Popiół za popiółTekst

Z serii: Ból za ból #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

DEDYKACJA

MOTTO

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DRUGI

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY TRZECI

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY PIĄTY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY ÓSMY

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY DRUGI

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY TRZECI

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY CZWARTY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY PIĄTY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY ÓSMY

EPILOG

Dedykuję Zareen Jaffery

Tytuł oryginału: Ashes to Ashes

Przekład: Andrzej Goździkowski

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Karolina Pawlik

Projekt okładki: Lucy Ruth Cummins

Zdjęcie na okładce: Anna Wolf

Text Copyright © 2014 by Jenny Han and Siobhan Vivian

Published by arrangement with Folio Literary Management, LLC and GRAAL

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-688-7

Wydanie I, Łódź 2017

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Zemsta obciążona jest pewną wadą: spełnia się w oczekiwaniu. Sam akt zemsty natomiast, zamiast wzbudzać przyjemność, rodzi tylko ból, a w każdym razie ból jest uczuciem dominującym.

Mark Twain

PROLOG
MARY

Stałam na balkonie dla chóru w kościele pod wezwaniem Najświętszej Pani Morza i przeżywałam istne katusze. Wypłakiwałam oczy, a moje łkanie było odbiciem szlochów dobiegających z dołu, gdzie zgromadzili się inni żałobnicy.

Na białym marmurowym ołtarzu zasłanym dywanem kwiatów ustawiono mosiężną urnę. Wśród kwiatów dostrzegłam róże, chryzantemy, lwie paszcze. Na środku ułożono krzyż z białych goździków, a front ołtarza zdobiły wieńce z różowymi wstążkami. Za witrażowymi oknami prószył śnieg, ale we wnętrzu świątyni roiło się od kwiatów.

Nie bardzo wiedziałam, jak tu trafiłam. Nie miałam pojęcia, jaki jest dzień tygodnia ani która godzina.

W pewnym momencie jakaś kobieta w podeszłym wieku zasiadła do stojących za mną organów i po chwili kościelną ciszę wypełniły pierwsze posępne akordy hymnu. Wszyscy żałobnicy wstali, a nawą główną w kierunku ołtarza przeszedł ksiądz w towarzystwie dwóch ministrantów niosących duże drewniane krzyże. Przez łzy widziałam moją mamę – ubrana była w czarną spódnicę ołówkową i czarny sweterek. Ledwo trzymała się na nogach. Z jednej strony podtrzymywała ją ciotka Bette, z drugiej mój ojciec.

 

Kiedy przetarłam oczy i wytężyłam wzrok, okazało się jednak, że to wcale nie moja mama, tylko pani Holtz. Miała takie same kręcone włosy i była równie drobna, co Rennie. Dwoje ludzi stojących po obu jej stronach wydało mi się teraz kompletnie obcych.

Po chwili zorientowałam się też, że osoba uwieczniona na wielkim zdjęciu ustawionym przy urnie to wcale nie ja. Fotografia ukazywała Rennie w cytrynowej letniej sukience na ramiączkach. Rozpuszczone loki mierzwiła jej nadmorska bryza. Miała niewinny wyraz twarzy, ale psotne spojrzenie. Wyglądała tu na piętnaście, może szesnaście lat. Nie znałam jej jeszcze, kiedy była taka młodziutka.

A więc to wcale nie mój pogrzeb, tylko Rennie.

Kościół pękał w szwach od żałobników. Zjawiło się ich tylu, że kościelni musieli dostawić dodatkowe rozkładane krzesła w bocznych nawach oraz niedaleko konfesjonałów. I to właśnie tam zauważyłam Kat. Jej ojciec stał za nią, a Pat dodawał jej otuchy, trzymając za rękę. Ramiona jej drżały, przez co domyśliłam się, że łka.

Kiedy pani Holtz mijała ławkę, w której siedzieli państwo Cho, przystanęła na chwilę i drżącą dłonią dotknęła ramienia Lillii. Chciała chyba, żeby Lillia usiadła razem z nią w pierwszym rzędzie. Lillia z początku wydawała się spłoszona jej zaproszeniem, ale po chwili zgodziła się, zachęcona przez swoją mamę.

