Cudowna podróż Gwiazdy Polarnej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Cudowna podróż Gwiazdy Polarnej

Saga

Cudowna podróż Gwiazdy Polarnej

Copyright © 1930, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050293

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Zawsze tak na Rybakach bywało! Część rybaków wyjeżdżała na rybołówstwo, część zaś zaciągała się na okręty i „sztimry“, jak rybacy z angielskiego „steamer“ nazywają parowce, na których pracowali jako okrętnicy. Bo z samego rybołówstwa rybak na wybrzeżu polskiem utrzymać się nie może: albo ryb jest zbyt mało, a wtedy niema żyć z czego, albo też wiatr przypędza ich zbyt dużo, a wtedy ceny na ryby spadają i znowu zarobki są niewystarczające. Skutkiem tego, jak już powiedzieliśmy, część rybaków naszych stale wędruje po morzach. Dawniej ci, którzy pozostawali w domu, dorabiali sobie jeszcze wiązaniem niewodów, to jest samych jader, inaczej tkaniny sietnej. Niewody sprzedawali w Gdańsku, gdzie je wykończano. Teraz Gdańsk sam wyrabia wszelkie potrzebne rybakowi sejce, tak że odpadł ten zarobek rybakom. Natomiast pracują w zimie i na wiosnę w lesie i przy naprawianiu lub utrzymywaniu w porządku toru kolejowego, głównem zaś źródłem ich zarobków jest wynajmowanie mieszkań w lecie. Najchętniej jednak zaciągają się na statki, na których zawsze jest ciepło i syto, a zwłaszcza już marzą o służbie na statkach polskich, gdzie nie są za swą przynależność narodową poniewierani.

Paweł Kąkol, syn rybaka z Kuźnicy, słynnego na cały półwysep okrętnika, myślał zawsze o tem tylko, żeby się móc dostać na sztimr, oczywiście — polski. Kuźnica jest biedną wioską rybacką, zbudowaną w jednem z najwęższych miejsc półwyspu Helskiego, między zatoką Pucką a Bałtykiem. Jest tam wszystkiego kilkadziesiąt domków rybackich, z których wiele stoi tuż nad zatoką, tak iż wzburzone morze często je dawniej zalewało. Mieszkańcy musieli wówczas ratować się ucieczką do sąsiadów. Zdarzało się też, że oba morza wdzierały się w tem miejscu na półwysep i łączyły się ze sobą. Tak było za Niemca. W ostatnich czasach zmieniło się to na lepsze, bo rząd polski zbudował tamę od strony zatoki, wyrwał jej trochę ziemi i odsunął od brzegu jej fale. Tak więc Kuźniczanie mieszkają między dwoma morzami, skutkiem czego mają tę wygodę, iż bez najmniejszych trudności mogą uprawiać rybołówstwo zarówno na zatoce, jak i na Bałtyku.

Ale co tu dużo gadać! Kto widział Kuźnicę szarym porankiem zimowym, ten nigdy nie zapomni tych dygocących z zimna na żółtej wydmie domków rybackich, między smętnemi, szaremi przestworzami wód morskich, gdzie zaledwie kilkadziesiąt czarnych, poszarpanych i powyginanych przez wichry sosen stoi żałobnym szeregiem na niskim wale przybrzeżnym. Gdzie jak gdzie, ale zdaje się, że tu nie chciałoby się mieszkać za nic na świecie. Smutek bezbrzeżny.

Rozumie się, Kuźniczanie nie mają żadnych gruntów, wobec czego prawie zupełnie nie trzymają zwierząt domowych, drób jeden wyjąwszy i nieliczne krowy. Są też koty i psy — ogromne, groźnie wyglądające wilki.

