O łabędziach we wiku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

O łabędziach we wiku

Saga

O łabędziach we wiku

Copyright © 1930, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050262

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Był sobie raz pewien rybak, który miał czternaścioro dzieci. Pracował ciężko na ich utrzymanie i starał się, aby były i syte i jako tako ubrane. Ale każdy zrozumie, że mu to z łatwością nie przychodziło, zwłaszcza, że niezawsze Bóg dawał rybę. Wobec tego kto z rodziny tyle miał sił, że mógł być na coś pożyteczny, pracować musiał. I tak neńka i dwie starsze córeczki, które do szkoły już nie chodziły, pracowały w wędzarni, albo wiosną i jesienią w lesie lub w polu. Co tam z drobiazgu chodziło do szkoły, to siedziało w ciepłej izbie szkolnej. Maleństwa raczkowały po podłodze, a znów które z dzieci mogło wybiec z domu, to się bawiło wraz z innemi rybackiemi dziećmi na wielkim placu przed kościołem. Dozoru żadnego nie było, bo neńka często mu siała pracować poza domem.

Rozumie się, że w takiej ogromnej republice dziecinnej porobiły się różne stronnictwa, sojusze i przyjaźnie. Niektóre dzieci mówiły po ojcu narzeczem miejscowem, inne znów, lgnące więcej do matki niż do ojca, mówiły narzeczem Wielkiej Wsi, skąd neńka pochodziła. Dość na tem, że wśród tej gromady znalazła się para, sześcioletni chłopczyk Janek i pięcioletni berbeć Józia. Tych dwoje trzymało się zawsze razem, a co więcej, miało te same upodobania, z których najgłówniejszem było stałe wymykanie się z domu i uciekanie nad zatokę, na której brzegu maleństwa mogły się bawić swobodnie i spokojnie. Janek miał na sobie sweterek zielony z czerwonemi wyłogami i czerwoną ciepłą czapeczkę z długim fontaziem, siostrzyczka zaś jego ubrana była w ciepły sweterek czerwony z zielonem i zieloną czapeczkę. Trzeba jeszcze dodać, że o ile Janek był chłopcem na wiek swój dość dużym i tęgim, jego siostrzyczka, choć zdrowa i rumiana, była maleńka jak krupka.

Nad zatoką nie było wprawdzie dzieci, ale zato było cicho, a mimo to wesoło. Dzieci nie zdawały sobie z tego oczywiście sprawy, ale blask słoneczny, odbijający się od ogromnego zwierciadła wód, przeważnie gładkich, prześwietlał ich oczy i rozweselał jasne duszyczki. Widoczny naprzeciw drugi brzeg zatoki, zwykle błękitny, a czasem szafirowy, wyglądał jak niebieskie wybrzeże nieznanego świata. Zawsze widać było na zatoce przynajmniej kilka pomarenków z rozpiętemi czarnemi żaglami, a bywało, że ciągnęły ich pośpiesznie całe sznury, i dzieci wiedziały, że to są łodzie, wracające z połowu. Kiedy indziej, idący brzegiem samotny rybak w ciężkich skorzniach, w zydwestce i z długą remą na ramieniu, przysiadał się do dzieci, zapalał papierosa, częściej zażywał tabaki, i odpoczywając, rozmawiał z niemi. Coś im tam opowiadał o różnych rybach, o wronach gadających, o morskim kocie, potem pogroził palcem, surowo zabraniając zbliżać się do wody, dźwigał się ciężko i odchodził. Do późnej jesieni pasły się opodal krowy łaciate, gdy nad sam brzeg zachodziły tylko białe lub bure owce i barany. Owieczki pasły się, a kłótliwe barany przyskakiwały do siebie, tłukąc się łbami tak, że aż się na pażycy echo rozlegało. Koło południa czarny pies pastucha zganiał w jedną wielką gromadę krowy, które ociężałym krokiem ruszały w pochód powrotny do wsi, poprzedzane przez płochliwe, ale mocno trzymane w ryzach przez psa beczące stado baranów i owiec. Wtedy dzieci wiedziały, że trzeba iść na polnie. Więc wziąwszy się za rączki, szły za stadem, dziwiąc się mnogości i wielkości krów i wielkiej władzy, jaką nad niemi miał wysoki dostojnik wioskowy, pastuch gminny, czternastoletni wyrostek, zbrojny w bat i róg, służący do zwoływania bydła. Bywało jednak, że krowy pasły się daleko, pod lasem, koło leśniczówki, a w tedy dzieci, osłonione w tem miejscu małemi nadbrzeżnemi kopczykami, niby naśladownictwem wydm, nie wiedziały, co się koło nich dzieje, bawiły się, odwiedzane tylko przez wielkie czarne wrony, kroczące poważnie i patrzące na ten drobiazg ludzki wyniośle i pogardliwie. Przylatywały też czasem mewy. Ale te, mniej zżyte z ludźmi i nieufne, jak tylko ujrzały dzieci, zrywały się, i trzepnąwszy kilka razy skrzydłami, odlatywały, skrzecząc piskliwie. Wtedy dzieci powracały dopiero, kiedy usłyszały obwieszczający polnie, czyli obiad — bo cóż innego? — dzwonek na kościele. Ze strachem biegły wówczas do domu, bojąc się, że przyjdą za późno, że neńka będzie wadzić, da klapsa, a na drugi dzień zamknie w pokoju lub chlewie, aby nie uciekały nad zatokę.

