Świat według Clarksona 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Świat według Clarksona

Jeremy Clarkson zyskał rozgłos jako prezenter jedynego w swoim rodzaju programu motoryzacyjnego Top Gear. Porzucił go, by spróbować szczęścia gdzie indziej. Niestety, wszystko spaprał i znów prowadzi Top Gear. Mieszka z żoną Francie i trójką dzieci w hrabstwie Oksford. I mimo to nie ma na swoim koncie żadnych punktów karnych.

JEREMY CLARKSON

Świat według Clarksona

przełożyli Maria i Tomasz Brzozowscy

Tytuł oryginału

The World According to Clarkson

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand,

London WC2R ORL, England

These articles first appeared in the Sunday Times

between 2001 and 2003

This collection first published

by Michael Joseph 2004

Published in Penguin Books 2005

Copyright © 2004, Jeremy Clarkson.

All rights reserved.

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak

Skład

Tomasz Brzozowski

Copyright © for the translation

by Maria Brzozowska and Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2011

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN-13: 978-83-61428-39-8

Wydanie II


Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10

31-143 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Dla Francie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Spis treści

Kolejny wolny dzień? O nie, dajcie mi odpocząć!

Wykańcza mnie ta cała gadka o zdrowiu i bezpieczeństwie

Mężczyźni to beznadziejny przypadek i jesteśmy z tego dumni!

W radiu nawet morderstwo uszłoby im na sucho

Witamy i achtung – oto austriacka gościnność

O rany, ale Biały Dom jest mały!

Lot dookoła świata, brak miejsc w pierwszej klasie

Próbują spowolnić prawdziwy rytm życia

Dajcie spokój z euro, lepiej zróbcie wszędzie takie same gniazdka

Czy oddałbym życie za pana Niepamiętamnazwiska?

Rozrastające się przedmieścia to niedokładnie to, czego się spodziewałem

Czy to samolot? Nie, to latające warzywo!

Obiad zwycięzcy czy pieskie śniadanie?

I to nazywacie zamieszkami? To kompletna klapa!

Bycie milionerem to tylko krok od bankructwa

Jak trudno jest tu zjeść coś sensownego

Koszenie trawników to największe osiągnięcie cywilizacji

Zaproszenie mojej żony, które chciałbym móc odrzucić

A jak duży błąd TY popełnisz?

Ameryka, bliźniaczy kraj Vaterlandu

Osaczony przez niemiecką sforę pałającą chęcią zemsty

Dlaczego Unia Europejska się nie sprawdza?

Weekend w Paryżu, mieście rozboju w biały dzień

To prawdziwe dzieło sztuki i to my je stworzyliśmy

W Kraju Basków mówią językiem śmierci

Zdrowy rozsądek tonie w basenie

Z cierpliwością zalecisz dalej

Czy coś mi przepadło, gdy byłem na wakacjach? Chyba tylko codzienny obłęd

Władcy mórz? Dziś jesteśmy już tylko rozbitkami

Dlaczego już nas nie stać na nic wielkiego lub pięknego?

Weź przykład ze swoich dzieci – odpręż się w stylu Ibiza

Chodzę do dentysty, mimo że mam zęby mądrości

Pojedynek morski z najszybszymi imigrantami na Zachód

Mój wyrok? Ławy przysięgłych są winne jak diabli…

Im więcej nam mówią, tym mniej wiemy

Bez opieki PR-owca jestem zwykłym grubasem

Po co się spierać? Załatwmy to na pięści!

Mówię to jako ojciec: Nigdy nie zastąpię dzieciom mamy

„Mówię o moim pokoleniu”, Britney

Rozchmurz się, mój mały aniołku – zwycięstwo jest dla frajerów

Przez lisa mordercę zastrzeliłem Davida Beckhama

Przynoszę wam wieści z krańca wszechświata

Wybierzcie się do cyrku. To lepsze niż Big Brother

Ornitolodzy przetrącają skrzydła Anglii

Krykiet to narodowy sport marnotrawców czasu

Mam dla was niezłą nowinę: Jestem kolejnym spalonym Deaytonem!

