Pałac połamanych lalek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Pałac połamanych lalek

Saga

Pałac połamanych lalek

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1935, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050545

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Poświęcam Pamięci

Dr. JEANETTE FRAENKLOWEJ

Sekundarjuszce Szpitala dla Chorych Nerwowo we Lwowie

i

Panu

Drowi ALEKSANDROWI DOMASZEWICZOWI

Prymarjuszowi Szpitala dla Chorych Nerwowo we Lwowie.

I.

— Co to za ulica? — zapytałem, rozglądając się ciekawie wśród znanych i nieznanych zarazem domów, przeważnie dwupiętrowych, wyraźnie z drugiej połowy zeszłego wieku, starych już a wciąż jeszcze naiwnie pretensjonalnych.

— Nie poznajesz? — odpowiedział swym głębokim basem Właduchna — Chodziłeś tędy co najmniej dziesięć razy na rok jako młody chłopak. Nie pamiętasz już drogi na cmentarz?

Roześmiałem się.

— A tak, teraz sobie przypominam. Stąd na cmentarz już niedaleko. Tu księża donośnemi głosami intonowali „żałobne pienia“, jak piszą reporterzy.

Więc dla ducha podniesienia

pogrzebowe, czarne pienia

zanucili od niechcenia.

Nie zapomnę nigdy z jaką miną, ni to bolesną, ni to obrażoną, Właduchna odwrócił się odemnie, usłyszawszy tę improwizację. A ja deklamowałem dalej:

Nad głowami czarna trumna,

śmiercią swą żywa kolumna,

zakołysała się dumna.

— Dobre wiersze, co? — zwróciłem się do Właduchny.

— Asonancyj niema — odpowiedział, aby się odemnie odczepić.

— Wielki ty jesteś krytyk przed Panem — mówiłem, śmiejąc się. — Ale asonancje, kochanie moje, to kule, na których chodzą poetykastrzy. Obłąkanym rymów nie brak, a pamiętaj, w każdym obłędzie jest dużo poezji, w każdej prawdziwej poezji jest dużo obłędu.

— To już — zauważył Właduchna z akcentem ulgi.

Nie wziąłem mu tego za złe. Dobry chłop, dobry, zacny kolega. Niemało się ze mną namęczył.

Szerokie wrota w parkanie rozwarły się i powozik powoli wtoczył się w obręb gmachów szpitalnych.

— Tu bardzo pięknie! — zauważyłem, przyglądając się ogrodom i rozrzuconym wśród nich wielkim gmachom — Nigdy nie byłbym przypuścił, że tu może być tak ładnie. To wszystko szpitale?

— Tak — odpowiedział Właduchna — Ten wielki, biały gmach przy wrotach wjazdowych, to szpital wenerycznych, ten mniejszy, biały pawilon dalej, to twój szpital chorych nerwowo, ten ogromny, szary pałac z dwoma krótkiemi skrzydłami, to szpital położniczy, a prócz tego jest jeszcze szpital chirurgiczny, okulistyczny, męski i kobiecy szpital chorób wewnętrznych, chorób skórnych, szpitalik dla dzieci — całe miasto szpitalne, z ogrodami i sadami, jak widzisz.

Patrzyłem zdumiony.

— Ależ to musi być znacznie ciekawsze niż to głupkowate, osławione Holywood, miasto kinowych gwiazd — rzekłem wreszcie — To musi być wspaniałe!

— Nigdy tu nie byłeś? — zdziwił się Właduchna.

— Nie. Pierwszy raz jestem w szpitalu. Co to za komin, tam, na górze, nad szpitalem położniczym? Ogrom! Ciemno czerwony, okopcony u góry... Kopci... Widzisz?... Nadzwyczajne!

— Cóż znów nadzwyczajnego w tem, że komin kopci? — z pewną irytacją odrzekł Właduchna.

Roześmiałem się i zacząłem deklamować:

Widzisz? Czarne arabeski na błękitnem niebie.

Co on pisze? Go away you! — albo może come in?

W wietrze płynnym pióro macza okopcony komin,

na błękicie pisze wiersze, lecz tylko dla siebie.