Przechodząc, Lillia minęła Reeve’a i jego rodzinę: rodziców oraz braci, którym towarzystwa dotrzymywały ich sympatie. Wspólnie zajmowali niemal cały rząd. Reeve musiał dopiero co wyjść od fryzjera, bo miał zaróżowioną skórę na karku. Ubrany był w ten sam garnitur, w którym zjawił się na balu. Lillia nie spojrzała w jego stronę, on też nie zaszczycił jej spojrzeniem. Kiedy ze schyloną głową zajmowała miejsce w ławce, Reeve zaczął w wielkim skupieniu wertować książeczkę do nabożeństwa.

Wodziłam wzrokiem po łukach sklepienia i nawach, przypatrywałam się uważnie rzeźbom.

Rennie? Też tu jesteś?

Rozglądałam się niespokojnie, oczekując, że wreszcie zjawi się Rennie. Na próżno jednak – nie była obecna w taki sposób jak ja.

Czym zasłużyłam sobie na to, by na wieczność utkwić na wyspie Jar? Czy to kara za to, że odebrałam sobie życie? Wiedziałam już, że była to niemądra decyzja. Chciałam tylko sprawić, by Reeve pożałował tego, jak postąpił. Gdy tylko z pętlą na szyi zeskoczyłam z krzesła, zapragnęłam cofnąć czas, ale było już za późno. Czyżby Bóg nie rozumiał, że to nie moja wina? Nigdy nie targnęłabym się na swoje życie, gdyby nie Reeve. To on powinien zostać ukarany, a nie ja.

Kaznodzieja poprosił wiernych, by pochylili głowy i odmówili modlitwę. Z opuszczoną głową i zamkniętymi oczami zaczęłam żarliwie się modlić: Boże, proszę, pozwól mi opuścić to miejsce. Pozwól mi odnaleźć drogę do nieba. Wieczny odpoczynek racz mi dać panie.

Kiedy otworzyłam oczy, w kościele nie było już żywej duszy. Pogaszono wszystkie światła, wyniesiono kwiaty.

Zostałam sama.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
LILLIA

W normalnych okolicznościach słuchałabym o tej porze z Nadią porannej audycji w radiu. Nadię naprawdę śmieszyły oklepane dowcipy opowiadane przez prowadzące i zagrana na flecie oprawa dźwiękowa audycji. Mnie te żarciki wydawały się dość wymuszone, ale za to ciekawiły mnie podawane przez prowadzące plotki ze świata gwiazd. Kiedy ogłaszano konkurs z nagrodami albo po prostu rozdawano jakieś upominki dla słuchaczy, Nadia dzwoniła do radia z obu naszych komórek jednocześnie, żeby zwiększyć szanse na wygraną.

Ale nie dzisiaj, nie pierwszego dnia w szkole po śmierci Rennie. Dlatego kiedy wiozłam nas do liceum, nie włączałam radia. Całą drogę pokonywałyśmy w ciszy przerywanej tylko przez cichutkie poskrzypywanie wycieraczek ścierających płatki śniegu z przedniej szyby.

W pewnym momencie Nadia zaczęła się wiercić na fotelu. Próbowała zdjąć puchową kurtkę bez odpinania pasa bezpieczeństwa.

– Możesz wyłączyć ogrzewanie? Zaraz się ugotuję.

Zerknęłam na deskę rozdzielczą. Nawiew powietrza faktycznie ustawiłam na maksymalną temperaturę, a do tego włączyłam ogrzewanie foteli. Zrobiłam to odruchowo, bo bez przerwy było mi zimno. Nie mogłam się rozgrzać, odkąd usłyszałam straszne nowiny.

– Przepraszam – powiedziałam.

Odszukałam wolne miejsce na parkingu pod szkołą, po czym przez dłuższą chwilę przypatrywałam się, jak uczniowie niespiesznie zmierzają do budynku liceum. Przypominało to trochę scenę z niemego filmu – nikt nie rozmawiał, nie żartował ani się nie śmiał. Ciekawe, czy szkoła kiedykolwiek otrząśnie się po tej tragedii.

Byłam pewna, że nie.

Czasami, kiedy Rennie zaszła mi za skórę, powtarzałam sobie, że nie jest wcale taka ważna, jak sądzi. Lubiłam sobie wyobrażać, że przecenia swoje wpływy w naszej szkole. Teraz jednak, kiedy jej zabrakło, stało się jasne, że faktycznie była tu kimś. Bez niej liceum wydawało się wymarłe.

– Chcesz, żebyśmy weszły do szkoły razem? – spytała Nadia, odpinając pas bezpieczeństwa.

