Terapia na życie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dlaczego powstała ta książka? – Dominika Dudek

Kawa, papierosy, sernik – Małgorzata Skowrońska

Czy leżenie na kozetce może zaszkodzić?

Psychoterapeuta słyszy i widzi

Psychoterapia: pacjent czy klient?

Kępiński: „A co powie Antek?”

Pacjenci: uczymy się na błędach

Ojciec: życie z doktorem Twardym

Matka: świat na głowie

Wojna: czas, w którym przestałem istnieć

Antysemityzm: Europa brunatnieje

Religia: mrzonki o wieczności

Przyjaźń: nic na zawsze

Zwierzęta: gdy kot pozwala mieszkać w domu

Radość życia: kop dopaminowy

Starość nie zawsze jest zła, ale zawsze jest upierdliwa

Mąż nie do głaskania. Rozmowa z Beatą Szymańską-Aleksandrowicz

Źródła ilustracji

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: LUCYNA KOWALIK, MARIA PIKUL

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, MARIA WOLAŃCZYK, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, KRZYSZTOF LISOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na okładce: Jerzy Aleksandrowicz, 2016, Fot. Anna Kaczmarz

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07160-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

nie jestem pierwszym psychiatrą, który ma kota na punkcie kotów

Dlaczego powstała ta książka?

Profesora Aleksandrowicza poznałam wiele lat temu. Jeszcze jako studentka byłam zafascynowana jego wykładami, z zapartym tchem słuchałam, jak wprowadzał przyszłych lekarzy w tajniki ludzkiej psyche i pokazywał nam psychoterapię jako potężne narzędzie pomocy osobom cierpiącym z powodu zaburzeń emocjonalnych. Wtedy jeszcze nie przeczuwałam, że psychiatria okaże się moim powołaniem i moją miłością, a Jurek stanie się mentorem i przyjacielem. Nie umiem powiedzieć, w jaki sposób nasza początkowo dość powierzchowna znajomość przerodziła się w piękną przyjaźń.

Jurek kierował Katedrą Psychoterapii UJ, ja pracowałam w Katedrze Psychiatrii UJ, nasze kontakty zawodowe były raczej ograniczone. Został moim szefem, gdy zaangażowałam się w prace redakcji „Psychiatrii Polskiej”, lecz wciąż była to działalność dość marginalna w stosunku do głównego nurtu mojej aktywności. Pojawiły się różne wspólne zadania i projekty związane z rozwojem czasopisma, mieliśmy zatem okazję lepiej się poznać. Z ogromnym sentymentem wspominam wyjazdy do Warszawy na zebrania Zarządu Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Kilka godzin spędzonych w pociągu zamieniało się w fascynujące seminaria na temat psychoterapii, dyskusje o pacjentach, nieformalne superwizje trudnych sytuacji klinicznych. Wystarczyło zadać jedno pytanie, delikatnie Jurka „podpuścić” i można było czerpać garściami z jego ogromnej wiedzy i doświadczenia. Stopniowo stał się również moim powiernikiem – wiedziałam, że zawsze mogę się do Niego zwrócić o radę, pomoc, wsparcie. Dyskusje z Profesorem były wyzwaniem intelektualnym – lubił prowokować, przedstawiać bardzo kontrowersyjne tezy, nie stronił od sarkazmu, bywał inteligentnie złośliwy, miał specyficzne poczucie humoru z dużą dozą autoironii.

Znałam oczywiście historię jego rodziny, jej dramatyczne wojenne dzieje, wiedziałam, jak wielką postacią był Julian Aleksandrowicz. Jednak dziedzictwo Jurka długo pozostawało na marginesie naszych relacji, dopiero po latach znajomości ośmieliłam się pytać, dociekać, prosić o wspomnienia. Przed wielu laty przez przypadek byłam świadkiem Jego rozmowy z profesor Marią Orwid, również ocalałą z Holokaustu. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam opowieść o zażyciu cyjanku przez ojca w obecności małego Jurka. Brakuje mi słów, aby opisać, co wtedy czułam, wyobrażając sobie mojego Przyjaciela jako niewinnego chłopca stawiającego czoło bestialstwu i śmierci. Zdawałam sobie sprawę, że przeżycia wojenne musiały Go ukształtować, musiały zdeterminować Jego życiowe wybory.