Wiatr się śmieje, poematy wciąż mu przeinacza.

Chciałbym wiedzieć, co on pisze — lecz skąd wziąć tłumacza?

— Wciąż wiersze i wiersze! — jęknął Właduchna — Możebyś przestał?

— Nie mogę myśleć inaczej, jak tylko wierszami — tłumaczyłem się. — Niema dla mnie słowa bez rymu. Ach, gdybyś wiedział, jakie to okropne, jak męczy!

— Wyobrażam sobie! — przyznał Właduchna. — Ale już wkrótce zapomnisz o tem, odpoczniesz, Orestesie, przez Erynje ścigany. Wysiadaj.

— To tu?

— Tu.

Staliśmy przed dwupiętrowym, białym pawilonem, otoczonym wysoką, cienką ażurową siatką ze stali, najeżoną u góry kolcami. Siatka ta była tak czuła, że za każdym powiewem wiatru przebiegały przez nią białe, gorączkowe drgnienia, niby niespokojne, lśniące fale. Obok pawilonu zielenił się wielki, dobrze utrzymany trawnik, po którym przechadzało się kilku chorych w długich, pasiatych lub błękitnych płaszczach. Z pod pół, rozwiewanych przez wiatr, widać było kalesony. Gołe stopy „sztuką palców od nóg“ utrzymywały w posłuszeństwie pantofle z czarnemi, skórzanemi kapkami. Kilku siedziało na ławeczce, okrążającej wielką, starą lipę, od której zaczynała się idąca aż ku bramie wjazdowej, reprezentacyjna część ogrodu, upstrzona okrągłemi kwietnikami, podobnemi do różnobarwnych placków, zaś cały ogród obwiedziony był łańcuchem jaskrawo kwitnących georginij.

Na ławeczce niedaleko bramy siedział chory w pasiatym płaszczu.

— Niech pan zadzwoni — rzekł, widząc, że Właduchna napróżno szarpie klamką, chcąc dać znać o naszym przyjeździe — Niech pan zadzwoni. Tu wszystko zamknięte na klucz.

— Słyszysz? — zwróciłem się do Właduchny zaniepokojony.

— Więc cóż z tego? — uspakajał mnie ten poczciwy chłop — To nie sanatorjum, ale szpital dla nerwowo chorych, a nerwowo chorzy miewają różne, wesołe pomysły. Czego się boisz? Skoro sam profesor przyjął cię tu i obiecał zaopiekować się tobą... Co za średniowieczne wyobrażenia o szpitalu! Aż wstyd!

— Cóż zdrowy może wiedzieć o szpitalach? — westchnąłem.

— Czemuż nikt nie otwiera? — niecierpliwił się Właduchna.

— Niech pan jeszcze raz zadzwoni, długo! — radził głos z za sieci — Oni tam niezawsze słyszą, bo dzwonek dzwoni słabo, zepsuty...

Właduchna dzwonił, a ja tymczasem rozglądałem się „po świecie“, pewny, że nie tak prędko go zobaczę.

Było przecudne popołudnie lipcowe, ledwo dyszące od słońca pod gorącym, głębokim szafirem nieba. Po drugiej stronie szerokiej drogi, przecinającej obszar szpitalny od dolnej bramy do drugiej, górnej, widać było na skłonach pagórków sad, gęsty, światłem słonecznem przepojony a cieniem popielatym podszyty. Poniżej ciągnął się ogród warzywny, z grzędami fasoli, pomidorów, kapusty, buraków i innych jarzyn, których liście połyskiwały jak srebrne. Daleko, za tem warzywnem polem i za sadem, widniała wieża i białe mury klasztoru. Zbudowane na wzgórzach miasto szpitalne z swemi wielkiemi gmachami i białemi pawilonami, rozjaśnione było niefrasobliwie szczerym, pełnym wesołych barw, serdecznym uśmiechem lata. To zrobiło na mnie korzystne, ośmielające wrażenie.

— Nareszcie! — odezwał się Właduchna.