– Nie, dam sobie radę. – Potrząsnęłam głową, a kiedy siostra sięgnęła na tylne fotele po plecak z książkami, dodałam: – Słuchaj, dzisiaj pewnie pojawią się w szkole psychoterapeuci. Mogłabyś z którymś porozmawiać, jeśli czujesz taką potrzebę. Słyszałam, że pani Chirazo jest całkiem sympatyczna.

Nadia skinęła lekko głową, po czym nieśmiało zauważyła:

– Ty też byś mogła.

– Oczywiście – przyznałam, choć tak naprawdę nie miałam ochoty na zwierzenia. Nie chciało mi się z nikim gadać. Błagałam mamę, żeby pozwoliła mi zostać dzisiaj w domu. Kiepsko spałam. Prawdę mówiąc, przez całą noc nie zmrużyłam oka. Leżałam w ciemnościach, godziny mijały, ale sen nie nadchodził.

Zanim Nadia wysiadła, chwyciłam ją jeszcze za rękaw i przytrzymałam.

– Hej, nie martw się o mnie. Czuję się dobrze – zapewniłam.

Zabrzmiało to niezbyt przekonująco – głos miałam zmęczony – dlatego uśmiechnęłam się dla lepszego efektu.

Najgorsze było to, że ludzie w szkole będą mi współczuć. Oczywiście reagowaliby inaczej, gdyby znali prawdę – gdyby wiedzieli, że przed śmiercią Rennie mnie znienawidziła. Dopuściłam się wobec niej najstraszniejszej zdrady. Kiedy zamykałam oczy, wracały do mnie obrazy z naszych ostatnich wspólnie spędzonych chwil. Rennie pokazująca Reeve’owi zdjęcia, na których uwieczniono moment, gdy dodawałam narkotyki do jego drinka podczas balu. Rennie wymierzająca mi policzek. Rennie łkająca, przepełniona nienawiścią z powodu mojej zdrady.

No i jeszcze Mary.

Na myśl o tym, że mam się z nią dzisiaj spotkać, najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Jak mam jej powiedzieć o tym, co zaszło między mną a Reeve’em? Co właściwie jej powiem? Że popełniłam błąd, ale to już przeszłość? W myślach układałam całą przemowę i powtarzałam ją niezliczoną ilość razy, ale w gruncie rzeczy nadal nie wiedziałam, jakich słów powinnam użyć.

Przechodząc przez parking, wypatrywałam samochodu Kat, nigdzie nie było go jednak widać. Wydzwaniała do mnie milion razy, ale nie odbierałam ani nie próbowałam się z nią skontaktować. Pewnie też była już na mnie wściekła.

W głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że wszystko to okaże się tylko złym snem. W końcu obudzę się i wszystko będzie po staremu. Gdyby Rennie miała nienawidzić mnie do końca życia za to, co stało się między mną a Reeve’em w Sylwestra, trudno. Jeśli nigdy już nie zamieniłaby ze mną słowa – jakoś bym się z tym pogodziła. Byle tylko wróciła do życia.

Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam jej twarz. Przy gablotce z pucharami na parterze, gdzie w pierwszej klasie spotykałyśmy się na przerwach, kiedy zrobiło się zbyt chłodno, by tkwić na dworze przy fontannie. Przy skrytce woźnego, gdzie zostawiałyśmy sobie liściki między lekcjami. Przy jej szafce, gdzie spotykałyśmy się w drugiej klasie.

Do oczu napłynęły mi łzy, ale nie chciałam znowu płakać.

Byłam już przy swojej szafce, gdy zobaczyłam, jak korytarzem nadbiega Ash. Przepychała się pośród uczniów, kierując się w moją stronę.

– Lil! – zawołała żałośnie, po czym rzuciła mi się na szyję, zanosząc się histerycznym płaczem. Pomyślałam wtedy z niechęcią, że zachowuje się, jakby grała w filmie o dziewczynie, która zginęła w wypadku samochodowym. Inni uczniowie przyglądali nam się z boku.

Pozwalałam, by przez długą chwilę wypłakiwała mi się na ramieniu.

– Kupię sobie sok z automatu – powiedziałam, odsuwając się od niej w końcu. – Chcesz coś?

Nie chciałam wydać się oziębła, ale prawdę mówiąc, nie miałam teraz ochoty znosić jej teatralnych wybuchów rozpaczy. Byłam już u kresu sił.

