Pilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Pilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade

Armoryka

Sandomierz

Saga

Pilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Wikimedia

Copyright © 1934, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050606

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Hołd maluczkiemu

Dnia 30 lipca 1925 r. do przystani Port Leon na wyspie Yule, jednej z niezliczonych wysp Oceanji w okręgu brytyjskiej Nowej Gwinei, zawinął piękny wojenny statek francuski „Aldebaran”, stacjonowany na oceanie Spokojnym, a teraz wracający do Francji. Statek spuścił szalupy, do których wsiedli oficerowie w białych płóciennych garniturach i podzwrotnikowych hełmach korkowych, oraz marynarze w koszulach w błękitne paski i w białych spodniach. Na tyle statku powiewała, jak w dni wielkich uroczystości, trójkolorowa chorągiew Francji.

Szalupy skierowały się ku wybrzeżu wyspy, zamieszkałej przez jakich dwadzieścia do dwudziestu pięciu tysięcy napół dzikich Papuasów i przez garść misjonarzy katolickich Najśw. Serca Jezusowego, Francuzów, Szkotów, Australijczyków, zebranych ze wszystkich stron świata bojowników i pracowników Bożych. Są to ludzie cisi i pokornego serca, dalecy od próżności i ambicyj ludzkich, lecz wysoko trzymający sztandar Legji Chrystusowej. Widok szalup, płynących z wojennego statku, zadziwił ich.

Marynarze po wylądowaniu stają w ordynku wojskowym. Maszerują w stronę misji, a gdy tam już dotarli, kapitan statku Benoist pyta:

- Gdzie jest grób ojca Bourjade'a?

Ojca Bourjade'a? Mój Boże! Był to jeden z najpokorniejszych ojców, cichy, niezmordowany misjonarz, daleki od wszystkiego, co światowe, i pracujący z całem oddaniem nad urabianiem dusz papuaskich wśród febrycznych, podzwrotnikowych bagnisk. Czegóż ten pełen godności i wojskowej wyniosłości kapitan wojennego statku, otoczony świtą oficerów w niepokalanej bieli, może chcieć od biednego zmarłego misjonarza? Jakimże znowu zgiełkiem świata chce wraz z oddziałem marynarzy napełnić cmentarz, na którym odpoczywa utrudzony wielce pracownik Boży?

Zaniepokojeni trochę ojcowie wiodą kapitana z jego oddziałem na grób o. Bourjade'a. Kwitną na nim lilje czerwone, które zasadził jeden z braci szkockich. Oddział marynarzy ustawia się po obu stronach grobu. Widać morze, lasy, dalekie góry, niezbadane dotychczas i pełne tajemnic. Jest cisza.

A nagle rozlega się komenda:

- Garde à vous! Baczność!

I komendant Benoist przemawia:

- Ojcze Bourjade! My, marynarze floty francuskiej, przyszliśmy oddać ci cześć.

Jesteśmy głęboko wzruszeni.

Za spełniony przez ciebie obowiązek Francja cię wynagrodziła, ale ty porzuciłeś wszystko i przybyłeś do tego kraju, aby się poświęcić pracy pokoju. Padłeś na tem nowem polu chwały.

W imieniu Francji, armji, mych oficerów i marynarzy wyrażam ci podziw i oddaję ci cześć. „Aldebaranowi” zależało na tem, aby złożyć ci hołd.

Peyriller, biograf o. Bourjade'a, dodaje:

„W kilka godzin później „Aldebaran” odpłynął na zachód ku dalekiej Francji. Biały statek, na którym lśniły barwy Francji, zagłębił się w morzu, ciemniejącem pod wieczór. W krótkim czasie na jaśniejszym nieco skraju horyzontu nie było już widać nic, prócz słupa dymu, przypominającego słup dymu, jaki się unosił z miejsca, w którem spadł zapalony przez francuskiego pilota obserwacyjny balon niemiecki.”