Ale były na zatoce jeszcze i inne rzeczy, które dzieci bardzo zajmowały, a o których mało kto wiedział. [{tab}}Nie wszystkim mianowicie wiadomo, iż jesienią, o pierwszym szronie, zlatują na zatokę „kulpsie“, czyli dzikie łabędzie. Są to ogromne białe ptaki, kształtem przypominające nasze łabędzie parkowe, tylko że znacznie większe, bo gdy rozepną skrzydła, długość ich dochodzi do trzech metrów, a i więcej. Żyją stadami, żerując w płytszych miejscach zatoki, a ponieważ żywią się tem, co mogą z dna wydostać, zatem to dno musi być tak płytkie, aby one mogły go dosięgnąć dziobem. Są bardzo ostrożne, czujne i zwykle wystawiają straże, które mają donosić o najmniejszym podejrzanym ruchu w otoczeniu. W ów czas stano zrywa się i albo leci wodą, dopomagając sobie wiosłowaniem zapomocą łap potężnych, albo też wzbija się w powietrze i odlatuje z wielkim szumem ogromnych skrzydeł. Ptaki te przebywają u nas całą zimę, aż mniej więcej do marca, a jeśli kwiecień jest chłodniejszy niż zwykle, to i do kwietnia, poczem, gdy słonko wiosenne mocniej zacznie świecić a na strądzie migają wyciągnięte niewodem srebrnołuskie łososie, dzikie łabędzie odlatują na północ.