Sam w domu – to dla dziecka wymarzona sytuacja

Iwan Groźny to wczasowicz z piekła rodem

Rambo ponosi wielką odpowiedzialność za dzisiejszy terror

Gwałtowny spadek cen domów? To przez odwożenie dzieci do szkoły, ty głupku!

Loteria dofinansuje wszystko oprócz dobrej zabawy

Może i wahadłowce są bezużyteczne, ale i tak zarezerwujcie mi miejsce na najbliższy lot

Gdybym musiał wybierać, wybrałbym Vaterland

Ratujmy żółwie! Umieśćmy reklamy na ich skorupach

Dajcie mi chwilę, a przekonam was do hrabstwa Stafford

Kuknięcie przez zasłony do królowej

Po co wyjeżdżać za granicę, skoro można spędzić wakacje w Hythe?

 

Mamy galerie, a co ze sztuką?

Myślicie, że wirus SARS jest groźny? Są gorsze!

Mandela po prostu nie zasługuje na to, by stawiać go na piedestale

W poszukiwaniu straconego czasu, jednego podbródka i życia

W poszukiwaniu prawdziwego ogrodu na wystawie w Chelsea

Sięgać tam, gdzie dotąd nikt nie sięgał: najgłupsze rekordy świata

Beckham już próbował, a teraz moja kolej, by przemówić kibicom do rozsądku

Najbardziej nieszczęśliwi ludzie na Ziemi? Nigdy nie zgadniecie

Witajcie w Prymityville: to dowolne miasteczko w okolicy

Gdyby mój ogród był tak bujny jak włosy w moich uszach!

Czerwone nocne niebo – to płonie satelita Michaela Fisha

Szkoda, że zamiast zwykłego życia nie wybrałem marihuany i herbatniczków

Byłem w raju… To straszliwa męka!

Eureka! Odkryłem lekarstwo na naukę

Dlaczego finaliści nagrody Bookera zawsze gubią wątek?

Zajrzyj do sklepu z pamiątkami, a zapłaczesz nad Anglią

Eton jest gorsze nawet od państwowej szkoły średniej w podłej dzielnicy

Wielki skok wstecz dla ludzkości

Cóż za wspaniały lot w otchłań narodowej klapy

Zabawa w pokój w Iraku to Jeux Sans Frontierés

Ławy przysięgłych są bardziej przerażające niż przestępcy

Próbują oprawić w ramki osiołka o imieniu Kristen Scott

Marzę o zakazie świątecznych imprez w pracy

Kolejny wolny dzień? O nie, dajcie mi odpocząć!

W jakimś badaniu opinii publicznej przytłaczająca większość ankietowanych, którzy tydzień temu z trudem powrócili do swoich zajęć, wyraziła opinię, że Anglia powinna była pójść śladem Szkocji i ustanowić zeszły wtorek dniem wolnym od pracy.

Dwie sprawy wzbudzają tu moje zdziwienie. Po pierwsze: kto mógł sobie zawracać głowę przeprowadzeniem takiego sondażu? Po drugie: kto przy zdrowych zmysłach może twierdzić, że bożonarodzeniowa przerwa świąteczna była za krótka?

Wziąłem 10 dni wolnego, ale już pierwszego dnia do jedenastej przed południem udało mi się wypić 14 filiżanek kawy, przeczytać wszystkie gazety i „Guardiana”, a potem… Właśnie, co potem?

Do obiadu zdążyłem się już tak wynudzić, że postanowiłem zawiesić kilka obrazów. Chwyciłem za młotek, a potem przyszedł gość, który zagipsował uszkodzone przeze mnie fragmenty ścian. Następnie chciałem naprawić elektryczną bramę wjazdową, która działa tylko wtedy, gdy w nazwie miesiąca występuje omega. Uzbrojony w klucz francuski ruszyłem ku bramie, a potem zjawił się kolejny gość, by z powrotem poskładać ją do kupy.

Już zabierałem się za naprawę kuchenki Aga, która – jak to zwykle bywa – wysiadła w Wigilię, gdy moja żona chwyciła mnie za ucho i odciągnęła na bok. Powiedziała, że skoro budowlańcy, ogólnie rzecz biorąc, nie spędzają swojego wolnego czasu na pisaniu, to pisarze nie powinni spędzać urlopu na budowaniu i remontowaniu.