Cóż wspólnego ma pokorny misjonarz z wysp Oceanji z tem wojennem wspomnieniem?

Bardzo wiele. Albowiem ten cichy pracownik Boży był jednym z najlepszych bojowych pilotów francuskich, był światowej sławy pilotem-myśliwcem i specjalistą w niszczeniu obserwacyjnych balonów niemieckich podczas wielkiej wojny. Był kawalerem oficerskiego krzyża Legji Honorowej. Miał sławę i, gdyby chciał, wielką karjerę przed sobą. A został misjonarzem na jednej z wysp Oceanji i tam umarł. Z wycieńczenia i febry, zdala od świata, wśród Papuasów.

O tym to dziwnym, świętym człowieku, przezwanym spowodu jego kultu dla św. Teresy „Pilotem św. Teresy”, opowiada niniejsza książeczka.

Kraj rodzinny Bourjade'a

Leniwemi falami pną się po stoku wzgórza domy o białych ścianach a dachach ze starej, czerwonej, lecz już poczerniałej dachówki. Domy te są bardzo stare i pamiętają niemniej dawne a niespokojne czasy. Obecnie w rozpalonej do białości godzinie południa milczą, a wnętrza ich wypełnia miły chłód, który możnaby porównać z orzeźwiającym smakiem świeżo zerwanej oliwki. (Koło domów pełno w sadach drzew oliwnych.) Jednakowoż bywały czasy, gdy ciche te domy rozbrzmiewały hukiem arkebuz i szczękiem szpad, albowiem w tym kraju oddawna walczono o skarb największy, a mianowicie o religję i wolność sumienia.

Jest to Cos, miasteczko, w którem stoi dom rodzicielski Bourjade'a.

W oparach południowego słońca kraj ten jest szary, bo skały są w nim białe, twarde zaś listowie południowej roślinności ma kolor tak ciemnozielony, iż zdaje się być czarnym, a mieszając się w blaskach słonecznych z jaskrawą bielą skał i ścian domów, staje się popielatym. Poniżej, przez pola, zdawałoby się bezbarwne, płynie połyskliwa rzeka Aveyron. Nad tem wszystkiem ciemno-szafirowe niebo południowej Francji, sięgającej podnóży Pirenejów.

Jest to kraj stary, gdzie każde miasteczko i każdy dom ma swą historję. Pierwsze wrażenie, jakie odnosi podróżny z jego widoku, jest pogodne, aczkolwiek do pewnego stopnia zabarwione smętkiem kontemplacji zbyt silnego słońca. Ale to tylko wrażenie powierzchowne, bo oto choćby tylko ta rzeka Aveyron, tak leniwo płynąca i niby apatyczna, ma chwile gwałtownych wybuchów i buntu. Do mieszkańców tego kraju jakże trafnie stosuje się nasze przysłowie o „cichej wodzie, która brzegi rwie”.

Ta skrytość, połączona z nagłemi wybuchami lub raczej z nieoczekiwanemi, lecz niezłomnemi postanowieniami, to również rys charakterystyczny Bourjade'a. Dowodzi to bardzo silnej i głębokiej uczuciowości. „Pilot św. Teresy”, jak później nazywano Bourjade'a, nie pisywał wierszy, ale śmiało mógłby się podpisać pod wierszem Alberta Flory'ego:

Jestem synem tych rycerzy,

co gardząc niskiemi sprawami,

walczyli o to, w co się wierzy,

katolicy z protestantami.

W wojnach rządzili się jedną potrzebą:

zdobyć niebo.

Nie sądzimy jednak, aby ci ludzie, którzy zawsze gotowi byli bronić swych przekonań z orężem w ręku, nie szanowali i nie kochali się wzajemnie. Tak to już jest na świecie, że ludzie z charakterem za swoje przekonania dają życie. To jednak nie wyklucza, aby sobie w razie potrzeby nie pomagali wzajemnie, i z tego nie wynika, aby się prześladowali jadowitą złośliwością.

