Zawsze i na zawsze

Tekst
Autor:Jenny Han
Z serii: O Chłopcach #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Następnego ranka maluję usta krwistoczerwoną szminką, w której lubi mnie Stormy, zbieram pisanki do białego koszyka z wikliny i jadę do Belleview. Zatrzymuję się przy recepcji, żeby zostawić wydmuszki i pogadać przez chwilę z Shanice. Pytam, co słychać, a ona mówi, że mają dwóch nowych wolontariuszy, obu z UW, dzięki czemu czuję znacznie mniejsze wyrzuty sumienia, że nie zaglądam tu tak często.

Żegnam się z Shanice, po czym ruszam z pisanką do Stormy. Otwiera mi w kimonie o barwie persymony i pasującej szmince i woła:

– Lara Jean! – Chwyta mnie w ramiona, marudząc: − Przyglądasz się moim odrostom, prawda? Wiem, że powinnam zafarbować włosy.

– Prawie nie widać – zapewniam ją.

Zachwyca się Marią Antoniną. Mówi, że nie może się doczekać, żeby pokazać ją Alicii Ito, swojej przyjaciółce i rywalce.

– Dla Alicii też taką przyniosłaś? – pyta.

– Tylko dla ciebie – odpowiadam, a jej blade oczy promienieją.

Siadamy na kanapie, a ona kiwa na mnie palcem i mówi:

– Musisz być po uszy zadurzona w tym swoim młodzieńcu, bo nie starcza ci czasu, żeby mnie odwiedzić.

– Przepraszam. Wysłałam już podania na studia i będę częściej przychodzić – mówię ze skruchą.

– Pff!

Kiedy Stormy jest w takim nastroju, najlepiej omamić ją pochlebstwami.

– Robię tylko to, co mi kazałaś, Stormy.

Przechyla głowę.

– A co ci kazałam?

– Żebym często chodziła na randki i miała mnóstwo przygód tak jak ty.

Zaciska swoje pomarańczowoczerwone usta, próbując pohamować uśmiech.

– To była bardzo dobra rada. Słuchaj dalej Stormy, a będziesz na właściwej drodze. A teraz opowiedz mi jakieś pikantne kawałki.

Śmieję się.

– Moje życie nie jest pikantne.

Cmoka z niezadowoleniem.

– Nie czekają cię jakieś tańce? Kiedy macie bal?

– Dopiero w maju.

– A masz sukienkę?

– Jeszcze nie.

– Lepiej się z tym pospiesz. Nie chcesz, kochana, żeby jakaś inna panna włożyła twoją sukienkę.

Przygląda się badawczo mojej twarzy.

– Przy twojej karnacji powinnaś postawić na różową. – Potem jej oczy rozbłyskują i pstryka palcami. – À propos! Mam coś dla ciebie.

Podskakuje i idzie do sypialni, skąd wraca z aksamitnym pudełeczkiem na pierścionek.

Otwieram je i wydaję z siebie okrzyk. To jej pierścionek z różowym brylantem! Ten od weterana, który stracił na wojnie nogę.

– Nie mogę tego przyjąć, Stormy.

– Ależ musisz. Będzie ci z nim do twarzy.

Powoli wyjmuję go z pudełka i wkładam na lewą rękę. Jak połyskuje!

– Jest piękny! Ale naprawdę nie powinnam…

– Należy do ciebie, skarbie. – Mruga do mnie. – Dam ci radę, Laro Jean. Nigdy nie mów „nie”, kiedy tak naprawdę chcesz powiedzieć „tak”.

– W takim razie: tak! Dziękuję, Stormy! Obiecuję, że będę o niego dbała.

Całuje mnie w policzek.

– Wiem, kochanie.

Po powrocie do domu umieszczam go na wszelki wypadek w pudełku z biżuterią.

Później tego samego dnia siedzę w kuchni z Kitty i Peterem, czekając, aż ostygną ciasteczka z kawałkami czekolady. Przez ostatnich kilka tygodni podjęłam się misji udoskonalenia przepisu, a Peter i Kitty towarzyszyli mi wiernie w tej podróży. Kitty woli płaskie chrupkie ciasteczka, a Peter lubi mieć w co wbić zęby. Mój ideał to kombinacja obydwu powyższych. Pożywne, ale delikatne. Jasnobrązowe, nie mdłe w kolorze czy w smaku. Nieco wyrośnięte, ale bez przesady. Takich ciasteczek właśnie poszukuję.