Z bramy pawilonu wyszedł młody, barczysty parobek w pantoflach i pasiatej, płóciennej bluzie; w prawej ręce trzymał pęk kluczy. Szedł ku furtce bardzo powoli, zgarbiony, ledwo powłócząc nogami. Opalony na złoty kolor, z ciemno czerwonemi rumieńcami, purpurowemi ustami i dwoma rzędami zębów, równych i wilgotno białych, był bardzo przystojny, tylko minę miał zaspaną, rozluźnione mięśnie twarzy i gapiowato bezmyślnie otwarte usta. Najpocieszniejsza jednak była jego czupryna, częściowo złota a częściowo płomienista. Domyśliłem się, że ten głupi, próżny parobas, wstydząc się swej rudej chyry, utlenił włosy, co po ich odrośnięciu dało efekt nadzwyczajny.

— Proszę! Proszę! — mówił, otwierając furtkę — Tędy, na lewo, do ambulatorjum.

Po akcencie poznałem górala.

— Skąd jesteście? — zapytałem.

— Z Zakopanego.

— Aj! Słyszałeś? — zwróciłem się naraz do Właduchny — Jak obrzydliwie, fałszywie, podle mlasnął za nami ten stalowy zamek w furtce. Słyszałeś? Niby to on nic, niby to on tylko tak sobie, delikatnie, dyskretnie, ot, mlasnął zcicha, ale spróbuj teraz furtkę otworzyć.

Przed drzwiami ambulatorjum znowu zacząłem deklamować:

Na pergaminie niebieskim

Komin pisze arabeski,

kreśli hieroglify czarne.

Już stalowy zamek szczęknął,

przepadło, poszło na marne

lata mego wszystko piękno,

— Aj! Dodeklamowałem się! Aj! Przecie to święta prawda! Przepadło, poszło na marne lata mego wszystko piękno...

— Głupi jesteś! — rzekł mi dobrodusznie Właduchna — A zresztą — nie szkodzi. Płacz, układaj wiersze, pisz, wypłaczesz się, wypiszesz i wszystko znów będzie dobrze.

— Nie rozumiesz. Nic już nigdy dobrze nie będzie. Świat zgasł.

— Prędzej! Prędzej! Chodź, nie gadaj tyle! Doktór czeka.

. . . . . . . . . . . . . . . .

W niewielkiem, trochę mrocznem laboratorjum przyjął nas lekarz dyżurny, drobny, czarniawy młody człowiek z małą główką i śniadą twarzą, z przyciętemi po angielsku czarnemi wąsikami. Jego skośne, czarne oczy, małe jak główki od szpilki, tak żywo przelatywały z twarzy na twarz, ze sprzętu na sprzęt, iż miało się wrażenie, że to ten mały doktór, do drobnego, ruchliwego djablika podobny, obskakuje tak człowieka z wszystkich stron.

 

— Ach, tak! — odpowiedział Właduchnie, który mnie przedstawił — Ten pan jest przyjęty przez profesora. Tak, wiem, miejsce zarezerwowane. Zaraz pana zaprowadzę — zwrócił się do mnie.

— No, to dowidzenia! — rzekł Właduchna, podając mi silną, szeroką dłoń i patrząc mi prosto w oczy swemi dobremi, turkusowemi oczami — Bądź spokojny, jesteś pod opieką przyjaciół... Wszystko jeszcze będzie dobrze.

Jego grzmiący bas huczał w małym pokoiku jak w piwnicy.

Zdjął mnie dziecinny strach.

— Właduchna! — zaskomlałem — Nie zapomnij o mnie!

— Bądź spokojny.

— A jak będziesz przechodził koło mego mieszkania — prosiłem — wstąp i zobacz, zapytaj, czy niema do mnie listu. Ja zaraz jutro napiszę, ale nie wiem, kiedy ona list dostanie, więc tymczasem... Proszę cię! Nie zapomnij, bo może list będzie. Miesiąc już czekam. Ona napisze, napisze z pewnością, przecie musi napisać!

Cień jakgdyby zniecierpliwienia czy gniewu przeleciał przez męską, rasową twarz Właduchny.

— Nie zapomnę. Zapytam — rzekł szorstko. — No, bywaj!

Wyszedł.