Trzeba też wiedzieć, że ptaki te, dochodzące nieraz do trzydziestu funtów wagi, są bardzo pożądaną zdobyczą dla rybaka, tak dla puchu i pierza, jak i dla mięsa, które rybacy, według powszechnie do wszelkiego stworzenia stosowanej recepty, solą, a potem wymoczywszy w wodzie, gotują lub smażą. To też nic dziwnego, że chętnie na nie polują, mimo iż jest to rzecz niełatwa, wymagająca wiele za chodu, a przytem w wyniku niepewna, bo łabędź ma na sobie tyle gęstego, zbitego pierza, tak twarde lotki w skrzydłach, a prócz tego jest tak silny i żywotny, iż nawet ciężko ranny, bez trudu potrafi ujść myśliwemu, czy to wodą, czy też ostatnim wysiłkiem skrzydeł, zwłaszcza, jeśli strzał padł z broni lichej lub jeśli nabój nie był dość mocny. Myśliwy czasem godzinami czołga się po lodzie poto tylko, aby mu łabędzie w ostatniej chwili umknęły z przed nosa, kiedy indziej znów, gdy łodzią zamaskowaną podjechawszy szczęśliwie pod stado, łabędzia nie zabije, lecz postrzeli, czasem i pół dnia musi za nim po zatoce uganiać, póki się wreszcie łabędź krwi upływem wyczerpany, nie podda. Są jednak myśliwi namiętni, których te trudności nie odstraszają, o czem łabędzie wiedzą i dlatego zwykle trzymają się daleko brzegu. Dzieje się z niemi to samo, co z wronami. Ody się idzie z laską w ręku, można się z niej składać do wrony, jak ze strzelby, a mądry ptak nie zwraca na to uwagi. Lecz gdy tylko wyjdzie się ze strzelbą, wszystkie wrony znajdują się poza jej donośnością. Tak i tu. Wałęsający się po wybrzeżu z ukrytym za plecami karabinkiem rybak, udający, że daleki jest od wszelkich złych zamiarów, nigdy się na kulpsie nie natknie, lecz jeśli wraca z połowu z kaszyrzem lub remą na ramieniu, może się nieraz natknąć na nie tuż przy brzegu. Takie to są mądre ptaki.

Janek i Józia, dzieci o znakomitym, dalekowidzącym wzroku rybackim, często przyglądały się stadom łabędzi, które, czując snać, iż te dwa kolorowe atomy ludzkie nie są niebezpieczne, nie uciekały przed niemi, lecz przeciwnie, nie zwracając na nie uwagi, w niedalekiej odległości od brzegu spokojnie sobie igrały. Dzieci z podziwem patrzyły, jak olbrzymie białe ptaki stawały na wodzie, bijąc powietrze białemi skrzydłami, to znów biegły naprzód, rozwinąwszy skrzydła jak żagle, pływały z wygiętemi szyjami, podobne do dziwnych białych batów z krzywemi masztami, na których nie rozwieszono żagli, goniły się lub sięgały na dno morskie długiemi szyjami. Od tych ich zabaw a lubiły się bawić w miejscach słonecznych, nie zacienionych chmurami — srebrna woda pieniła się, a powietrze pełne było wesołych klarnetowych krzyków, że zaś wpobliżu zwykle bawiły się też i stada kaczek, więc rejwach na wodzie był ogłuszający.

Dzieciom te ptasie zabawy tak się spodobały, iż gdyby tylko było można, z przyjemnością pobiegłyby przez wodę do tych stad, aby się nauczyć ich gier i piosenek, bo takich ładnych w wiosce nie bywało. Rozumie się, wiedziały, że to niemożliwe. To też przyglądały się im tylko z zazdrością i tak szczerze rozradowanemi serduszkami, iż po pewnym czasie zdawało im się, że rozumieją i to, co się dzieje na wodzie, i to, o czem ptaki śpiewają.

Było chmurne, ciepłe przedpołudnie. Wiatru nie było, zato jednak zatoka po niedawnej gwałtownej zydzie burzyła się i morza było dużo. Dzieci bawiły się, jak zwykle, na wybrzeżu, koło swych małych pagóreczków, grzebiąc się w piasku i opowiadając sobie niestworzone historje — jak to dzieci. Były tak tem zajęte, że zupełnie zapomniały o drugiem śniadaniu — o dwóch potężnych krom kach chleba ze sadłem. Na zatoce łabędzie śpiewały. Wtem głosy ich dały się słyszeć tak blisko, że dzieci mimowoli obejrzały się — i ujrzały niedaleko brzegu kołyszące się na wzburzonych, czarnych bałwanach dwa wielkie białe kulpsie, podpływające ku nim powoli, z mocnemi czarnemi dziobami, osadzonemi jak haki na wyprostowanych teraz szyjach i ze srogiemi oczami.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?