Przeczytałam wszystkie posty na blogach, obejrzałam zdjęcia ciastek z białym cukrem kontra mieszanką białego i brązowego, z sodą oczyszczoną kontra proszkiem do pieczenia, laską wanilii kontra ekstraktem wanilinowym, połamanymi, pociętymi i posiekanymi tabliczkami czekolady. Próbowałam zamrażania w kulkach, rozpłaszczania ciastek denkiem szklanki, żeby powstawał równomierny placuszek. Mroziłam ciasto w wałku, a potem kroiłam na plasterki. Odmierzałam, a potem mroziłam. Mroziłam, a potem odmierzałam. A mimo to ciastka wciąż zbyt mocno rosły.

Tym razem użyłam zdecydowanie mniej sody, ale ciastka są nadal lekko puchate, a ja mam ochotę wyrzucić całą partię za to, że nie są doskonałe. Oczywiście tego nie zrobię – szkoda dobrych składników. Mówię natomiast do Kitty:

– Nie wspominałaś przypadkiem, że wpadłaś w zeszłym tygodniu w tarapaty, bo gadałaś podczas czytania po cichu? – Kiwa głową. – Zanieś je swojej nauczycielce i powiedz, że je upiekłaś i że przepraszasz.

Kończą mi się osoby, którym mogę ofiarować swoje ciastka. Dałam już porcję listonoszowi, kierowcy szkolnego autobusu Kitty, pielęgniarkom w szpitalu taty.

– Co zrobisz, kiedy odkryjesz najlepszy przepis? – pyta Kitty z ustami pełnymi ciastek.

– No, o co w tym wszystkim chodzi? – mówi Peter. – No wiesz, kogo obchodzi, czy ciastko z czekoladą jest osiem procent lepsze? Ciastko to ciastko.

– Będę czerpała przyjemność z wiedzy, że posiadam przepis na doskonałe ciasteczka z kawałkami czekolady. Przekażę go następnemu pokoleniu dziewczyn Song.

– Albo chłopców – mówi Kitty.

– Albo chłopców – przytakuję, a potem dodaję: − Idź na górę i przynieś mi słój na te ciastka. I wstążkę.

Peter pyta:

– Przyniesiesz parę jutro do szkoły?

– Zobaczymy – mówię, bo chcę zobaczyć, jak robi tę obrażoną minę, którą tak uwielbiam. Robi ją, a ja wyciągam rękę i klepię go po policzku. – Dzieciuch z ciebie.

– I to ci się podoba – mówi, podkradając kolejne ciastko. – Włączmy film. Obiecałem mamie, że wpadnę do sklepu i pomogę jej poprzestawiać jakieś meble.

Mama Petera jest właścicielką sklepu z antykami Linden & White i Peter pomaga jej tyle, ile może.

Dzisiejszy film z naszej listy to Romeo i Julia, wersja z 1996 roku z Leonardem DiCaprio i Claire Danes. Kitty widziała go już kilkanaście razy, ja oglądałam fragmenty, a Peter nie znał go wcale.

Kitty zwleka na dół swoją poduchę do siedzenia i usadawia się obok na podłodze z paczką popcornu z mikrofali. Nasz złocisty terier Jamie Fox-Pickle natychmiast zalega koło niej, niewątpliwie w nadziei na spadające okruchy. Peter i ja siedzimy na kanapie, przytuleni pod kocem z owczej wełny, który Margot przysłała ze Szkocji.

Od chwili kiedy Leo pojawia się na ekranie w granatowym garniturze, dostaję palpitacji. Przypomina anioła, pięknego, zranionego anioła.

– Co on się tak spina? – pyta Peter, sięgając w dół, żeby podkraść garść popcornu Kitty. – Nie jest jakimś księciem czy kimś?

– Nie jest księciem – mówię. – Jest po prostu bogaty. A jego rodzina ma duże wpływy w mieście.

– To facet moich marzeń – mówi Kitty zaborczo.

– Ale już wyrósł – mówię, nie odrywając oczu od ekranu. – Jest w zasadzie w wieku taty. – Mimo to…

– Chwileczkę, sądziłem, że to ja jestem facetem twoich marzeń – mówi Peter.