Toteż nie dziw, że w rodzinie Bourjade'ów, od czasów albigensów słynącej z niezmiennych wierzeń katolickich, zdarzył się fakt, iż w czasie wielkiej rewolucji pewien protestant wpływami swemi wśród jakobinów ocalił jednego z pradziadków „Pilota św. Teresy” od szafotu, na który skazał go teror.

Znak

Jest rzeczą doprawdy dziwną i wzruszającą, że prawie wszyscy ludzie wybitniejsi czy też przeznaczeni do wielkich rzeczy w świecie ducha, jawnie są jakgdyby piętnowani i naznaczani na to w dzieciństwie zapomocą jakiegoś cudu. Znany jest nam, Polakom, cud z Mickiewiczem, który też zawsze żywił w duszy kult dla Matki Boskiej Ostrobramskiej. Polski apostoł Japonji Wojciech Męciński, również cudownie przez Matkę Boską ocalony, jako Sodalis Marianus służył jej całe życie. Ten sam cud powtarza się znowu z Leonem Bourjadem. Jako mały a bardzo żywy chłopaczek, przez nikogo niepilnowany, przełaził przez jakiś ganek - na czwartem piętrze - gdy nagle stracił równowagę i zawisł na balustradzie. Na krzyk malca, który miał wówczas cztery lata wszystkiego, zbiegli się ludzie i uratowali go. Nie mamy powodu dziwić się, że chłopaczek w swej nieświadomości próbował urządzić wycieczkę w przestrzeń błękitną. Niebo było jego żywiołem, czego też później dowiódł jako pilot. Narazie jednak uratowano go, a drżąca z trwogi matka, tuląc go do łona, wykrzyknęła:

- Bóg postanowił cię zachować, abyś dokonał czegoś wielkiego!

Wiadomo, że istnieją w Kościele katolickim komisje, badające tak zwane „cuda”, bo nie wszystko, co się wydaje cudownem, jest cudem. My, którzy notujemy tu poprostu fakty, nie możemy oczywiście z całą stanowczością twierdzić, że uratowanie małego Leona było istotnie cudem. Na małe dzieci zawsze wszędzie się uważa, choćby zdaleka. Często się zdarza, że dziecko wejdzie np. na okno, przestraszy się, zacznie krzyczeć, a ktoś wtedy przybiegnie i uratuje je, bo zawsze jest ktoś starszy wpobliżu. Z tego punktu widzenia rzecz biorąc, nie byłby to oczywiście żaden cud, lecz zwykły zbieg okoliczności. Jednakowoż, jeśli taki wypadek zdarzy się chłopaczkowi o sercu bardzo wrażliwem i czekającem na ideę, która właściwie nie jest niczem innem, jak tylko objawieniem, a dalej, jeśli chłopaczek, nawiedzony niem już w czwartym roku życia, odkryje w sobie powołanie, za którem iść będzie przez całe życie, to czyż to nie jest cudem?

 

Starodawna rodzina Bourjade'a oddana była na usługi Kościoła i ojczyzny. Na ścianach domu wisiało wiele portretów mężów prawdziwie zasłużonych, przedewszystkiem oficerów, wśród nich zaś byli pułkownicy i jenerałowie, komendanci artylerji gwardji z czasów Napoleona III. Jeden z wujów Leona Bourjade'a padł na polu bitwy pod Montebello, prowadząc do ataku pułk piechoty. A gdy Leon był małym chłopcem, jego wuj jenerał d'Amade wojował w Marokku z Maurami, stosownie do tradycyj rodzinnych wciąż trwając na pozycjach nigdy nieginących „Książąt Niezłomnych”, którzy wiedli boje z zieloną chorągwią Mahometa.

Tak tedy ów chłopaczek, igrający sobie w ciasnych uliczkach starego miasteczka, nie przypuszczał nawet, iż jest dziedzicem owych dziwnych rycerzy, w których piersiach serce gorzało żywym płomieniem wiary, w prawicy zaś lśnił szeroki toledański miecz.