– To sporo nas kosztuje i może być niebezpieczne – dodała.

Ma rację. Mamy w jadalni takie lampki, które na blacie znajdującego się pod nimi stołu powinny wyświetlać gwiazdki. Nigdy nie przejmowałem się tym, że światło żarówki wydostaje się przez boki obudowy i gwiazdek nie widać. Gdy jednak człowiek się nudzi, takie właśnie rzeczy najbardziej działają mu na nerwy.

Kupiłem więc nieprzezroczystą, uniwersalną taśmę samoprzylepną i nagle moje życie odzyskało sens. Miałem co robić.

Całe szczęście, że Boże Narodzenie nadeszło, zanim zdążyłem doprowadzić do jeszcze większego spustoszenia. Święta jednak minęły i znów dni wlekły się tak, jakbym oglądał je przez trzymaną na odwrót lornetkę. Tak odległy wydawał mi się każdego poranka sen i związana z nim ulga – błogosławiona utrata świadomości.

W kuchennej podłodze wydeptałem ścieżkę do lodówki. Za każdym razem miałem nadzieję, że podczas jednej z poprzednich 4000 wypraw w jakiś przedziwny sposób przeoczyłem półmisek pełen zimnych kiełbasek. Potem, bez wyraźnej przyczyny, postanowiłem kupić sobie stołek.

Wybrałem się więc z całą rodziną do jednego z tych sklepów z prezentami-duperelami, gdzie zapach różnych suszonych pachnidełek jest tak intensywny, że przyprawia o zeza. Nie bacząc na to, że dzieci leżały na podłodze dusząc się, spędzałem w sklepie kolejne godziny wybierając sobie stołek za mały lub w złym kolorze, tak, żebym mógł stracić jeszcze trochę czasu na jego zwrot do sklepu.

Następnego dnia, wciąż jeszcze pachnąc jak bielizna Delii Smith1, postanowiłem kupić nie odpowiadający mi stylizowany regał na książki. Ale po porażce ze stołkiem, moja żona powiedziała: Nie! Wyglądało więc na to, że najlepiej zrobię, gdy na coś zachoruję. To wspaniały pomysł, gdy już naprawdę nie masz co z sobą zrobić, bo wszystko, łącznie z opryszczką narządów płciowych, jest lepsze niż zanudzić się na śmierć.

Nie jest łatwo, wiem, wywołać siłą woli pryszcze na genitaliach, ale przy niewielkim wysiłku można złapać przeziębienie, które – jeśli się jeszcze trochę bardziej postarać – przejdzie w grypę. Właśnie. Nawet leżenie w łóżku i oglądanie Judy Finnegan2 przebranej za Świętego Mikołaja wygrywa z nieuleczalnym nowotworem – nudą.

To nuda sprawia, że dzwonisz do ludzi, z którymi nie rozmawiałeś od osiemnastu lat, aby w połowie rozmowy przypomnieć sobie dlaczego. Nuda to stan, w którym zaczynasz czytać nie tylko katalogi firm wysyłkowych, ale również wypadające z nich ulotki. Nuda powoduje, że zastanawiasz się, czy nie zabrać broni i nie urządzić jatki w najbliższym centrum handlowym, mimo że dobrze wiesz, do czego to prowadzi. Wreszcie, nuda oznacza, że zaczynasz uprawiać golf.

Dzień przed Wigilią siedziałem w pociągu obok gościa, który, jak tylko minęliśmy Paddington, zadzwonił do żony i powiedział, że właśnie skończył, że przeszedł na emeryturę, że teraz jego życie będzie rzeczywiście należało tylko do niego. Usiłował przy tym wyglądać na zadowolonego, ale w jego oczach dostrzegłem to mętne, pełne przerażenia spojrzenie, które powiedziało mi wszystko.