Jerzy Aleksandrowicz był skromny, raczej skłonny do pomniejszania swoich zasług niż chlubienia się nimi. Wszystko robił bardzo dokładnie, dążąc do perfekcji, i zazwyczaj nie był w pełni zadowolony z rezultatu. Nigdy nie starał się być na świeczniku, nie był mistrzem autokreacji i PR. Znając jego dorobek, niezwykle ciekawe życie, fascynującą osobowość, uważałam, iż powinno zostać pokazane szerokiemu gronu odbiorców, że jego poglądy mogą być interesujące, a mądrość przydatna nie tylko dla psychiatrów i psychoterapeutów. Długo namawiałam Go na wywiad, długo się opierał. Pomógł „zmasowany atak” przyjaciół, przede wszystkim nieocenionej Małgorzaty Jantos, dzięki której poznałam Małgorzatę Skowrońską i zainteresowałam ją tym projektem. A potem były dziesiątki przegadanych godzin, były wspomnienia, anegdoty, dowcipy i bardzo poważne refleksje. Był czas spędzony na oglądaniu rodzinnych albumów i na towarzyszeniu igraszkom ukochanych kotów. Były hektolitry kawy (w oparach dymu tytoniowego, gdyż Jurek kopcił jak smok) i wspaniałe ciastka, jakie zawsze kupował przed naszym przyjściem. Były Jego protesty i nasze przełamywanie niechęci do poruszania niektórych tematów. Były spotkania z Jego wspaniałą, mądrą żoną – Profesor Beatą Szymańską-Aleksandrowicz. I były plany – że pojedziemy razem nad Jezioro Rożnowskie, po którym kochał pływać łódką, że pójdziemy na spacer po Jego Kazimierzu, że wspólnie będziemy pracować nad ostatecznym kształtem wywiadu podczas autoryzacji; no i ten najważniejszy dla nas plan: że ofiarujemy Mu książkę, że będzie się nią cieszyć, że namówimy Go na spotkania autorskie.

Nie zdążyłyśmy. Jurek zmarł 17 października 2018 roku, niespodziewanie, ku zaskoczeniu nas wszystkich – nikt nie wiedział o jego ciężkiej chorobie. Kilka godzin przed śmiercią pożegnał się, wysyłając do mnie – czego nie miał w zwyczaju – esemes „Całuję na dobranoc”.

Dominika Dudek

Kawa, papierosy, sernik

Zaczęło się tak. Siedzę obok profesor Dominiki Dudek na czarnej skórzanej kanapie w krakowskim mieszkaniu profesora Jerzego Aleksandrowicza. Zwyczajna dla dziennikarza rzecz: trzeba się rozejrzeć. Przed sobą mam ławę, za nią, tuż przy ścianie, na niskim stoliku telewizor. Jeszcze nie wrak, ale już dziadek tych płaskoekranowych. Wyżej, po jego bokach na ścianie dwa obrazy. Nowosielski jak nic. Pytam o nie. Profesor odpowiada, że są darem od artysty. Pertraktuje teraz z muzeami, do których dzieła mogłyby trafić po jego śmierci.

To pierwsze spotkanie, zapoznawcze. Mam przygotowaną listę pytań, ale po tych „Nowosielach” głupio zagadywać o początki psychoterapeutycznej kariery. Opowieść wisi w powietrzu. Bo przecież coś musi się za tymi obrazami kryć. Może znany malarz był pacjentem Juliana Aleksandrowicza, ojca Profesora, albo artysta ze względu na swoje uzależnienia potrzebował terapii? Może się przyjaźnili? Pytam o rodzaj znajomości. Profesor odpowiada, że zaraz wszystko wyjaśni. Tylko kawę i ciastka przyniesie. Znika w kuchni na dłuższą chwilę. Słychać krzątaninę, a my z profesor Dudek rozmarzamy się, żeby choć jednego takiego „Nowosiela” mieć i patrzyć na te surowe świątynie i ikony codziennie.

Kiedy Profesor wrócił, na ławie wylądowała kawa i torcik bezowy z cukierni przy Starowiślnej. Kaloryczny zabójca z bitą śmietaną i malinami.

Rozmowy nagrywałam, ale mam też zwyczaj notowania tego, czego dyktafon nie wyłapie. Przejrzałam notatnik, papier nie kłamie. Zjadłyśmy, a raczej byłyśmy karmione bezowym torcikiem sześciokrotnie. Po trzy razy jadłyśmy piernik i sernik, dwa razy drożdżówki, siedem razy jabłecznik, raz makowiec, raz przekładaniec z masą z kwaśnego powidła, dwa razy ciasto ze śliwkami.