Ash potrząsnęła głową.

– Ale pójdę z tobą – oznajmiła.

– Nie, poczekaj tu. Zaraz wracam – powiedziałam, po czym cmoknęłam ją w policzek i pognałam przed siebie.

Zastanawiałam się, czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby po prostu ulotnić się ze szkoły i pojechać z powrotem do domu. Byłam już w połowie długości korytarza, kiedy ktoś chwycił mnie za ramię.

Alex.

– Cześć, Lil – przywitał się. – Trzymasz się jakoś?

– Tak – odparłam. Ledwo, dodałam w myśli.

Alex też nie wyglądał najlepiej. Oczy miał podkrążone, a jego brodę pokrywał lekki zarost. Przez chwilę tarł oczy, po czym rozejrzał się wkoło i powiedział:

– Przez cały czas spodziewam się, że zobaczę gdzieś Rennie. Bez niej zrobiło się tu tak… pusto. Jakby bez jej pomysłów ludzie nagle nie wiedzieli, co ze sobą począć.

Sama też tak to odbierałam. Dokładnie tak, jak to opisał. Poczułam niesamowitą ulgę, że ktoś inny doświadczał tego samego co ja. Westchnęłam, choć zabrzmiało to raczej jak jęk. Alex przytulił mnie, a ja się nie odsunęłam. Miałam wrażenie, że gdyby nie jego ramiona, osunęłabym się na ziemię.

Nie miałam pojęcia, ile – i czy w ogóle – Alex wie na temat tego, co zaszło między Reeve’em, Rennie a mną w Sylwestra. Ale teraz nie miało to znaczenia. Byłam mu po prostu wdzięczna, że przy mnie jest. Zawsze bez pytania wiedział, czego mi w danej chwili potrzeba. Mogłam na niego liczyć, nawet jeśli w tym konkretnym momencie nie zasługiwałam na pomoc.

ROZDZIAŁ DRUGI
KAT

Urwałam się z dwóch pierwszych lekcji. W końcu na trzeciej zauważył mnie szkolny ochroniarz, pan Turnshek. Paliłam akurat fajkę, schowana we wnęce pod schodami. W miejscu, gdzie kiedyś zastałam Mary, gdy uciekła przed sprawdzianem. Liczyłam, że ją tu znajdę. Przyszłam do szkoły z samego rana i czekałam na nią przy jej szafce. Ciekawa byłam, jak wytłumaczy mi, dlaczego ani razu do mnie nie przedzwoniła ani mnie nie odwiedziła. Musiała się już dowiedzieć, że Rennie nie żyje.

Ale Mary się nie pojawiła.

Pan Turnshek przypatrywał mi się w osłupieniu.

– Wiem, wiem – burknęłam, wypuszczając z płuc dym. – Mam się zameldować w gabinecie dyrektora.

Po tych słowach podniosłam się z ziemi i zgasiłam papierosa o mur. Na powierzchni pustaka został okrągły ślad po popiele.

Od kiedy Rennie umarła, wypalałam niemal dwie paczki dziennie. Praktycznie nie czułam już smaku jedzenia, a skóra na palcu środkowym i wskazującym zabarwiła mi się na żółto. Wiedziałam, że to zgubny nałóg. Wiedziałam, że powinnam rzucić, zanim na dobre się uzależnię. Powtarzałam to sobie przy każdym zapalanym papierosie.

– I to migiem, DeBrassio – ponaglił mnie pan Turnshek, krzyżując ręce na piersi.

Całkiem możliwe, że w głębi duszy chciałam, żeby ktoś przyłapał mnie na paleniu. Trudno powiedzieć. Wszystko mnie dzisiaj wkurzało. Widok zapłakanych, rozpaczających po śmierci Rennie uczniów na korytarzach. Ludzie wieszający się sobie na szyjach. Wyglądało to trochę tak, jakby nagle wszyscy poczuli, że muszą się nawzajem podtrzymywać, bo inaczej się powywracają. Tylko mi jakimś dziwnym trafem nikt nie pomagał. Większość dzieciaków z młodszych klas nie miała nawet pojęcia, że kiedyś byłyśmy z Rennie najlepszymi przyjaciółkami. Wyobrażali sobie teraz pewnie, że jej śmierć nic mnie nie obchodzi.

Albo, co gorsza, że sprawiła mi radość.