Spędzi w domu jeden, góra dwa miesiące, dewastując mieszkanie i obracając ogród w cmentarzysko roślin, a potem przyjmie zaproszenie na golfa i wtedy naprawdę będzie już po nim. Jego życie skończy się dużo wcześniej, niż on wyda z siebie ostatnie tchnienie. Szkoda go. Wyglądał na bardzo sympatycznego.

A może wędkarstwo? Patrzysz na tych ludzi, którzy mimo mżawki tkwią przy brzegu kanału i zastanawiasz się tylko: „Jak bardzo musieli być znudzeni w domu, że znaleźli się tutaj?”.

Odpowiedź brzmi: podejrzewam, że nie aż tak bardzo, jak można by przypuszczać. Już po tygodniu urlopu byłem u kresu wytrzymałości. Nie mogłem nawet przyrządzić sobie kiełbasek, by potem włożyć je do lodówki, bo pewnego popołudnia – wykorzystując chwilę nieuwagi żony – znów próbowałem naprawić naszą Agę. Wtedy, niestety, coś od niej odpadło.

Mogłem oczywiście założyć to z powrotem, ale, co najdziwniejsze, kiedy nie jest się naprawdę zajętym, nigdy na nic nie starcza czasu. Napisałem list, ale w ciągu całego dnia nie znalazłem ani chwili, by włożyć go do koperty. Pewnie miało to związek z moim ośmiogodzinnym pobytem w ubikacji w zeszły wtorek. Cóż, hobby dobre jak każde inne.

Brytyjczycy pracują najdłużej ze wszystkich Europejczyków. Poważni lekarze wmawiają nam, że powoduje to stres i choroby układu krążenia. Zgadzam się. Ale brak zajęcia, zapewniam, grozi nam wszystkim hemoroidami.

Niedziela, 7 stycznia 2001 r.

1 Delia Smith (ur. 1941) – popularna brytyjska autorka kulinarnych programów TV (przyp. tłum., podobnie pozostałe przyspisy).

2 Judy Finnegan (ur. 1948) – brytyjska prezenterka telewizyjna, dziennikarka i felietonistka..

Wykańcza mnie ta cała gadka o zdrowiu i bezpieczeństwie

Przypominacie sobie pewnie, że po zeszłorocznej katastrofie kolejowej w Hatfield nasz wicepremier z sześcioma podbródkami – pan Prescott – pojawił się na scenie, wyraźnie dając do zrozumienia, że przy odrobinie wysiłku i o wiele większych nakładach finansowych, nikt z podróżujących pociągami już nigdy nie zginie.

Podobne reakcje wywołała wiadomość, że w okresie przedświątecznym liczba osób prowadzących pod wpływem alkoholu wzrosła o 0,1%. Aktywiści wszelkiej maści wypowiadali się na antenie wyjaśniając, że gdyby dopuszczalny poziom alkoholu we krwi obniżono do minus ośmiu promili, a policja miałaby prawo strzelać bez ostrzeżenia do motocyklistów, śmierć na drodze stałaby się kwestią przeszłości.

Ci sami ludzie wmawiają nam, że telefony komórkowe mogą usmażyć uszy naszym dzieciom, że długie loty prawie na pewno skończą się zakrzepami w nogach i że jedzenie mięsa to morderstwo. Chcą całkowicie wyrugować śmierć – a to jeszcze nie koniec. Nie zgadzają się nawet na odrobinę niewygody spowodowanej jakimś lekkim skaleczeniem czy potłuczeniem.

Co tydzień, gdy nagrywamy mój program telewizyjny, na podłogę rozlewa się jakiś napój. I co tydzień przerywamy nagranie, by szybko to uprzątnąć. „Niech pan tylko pomyśli, co by się stało – powiedział inspektor BHP – gdyby operator kamery poślizgnął się na takiej mokrej plamie?”. „Hm – odparłem. – Zapewne musiałby wstać”.

Dziś, tak jak każda duża firma, również i BBC ma obsesję na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa każdego, kto znajdzie się w jej siedzibie. Poszczególne studia muszą umieszczać ostrzeżenia, gdy na planie znajduje się prawdziwe szkło, a kiedyś dostałem broszurę objaśniającą jak korzystać z drzwi. Wcale nie żartuję.

