3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Dedal i Ikar

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Dedal i Ikar
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Dedal i Ikar

Saga

Dedal i Ikar

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1913, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050408

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Zwykle popołudniu, po skromnym obiedzie, złożonym wyłącznie z jarzyn i owoców, Dedal, wielki budowniczy, znużony upałem i długiem, bezowocnem przemyśliwaniem nad uwolnieniem się z więzienia, siadał na wielkiej kamiennej ławie w cieniu rozłożystego orzecha i opuszczał swą siwą głowę na piersi, pogrążając się w marzącem i słodkiem rozpamiętywaniu minionych dni.

Wówczas Ikar, nie chcąc przeszkadzać ojcu w rozmyślaniach, udawał się na swe długie a bezcelowe wędrówki po pustych, mrocznych komnatach i korytarzach labiryntu.

Dziś, w przeddzień ucieczki więźniów, gdy skrzydła, ów znakomity wynalazek zawsze twórczej myśli wielkiego budowniczego, zawieszone na konarze orzecha, chwiały się jak żywe nad głowami obiadujących, chłodząc ich lekkim powiewem, boski mędrzec był wesół i dobrej myśli. Właśnie, gdy zasiadali do stołu, doleciał ich uszu z wnętrza labiryntu ponury ryk potwornego Minotaurosa. Usłyszawszy ten ryk grozą przejmujący serca najwaleczniejszych, Dedal spojrzał na skrzydła i począł opowiadać synowi o planach swoich przyszłych trudów, drwiąc sobie przytem z prawodawcy Minosa, labiryntu i uwięzionego w nim potwora. Opisywał synowi białe miasta, piętrzące się na zboczach skał nad lazurem spokojnych zatok morskich, pyszne uroczystości, w których udział brały barwne chóry przepięknych młodzieńców i dziewic, pokryte śniegiem urwiska Tajgietu, Parnas tajemniczy i zielone, wonne łąki Tessalji; wspominał popisy atletów i rycerzy, malując wszystko wyraźnemi, sobie właściwemi ruchami.

Rzadkie to były chwile, gdy ojciec otwierał tak swe serce przed synem, albowiem wielki budowniczy, aczkolwiek kochał syna, był zawsze rozdrażniony w jego obecności. W Ikarze było coś całkiem mu obcego a niemiłego. Ikar ojca kochał i jako ojca i jako jedynego człowieka, którego znał i z którym żył tak długie lata; był mu posłusznym i podziwiał jego mądrość, starając się go naśladować. Wychowany jednak na odludziu, nie zrozumiał strasznego ciężaru przymusowej bezczynności ojca, a opowiadań jego o dawnem życiu między ludźmi słuchał, jak dzieci słuchają powiastek, z oczami pełnemi podziwu wprawdzie, ale zarazem i tej wiary bez zastrzeżeń, z jaką w powiastkach przyjmuje się wszelkie cuda i czarodziejskie czyny. Nie była to głupota lub skutek młodego wieku Ikara, lecz właściwość jego umysłu i usposobienia, wychowanego w ciszy i samotni.

Budowniczy, patrząc w jego zadumane oczy, stracił chęć do opowiadania, podparł ręką głowę i zamyślił się, przyglądając się bacznie Ikarowi, siedzącemu na ziemi, z kolanami oplecionemi dłońmi i pogrążonemu w myślach. Podobieństwo syna do ojca uderzało odrazu a jednak Ikar był całkiem inny. Podczas gdy wielkiego budowniczego obdarzyli bogowie silną budową ciała, szerokiemi barkami i potężnemi ramionami, Ikar był szczupły, wysoki, a ramiona jego wątłe i miękkie, jakby dziewczęce, zwisały bezładnie wzdłuż ciała. Gdy boski mędrzec wyprostowany lekko dźwigał brzemię swych licznych już lat, młody człowiek trzymał się pochyło, spuszczał głowę na piersi i jakby w zamyśleniu często spoglądał ku ziemi. Patrząc na syna Dedal przypomniał sobie swoje młode lata, swoją młodość pełną ognia, żądzy czynu i niczem nieograniczonej wolności. Z wyrzutem i nienawiścią spojrzał na sterczące dokoła mury, westchnął i pocieszając się nadzieją bliskiej wolności, zaczął przemyśliwać nad nowem życiem wśród ludzi.

Wyznaczony Dedalowi przez Minosa na mieszkanie dziedziniec tonął w blaskach słonecznych i ciszy. Nieliczne ptaki, dobrowolni towarzysze niedoli więźniów, umilkły, zmęczone nieznośnym upałem. Mały strumyczek sączył się z monotonnym szelestem przez podwórze i cicho płacząc ściekał w głęboką cysternę podziemną, skąd dolatywało przytłumione, rytmiczne a dźwięczne echo kropel spadajacych w wodę.

Lekkie chrapnięcie wyrwało chłopca z zadumy; obejrzał się i spostrzegł, że ojciec, znużony widocznie spiekotą i pracą, zasnął.

Olbrzymie, rozłożyste drzewo piło promienie słoneczne, jak gąbka wodę, przepuszczając na łysą czaszkę starca i spłowiały chiton małe i blade pieniążki słoneczne, płochliwe i znikające za najlżejszym ruchem liści.

Ikar przypatrywał się ciekawie śpiącemu ojcu; z twarzy mędrca znikł ów wyraz siebie świadomej twórczej myśli, która nadawała surowym i twardym rysom znamię majestatycznej powagi i niczem nieugiętej woli. Ikar nie bez niepokoju zauważył, że twarz ojca zmieniła się we śnie nie do poznania. Znikał gdzieś jego ojciec, wielki budowniczy Dedal a pozostawał tylko stary człowiek; na twarzy jego osiadał wyraz skupienia i wytężonej uwagi, jakby we śnie słuchał surowych rozkazów i wskazówek niewidzialnego dla nikogo demona. Zdawało się, jakby we śnie nurtowała duszę mędrca jakaś uparta, despotyczna myśl, myśl, której może sam Dedal nie znał, ale w imię której żył i pracował.