 

Kiedy odsłuchiwałam i spisywałam nagrania, nie dawało mi spokoju ciche mlaskanie przy jedzeniu serwowanych słodkości w tle. Przy czwartej rozmowie wreszcie zrozumiałam. Profesor używał ich, by nas zastopować. Kiedy tylko pojawiało się trudne dla niego pytanie, zachwalał słodkości, namawiając nas do kosztowania, proponował dokładkę. Sprytne. Wtedy, podczas pierwszego spotkania, ciastkami skutecznie odwrócił nasze myśli od Nowosielskiego. Podczas kolejnych nasiadówek temat obrazów już nie wracał, nie było okazji. Tkwił zapisany w notesie, adnotacja przypominała: „Koniecznie wrócić do tematu i przycisnąć”.

Ile takich tematów przegapiłam? (Da się zastosować proste równanie z przeliczeniem na ciastka?) Pewnie wiele. I pewnie do wielu z nich udałoby się wrócić, gdyby nie śmierć.

Dominika ją przeczuwała. Poganiała mnie, pilnowała terminów. Chciała, żeby Jerzy mógł nacieszyć się książką. Ostrzegała, że rozmowy rozmowami, ale przy autoryzacji Aleksandrowicz da nam popalić.

Nasze cotygodniowe dwugodzinne spotkania stały się rytuałem. Mieliśmy swój cukierniczy obrządek, kawowy ceremoniał, zamykanie i otwieranie drzwi balkonowych jako stały przerywnik, gdy profesorskie koty trzeba było wypuścić albo wpuścić do mieszkania; wietrzenie, gdy zaczynało być szaro od papierosów. Intymność rozmów, odpytywanie z życia, z holokaustowych przeżyć, z miłości, z porażek, sprawiło, że bariera wieku znikła. Od początku nie było jej w relacji między Dominiką a Jerzym, ale to zrozumiałe, znali się od lat, wspólnie pracowali. W moim przypadku było inaczej. Byłam w tym trójkącie kimś nowym, obcym. Czasami przysłuchiwałam się ich rozmowie z zazdrością. Nie przeszkadzałam, gdy poruszali sprawy zawodowe, zdarzało się, że też prywatne. Wyłączałam dziennikarskie wścibstwo, poprzestając na obserwacji dwojga zaprzyjaźnionych ludzi. Miłe uczucie widzieć na własne oczy rzadko spotykaną dziś przyjaźń.

Czego dowiedziałaś się od tego guru psychiatrii i psychoterapii? – zapytała mnie znajoma, gdy wspomniałam, nad czym pracuję. Nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć od razu. A potem przyszły do mnie obrazy. Gdy Profesor odmówił wyjazdu na dwudniową konferencję, bo nie chciał zostawiać w domu pod opieką kogoś z rodziny czy znajomych swojej chorej wówczas żony. Albo gdy dociskany o trudną relację z ojcem, odpowiedział: „Dorosłe, ale niedojrzałe dzieci chętnie zwalą winę za swoje niepowodzenia na rodziców”. Albo gdy przekonywał, przywołując swoje psychoterapeutyczne doświadczenie, że nie ma takiej cechy charakteru, której nie można zmienić.

Na ostatnim spotkaniu piliśmy kawę i jedliśmy sernik. Jerzy stwierdził, że jest „słabo wierzący”, nawet w wyniki badań naukowych. Rozmowa zeszła na temat obrony życia poczętego, a Profesor zaczął mówić, że męczy się kobiety wdrukowywaniem im instynktu macierzyńskiego. Chyba uznał, że temat może być jednak dla niego niewygodny, bo zanim z Dominiką rzuciłyśmy się na ten wątek, zaproponował kolejny kawałek ciasta.

Małgorzata Skowrońska

Czy leżenie na kozetce

może zaszkodzić?

DOMINIKA DUDEK, MAŁGORZATA SKOWROŃSKA:

Mamy modę na psychoterapię?

JERZY ALEKSANDROWICZ: Jeśli myślicie o modzie, jaką obserwujemy w Stanach Zjednoczonych, to jeszcze nam do niej daleko. Tam klasa średnia chodzi do psychoterapeuty kilka razy w miesiącu, wydając na takie spotkania fortunę. A ponieważ za oceanem mocno trzyma się psychoanaliza, każdy zapracowany Amerykanin chce mieć swojego psychoanalityka.

Woody Allen pokazuje często ten trend w swoich filmach. Tych, w których bohaterem jest neurotyczny mężczyzna w średnim wieku.