Przez chwilę słychać było w przedsionku jego mocne, równe kroki. Kroki wyszły na chodnik, okalający budynek, w zakratowanem oknie ambulatorjum pokazały się nogi w solidnych choć prowincjonalnie źle skrojonych spodniach i niezgrabnych trzewikach, poczem zaczęły się oddalać, aż wreszcie zcichły. Odszedł odemnie zacny i pewny przyjaciel, zostałem sam w obliczu Niewiadomego.

Stalowy klucz szczęknął cichutko w zamku drzwi.

Doktór zwrócił się do mnie.

— Proszę pana za mną.

Kierując się ku drzwiom, sięgnął do kieszeni. Pod białym płaszczem szczęknął pęk kluczy.

Póki Właduchna był przy mnie, jakoś się trzymałem, ale gdy zostałem z doktorem sam, przestałem nad sobą panować. Ogarnął mnie okrutny niepokój i lęk. Czułem, że blednie we mnie, gaśnie wszystko ludzkie, a za to wysuwa się naprzód, jak chytry wywiadowca, baczny i czujny zmysł spostrzegawczy, kierowany przez nieomylny, samozachowawczy instynkt, tasama dobrana spółka, która w dżungli czy na pustyni kieruje dzikiemi zwierzętami. Równocześnie uczułem, że mimo zmęczenia i niewymownego osłabienia, mięśnie prężą się we mnie — na każdy wypadek! — a myśl opanowało zimne, twarde postanowienie. Po za tem nie było we mnie nic.

Doktór przepuścił mnie i zatrzasnął drzwi za sobą...

Weszliśmy do korytarza, wąskiego, mrocznego. Światło lampki elektrycznej, mieszające się z światłem błękitnego dnia, widnego na prawo za drzwiami wejściowemi, wsiąkało w nie niby sączące się łagodnie złoto. Po prawej i lewej stronie jaśniały biało pokostowane drzwi, zamknięte, z dziurkami na klucze, ale bez klamek. U wejścia majaczyła czarna sylweta odźwiernego, którego poznałem po ostrym, góralskim profilu i nastroszonej, gęstej czuprynie. W korytarzu panowała zupełna cisza.

Doktór otworzył drzwi do następnego korytarza, oświetlonego również lampką elektryczną, ale szerszego, podobnego do przedsionka czy niewielkiego hallu. Stały w nim jakieś sprzęty, a połowę jednej zajmował duży kredens z ciemno politurowanego drzewa. Przy kredensie tym, grzebiąc w górnych półkach, stała ogromnego wzrostu szarytka, w białym fartuchu i sztywnym, białym kornecie, opasła i tęga jak piec. Kiedy, usłyszawszy nas, zwróciła się ku nam, ujrzałem twarz ordynarną i brutalną jak zawzięta morda buldoga. Prócz tej siostry wałęsało się w przedsionku kilku chorych w pasiatych płaszczach. Wszystko to było ponure.

Kiedy doktór dobierał klucza, zerknąłem na prawo, gdzie mnie znęciło bogate światło. Przez otwarte, niedalekie drzwi widać tam było separatkę, pokój niezbyt wysoki lecz obszerny, w suterenie wprawdzie, ale z wychodzącemi na ogród dużemi, szerokiemi oknami, przez których kraty wpadały teraz skośne promienie popołudniowego słońca. Na czysto zaścielonych łóżkach leżeli chorzy i rozmawiali półgłosem z siedzącymi przy nich gośćmi, krewnymi czy przyjaciółmi — albowiem była to właśnie godzina odwiedzin. Przy każdem łóżku znajdował się pleciony stolik i również pleciony, wygodny fotel, polakierowany na czerwono. Między oknami żarzył się na stoliku gorącemi barwami wielki, piękny bukiet kwiatów, triumfalnie gwałcący cichą monotonję ścian, biało pokostowanych, teraz zarumienionych wstydliwie od słońca. Na łóżku jednego z chorych leżała gitara. Widok ten dodał mi ducha.

Znowu zamknięte na klucz drzwi i cichy szczęk stalowego zamka.

Schody.

— To wysoko? — zapytałem zaniepokojony, bo ledwie powłóczyłem nogami z osłabienia.