Nie do mnie, do Kitty. Wie, że moim nie jest. Facetem moich marzeń jest Gilbert Blythe z Ani z Zielonego Wzgórza. Przystojny, lojalny, bystry.

– Fuuj – mówi Kitty. – Jesteś dla mnie jak starszy brat.

Peter wygląda na prawdziwie zranionego, więc klepię go po ramieniu.

– Nie sądzisz, że trochę z niego chudzielec? – Nie daje za wygraną.

Uciszam go.

Krzyżuje ramiona na piersi.

– Nie rozumiem, czemu wy możecie gadać w trakcie filmu, a mnie się ucisza. To jest do bani.

– To nasz dom – mówi Kitty.

– Twoja siostra ucisza mnie również w moim domu!

Jednomyślnie go ignorujemy.

W sztuce Romeo i Julia mają zaledwie trzynaście lat. W filmie mają raczej siedemnaście czy osiemnaście. Ale wciąż są nastolatkami. Skąd wiedzieli, że są sobie pisani? Jedno spojrzenie przez akwarium w łazience wystarczyło? Wiedzieli, że to miłość, dla której warto umrzeć? Bo wiedzieli. Wierzyli w to. Różnica chyba polega na tym, że w tamtych czasach ludzie pobierali się znacznie wcześniej niż teraz. Realnie rzecz biorąc, „dopóki śmierć nas nie rozłączy” oznaczało pewnie jakieś piętnaście–dwadzieścia lat, bo ludzie nie żyli wtedy aż tak długo.

Kiedy jednak ich oczy spotykają się przez ściany akwarium… kiedy Romeo wspina się na jej balkon i wyznaje miłość… Nic na to nie poradzę. Ja też w to wierzę. Chociaż wiem, że prawie się nie znali, że ich historia kończy się, zanim się tak naprawdę zaczęła, a prawdziwa relacja mieści się w codzienności, w wyborze, by ze sobą być mimo wszelkich przeciwności. A jednak myślę, że by im się udało, gdyby tylko przeżyli. Na napisach końcowych łzy płyną mi po policzkach i nawet Peter wygląda na zasmuconego, ale wolna od sentymentów, suchooka Kitty podskakuje tylko i mówi, że zabiera Jamiego Fox-Pikle’a na zewnątrz, żeby się wysiusiał. Wychodzą, a tymczasem ja wciąż tonę na kanapie w emocjach, ocierając łzy z oczu.

– Mieli takie fajne słodkanie – mówię schrypniętym głosem.

– Co to jest słodkanie?

Peter leży na boku, a głowę ma wspartą na łokciu. Wygląda tak uroczo, że mogłabym wytarmosić go za policzki, ale powstrzymuję się przed powiedzeniem tego na głos. Już i tak ma wielkie ego.

– Słodkanie to pierwsze spotkanie bohaterów, które zawsze przebiega w czarujący sposób. Dzięki temu wiadomo, że skończą razem. Im bardziej urzekające, tym lepiej.

– Jak w Terminatorze, kiedy Reese ratuje Sarah Connor przed Terminatorem i mówi: „Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć”. Niesamowity tekst.

– No, to chyba słodkanie, technicznie rzecz biorąc… Ale myślałam raczej o czymś w rodzaju Ich nocy. Musimy go dodać do naszej listy.

– Kolorowy czy czarno-biały?

– Czarno-biały.

Peter jęczy i opada z powrotem na poduszkę.

– Trochę szkoda, że my nie mieliśmy słodkania – myślę głośno.

– Wskoczyłaś na mnie na szkolnym korytarzu. Uważam, że to dość słodkie.

– Ale już się znaliśmy, więc to się właściwie nie liczy. – Marszczę brwi. – Nawet nie pamiętamy, jak się poznaliśmy. Jakie to smutne.

 

– Ja pamiętam, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy.

– Nie-e. Kłamczuch!

– Ej, to, że ty czegoś nie pamiętasz, nie oznacza, że ja też nie. Pamiętam mnóstwo rzeczy.

– Dobra, to jak się poznaliśmy? – Rzucam mu wyzwanie.

Jestem pewna, że to, co padnie z jego ust, będzie kłamstwem.