Częste leżenie na kozetce może zaszkodzić. I psyche, i kieszeni. W tym układzie psychoterapeucie nie zależy na szybkim zakończeniu terapii, bo straci źródło utrzymania. Poza tym psychoanaliza ma swoje ograniczenia, podobnie zresztą jak każda inna teoria, jeśli trzymać się jej doktrynersko. Już Kępiński mówił o tym, że doświadczenie psychoanalityczne może zaszkodzić. I to nie tylko pacjentowi, ale też psychoanalitykowi. Nadmierna koncentracja na sobie nigdy nie jest dobra. Zdarza się, że za wiedzę o sobie, jaką się uzyskuje w trakcie takiej terapii, trzeba wiele zapłacić. Znam psychoanalityków, którzy zapłacili za nią specyficznymi dewiacjami.

Jeśli sądzisz, że zadowolimy się takim ogólnym stwierdzeniem, to się mylisz. Fakty i nazwiska poprosimy.

Nazwisk nie będzie.

Tajemnica zawodowa?

Raczej przyzwoitość.

To poprosimy o przyzwoitą anegdotę.

Jeden z powojennych polskich psychoanalityków opowiadał o psychoanalizie w taki sposób, że słuchało się go jak kaznodziei. Na jednym z takich spotkań któryś z kolegów nie wytrzymał przydługiej wypowiedzi i powiedział w pewnym momencie „Amen”. Wspomniany psychoanalityk zrobił mu awanturę. Uznał, że odniesienie do religii nie jest przypadkowe...

Byłeś w psychoanalitycznej „sekcie”?

Oczywiście. Nie pamiętam już dokładnie, ale było to w roku 1960 lub 1961. W krakowskiej Klinice Psychiatrycznej zawiązała się grupa osób, które chciały lepiej poznać teorię psychoanalizy. Spotykaliśmy się co tydzień przez kilka lat. W tym nieformalnym zespole byli: Maria Orwid, Ewa Broszkiewicz, Elżbieta Leśniak, Teresa Żuchowicz, Jacek Bomba, Piotr Drozdowski, Andrzej Jakubik, Aleksander Teutsch i inni, także niektórzy stażyści, na przykład Jurek Mellibruda. Boguchwał Winid, który wcześniej był na zagranicznym psychoanalitycznym stypendium, nadawał ton. Czasami na tych spotkaniach pojawiał się Antoni Kępiński, a Maria Einhorn-Susułowska uczyła nas testu Rorschacha.

Byliśmy młodzi i zafiksowani na psychoanalizie. Dziś tak to widzę, ale wtedy to była... Szukam określenia, które oddałoby nasze zaangażowanie, i do głowy przychodzi mi tylko jedno: pierwsza miłość. Wiecie, taka głupia, oszałamiająca i niepozwalająca patrzeć trzeźwo. Tak wtedy działała na nas ta teoria, którą Winid i Malewski, wtedy polscy nauczyciele psychoanalizy, uważali za jedyną prawdziwą. Reszta chętnie podzielała ich przekonania, ja także. To było wygodne, bo dostarczało psychoterapeutom oparcia i pewności: jeśli uważasz, że masz wiedzę o człowieku, to wydaje ci się, że możesz rozwiązać wszystkie jego problemy. I od razu pojawia się poczucie wyższości, bo to ja – terapeuta – wiem lepiej. A to już grozi sekciarstwem. Dlatego nie zaprotestowałem, gdy zapytałyście o psychoanalityczną sektę.

Wyzwoliłeś się?

Wyzwoliłem. Pomogło mi to, że dość szybko zauważyłem „religijność” psychoanalizy, z twardym wyznaniem wiary, z wyrazistymi granicami, z odpowiedziami na wszystkie pytania, z prorokami i wyznawcami. Tam, gdzie nie ma myślenia krytycznego, wchodzi myślenie religijne. Na to zawsze byłem wyczulony.

Problem polega na tym, że doktrynerstwo dotyczy nie tylko psychoanalizy, ale też wszystkich teorii psychoterapeutycznych. I ma nie tyle związek z samą teorią, co z ludźmi, którzy ją stosują. Jeśli psychoterapeuta trzyma się tylko jednego systemu pojęć, popełnia błąd, który może skończyć się źle i dla niego, i dla pacjenta.

Po psychoanalizie wśród psychoterapeutów modne było tzw. podejście humanistyczne, a jeszcze później pojawiła się fascynacja teorią uczenia społecznego, promowaną w Polsce przez Stefana Ledera. Trzeba jednak dodać, że Leder był zupełnie inny niż Malewski czy Winid, bardzo mocno związani z psychoanalizą. Miał w sobie otwartość na różne poglądy i był ogromnie krytyczny, wymagał rzetelności w myśleniu. Jego wpływ na rozwój psychoterapii, a także Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, która powstała z inicjatywy Ledera w 1960 roku, trudno przecenić.