Kiedy szłam korytarzem, jakaś zdzirowata pierwszoklasistka z drużyny cheerleaderek bąknęła coś pod nosem na mój temat. Błyskawicznie odwróciłam się na pięcie i do niej doskoczyłam. Stanęłam tak blisko, że niemal dotykałyśmy się nosami, i kazałam powiedzieć mi prosto w twarz to, co szeptała za moimi plecami. Ze strachu prawie posrała się w swoje modne dżinsy.

 

Oczywiście ta idiotka nie mogła wiedzieć, przez co przechodzę. Ale z Lillią i Mary sytuacja wyglądała zupełnie inaczej – one doskonale wiedziały, jak blisko byłam kiedyś z Rennie. Jasne, przez ostatnie lata nauki w liceum się nie kumplowałyśmy, ale to nie znaczy, że jej śmierć guzik mnie teraz obchodziła. Ja też potrzebowałam się wygadać i wybuczeć na czyimś ramieniu. Nawiasem mówiąc, byłam ostatnią osobą, która widziała Rennie przed wypadkiem. I na krótko przed jej śmiercią zdołałyśmy się pogodzić.

W przeciwieństwie do Rennie i Lillii.

Wysłałam do Lil ze sto SMS-ów, ale na żaden nie odpisała. Pewnie razem z familią przesiadywała na chacie u matki Rennie, gdzie wszyscy opłakiwali jej śmierć. Albo zżerało ją poczucie winy, bo tamtej nocy, kiedy zdarzył się wypadek, ulotniła się z imprezy z Reeve’em. Próbowałam o tym nie myśleć, ale w sumie nie zdziwiłabym się zanadto, gdyby Lil przestała ze mną gadać. W gruncie rzeczy nie powinna się teraz wychylać. Ludzie pewnie zachodzą w głowę, dlaczego w ogóle Rennie zerwała się z własnej imprezy. A kiedy się dowiedzą, zrobi się niewesoło.

Liczyłam po cichu, że Mary nie wie jeszcze o wypadku. Ale z drugiej strony tylko przy założeniu, że jednak o nim wie, mogłam wytłumaczyć sobie jej milczenie. Rozpaczliwie musiałam się przed kimś wygadać. Kilka razy przejechałam nawet pod jej domem, nie miałam jednak odwagi się zatrzymać. Bardzo chciałam z nią porozmawiać, ale nie byłam jeszcze gotowa stawić czoła pytaniom o Reeve’a i Lillię. Niech sama Lillia się z tym zmierzy.

Pan Turnshek wypisał mi uwagę na różowej karteczce i posłał do gabinetu dyrektora. Ale zamiast tam iść, skierowałam się do pokoju pani Chirazo.

W środku zastałam terapeutów specjalizujących się w pracy z osobami pogrążonymi w żałobie. Było ich pięcioro, siedzieli przy stole, na którym stał dzbanek z kawą. Przez głośniki poinformowano dziś uczniów, że wszyscy nieradzący sobie ze śmiercią koleżanki powinni zwrócić się o pomoc do specjalistów. W gabinecie nie zastałam jednak żadnego ucznia.

Pani Chirazo wstała i ruszyła mi na spotkanie. Pozostali obrzucili mnie niechętnymi spojrzeniami znad kubków z kawą. Pewnie wiedzieli już, że niezłe ze mnie ziółko. Ale pani Chirazo nigdy nie postrzegała mnie w ten sposób.

– Kat, wszystko w porządku?

– Dałam się złapać na paleniu – oznajmiłam, pokazując jej różową karteczkę z uwagą.

– Och, Kat, czemu znów narozrabiałaś? Przecież obiecałaś niedawno, że będziesz się pilnować. Przynajmniej do czasu, aż odezwą się z Oberlin.

W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Co za różnica? W sumie było mi to obojętne, równie dobrze mogli mnie nawet wywalić ze szkoły. Skubiąc nerwowo paznokcie, powiedziałam:

– Kiedyś byłyśmy z Rennie najlepszymi przyjaciółkami. W sumie to przyjaźniłyśmy się, odkąd pamiętam. Zerwałyśmy znajomość dopiero, gdy poszłyśmy do liceum. Od tamtej pory zaczęłyśmy się nienawidzić.

Nagle zorientowałam się, że przy ostatnich słowach mimo woli zazgrzytałam zębami. Nie wiedziałam, co znaczy moja dziwna reakcja. Może chodziło o to, że za cholerę nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, że Rennie Holtz, dziewczyna, która zawsze robiła wokół siebie tyle szumu, nagle przemieniła się w kupkę popiołu wsypaną do tandetnej urny.