Peter otwiera usta, a potem gwałtownie je zamyka.

– Nie powiem ci.

– Widzisz! Nie potrafisz niczego wymyślić.

– Nie, nie zasługujesz, żeby się dowiedzieć, bo mi nie wierzysz.

Przewracam oczami.

– Wciskasz kit.

Wyłączam film i idziemy z Peterem posiedzieć na werandzie i wypić mrożoną herbatę, którą przyrządziłam poprzedniego wieczoru. Na dworze jest chłodno. Powietrze jest wciąż na tyle rześkie, żeby było jasne, że wiosna jeszcze w pełni nie nastała, ale wkrótce nadejdzie. Rosnący przed domem dereń właśnie zaczyna kwitnąć. Wieje przyjemny wiaterek. Mogłabym chyba siedzieć tu całe popołudnie i patrzeć, jak gałęzie gną się i kołyszą, a liście tańczą.

Mamy jeszcze chwilę, zanim będzie musiał pojechać pomóc mamie. Pojechałabym razem z nim, przypilnowała kasy, w czasie gdy on przestawiałby meble, ale ostatnio kiedy mnie ze sobą zabrał, jego mama nie była zadowolona i powiedziała, że jej sklep to miejsce interesów, nie „schadzek nastolatków”. Mama Petera nie okazuje mi niechęci i chyba jej do mnie nie czuje – ale nadal nie wybaczyła mi, że zerwałam z Peterem w zeszłym roku. Jest dla mnie miła, ale mi nie ufa, jest ostrożna. Coś w stylu: pożyjemy, zobaczymy. „Pożyjemy, zobaczymy, kiedy znów zranisz mojego syna”. Zawsze sobie wyobrażałam, że z mamą mojego pierwszego chłopaka będzie mnie łączyć wspaniała więź w stylu Iny Garten. Będziemy razem gotować obiady, pić herbatę, czuć do siebie sympatię i grać w scrabble w deszczowe popołudnia.

– O czym myślisz? – pyta Peter. – Masz ten wyraz twarzy…

Przygryzam dolną wargę.

– Szkoda, że twoja mama nie lubi mnie trochę bardziej.

– Lubi cię.

– Peterze. – Rzucam mu spojrzenie.

– Naprawdę! Gdyby cię nie lubiła, to nie zapraszałaby cię na obiad.

– Zaprasza mnie na obiad, bo chce się zobaczyć z tobą, nie ze mną.

– Nieprawda.

Widzę, że taka myśl nigdy nie przyszła mu do głowy, ale jest w niej ziarnko prawdy i on o tym wie.

– Chciałaby, żebyśmy zerwali, zanim pójdziemy na studia – wypalam.

– Podobnie jak twoja siostra.

– Ha! A więc przyznajesz, że twoja mama chce, żebyśmy zerwali. – Tryumfuję.

Nie wiem, czemu odczuwam zwycięstwo. Ta myśl jest przygnębiająca, nawet jeśli się tego spodziewałam.

– Uważa, że poważne relacje w młodym wieku to zły pomysł. To nie ma nic wspólnego z tobą. Powiedziałem jej: „To, że nie wyszło tobie i tacie, nie znaczy, że z nami będzie tak samo”. Nie jestem taki jak mój ojciec. A ty nie przypominasz mojej matki.

Rodzice Petera rozwiedli się, kiedy byliśmy w szóstej klasie. Jego tata mieszka jakieś pół godziny stąd ze swoją nową żoną i dwoma małymi synkami. Peter nie mówi zbyt wiele o ojcu. Rzadko w ogóle o nim wspomina, ale w tym roku ni z tego, ni z owego jego tata podjął próbę odzyskania kontaktu – zaprosił go na mecz koszykówki, do domu na kolację. Do tej pory Peter był nieugięty.

– Czy twój tata jest z wyglądu podobny do ciebie? – pytam. – To znaczy: czy ty jesteś podobny do niego?

– No. Wszyscy tak zawsze twierdzili – mówi ponuro.

Kładę mu głowę na ramieniu.

– W takim razie musi być bardzo przystojny.

– Pewnie był, swego czasu – zgadza się. – Przerosłem go już.