Wszyscy przodkowie Bourjade'a, którzy służyli Bogu w sukience duchownej, przelali na niego swą wiarę; wszyscy rycerze z jego rodu oddali mu swe bohaterstwo, i tak się stało, że Leon mógł zostać „Pilotem św. Teresy”.

Lecz niezawsze kraj leży stężały w zadumie i kontemplacji słonecznej. Normalnie jest to kraj barw, radości życia, pięknych gajów i łąk soczystych, znakomitego wina i wesołych kompanów, słowem kraj zasobny. Niedaleko już jest Prowancja, ziemia kwiatów i poezji, z pewnością wywierająca wpływ na departamenty sąsiednie. Cała południowa Francja jest krajem skwarnego słońca i bujnego życia.

W takim to kraju żył Bourjade, zawsze trochę nieśmiały, zadumany i trzymający się zdala od ludzi, ale dla życia bynajmniej nieusposobiony wrogo. Przeciwnie, od wczesnej młodości zajmował się bardzo żywo sportami, a jako wioślarz zdobywał nagrody i odznaczenia. Zatem nie był pozbawiony pewnej męskiej ambicji.

Bourjade ma skłonności ascetyczne, które się w nim później rozwiną - to nie ulega wątpliwości - ale choć często pogrążony w zadumie, przecież nie był z kamienia, żył otaczającą go radością i pięknem i nieodrazu został świętym. Gdyby nie był kochał życia i świata, robiąc z niego ofiarę Bogu, ofiarowałby coś, co dla niego samego nie przedstawiało żadnej wartości. Licha byłaby to ofiara!

W duchowem założeniu, z którego wychodził Bourjade, my widzimy pełnię ducha, ogromną radość życia i wynikający z niej potężny rozmach skrzydeł duchowych, który go niósł na podbój nowych światów. Na takich to skrzydłach ku Ziemi Świętej niosły się swego czasu dusze rycerzy krzyżowych św. Ludwika, którzy stworzyli nietylko nowe, ważne daty w historji, ale także wielką poezję, ogrojcem nowych, nieznanych kwiatów okalającą świątynię Grobu Chrystusowego.

Dla uzupełnienia charakterystyki Bourjade'a dodajmy, że ten misjonarz potrafił być w swoim czasie doskonałym żołnierzem. Bohaterstwo jego zostało niejednokrotnie stwierdzone. Francuski biograf nazywa to „oddawaniem cesarzowi, co cesarskiego”. Zdanie to krzywdzi Bourjade'a, potomka nietylko duchownych, ale i wielu żołnierzy. On, walcząc, pragnął przedewszystkiem spełnić swój obowiązek wobec Francji, ojczyzny bohaterskiej Dziewicy Orleańskiej.

Sam Bourjade, pominąwszy brodę, którą w wojsku francuskiem nosić wolno, na fotografji z czasów oficerskich w dobie wojny, nie wygląda zbyt ascetycznie. Blondyn z wysokiem czołem, twarz pociągła, rysy regularne i dobrotliwe. Widać w nich uduchowienie, a wielkie, czarne oczy, poczciwe i łagodne, patrzą raczej wesoło niż posępnie. Ale odrazu widać, że mundur nie jest stosownym dlań strojem i że armja nie jest jego właściwym światem. Pofałdowany, pomarszczony frencz, źle skrojony, leży na nim bez najmniejszego śladu żołnierskiego czy oficerskiego szyku. Łatwo poznać, że właścicielowi tego frencza, jakby specjalnie może do fotografji wypożyczonego, nic nie zależy ani na mundurze, ani na wojsku.

Drobny to szczegół, lecz charakterystyczny i doskonale malujący sposób myślenia Bourjade'a.

Przebudzenie się duszy

Jeden z starszych braci Bourjade'a był misjonarzem w Indochinach.

Drugi właśnie wyjechał do Hiszpanji, aby się tam przygotowywać do zawodu misjonarza. Spowodu złych stosunków między Kościołem a państwem było to we Francji niemożliwe.