Te fascynacje najpierw psychoanalizą, a potem koncepcjami humanistycznymi, podejściem behawioralnym, teorią uczenia, także podejściem systemowym, to były takie „choroby wieku dziecięcego”. Trzeba było przez nie przejść i się na nie uodpornić. Przypominam sobie, że profesor Karol Spett, który był kierownikiem Kliniki Psychiatrycznej w tamtym pionierskim czasie, wydał nawet zakaz organizowania seminariów i spotkań zespołów psychoterapeutycznych w godzinach pracy. Byliśmy wtedy tak zakręceni, że dyskutując ciągle o teoriach, poświęcaliśmy pacjentom za mało czasu. Efekt zakazu był taki, że spotykaliśmy się niemal potajemnie, najczęściej wieczorami, w domach. „Psychoterapeutyczne” życie towarzyskie wtedy kwitło. W oparach dymu papierosowego i – co tu kryć – przy alkoholu, znajdowaliśmy w świetle tych teorii odpowiedź na wszystkie nasze pytania i recepty, jak leczyć pacjentów z problemami psychicznymi. Co bardziej złośliwi koledzy dowcipnie wyśmiewali tę naszą fascynację. Po klinice krążył taki oto wierszyk: „Przyszedł debil do debila, bo gadanie czas umila. Oto jest terapii cel, miel jęzorem, bracie, miel”. Ech, szczęśliwe czasy, gdy człowiekiem nie wstrząsał żaden krytycyzm czy sceptycyzm.

Ale nawet z tym swoim mało krytycznym podejściem wnieśliście powiew świeżości. Psychoterapia, wszystko jedno w jakim wydaniu, pół wieku temu była jednak nowością.

Psychoterapia była nowością, ale – wbrew temu, co się wydaje – w psychiatrii wcale nie dominowało leczenie biologiczne. A już na pewno nie w naszej Klinice Psychiatrycznej. Jeśli już musiałbym definiować obowiązujący w Krakowie pogląd na psychiatrię, powiedziałbym o podejściu holistycznym. Nikt wtedy nie lekceważył żadnego z aspektów życia: biologicznego, psychologicznego czy społecznego. Dzisiejsze wyobrażenie jest takie, że w tamtym czasie leczenie polegało tylko na stosowaniu elektrowstrząsów. Bzdura! Pamiętajmy, że możliwości leczenia farmakologicznego mieliśmy wtedy ograniczone, ale z pacjentami spędzało się dużo czasu na rozmowach. To mi odpowiadało, bo zawsze chciałem studiować psychologię.

Ważne było też otoczenie, nasze środowisko. Nie mieliśmy przecież w tamtym czasie możliwości profesjonalnego kształcenia się w psychoterapii i wszyscy – w pewnym sensie – byliśmy samoukami. Jeśli od kogoś czerpaliśmy wiedzę, jak pracować z pacjentem, to od starszych kolegów, nie tylko z Krakowa. W Warszawie działali Kazimierz Dąbrowski, Jan Malewski i Stefan Leder, który – obok Kępińskiego – był drugim moim najważniejszym nauczycielem. Jego wiedza na temat psychoanalizy była ogromna, choć nigdy nie był wyznawcą tego nurtu.

Obserwowałeś, jak pracuje z pacjentem?

Miałem taką okazję i to była niezapomniana lekcja. Leder uważał, że kontakt z pacjentem jest najważniejszy, na drugim miejscu są teorie, do których zresztą zawsze był krytycznie nastawiony. Doceniał znaczenie wpływów społecznych na powstawanie zaburzeń, wiedział, że środowisko ma w sobie potencjał, który można wykorzystać w leczeniu. Pierwszy w Polsce promował psychoterapię grupową.

Jeśli miałbym wymienić moich najważniejszych nauczycieli podejścia do pacjenta, byłby to Kępiński, właśnie Leder i personel pielęgniarski.

Docenianie pracy pielęgniarek w tamtym czasie nie było czymś oczywistym.

Nie było, ale Klinika rządziła się swoimi prawami. Poza tym Kępiński nigdy by nie pozwolił na umniejszanie roli innych (niż lekarze) pracowników. Dla niego to nigdy nie był tzw. personel pomocniczy.