To coś, co mamy z Peterem wspólnego – on ma tylko mamę, ja mam tylko tatę. Peter uważa, że mnie dostała się lepsza wersja historii, bo straciłam mamę, która mnie kochała, a nie tatę, który żyje, tylko jest dupkiem. To jego słowa, nie moje. Po części się z nim zgadzam, bo mam wiele dobrych wspomnień o mamie, a on nie ma prawie żadnych wspomnień o tacie.

Uwielbiałam po kąpieli siedzieć przed nią po turecku i oglądać telewizję, podczas gdy ona wyczesywała mi z włosów kołtuny. Pamiętam, że Margot nie znosiła siedzieć nieruchomo, ale mnie to nie przeszkadzało. Ten rodzaj wspomnień lubię najbardziej: raczej odczucie niż konkretne wydarzenie. Ślad wspomnienia, zamazany na brzegach, rozmyty i wcale nie wyjątkowy, zlewający się w jedną chwilę. Inne wspomnienie tego rodzaju mam z czasów, kiedy odwoziłyśmy Margot na lekcje fortepianu, a mama i ja jadłyśmy potajemnie lodowe desery na parkingu McDonald’s. Z karmelem i sosem truskawkowym. Przekładała mi swoje orzeszki, żebym miała więcej. Spytałam kiedyś, czemu nie lubi orzeszków w deserze, a ona odparła, że lubi, ale ja je uwielbiam. A ona mnie kocha.

Mimo wszystkich dobrych wspomnień, których za nic bym nie oddała, wiem, że nawet gdyby moja mama miała być okropna, wolałabym, żeby była tu ze mną, niż żeby jej nie było. Mam nadzieję, że któregoś dnia Peter poczuje to samo względem swojego taty.

– A teraz o czym myślisz? – pyta Peter.

– O mamie – mówię.

Peter odstawia szklankę, przeciąga się i kładzie mi głowę na kolanach. Podnosi na mnie wzrok i mówi:

– Szkoda, że jej nie poznałem.

– Bardzo by cię polubiła – mówię, głaszcząc jego włosy. Pytam niepewnie: − Myślisz, że mogłabym kiedyś poznać twojego tatę?

Jego twarz pochmurnieje i żałuję, że poruszyłam ten temat.

– Nie chcesz go poznawać – mówi. – Nie jest tego wart. – Potem wtula się we mnie jeszcze bardziej. – Ej, może w tym roku powinniśmy się przebrać na halloween za Romea i Julię. Ludzie na UW robią megastroje.

Opieram się o filar. Zmienia temat, zdaję sobie z tego sprawę, ale dostosowuję się.

– Przebralibyśmy się za wersję Leo i Claire.

– No. – Ciągnie mnie za warkocz. – Będę twoim rycerzem w lśniącej zbroi.

Dotykam jego włosów.

– A rozważyłbyś zapuszczenie trochę dłuższych włosów? I może… przefarbowanie ich na blond? W przeciwnym razie ludzie pomyślą, że jesteś zwykłym rycerzem.

Peter śmieje się tak bardzo, że chyba nie słyszy reszty zdania.

– O matko, Covey. Skąd bierzesz ten swój humor?

– Żartowałam! – W połowie. – Ale wiesz, że kostiumy traktuję poważnie. Po co się wysilać, jeśli robi się coś na pół gwizdka?

– Dobra, mógłbym pewnie włożyć perukę, ale niczego nie obiecuję. To nasze pierwsze halloween na uczelni.

– Już spędzałam halloween na UW.

Pierwszej jesieni, kiedy Margot dostała prawo jazdy, zabrałyśmy Kitty na „cukierek albo psikus” na trawnikach uczelni. Była tamtego roku przebrana za Batmana. Zastanawiam się, czy chciałaby to powtórzyć.

– Wreszcie będziemy mogli chodzić na imprezy halloweenowe UW. Pełnoprawnie, bez konieczności wkradania się. W drugiej klasie wywalili nas z Gabe’em z imprezy i to była najbardziej upokarzająca chwila w moim życiu.

Patrzę na niego z zaskoczeniem.

– Ty? Ty nigdy nie czujesz się upokorzony.

– Ale tamtego dnia byłem. Usiłowałem pogadać z jedną dziewczyną przebraną za Kleopatrę, a starsze chłopaki zawołały: „Zabieraj stąd swój tyłek, szczeniaku”. I wszyscy się roześmiali. Dupki.