— Pierwsze piętro — odpowiedział doktór — Na drugiem jest oddział kobiecy.

Idę powoli, z trudem dźwigając nogi. Chcę się wesprzeć na poręczy. Aha. Niema poręczy. Jest tylko żłobek wykuty w kamieniu.

— To dlatego, — zgaduje zmysł spostrzegawczy — aby ktoś nie mógł wyłamać poręczy i bronić się nią w razie potrzeby.

A zmysł samozachowawczy natychmiast dodaje:

— Zdarza się tu, widać, że w grę wchodzi siła, przemoc. Bo czemużby się chory opierał, jeśli nie przemocy, która gwałt chce mu zadać?

O, to straszne! Walka ze służbą, beznadziejne, rozpaczliwe szamotanie się, wydzierający się z piersi zdyszanych dziki, zwierzęcy ryk... Nigdy tego nie widziałem, a jednak widzę teraz... Nie widziałem? A podczas wojny ów szpieg, którego wleczono na szubienicę? To było straszne, ludzkie pojęcie przechodzące, a to tu musi być tak samo straszne, jeśli nie straszniejsze... Nikt z pomocą nie przyjdzie, w zamkniętych murach szpitala, poza siedmiu drzwiami chory jest na łasce i niełasce...

Zaskowytał mi w duszy podły, zwierzęcy lęk, nikczemny, śmierdzący...

— Panie doktorze!

Doktór, wchodząc na schody, zwrócił się ku mnie. Błysnęły stalowo jego przylizane, czarne włosy, rozczesane w rozdział.

— Panie doktorze! Nie będą mnie tu bili?

— Cóż znowu! — oburzył się doktór — Będzie pan wprost oszołomiony uprzejmością sióstr i służby i delikatnością lekarzy.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Weszliśmy w długi, rojny korytarz z pokostowanemi ścianami i kamienną podłogą, ułożoną w niewyszukaną mozaikę. Przez okno, otwarte na końcu korytarza, biło oślepiająco jasne światło dnia. Spojrzałem w pierwsze, szeroko otwarte drzwi. Pełno łóżek i chorych. W drugiej, jeszcze większej sali, to samo, tylko że tu stoi na stole biało błękitna figura Matki Boskiej z Lourdes, otoczona bukietami kwiatów. Błyszczy w sali ciemna, woskowana posadzka. Znowu separatka na cztery łóżka — okno otwarte, na stole kwiaty, chorzy w pasiatych szlafrokach i w pantoflach. Na korytarzu ruch. Mocno zbudowane, młode lecz szorstkie i hałaśliwe służące, kręcą się to tu to tam, w białych płaszczach, w rurkowanych czepeczkach i z pękami kluczy u pasa. Łażą chorzy, jedni w szlafrokach, niedbale, po chłopsku zarzuconych na ramiona, drudzy w gaciach, spiętych rzemieniem od portek i w koszulach, rozchełstanych na kosmatych piersiach. Odór koszar, apteki, brudnych wychodków i moczu.

Wprowadzono mnie do separatki, dość obszernej, obszerniejszej niż poprzednia, ale trochę mrocznej. Pod oknem, w kątach, oba łóżka były zajęte. Na jednem leżał brodacz z silnie już łysiejącą, kulistą czaszką, zielonawą twarzą i biegającemi oczami, bacznie i podejrzliwie wszystkiemu przyglądającemi się. Na drugiem, z rękami założonemi pod głowę, wylegiwał się młody człowiek w szlafroku szpitalnym, z podłużną, czerwoną od słońca twarzą, jakby drewnianą i zastygłą w wyrazie zdziwienia. Na trzeciem łóżku koło drzwi siedział też pacjent. Przyszła zawołana przez doktora siostra w białym fartuchu i kornecie, z pod którego wyglądała jej młoda jeszcze lecz zielonawa twarz o nieczystej cerze, ładne usta, poczciwe, dziecinne, kare oczy i nieforemny, szeroki nos.

— Siostro Anno! — dysponuje dyżurny doktór — Pana Zaleskiego proszę przenieść do „czwórki“, a pan zajmie to łóżko. Będzie tu panu wygodnie. Wieczorem dam panu coś na uspokojenie.

