnieć. bo go niewiadomo dlaczego myśl o niej gniewała, poszedł pod „Łososia“ z tem wściekłem „kiem“, tam kazał sobie dać butelkę wina owocowego, a kiedy Paweł z Kubą zaczęli grać, zatańczył sobie shimmy z Mariczką. Rozerwało go to i rozbawił się tak, że wrócił do domu trochę późno. Mariczka była panienką bardzo miłą i poczciwą, ale mimo to szkólny, położywszy się spać, nie myślał o niej, lecz widział wciąż korki z czerwonemi kapkami, dziwnie wesoło kręcące się w takt „shimmy“.

Przestał chodzić na Libek.

Był raz straszny sztorm nordowy. Szyby w oknie szkólnego zaczęły nad wieczorem dzwonić jak pancerze, okropnie cięte szablami. Szkólnemu zrobiło się tak smutno, że mimo iż w portfelu miał ostatnie detki, nie mógł wytrzymać, i owinąwszy szyję starannie popielatym szalem, poleciał pod „Łososia“ z ten barbarzyńskiem „kiem“. Było tam jasno, Papaszk siedział w kożuchu pod piecem i przebierał bawełnę, jego żona przędła na kołowrotku, Tuna zaś z Pawłem wiązali nowy żak. Szkólny usiadł w kącie i popijając skromnie coś tam, rozmawiał, palił papierosy, wzdrygał się czasem, gdy narda silniej zawyła, i tak czekał, kiedy przyjdzie czas iść spać.

Rozmawiali.

Wtem wicher zawył tak okropnie, że aż stary Papaszk zdziwiony podniósł głowę, a jego żona zadrżała, otuliła się szczelniej w sweter i powiedziała coś rozwlekłym „belockim“ akcentem, bo wśród Kaszubów narzeczy jest niemało.

A wtedy dały się w sieni słyszeć kroki, które tuż przed drzwiami ucichły. Potem drzwi uchyliły się i cicho wszedł przez nie płomienny sweter. Przybyła, podszedłszy nieśmiało do lady, za którą stała szczerząca w wiecznym dziecinnym uśmiechu białe zęby Mariczka, zażądała czekolady i jeszcze tam czegoś. Szkólnego nie widziała, tylko gdy odchodziła, spojrzała na niego, a jemu błysnęły wówczas w duszy dwie ciemnoszafirowe gwiazdy.

— Znacie tę dziewczynę? — zapytał, gdy rybaczka wyszła.

Rzecz dziwna. Wszyscy ją znali, ale nikt dokładnie nie umiał powiedzieć, czy to Alojza Kąkola „cuerka“, czy Muży Juljusza, czy Budzisza Franca, i tak wymieniano to tego, to tamtego, aż się wreszcie rodzina pokłóciła.

Przyszła zima. Las, którego alejami szkólny wciąż chadzał, pojaśniał, bo drzewa strząsnęły listowie, które śnieg przysypał, woda zaś w rowach zamarzła i teraz dzwoniła rozgłośnie pod łyżwami dziatwy, która uganiała po nich, napełniając las wesołą, dźwięczną wrzawą dziecinnych głosików. A równocześnie z za „gór“ dolatywał ryk rozwścieklonego morza.

Było to właśnie w czas burzy.

Szkólny, szalem gardziołko starannie owinąwszy (bo pełnił w wiosce również funkcję organisty i bał się zachrypnąć), szedł ponurą aleją ku Ubekowi, a przed nim szedł — płomyczek. Nie przyśpieszał kroku, właśnie nie chcąc dziewczyny doścignąć. Chciał być sam. Gdy dotarł do swej wieży, wdrapał się na nią, usiadł na zwykłem miejscu i zapatrzył się na morze. Było szarozielone, spienione, złe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?