Pochylam się i całuję go w oba policzki.

– Ja bym się nigdy nie roześmiała.

– Ty śmiejesz się ze mnie cały czas – mówi.

Unosi głowę, przyciąga moją twarz bliżej i całujemy się do góry nogami, w stylu Spidermana.

– Lubisz, kiedy się z ciebie nabijam – mówię, a on z uśmiechem wzrusza ramionami.

4

Nadszedł tydzień czwartoklasistów, podczas którego każdy dzień ma jakiś motyw przewodni. Dzisiejszy to szkolna atmosfera, mam na sobie bluzę drużyny Petera i warkoczyki ze wstążkami w kolorach szkoły, bladoniebieskim i białym. Peter pomalował pół twarzy na niebiesko, pół na biało. Kiedy przyjechał po mnie dziś rano, aż krzyknęłam na jego widok.

Reszta tygodnia wygląda następująco: wtorek lata siedemdziesiąte, środa piżama, czwartek postaci (dzień, na który z niecierpliwością czekam), w piątek wyjeżdżamy na wycieczkę. Wybieraliśmy między Nowym Jorkiem a Disney Worldem i wygrał Nowy Jork. Jedziemy wynajętym autokarem na trzydniowy weekend. Doskonały moment na tego typu wycieczkę, bo wszyscy dostają świra w oczekiwaniu na odpowiedzi z uczelni i przyda się nam coś, co odwróci naszą uwagę. Oprócz tych, którzy złożyli podania we wcześniejszym terminie i już wiedzą, gdzie idą, jak Peter czy Lucas Krapf, przyjęty na Sarah Lawrence. Większość klasy nie wyjeżdża do innego stanu. Jak powtarza nasza pedagog, pani Duvall: po co mieszkać w Wirginii, jeśli nie korzysta się z tutejszych świetnych szkół? To miłe, że tak wielu z nas tu pozostanie, że nie rozpierzchamy się po całym świecie.

W porze lunchu, kiedy wchodzimy z Peterem do stołówki, grupa a cappella wyśpiewuje serenadę do dziewczyny z pierwszej klasy na melodię Will You Still Love Me Tomorrow?, ale ze słowami „Chodź na bal ze mną, Gino”. Zatrzymujemy się, żeby posłuchać, a potem ustawiamy się w kolejce po jedzenie. Bal odbędzie się dopiero za kilka miesięcy, ale czas zaproszeń rozpoczął się już na dobre. Do tej pory najbardziej efektowne odbyło się w zeszłym tygodniu, kiedy Steve Bledell włamał się do systemu ogłoszeń i zamienił wydarzenia dnia na „Czy pójdziesz ze mną na bal, Liz?”. Informatycy dwa dni głowili się, jak to naprawić. Dziś rano Darrell napełnił szafkę Pammy czerwonymi różami, a na drzwiczkach ułożył z płatków napis: „BAL?”. Woźny zrobił mu za to awanturę, ale zdjęcia na Instagramie Pammy wyglądały imponująco. Nie wiem, co planuje Peter. Nie jest mistrzem romantycznych gestów.

Kiedy stoimy w kolejce, Peter sięga po brownie, a ja mówię:

– Nie, przyniosłam ciastka.

Cieszy się.

– Mogę dostać jedno od razu? – pyta.

Wyjmuję pojemnik z plecaka i Peter bierze ciastko.

– Nie dzielmy się nimi z nikim – mówi.

– Za późno – mówię, bo właśnie zobaczyli nas znajomi.

Podchodzimy do stolika, a Darrell wyśpiewuje:

– Jej ciastka przyciągają wszystkich chłopaków.

Stawiam pojemnik na stoliku, a chłopcy się o niego biją, podkradając ciastka i pochłaniając je jak jakieś trolle.

Pammy udaje się dorwać jedno i mówi:

– Ale z was zwierzęta.

Darrell odrzuca głowę do tyłu i wydaje zwierzęce odgłosy, a ona chichocze.

– Są przepyszne – jęczy Gabe, zlizując z palców czekoladę.

Skromnie mówię:

– Są w porządku. Dobre, ale nie przepyszne. Nie doskonałe. – Odłamuję kawałek z ciastka Petera. – Lepiej smakują prosto z pieca.