Pokręcił się, pożartował z siostrą Anną i zniknął.

— Niech pan usiądzie tu, na tej ławeczce, w korytarzu — zapraszała mnie siostra — Tymczasem zmienimy pościel, a potem będzie kąpiel.

Zostałem sam. To nic, że mijają mnie wciąż dziesiątki chorych, że od czasu do czasu przebiega koło mnie biała siostra lub służąca... To ludzie, tak, ludzie, ale z innego świata, obcego, nieznanego... Nie, ze świata znanego mi aż nadto dobrze i który mnie nic nie obchodzi. Co mi po nim? Nie mamże świata własnej męki, ze wszystkich stron zamkniętego koliska cierpienia?

Tak.

Duszno.

Co to za hałasy?

Głośne pobrzękiwanie, swarliwe głosy kłócących się dziewcząt... Co to może być?

Dziewczęta wychodzą na korytarz z wielkiemi, blaszanemi kotłami.

Wstałem z swej ławeczki i idąc ku otwartemu oknu w końcu korytarza, rzuciłem okiem w otwarte drzwi, z których przed chwilą dolatywał ten nieprzyjemny hałas.

Był tam niewielki bufet z wodociągiem, kuchenką elektryczną i stołem, na którym stało teraz kilkadziesiąt białych garnuszków. Młoda służąca rozstawiała je.

Stanąłem w otwartem oknie i przez chwilę przyglądałem się chorym, przechadzającym się w pobliżu furtki. Kręcił się koło nich ów zaspany góral-odźwierny z utlenionym łbem. Widok był, jak z kolorowej, ilustrowanej kartki pocztowej. Przeleciały mi przez głowę pusto dzwoniące, biedne, zdyszane już rymy:

Banalnie świat wygląda w taki upalny dzień —

Zaś myśl podrzuciła natychmiast:

— Banalny szafir, sad senny, mdła zieleń, pod sadem cień,

Lecz przecie lepsze to od kłamstw fałszywych, złych miast.

Chciałem krzyczeć: — Do djabła z wierszami! Rymy przeklęte, wycyckane, zmordowane, przestańcie mnie męczyć, linoskoczki natrętne, wlaźliwe! Mam was do cholery ciężkiej dość po wszystkie czasy!

Ale w tej chwili odpowiedział mi wiersz:

Dosyć — to znaczy — do syta.

Widzisz? Jużeś bliski sedna.

Pomyśl: Starczy chwilka jedna —

Z głupstwem swojem będziesz kwita!

Powiedziałeś wielkie słowo.

Zadowolisz się połową?

Ależ rozumie się, Krasiński mógł słyszeć „glos z prawej“, „z lewej“ i „z góry“. Nic w tem nadzwyczajnego. Są głosy „z lewej“, „z prawej“ i „z góry“; są, a tylko... O, burżuje ich wprawdzie nie słyszą, ale —

— Przy otwartem oknie stać nie wolno — odezwał się „glos z prawej“, tym razem ludzki.

W drzwiach kuchenki stała służąca, młoda, blada dziewczyna, rysów dość sympatycznych ale surowych, z szaremi, zimnemi oczami. Były to oczy panieńskie, dobre i dziecinnie naiwne, lecz nie znające jeszcze życia i jego męki i dlatego niewyrozumiałe.

Odwróciłem się od okna i przeszedłem się parę razy po korytarzu. Ale otwarte okno ciągnęło mnie i wkrótce bezwiednie stanąłem w niem znowu.

— Owoce jeszcze niedojrzałe — myślałem, patrząc na korony drzew, obsypane złoto zielonemi kulkami.

Młoda służąca przystąpiła do okna i bez słowa przeproszenia, w obojętnem, rzekłbyś, wyniosłem milczeniu, zamknęła mi je brutalnie przed nosem. Okno zamykało się na specjalny klucz, jak drzwi wagonu.

Przykro dotknięty tą oschłością, z bólem spojrzałem w oczy młodej dziewczynie.

Nie zwróciła na to uwagi, nie odezwała się ani słówkiem, lecz obojętnie wróciła do kuchni.