Pracowała z nami na przykład niezastąpiona pielęgniarka Janina Zającowa. Miała ogromne doświadczenie w pracy z pacjentami ze schorzeniami psychicznymi i wiedzę, której brakowało niejednemu lekarzowi. Jasię, na równi z lekarzami, pytało się więc o zdanie. Kępińskiemu zdarzało się na przykład wysłać do niej jakiegoś niedouczonego lekarza. Taki delikwent miał obserwować, jak ona pracuje i jej pomagać. Niezapomniana szkoła oddziałowego życia.

Psychologia, którą chciałeś studiować, wzięła się z wojennych traum?

Motywy osobiste odegrały swoją rolę.

Wojna? Apodyktyczny ojciec?

Z przeżyciami wojennymi radziłem sobie przez wiele lat. A z ojcem o psychologię miałem zatarg. Okropnie się zdenerwował, gdy pod koniec liceum postanowiłem studiować ten kierunek. Widział mnie na medycynie.

Nie chciałeś robić tego, co on?

Dorastanie w cieniu wybitnego ojca nie jest proste. Prawda jest jednak taka, że to on podprowadził mnie pod psychoterapię, pokazując holistyczne podejście do pacjenta. Moje walki z nim skończyły się tym, że nie poszedłem ostatecznie na psychologię, której zresztą wtedy nie było w Krakowie, a studiowanie w innym mieście było wówczas trudne. Pewnie gdybym się uparł, to postawiłbym na swoim. Widocznie jednak moja motywacja nie była tak silna, skoro ugięła się pod rodzicielskim: „na studia w innym mieście nie dostaniesz pieniędzy”.

 

W kręgu moich zainteresowań była też chirurgia, ale po wolontariacie w Klinice Psychiatrii i kole naukowym przy niej działającym stanęło na psychiatrii. To wtedy po raz pierwszy zobaczyłem seans hipnozy – dzięki doktorowi Julianowi Godlewskiemu. Na takim młodziku, jakim wtedy byłem, zrobiło to niesamowite wrażenie. Podobnie jak doświadczenia z kliniki, do której zacząłem przychodzić w 1957 roku jako początkujący lekarz. Różne „cuda” się wtedy zdarzały.

Cuda?

Doprowadziliśmy na przykład do cudownego uzdrowienia dziewczyny...

Żarty?

Skąd. Czyste działanie sugestywne, czyli dowód na to, jaką siłę ma placebo. Pacjentka trafiła na oddział z powodu czynnościowego niedowładu nóg. Ryszard Rychliński – ówczesny sekretarz Kliniki, „człowiek orkiestra”, sam jeden zajmował się sprawami, które dziś załatwia cały sztab, wyciągnął z kantorka instrument do faradyzacji. Jesteście za młode, żeby wiedzieć, jak takie ustrojstwo wygląda. To dziewiętnastowieczne narzędzie w skrzynce z mosiężnymi kołami i dźwigniami do drażnienia prądem. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Pacjentka z przerażeniem w oczach patrzyła na to, co robimy. Ze śmiertelnie poważnymi minami zapewniliśmy ją, że maszyna pozwoli jej wyzdrowieć. Rysio zaczął kręcić pokrętłami. Co chwila rzucał komendę: „Zwiększam napięcie”. Najpierw 10 tysięcy woltów, potem 75 tysięcy... Po osiągnięciu 100 tysięcy woltów i haśle: „To już koniec zabiegu, możesz wstać”, dziewczyna wstała i o własnych siłach wróciła do swojej szpitalnej sali.

Ale przecież nie samym placebo leczyliście wtedy ludzi.

Jeśli zdefiniujemy psychoterapię jako relację między pacjentem a lekarzem, to z niej także korzystaliśmy. Panował pogląd, że psychiatria to jednak wciąż ograniczona nauka, która nie daje pełnej wiedzy o człowieku i jego chorobach. Intuicyjnie stosowaliśmy wtedy terapie oparte na różnych psychoterapeutycznych teoriach. Kępiński na przykład uważał, że pacjent zawsze może go czegoś nauczyć, bo każda choroba, nawet ta o podłożu biologicznym, ma komponent psychiczny, u każdego inny. Wymagał takiego samego myślenia od swoich uczniów.

Zaczynałem pracę badawczą od analizowania procesów patofizjologicznych, działania neuroleptyków i LSD na sferę psychiczną. Pracę doktorską poświęciłem związkowi między depresją a metabolizmem glukozy. W naturalny sposób, nauczony tego, że nie można odrywać leczenia od aspektów psychicznych i społecznych, zająłem się pograniczem psychoterapii i farmakoterapii, co nawet dziś wielu terapeutów uważa za niedopuszczalne. Jestem innego zdania.