– Przyjdziesz do mnie i upieczesz mi ciasteczka, żebym wiedział, jak smakują prosto z pieca?

Gabe wgryza się w kolejne i przymyka oczy w ekstazie. Peter podprowadza następne.

– Przestań wyjadać wszystkie ciastka mojej dziewczyny! – woła.

Nawet po roku wciąż przeszywa mnie dreszcz, kiedy słyszę, jak mówi o mnie „moja dziewczyna”.

– Jak będziesz je ciągle jadł, to urośnie ci tłusty bandzioch – mówi Darrell.

Peter bierze kęs ciastka, unosi podkoszulek i klepie się po brzuchu.

– Kaloryferek, skarbie.

– Szczęściara z ciebie, Large – kwituje Gabe.

Darrell kręci głową.

– Niee, to Kavinsky jest szczęściarzem.

Peter patrzy mi w oczy i mruga, aż serce mi szybciej bije.

Mam przeczucie, że kiedy będę w wieku Stormy, to właśnie te zwykłe chwile będę wspominać: pochylona głowa Petera wgryzającego się w ciasteczko z kawałkami czekolady, słońce wpadające przez okno stołówki i odbijające się od jego brązowych włosów, spojrzenia Petera.

Po lekcjach Peter ma trening, a ja siedzę na trybunach i odrabiam zadanie. Ze wszystkich zawodników tylko Peter idzie na uczelnię należącą do pierwszej dywizji i trener White już płacze, jak będzie wyglądała drużyna, kiedy go zabraknie. Nie znam się na szczegółach rozgrywek, ale wiem, kiedy wiwatować i kiedy buczeć. Po prostu lubię patrzeć, jak Peter gra. Sądzi, że każdy jego strzał będzie celny, i zwykle tak się dzieje.

Tata i pani Rothschild są oficjalnie parą od sierpnia zeszłego roku. Kitty jest wniebowzięta i na każdym kroku przypisuje sobie zasługi.

– To wszystko jest częścią mojego wielkiego planu – chełpi się.

Trzeba jej to oddać. Dziewczyna ma dar widzenia. W końcu to ona połączyła nas wbrew wszelkim przeciwnościom z powrotem z Peterem, a teraz jesteśmy w sobie zakochani.

Jak na to, że nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, pani Rothschild i tata są zdumiewająco udaną parą. (Znów podobnie jak ja i Peter). Sąsiedztwo ma kolosalne znaczenie. Dwoje samotnych sąsiadów, Netflix, parę psów, butelka białego wina. Moim zdaniem to urocze. Tata ma znacznie pełniejsze życie, odkąd pojawiła się w nim pani Rothschild. Chodzą w różne miejsca razem, uprawiają najprawdziwszy sport. Na przykład w sobotę rano, zanim któraś z nas się obudziła, poszli na wycieczkę, żeby obejrzeć wschód słońca. Nigdy nie widziałam, żeby tata chodził na wycieczki, ale czuje się w tym jak ryba w wodzie. Wychodzą razem na kolacje, odwiedzają winiarnie, spotykają się z przyjaciółmi pani Rothschild. Tata wciąż lubi zostać w domu i obejrzeć film dokumentalny, wiadomo, ale jego świat znacznie się przy niej poszerzył. Jest znacznie mniej samotny, choć nie zdawałam sobie sprawy, że taki był przez te osiem długich lat od śmierci mamy. Ale musiał być, skoro teraz jest pełen energii i skory do działania. Pani Rothschild jada u nas przynajmniej parę razy w tygodniu, aż dziwnie jest, kiedy nie siedzi przy kuchennym stole z tym swoim chrapliwym śmiechem i kieliszkiem białego wina stojącym obok szklanki piwa taty.

 

Tego wieczoru po kolacji, kiedy wyjęłam ciastka i lody na deser, tata powiedział:

– Kolejne?

I oboje wymienili znaczące spojrzenia. Rozsmarowując łyżeczką lody waniliowe na ciastku, tata stwierdził:

– Ostatnio bardzo dużo pieczesz. Pewnie denerwujesz się oczekiwaniem na listy z uczelni.