Możecie sobie teraz chyba wyobrazić problemy, przed jakimi stanę w tym tygodniu. Dla potrzeb kręconego przeze mnie cyklu programów telewizyjnych będę musiał wejść do komory dekompresyjnej, aby sprawdzić jak to jest, gdy w samolocie lecącym na wysokości 9 kilometrów jedno z okien ulegnie uszkodzeniu.

Biedny producent dostał już formularz wielkości Luksemburga, w którym należy wyszczególnić wszystkie możliwe niebezpieczeństwa, na jakie będę narażony. No cóż, moje płuca mogą eksplodować, a powietrze zgromadzone w zębach pod plombami dziewięciokrotnie zwiększy swoją objętość, doprowadzając do niemiłosiernej agonii, choć pewnie nie będę tego czuł, bo istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że postępujące niedotlenienie zmieni mnie wcześniej w śliniące się warzywo.

Uważam, że to ryzyko warto ponieść, ale moje przemyślenia są bez znaczenia, bo w dzisiejszych czasach moje życie i to, jak nim kieruję, jest w rękach ludzi od BHP. Tych samych, którzy rok temu stwierdzili, że nie mogę lecieć w amerykańskim helikopterze wojskowym, bo pilot nie ma certyfikatu wydanego przez BBC.

Ech, dalibyście spokój. Każdy wie, że amerykańskim siłom powietrznym nie wolno rozbijać helikopterów. Po katastrofie w Somalii w 1994 roku, kiedy Amerykanie stracili 16 ludzi wysłanych na ratunek dwóm martwym już wtedy żołnierzom, podjęto decyzję, że amerykańscy żołnierze nie mogą ulegać obrażeniom. Nawet walcząc na wojnie.

 

To wszystko dociera teraz do Wielkiej Brytanii. Na pewno czytaliście o uszkodzeniach słuchu, spowodowanych przez starszych sierżantów, którzy wrzeszczeli na szeregowców, ale ta plaga sięga jeszcze dalej. Kiedy w zeszłym tygodniu gościłem w Henlow w bazie Królewskich Sił Powietrznych, zadziwiło mnie, że ktoś z BHP przypiął do tablicy ogłoszeń plakat ostrzegający pilotów myśliwców, że alkohol może wywołać u nich agresję i gwałtowność. Nie, nie, to absolutnie ostatnia rzecz jakiej nam trzeba – agresywni i gwałtowni piloci myśliwców.

Brytyjska flota okrętów podwodnych o napędzie atomowym zostanie pewnie uziemiona, czy co tam się robi z okrętami podwodnymi, przez ludzi z BHP, bo stwierdzą, że to może być niebezpieczne.

Następny problem dotyczy brytyjskiej rezerwy pocisków z głowicami zawierającymi zubożony uran, które – jak dotąd – są najskuteczniejszą bronią niszczącą pancerze wrogich czołgów. Świetnie, tyle że BHP wcale za nimi nie przepada, bo okazuje się, że takie ustrojstwo może kogoś zabić.

W telewizji występują byli rekruci i mówią, że będąc w Kosowie wystrzelili kilka serii tych pocisków, a teraz chorują na raka. Moje najgłębsze wyrazy współczucia, ale przyjrzyjmy się pewnym faktom. Jedynym sposobem, by zubożony uran przeniknął przez skórę, jest oberwanie od kogoś takim uranowym nabojem. Zubożony uran może się dostać do ciała również drogą oddechową, ale ponieważ jest o 40% mniej radioaktywny niż naturalny uran spotykany w glebie, nie wydaje mi się, by mógł powodować jakieś uszkodzenia organizmu. Byłem w kopalni uranu w zachodniej Australii i jak dotąd nie wyrosła mi druga głowa.

Mimo wszystko uważam, że to bardzo dziwne, że ministerstwo obrony podda badaniom tylko tych żołnierzy, którzy służyli w Kosowie, a nie tych, którzy walczyli w Zatoce, gdzie zużyto 300 ton zubożonego uranu i gdzie promieniowanie alfa mogło dłużej czynić swoją powinność. Koniec końców, jeśli badania wykażą, że nasi chłopcy zostali napromieniowani i w wyniku tego jeden z nich zmarł, możemy być pewni, że pociski ze zubożonym uranem będą używane przeciwko NATO, ale nie przez NATO.