Mimo to bardzo swą biedną wioskę kochają i bynajmniej nie twierdzą, aby w niej było smutno. Nieufni i podejrzliwi wobec obcych, między sobą są swobodni i pełni uszczypliwego, a nieraz bardzo złośliwego, ciętego dowcipu i humoru. Lubią bardzo wino i muzykę. Na cały półwysep sławna jest kapela kuźnicka, w której głównym instrumentem jest wielka rama z wiszącemi na niej flaszkami strojonemi zapomocą odpowiedniej ilości wody. Są to kuźnickie cymbały. Gdy muzykant zacznie je szybko trącać pałeczkami, wszystko dokoła aż dzwoni, a nogi same rwą się do tańca.

Młody Paweł Kąkol — szesnastoletni kawaler — choć marzył o dostatniem życiu na statku, z Kuźnicy się nie wyrywał i wcale na nią nie narzekał. Jego tęsknotę do mórz dalekich i przygód w nieznanych krajach zupełnie zaspokajały opowiadania tatka podczas wiązania żaków w wieczory zimowe. Stary rybak opowiadał o duchach morskich, o strasznych dziurach w wiatrze, to jest miejscach, które wiatr na morzu zupełnie omijał, tak, że żaglowiec, wjechawszy w taką dziurę, wiatrem przypadkiem w nią wtrącony, nie mógł się dalej ruszyć, bo miał dokoła siebie wieczną szpegelgladę, czyli ciszę morską. Majtkowie chorowali i umierali na szkorbut z braku świeżej wody i wskutek odżywiania się wyłącznie mięsem solonem, statek stał bez ruchu, a daleko widać było okręty, wesoło idące na wzdętych żaglach.

Najwięcej podobała się młodemu Pawłowi prawdziwa historja o pewnym chłopcu okrętowym, który w AustraIji stał się miljonerem. Tę historję ojciec często musiał mu powtarzać. Chłopiec służył na tym samym statku, co stary Kąkol. Przybywszy do Australji — ach, jaka to piękna nazwa, jaki to śliczny musi być kraj! — do miasta o tajemniczej nazwie Sydney, chłopak uciekł. Nikogo to tak bardzo nie wzruszyło, bo wszyscy zajęci byli nieznanym sobie lądem i ogromną górą, widną z morza, a która nazywa się „Koszasko- Mount“. Ten „Koszasko“ był podobnoś Polakiem, wielkim admirałem, a potem królem wszystkich Negrów i Morów i od niego tak się ta góra nazywa.

Od tego czasu stary, kosooki Bernard Kąkol nieraz bywał w tym bogatym kraju, dokąd statek, na którym był sternikiem, stale przyjeżdżał po wełnę owczą. Wielkie jej ładunki odwoził do Anglji. Pewnego razu statek znowu leżał w sidnejskiej owindżi, to jest przystani, ładując ogromny lodżing wełny, gdy wtem na pokładzie jego pojawił się jakiś pan, młody jeszcze i bardzo elegancko ubrany. Przystąpiwszy do kapitana, który długie lata na tym statku przesłużył, nazwał go po nazwisku i imieniu, pytając, czy go sobie przypomina. Ale ani kapitan, ani stary Bernard Kąkol, ani żaden z najstarszych na statku majtków nie poznał go. Wtedy on nazwał się im sam i powiedział, że jest tym chłopcem okrętowym, który swego czasu zbiegł ze statku. Nie chciano wierzyć, żeby tak elegancki pan mógł być chłopcem okrętowym. Gdy jednak zajrzano do ksiąg okrętowych, przekonano się, że pan ów nie kłamał. Uciekłszy z okrętu, poszedł na służbę do bardzo bogatego fermera, który hodował na wielką skalę owce. Ponieważ chłopak był chętny, wierny i pilny, fermer powierzył mu po pewnym czasie jedną fermę, a później wziął go do dyrekcji swych rozległych dóbr, gdzie były chłopiec okrętowy poznał się z jedyną jego córką, a ożeniwszy się z nią, odziedziczył po śmierci fermera cały jego ogromny majątek.