W tamtym pionierskim czasie, a był to rok 1975, rozpoczęliśmy pierwszy program badawczy, sprawdzaliśmy efektywność psychoterapii, a także szukaliśmy narzędzi opisujących stan pacjentów z zaburzeniami nerwicowymi. Ostatnie badania z tego cyklu zakończyły się dopiero w 2006 roku. Do dziś nasze kwestionariusze są powszechnie używane. Ba, zrobiły wręcz międzynarodową karierę.

W pewnym sensie byliśmy jak dzieci, które – zanim staną się okazami zdrowia – muszą przejść wiele chorób. W moim przypadku oznaczało to, że wypróbowywałem wiele szkół terapeutycznych.

Zamknięci za żelazną kurtyną, nie mieliście dostępu do najnowszej wiedzy. Jak sobie radziliście?

Ależ wcale nie byliśmy pozbawieni wiedzy i kontaktów. To mit, jaki wyrósł wokół życia w Polsce Ludowej. Wbrew pozorom mieliśmy kontakty z zagranicznymi nowinkami. Wyjeżdżaliśmy na zagraniczne stypendia, mieliśmy dostęp do fachowych czasopism francuskich, angielskich czy niemieckich. Na pewno nie była to tak swobodna wymiana naukowa, jaka odbywa się teraz. Korzystaliśmy z uprzejmości naszych kolegów z ówczesnej Czechosłowacji czy Węgier. Hipnozy uczyliśmy się na przykład od Stanislava Kratochvíla, który w Kromieryżu prowadził znakomity ośrodek psychoterapeutyczny, i od Leona Chertoka, francuskiego psychiatry. Ten lekarz uznawany za gwiazdę medycyny psychosomatycznej przyjeżdżał do Polski w latach sześćdziesiątych i dzielił się swoją wiedzą. Nie on jedyny. Na stażu w klinice był Ion Geir Høyersten z Norwegii. Już po wyjeździe z Krakowa Ion przez wiele lat przysyłał nam książki i czasopisma naukowe. Taka książka kosztowała w przeliczeniu na złotówki jedną trzecią mojej ówczesnej pensji. Nikogo z nas nie było stać, by podręczniki sprowadzać na własną rękę.

Pierwszy wyjazd za granicę?

To był rok 1966 – stypendium w Strasburgu. Trafiłem do kliniki, której szefem był Lucien Israël. Człowiek o intelekcie godnym noblisty. Przez cały staż był moim superwizorem. W jego klinice nie obowiązywało tradycyjne freudowskie podejście, ale rozszerzone – lacanowskie.

Na czym ono polegało?

Lacanowskie podejście psychoanalityczne miało podstawy filozoficzne i antropologiczne. Czerpało ze zdobyczy nauk humanistycznych, głównie językoznawstwa. Opierało się na założeniu, że to język mówi nami, a nie my językiem. Takie ujęcie tematu pozwalało znacznie lepiej wyjaśnić ludzkie traumy i problemy niż zawężające tradycyjne podejście freudowskie. Nie ma co ukrywać, Lacan i jego teorie były dla mnie – przesiąkniętego psychoanalizą klasyczną – czymś naprawdę ożywczym. Wróciłem do Polski z misją, by je propagować i wykorzystać w psychiatrii. Udało się nawet ściągnąć nad Wisłę Rolanda Broca z Paryża, który przez kilka lat razem ze współpracownikami przyjeżdżał do Polski, by prowadzić wykłady i seminaria. Z implementacji nauk Lacana nic jednak nie wyszło. Może zawiniło to, że jego następcy nie byli lekarzami, a filozofami i jego teorie znalazły zastosowanie raczej w filozofii.

Jak wyglądała praca w klinice w latach sześćdziesiątych?

Prowadziliśmy przede wszystkim terapie indywidualne pacjentów. Wspomniałem, że byliśmy psychoterapeutycznymi samoukami. Co prawda na większości oddziałów klinicznych udało się wprowadzić zasady społeczności terapeutycznej, ale poza tym każdy z nas robił, co chciał. Sprawy pacjentów omawialiśmy na zebraniach. Miało to swoje zalety, bo wnosiliśmy różne perspektywy. Na przykład ktoś z nas opiekował się pacjentem w psychozie. Z innej perspektywy patrzył na niego psychoanalityk Winid, a z innej klinicysta Kępiński. Superwizję robiliśmy sobie wzajemnie.

Nie prowadziliście terapii grupowych?