– To nie ma z tym nic wspólnego – mówię. – Usiłuję tylko udoskonalić mój przepis na ciasteczka z kawałkami czekolady. Bądźcie wdzięczni, ludzie.

Tata zaczyna:

– Wiesz, czytałem o badaniu, które wykazało, że pieczenie może mieć działanie terapeutyczne. Ma to coś wspólnego z powtarzalnym odmierzaniem składników i kreatywnością. Psycholodzy nazywają to aktywacją behawioralną.

– Ważne, żeby działało – mówi pani Rothschild, odłamując kawałek ciastka i wrzucając go sobie do ust. – Ja chodzę do SoulCycle, tam odnajduję wewnętrzną równowagę.

Gdyby była tu Margot, przewróciłaby oczami. Pani Rothschild zmusiła mnie raz, żebym z nią poszła: ciągle traciłam rytm i bezskutecznie usiłowałam go odzyskać.

– Laro Jean, musisz znów się ze mną wybrać. Mamy nowego świetnego instruktora, który puszcza muzykę w stylu Motown. Spodoba ci się.

– Kiedy mogę z wami iść, Tree? – pyta Kitty.

Tak zaczęła nazywać panią Rothschild. Ja wciąż myślę o niej jako o pani Rothschild i czasem mi się to wyrwie, ale próbuję mówić do niej Trina, kiedy tylko sobie przypomnę.

– Możesz pójść, kiedy skończysz dwanaście lat – odpowiada. – Taki jest regulamin SoulCycle.

Trudno uwierzyć, że Kitty ma już jedenaście lat. Kitty ma jedenaście, a ja skończę w maju osiemnaście. Czas tak szybko ucieka. Spoglądam ponad stołem na tatę, który z pełnym smutku uśmiechem patrzy na Kitty, a potem przenosi wzrok na mnie. Wiem, że myśli o tym samym.

Nasze spojrzenia się spotykają.

– Laro Jean, „don’t you worry ’bout a thing”* – śpiewa tata swoim najlepszym głosem Steviego Wondera, aż wszystkie jęczymy. Pogryzając swoją prowizoryczną kanapkę lodową, mówi: − Ciężko pracowałaś, wszystko będzie tak, jak ma być.

– Nie ma opcji, żeby UW odrzucił twoje podanie – dodaje pani Rothschild.

– Odpukać w niemalowane – mówi Kitty, stukając knykciami w stół kuchenny, a do mnie: − Ty też odpukaj.

Posłusznie stukam w stół.

– Co to w ogóle ma symbolizować?

Tata się ożywia.

– Uważa się, że zwyczaj ma źródła w greckiej mitologii. Zgodnie z mitami Greków w drzewach mieszkały driady, a ludzie prosili je o ochronę. Stąd pukanie w drewno: dodatkowa ochrona, żeby nie kusić losu.

Teraz to pani Rothschild, Kitty i ja wymieniamy spojrzenia. Stary nudziarz z tego taty, a pani Rothschild zdaje się przy nim taka młoda, choć wcale nie jest od niej wiele starszy. Ale wszystko się układa.

Nie mogę tej nocy zasnąć, więc leżę w łóżku i przebiegam po raz kolejny myślami przez zajęcia dodatkowe. Najmocniejsze to Belleview i staż w bibliotece w zeszłe wakacje. Moje wyniki testów są wyższe niż średnia UW. Margot dostała się, mając zaledwie czterdzieści punktów więcej niż ja. Z egzaminu z rozszerzonej historii otrzymałam pięć. Znam ludzi, którzy dostali się na UW ze słabszym wynikiem.

Miałam nadzieję, że esej trochę mnie wyróżni. Napisałam o mamie i siostrach, i o tym, jak ona na nas wpłynęła – za życia i kiedy jej zabrakło. Pani Duvall powiedziała, że to najlepszy tekst, jaki czytała od lat, ale pani Duvall zawsze miała słabość do dziewczyn Song, więc kto tam wie.

Przewracam się z boku na bok przez kolejne parę minut, aż wreszcie odrzucam kołdrę i podnoszę się z łóżka. Schodzę na dół i zaczynam odmierzać składniki na ciasteczka z kawałkami czekolady.

* Słowa piosenki Steviego Wondera Don’t You Worry ’Bout a Thing („O nic się nie martw”) [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].