Opowiadając tę historję, stary Bernard dodawał zawsze:

— Gdybym był młodszy, zaraz wyjechałbym do Australji!

Oczywiście zapomniał o tem, iż tamten chłopak nie był ani kosooki, ani tak dziobaty jak on. Zresztą czyż każdy fermer ma obowiązek wydać córkę za zbiegłego chłopca okrętowego?

Mnie się zdaje, że Bernard Kąkol był o tem jak najświęciej przekonany. Stąd też i Paweł, syn jego, wierzył niezbicie, iż wystarczy mu tylko stanąć na bulwarach miasta o tajemniczej nazwie Sydney, a już rzuci mu się w objęcia młoda Australijka z dwudziestu tysiącami owiec w posagu. I stary o tem nie wątpił, narazie jednak nie puszczał syna w świat, bo mu chłopak był w domu potrzebny.

Jednakże pewnej zimy było tak ciężko i głodno, że stary rady sobie dać nie mógł. Połów „wangorzy“ wypadł licho, śledzików było mało, a szproty się nie pojawiały. Chleba nie było. Dzieciom dawano na śniadanie i na wieczerzę bulwę, podlaną słonym lukiem, czyli sosem z pod śledzi. Na pólnie była też bulwa — dzień w dzień. Ale i bulwa zaczynała się kończyć. Stary Bernard walczył z głodem, jak mógł. Łowił szczupaki, płotki, okonie - nie na sprzedaż, ale dla własnej potrzeby. Paweł stawiał klepce na wrony i na mjewy, lecz to wszystko nie wystarczało. Rybacy jedzą dużo, głównem zaś ich pożywieniem jest bulwa i chleb. Bez chleba nigdy nie potrafią się nasycić, choćby dawano im Bóg wie jakie frykasy.

Wobec tego tatk postanowił pozbyć się przynajmniej jednej gęby i w tym celu sam wyprawił Pawła do Gdyni, żeby sobie tam poszukał jakiej pracy lub miejsca na statku. Chłopak ubrał się w świątalne ubranie rybackie, schował starannie dwadzieścia złotych, które ojciec dla niego od przyjaciół uręczył, wziął pod pachę zawiniątko ze skorzniami i ubraniem, w jakiem wyjeżdżał na morze, pod pachą ścisnął bochenek chleba z kawałem wędzonej słoniny i pojechał.

Rybak, z natury lekkomyślny, potrafi być bardzo oszczędny i wytrwały, gdy potrzeba. W biedzie chętnie jeden drugiemu pomaga. Tej solidarności uczy ich morze. To też Paweł sypiał i mieszkał u pracujących w porcie znajomych rybaków, jedząc wraz z nimi, gdy było co jeść, a poprzestając na samym chlebie, gdy na nic więcej nie można było sobie pozwolić. Dzień w dzień starannie wyczyszczony, z czarną krawateczką na białym gorsie koszuli, chodził od biura do biura i uśmiechnięty, z wesołą twarzą prosił o robotę, bo choć młody, wiedział już dobrze, że ludzi najłatwiej ująć uśmiechem. Zgrabny, mocno zbudowany, z dużemi, silnemi dłońmi rozszerzonemi przez wiosłowanie, ładny chłopak o różowej twarzy, błękitnych oczach i jasnej czuprynie, wszędzie budził sympatję i współczucie. Wiedziano dobrze, co to zły rok na półwyspie. Ale zajęcia znaleźć nie mógł. Robotników było więcej, niż potrzeba. Prócz tych, którzy stale mieszkali w Gdyni, codzień pociągi ranne zwoziły setki robotników z okolicy, z Redy, a nawet z dalekich Kartuz. Wszystkie wysiłki i starania chłopca były daremne. Tatk za późno spostrzegł się, że zima źle się zapowiada. I za późno chłopca do miasta wyprawił. Gdy Paweł przybył do Gdyni, wszystko już było rozchwytane.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?