Wyjazd tego drugiego brata wywarł na Bourjadzie głębokie wrażenie. Dla Bourjade'a był to żywy przykład poświęcenia, dla odjeżdżającego młodego człowieka urzeczywistnienie najświętszych i najśmielszych marzeń.

Od tego czasu w usposobieniu przyszłego „Pilota św. Teresy” zachodzi wielka zmiana. Unika ludzi i chroni się w głębi ogrodu, gdzie wydrążył sobie sztuczną grotę; tam, niby jaki pustelnik, długie spędza godziny na pobożnych rozmyślaniach.

Któż mógłby zajrzeć do duszy zagłębionego w pobożnych medytacjach marzyciela? Któż mógłby odtworzyć obrazy, w ciszy ukrytej groty przesuwające się przez duszę tego młodzieńca?

Chęć służenia Wierze jedynej mogła się tu łączyć z wizjami krajów dalekich, które - któż wie? - może były wizjami zaświatów? Do jakich uniesień zdolna była ta dusza młoda a pełna wielkiej miłości? Długie godziny modłów serdecznych, ślubów nieodwołalnych rozżarzały ją tak, że gdy młodzieniec wracał znowu do ludzi, miał dla nich uśmiech dobry i jasny, ale słów bardzo niewiele.

Była to pora przyspasabiania się do bakalaureatu. Jest to pierwszy stopień uniwersytecki we Francji, właściwie niewiele więcej niż nasz egzamin dojrzałości, a składa się z egzaminu piśmiennego i ustnego. Bourjade, młodzian nieprzeciętnych zdolności i wybitnej inteligencji, był zawsze pilny. Lecz naraz przestał się uczyć. Po zdaniu egzaminu piśmiennego miał przed sobą o wiele łatwiejszy ustny, który był jeno formą. Gdy jej zadośćuczyni, świat stanie mu otworem, i będzie mógł rozpocząć karjerę życiową...

Otóż to właśnie! Egzamin ten pociągnie następstwa, które mogą na zawsze przykuć duszę do powszednich prac tego świata. A młody Bourjade pogardza marnościami tego świata i niewoli jego nie chce. Nie zależy mu nietylko na zaszczytach i powodzeniu, ale nawet na wiedzy światowej i mądrości. Najważniejsze są dla niego obowiązki wobec Boga i duszy, którą przez pracę i czyny miłości w całości pragnie oddać Bogu.

Nadeszła chwila rozstrzygająca. Rodzina pyta Leona, czemu nie chce zdawać egzaminu. Młodzieniec z mocą podaje racje i powiadamia o swem postanowieniu. Rodzina oczywiście próbuje go od powziętego zamiaru odwieść, ale widząc jego natchniony zapał i nieugiętą wolę, poddaje się wyrokowi Opatrzności, przestaje się sprzeciwiać i daje zezwolenie. Ci głęboko religijni i nabożni ludzie czują, iż przez usta Leona przemawia prawdziwe powołanie. Z całą więc pokorą poddają się woli Bożej.

Wędrówki Bourjade'a

Spowodu wygnania zakonników z Francji Bourjade, podobnie jak jego starszy brat, wyjechał do Hiszpanji i tam wstąpił do nowicjatu.

Od tej chwili zaczyna się bezustanna wędrówka jego duszy.

Już jako chłopiec odbywał często pielgrzymki na rowerze do Lourdes. Dzień przeznaczano na drogę w jedną stronę, dzień na modlitwy, dzień na powrót. Później to upodobanie do pielgrzymek wzrosło, a ostatnia zaprowadziła go do celi świętej z Lisieux. Jednakże nie te pielgrzymki mamy na myśli, ale Bourjade'owe tułactwo, ludzkie, a także duchowe.