– Nie wiedziałam o tym – przyznała pani Chirazo.

– Większość ludzi guzik obchodzi, co teraz czuję. Rozumie pani? Nikogo nie interesuje, jak znoszę jej śmierć. I prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak powinnam się teraz zachować. Powinnam zgrywać twardzielkę i udawać, że mam to gdzieś? A może powinnam wykrzyczeć im prosto w te zadowolone ryje, że byłam o wiele bardziej związana z Rennie niż oni? To wszystko przypomina jakieś ohydne zawody, w których wygrywa ten, kto znał ją najlepiej. I ludzie myślą, że należy mi się ostatnie miejsce, podczas gdy w rzeczywistości powinnam zająć pierwsze.

Rozejrzałam się. Moją uwagę przykuł stojący na brzeżku biurka sekretarki wazon z uschniętymi kwiatami. Nagle opanowała mnie przemożna chęć, by strącić go na podłogę. Zacisnęłam dłoń w pięść i musiałam ją przygryźć, żeby się opanować.

Pani Chirazo zauważyła chyba, w jakim jestem stanie. Po chwili poczułam, jak kładzie mi dłoń na plecach i popycha lekko do swojego biura. Kiedy znalazłyśmy się same, zamknęła za nami drzwi.

– Kat, nie przejmuj się teraz tym, co myślą inni. Nie musisz nikomu nic udowadniać – powiedziała, po czym wskazała na drzwi. – Wiesz, dlaczego żaden z uczniów nie przyszedł porozmawiać z nami o swoich uczuciach? Bo ludzie wolą opłakiwać śmierć w gronie znajomych. Chcą rozmawiać z osobami, które instynktownie rozumieją ich stratę, bo znały nieżyjącą osobę, takimi, których nie trzeba wprowadzać w temat. Powinnaś być teraz z przyjaciółmi, którzy najlepiej cię znają.

– Próbowałam. Ale obie moje przyjaciółki mnie olały.

– Spróbuj jeszcze raz – poradziła spokojnie. – Kiedy umarła twoja matka, zamknęłaś się w szczelnej skorupie. Musiało upłynąć sporo czasu, nim się otworzyłaś. I nie udałoby się to bez ludzi, którzy nie przestali w ciebie wierzyć.

Zerknęłam na okno, za którym przelatywały ptaszki. Ciekawe, ile czasu musi upłynąć, zanim znów będę normalna. Po śmierci mamy przez cały rok miałam depresję.

Po chwili pani Chirazo wstała i oświadczyła:

– Porozmawiam z dyrektorem Tortolą. Może uda mi się go przekonać, żeby w tej sytuacji przymknął oko na uwagę pana Turnsheka. Uznajmy, że po prostu popełniłaś głupi błąd. Tymczasem możesz u mnie posiedzieć tak długo, jak uznasz za stosowne. A kiedy poczujesz, że chcesz już wrócić do klasy, sekretarka wypisze ci usprawiedliwienie.

Nie czekałam zbyt długo. Akurat tyle, by napisać krótki liścik do Mary: „Hej, skontaktuj się ze mną, gdy dostaniesz tę wiadomość. Tęsknię. Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz. K”.

Wrzuciłam go do szafki Mary i w tej samej chwili zorientowałam się, że brakuje w niej kłódki.

Otworzyłam drzwiczki, pewna, że w środku znajdę jej kurtkę. Szafka świeciła jednak pustkami. Nie była po prostu posprzątana jak szafki kujonów, którzy na początek semestru układają wszystko i pucują. Szafka Mary była całkowicie pusta. Na dnie leżała tylko złożona karteczka, którą przed chwilą wrzuciłam.

Do głowy przychodziły mi tylko dwie możliwości: albo Mary zamieniła się z kimś szafkami, albo przepisała się do innej szkoły.

Nie, powtarzałam sobie, niemożliwe, żeby wyjechała z wyspy Jar, nie uprzedziwszy nas ani słowem. Nawet jeśli dotarły do niej wieści o Reevie i Lillii, nie olałaby mnie w tak chamski sposób. Wiedziała przecież, że jest dla mnie kimś ważnym. Rozumiała, że jestem jej przyjaciółką.

A w każdym razie taką miałam nadzieję.