Dokąd to wszystko nas zaprowadzi? Siłom Powietrznym USA udało się zabić w Zatoce siedmiu brytyjskich żołnierzy czymś, co z lubością zwą „blokadą ognia skierowanego do przyjaciela”. Czy nie będzie to wystarczającym powodem dla tych z BHP, by wykluczyć Amerykanów z pola walki?

Niektórzy twierdzą, że zabije nas globalne ocieplenie i dziura ozonowa. Lecz mnie bardziej martwią ludzie, którzy swoim nadrzędnym obowiązkiem uczynili troskę o utrzymanie nas wszystkich przy życiu.

Niedziela, 14 stycznia 2001 r.

Mężczyźni to beznadziejny przypadek i jesteśmy z tego dumni!

Ponieważ jestem mężczyzną, niechętnie się zatrzymuję, żeby zapytać kogoś o drogę, bo to oznaczałoby, że ten ktoś pod pewnym względem jest mądrzejszy ode mnie. A na pewno tak nie jest, bo ja siedzę sobie wygodnie w cieplutkim samochodzie, a on włóczy się pieszo.

Czasami jednak, głównie w miastach, których burmistrz zlecił grupie czternastolatków ze szkoły specjalnej zaprojektowanie systemu dróg jednokierunkowych, staję się mimowolnym zdrajcą mojej płci i proszę przechodniów o wskazówki.

Co za strata czasu. Jeśli tylko rozpoczynają swoją wypowiedź od „yyy”, na pewno nie znają drogi i spędzimy pół dnia słuchając ich ględzenia, gdy będą się zastanawiać, czy na następnych światłach trzeba skręcić w lewo czy w prawo? Dam wam więc dobrą radę. Jeśli ktoś zapytany o drogę ociąga się z odpowiedzią lub gdy na jego twarzy choćby na ułamek sekundy pojawi się najmniejszy nawet wyraz konsternacji, od razu odjeżdżajcie.

Oczywiście, są i tacy, którzy natychmiast wyrzucają z siebie potok wojskowych dyrektyw, wśród których pojawiają się przejrzyste, zwięzłe znaki rękami i drzewa z krzaczastymi czubkami po lewej stronie na wprost.

Cóż z tego, skoro i tak nic z tych wyjaśnień do nas nie dotrze. Od zarania dziejów medycyna wie, że mężczyzna po usłyszeniu pierwszego słowa wyjaśnień wyłącza się.

Kiedy Rzymianie dokonali inwazji na Anglię, wyjechali z powrotem do siebie, by uczcić ten fakt i wrócili dopiero po osiemdziesięciu latach. Dlaczego? Bo nie mogli znaleźć drogi, a jeśliby nawet zapytali we Francji, jak trafić do Anglii, i tak by nie słuchali.

Pod koniec trzynastego wieku Edward I Długonogi powierzył manewry wojskami kobietom, bo w przeciwieństwie do mężczyzn potrafiły słuchać i robić użytek ze wskazówek… Tak naprawdę to teraz akurat zmyślam. Ale musi być w tym ziarnko prawdy, bo gdyby król w zupełności polegał na orientacji swoich rycerzy, skończyłby zapewne w Falmouth1, a nie w Falkirk2.

W zeszłym tygodniu, błądząc w poszukiwaniu pewnego sklepu, znalazłem się w polu magnesu, który niezwykle silnie działa na mężczyzn: Tottenham Court Road3. Magnes ten wciągnął mnie do pogańskiej świątyni pełnej dziwnych elektronicznych dźwięków i niezrozumiałego pisma hieroglificznego – sklepu „Computers ‘R’ Us”.

Nie słuchałem. Nie słuchałem ani wewnętrznego głosu, który mówił mi, żebym opuścił sklep, ani sprzedawcy, który pokazywał mi nowego laptopa Sony. Nazwa tego laptopa zawiera tak wiele samogłosek, że nie da się jej wymówić. Zaczyna się od V, a potem trzeba wydać z siebie odgłos kota, który dostał się do wyżymaczki.