Ma on postanowienie niezłomne, jak niezłomną jest jego wola i odwaga. Jednakże największy nawet rycerz opłaca bohaterstwo ciężkiemi chwilami zwątpienia i słabości. Albowiem każdy, kto idzie za Chrystusem, w chwili zmroku swej duszy musi wstąpić na górę Oliwną, zanim rozświetli mu się Kalwarja.

Po krótkim pobycie w Hiszpanji Bourjade opuścił ten kraj.

Czemu tak prędko?

Francuski biograf wyjaśnia to w sposób prosty: nowicjat misjonarzy Serca Jezusowego przeniesiony został do Fryburga w Szwajcarji. Tam również podążyć musiał nowicjusz.

Atmosfera jest tu spokojniejsza, cichsza niż w Hiszpanji. Flegmatyczne otoczenie wywiera swój wpływ, powietrze górskie jest przeczyste, błękitne oczy jeziora Czterech Kantonów jasne i przejrzyste. W zaciszu kolegjum Serca Jezusowego młody adept uczy się i rozmyśla.

Wszelkiemi siłami stara się złamać w sobie ambicję. Zdaje się, że to był jego najsłabszy punkt, bo z ambicją walczył całe życie. Stara się wyglądać, o ile możności, jaknajbiedniej. Wyprosił sobie najstarszą i najbardziej zniszczoną sutannę. Łatwo możemy sobie wyobrazić, jak po kamiennych płytach korytarzy starego gmachu kłapią zdarte obcasy starych pantofli tego ascety. Idzie, uszczęśliwiony swem ubóstwem, i z rozjaśnioną twarzą pozdrawia przechodniów, patrząc na nich oczyma tak promiennemi, jakgdyby wysączyć z nich chciał całą radość, przepełniającą mu duszę.

Czy się umartwia? Nikt nie wie, bo Bourjade nigdy o sobie nie mówi. Prawdopodobnie, pomijając posty, ciała nie dręczy. Modlitwy i pobożne rozmyślania nie są umartwieniem, a ten święty więcej może analizuje i rozmyśla, niż daje się ponosić porywom. Przy całym romantyzmie i poetyczności duszy Bourjade to jasny, logiczny, analityczny umysł Francuza, zawsze doskonale zdającego sobie sprawę z tego, co czyni.

Zdarza się, że z Fryburga wyjeżdża do Cos, aby odwiedzić rodzinę. Ponawia wówczas pielgrzymki do Lourdes. Nie zaniedbuje ich podczas urlopów jako żołnierz w czasie dwuletniej służby wojskowej, tylko że wtedy ze względu na pośpiech nie jeździł do Lourdes na rowerze, lecz koleją.

Brutalnością do pewnego stopnia byłoby wnikać we wszystkie uczuciowe momenty takiej pielgrzymki. Ale w pewnej mierze możemy ją sobie w myślach odtworzyć. Postem, modlitwą i rozmyślaniami przygotowany dąży o świcie, aby czasu nie tracić, polnemi ścieżkami ku stacji kolejowej i wraz z budzącą się przyrodą odmawia najszczęśliwsze i przenajczystsze modły. Świt dopiero się perli na wschodzie, gaje otrząsają z siebie rosę, ziemia pachnie, koguty pieją. Wolno idzie przez budzący się świat. Z oddali wynurza się pociąg, którego niezgaszone jeszcze światła lśnią o świtaniu jak brylanty. Jadą różni ludzie w swoich interesach, wiozą kury, kaczki, czosnek, cebulę, myśli ich już od rana zaprzątnięte są brzękiem franków; o duszy nie myślą zupełnie.

Wśród nich siada niepozorny żołnierz artyleryjskiego pułku. Dobrotliwemi oczyma, rozumiejącemi wszystko, ogarnia twarze, i obiecując sobie z całych sił nie modlić się za siebie, lecz za bliźnich, jedzie szczęśliwy tam, gdzie przed grotą z biało-błękitną Najświętszą Panienką chromi wstają, głusi słyszą, ślepi widzą.

Brzask na wschodzie jest już szafranowo-różowy.

Dusza rozkwita.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?