Chociaż pierwsze grupy terapeutyczne tworzone były jeszcze w latach pięćdziesiątych, to tak naprawdę ta forma terapii pojawiła się dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. I jak z każdą nowością bywa, także tym się zachłysnęliśmy. Nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że niełatwo jest stymulować proces psychoterapeutyczny w grupie. Wierzyliśmy w siłę wpływu dynamiki grupowej.

Organizacyjnie też nie było łatwo, bo jak tu utrzymać grupę, która co chwila się rozpada. Niemożliwością było przecież zmuszenie pacjentów do tego, by w tym samym momencie wszyscy skończyli terapię. Ze Zdziskiem Pajorem, z którym prowadziłem terapię grupową osób z psychozami, zaczęliśmy tworzyć więc tzw. grupy otwarte, czyli takie, w których w miejsce wyleczonego pojawiał się ktoś inny potrzebujący pomocy. Pomysł był trafiony i okazało się, że dynamika takiej otwartej grupy daje większe możliwości terapeutyczne. Ale początkowo praca z grupami była zupełną partyzantką.

Mówisz o partyzantce, ale ten etap musiał się przecież skończyć.

Tak – rok 1972. To wtedy ukazał się pierwszy numer kwartalnika „Psychoterapia”. Powstał jako pierwsze w demoludach i jedno z pierwszych w Europie pismo poświęcone psychoterapii. Publikowaliśmy w nim tłumaczenia przełomowych zagranicznych artykułów, własne badania i wyniki doświadczeń z pacjentami. Mieliśmy też autorów spoza Polski. Publikowali u nas koledzy z Węgier czy Czechosłowacji, gdzie działały cenione ośrodki psychoterapeutyczne.

Byliście cenzurowani?

Nie, cenzorzy albo nie rozumieli naszych artykułów, albo woleli psychiatrom się nie narażać – omijali nas z daleka. A artykuły nie zawsze były zgodne z obowiązującą partyjną linią.

Pierwszy krakowski ośrodek psychoterapii powstał w 1975 roku.

To były świetne czasy dla psychoterapii. Powstała wtedy Pracownia Psychoterapii w Katedrze Psychiatrii (po dziesięciu latach przekształcono ją w Zakład Psychoterapii). W tym samym roku profesor Adam Szymusik, który był wtedy kierownikiem Katedry i Kliniki Psychiatrycznej, zgodził się na utworzenie dziennego oddziału leczenia nerwic. Miejsca nie mieliśmy wiele, bo urzędowaliśmy w dwóch pokoikach, które wcześniej były dozorcówką. Kto wtedy myślał o przetargach na remont... Po prostu zakasaliśmy rękawy i sami wysprzątaliśmy, pomalowaliśmy i wyposażyliśmy oba pomieszczenia. Tak powstało ambulatorium intensywnej psychoterapii nerwic. Ale to było mało, bo trzeba było stworzyć programy terapii. Założenie było jedno: psychoterapii grupowej towarzyszyła terapia indywidualna oraz farmakoterapia, a także inne oddziaływania. Następnym krokiem było stworzenie Ośrodka Leczenia Nerwic na bazie Śródmiejskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. Taki twór na dwóch nogach: jedną była Klinika Psychiatryczna, a drugą jednostka miejskiej służby zdrowia. Dostaliśmy od ZOZ willę przy ulicy Łobzowskiej 49 – to był luksus. Mówię z przekąsem, bo willa była zrujnowana. Siedzieliśmy sobie na głowach, a żeby móc prowadzić psychoterapię indywidualną, budowaliśmy z dykty rozmównice, które wyglądem przypominały trochę budki telefoniczne. Tylko w ten sposób można było zapewnić sobie jakąkolwiek izolację.

Z kim współpracowałeś?

Psychoterapia zaczynała się „rozjeżdżać” z psychiatrią, dlatego na początku nie było ani jednego lekarza poza mną, wyłącznie studenci psychologii. Ciężko było, bo nie można było zostawić ośrodka bez opieki medycznej. Zdarzało się więc, że siedziałem tam do nocy. Potem to się zmieniło – dołączyli Piotr Drozdowski, Adam Pytko i Bogdan de Barbaro. Po około roku działalności stworzył się też fantastyczny zespół psychologów. Byli w nim między innymi Ilona Kaleta, Magda Horwath i Kazimierz Bierzyński. O bezcennej pomocy pielęgniarek, które też złapały bakcyla psychoterapii, już mówiłem. Trzeba wspomnieć o Annie Kozioł, która bardzo angażowała się w pracę ośrodka. Dziś jest superwizorem.