Spokojnie, nie bójcie się, nie będę pisał o tym, jak nie mogę się połapać w komputerach i jak bardzo chciałbym się znowu znaleźć w redakcji „Rotherham Advertiser”, gdzie maszynę do pisania Remington opanowałem do takiej perfekcji, że wkręcałem w nią rolkę papieru toaletowego.

Bardzo lubię komputery. Moja wiedza o nich w zupełności wystarcza, by wysyłać e-maile, pisać felietony i wyszukiwać zdjęcia transwestytów z Tajlandii. Niestety, nie wiem aż tyle, co sprzedawcy i bywalcy sklepów komputerowych. A to sprawia, że mój umysł zachowuje się tak jak na mężczyznę przystało: wyłącza się.

Dam wam przykład. Jeśli mielibyście wybierać pomiędzy systemem Windows 2000 a Windows 98, z pewnością wybralibyście ten z większą liczbą. Sprzedawca w sklepie poradził mi jednak, bym nieco zaoszczędził i kupił 98. Zapytałem go dlaczego. Jego odpowiedź z powodzeniem mogła dotyczyć nowofundlandzkiego teriera. Nie dotarło do mnie absolutnie nic.

Zależało mi na tym, by móc wysyłać z laptopa e-maile przez podłączony do niego telefon komórkowy. Zapytałem go o to. I odpowiedział… Ale daję słowo, mógł równie dobrze mówić o tym, jak przyrządzić smakowity sos z cebuli w górskiej pustelni w Nepalu.

Aby skrócić te męki, po prostu kupiłem tego laptopa… a teraz mam wrażenie, że jest zepsuty. Za każdym razem, gdy wychodzę z internetu, komputer się wyłącza, a ja wszystko, co napisałem przez cały dzień, tracę w otchłaniach krzemowej ziemi niczyjej.

Oczywiście mógłbym zanieść komputer z powrotem do sklepu, ale wtedy mogliby odkryć, że oglądałem transwestytów, a to byłoby dość krępujące. Poza tym, nie pamiętam już, gdzie był ten sklep, i niech mnie ziemia pochłonie, jeśli będę chciał kogoś o to zapytać.

Mógłbym też zadzwonić do kumpla, ale byłaby to rozmowa daremna. Jestem mężczyzną, a mężczyzna to ego obleczone skórą, więc jeśli kumpel wiedziałby, jak rozwiązać mój problem, mogłoby się skończyć na drobnych obrażeniach. Nie słuchałbym go więc. A jeśli nie wiedziałby, jak mi pomóc, to po co do niego dzwonić?

W tym miejscu kobieta sięgnęłaby po instrukcję. I to jest ta największa różnica pomiędzy płciami. Nie przytulanie po seksie. Nie orientacja przestrzenna i rozmyta logika. Nawet najbardziej męska z kobiet, pani Thatcher, spędza pół dnia leżąc na brzuchu, czytając instrukcję obsługi nowego magnetowidu i upewniając się, że gdy wróci po kolacji danego dnia, będzie już na nią czekał dany program nagrany o danej godzinie.

Jakie to głupie. A ja? Ja po prostu naciskam różne klawisze w pełni świadom tego, że mogę nagrać coś innego w przyszły wtorek na drugiej stronie taśmy. I że to coś może być o wiele ciekawsze.

Takie podejście jest z pewnością przydatne, jeśli chodzi o gry planszowe. Ponieważ nigdy jeszcze nie przeczytałem zasad gry w Monopol, przesuwam pionek w kierunku, który w danej chwili wydaje mi się najbardziej odpowiedni. A jeśli ktoś zwraca mi uwagę, że powinienem przesunąć pionek zgodnie z ruchem wskazówek zegara, patrzę na niego dziwnym, mętnym wzrokiem.

To zawsze działa. Zawsze wygrywam.

Niedziela, 21 stycznia 2001 r.

1 Falmouth – miasto w Kornwalii.

2 Falkirk – miasto w Szkocji.

3 Tottenham Court Road – londyńska ulica m.in. ze sklepami z elektroniką użytkową.