Ikar zadrżał i nagle przyszło mu na myśl, jakby ojciec jego, bezbronny i o niczem nie wiedzący, wplątany został w sidła jakiegoś demona, wykorzystującego jego pracę i zdolności dla swych tajemniczych celów.

Zarazem miał wrażenie, jakoby rozmyślając tak nad obliczem śpiącego ojca wdzierał się jak złodziej w tajniki jego duszy.

Powstał więc i leniwym krokiem zbliżył się ku szopie zbudowanej w jednym rogu dziedzińca, a służącej do ukrycia przed deszczem i wpływami powietrza rozpoczynanych prac.

Stał tam nieskończony jeszcze marmurowy posąg sowiookiej Pallas-Ateny, opiekunki sztuk pięknych i nauki, dla której wielki budowniczy żywił cześć i miłość nadzwyczajną. Po przez szpary źle połączonych ze sobą desek wpadały do wnętrza szopy nieliczne jasne groty słoneczne i rozświecały ciemny zmrok, rozsypując po nim długie smugi złotego prochu.

Mądra i piękna bogini stała jak żywa między porozrzucanemi w nieładzie dłutami, świdrami i ciosami marmuru, nietkniętemi jeszcze; twarz jej słodka była i pełna wyrazu owej dojrzałej mądrości, która oznaką jest myśli bożej. Ale niewykończona jeszcze potworną pięść jej prawicy, w którą Dedal chciał włożyć gałązkę oliwną, sterczała ku niebu groźnie i jakby zapowiadając karę nieposłusznym. Dziwnym trafem promień słoneczny padał na twarz bogini oświecając ją w połowie i twarz tę zdawał się wykrzywiać kurcz gniewu, który ogniem tryskał z jej liców.

Obok stał ledwo zaczęty posąg, który przedstawiał Ikara jako Ganymeda właśnie w tej chwili, gdy orzeł chce go unosić w powietrze. Nie był to posąg, ale ledwo dotknięta dłutem bryła marmuru, tak, iż chłopięce, smukłe członki Ganymeda zdawały się być spowite w jakąś lekką a nieprzejrzystą gazę jak w mgłę, z której wynurzała się wyraźnie dziwnie tęskna i żałosnem przerażeniem wykrzywiona twarz chłopca. Twarz ta była tem dziwniejsza, iż oczy jej, mimo, że kamienne, zdawały się być przejrzyste, widzące a tylko zasłonięte jakimś obłokiem, właśnie jak oczy konającego. Dedal nie chciał kończyć zaczętej pracy, bo widok wykrzywionej jakby konaniem twarzy syna był mu nad wyraz przykrym.

Ikar zajrzawszy do szopy cofnął się przerażony, bo oba posągi ustawione do siebie twarzą w twarz miały wygląd, jakby właśnie żywo rozprawiały ze sobą, a tylko na głos zbliżających się kroków wróciły do swej dawnej skamieniałej postaci. Wzruszenie przebijało się tylko w ich licach, niezdolnych ułożyć się w swą zwykłą kamienną maskę.

Rzuciwszy okiem na śpiącego spokojnie ojca, skierował się Ikar ku olbrzymiej bramie, wiodącej w głąb labiryntu.

Ten bok dziedzińca miał kształt świątyni greckiej. Po trzech marmurowych stopniach wchodziło sie w podsienie, spierające się na sześciu jońskich kolumnach a zakończone pięknym rzeźbionym fryzem, spoczywającym na architrawaeh pomalowanych czerwoną i niebieską farbą.

Na fryzie była płaskorzeźba, przedstawiająca bój Lapitów z Centaurami, fronton zaś zamknięty złoconym gzymsem, ozdobiony był rzeźbą, przedstawiającą zwycięstwo mądrej Ateny nad Posejdonem, władcą głębin morskich.

Świetnie odbijały żywe barwy od bieli marmuru, którą zdawały się przenikać swem życiem, a postać Sowiookiej pełna była boskiej powagi i siły.

Niska, szeroka, prawie kwadratowa brama bez wrót prowadziła do labiryntu, skąd wiał chłód, lęk i tajemnicza pustka wiecznej ciemni. Było tu znacznie chłodniej, niż między czterema rozgrzanemi słońcem ścianami dziedzińca, ale Dedal tak znienawidził labirynt, że wolał raczej cierpliwie znosić skwar i spiekotę, niż szukać schronienia w cieniu nienawistnych murów.

Ikar jednak bez obawy i lęku błąkał się po niezliczonych komnatach labiryntu. Gdy Dedal przybył na Kretę, Ikar był jeszcze małem dziecięciem ledwo rozumiejącem mowę ludzką. Wychował się w samotności i w ciemnościach labiryntu, zdała od świata i ludzi, których znał jedynie z opowiadań ojca a to, co o nich słyszał, zawsze wprawdzie ciekawem było, ale nieraz dziwnem i do zrozumienia trudnem. Labirynt był mu nauczycielem, opiekunem, piastunem, wszystkiem. Ojciec, który przecież sam stawiał ten gmach, nie znał go dobrze, zapomniał o wielu pięknych salach i korytarzach, jak zapomnieć musiał wiele swych dawnych snów i marzeń.

 

Najbardziej jednak dziwiło niedoświadczonego Ikara, że wielki budowniczy nie umiał się wyplątać z labiryntu, który sam wymyślił.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?