ObsydianTekst

Z serii: Lux #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Byłoby świetnie, ale myślałam, żeby iść dzisiaj wieczorem do biblioteki. Nie mogę tego przepuścić, skoro jest darmowa. Chcesz mi towarzyszyć?

– Dzisiaj? – zapytała z szeroko otwartymi oczami. – Dzisiaj nie mogę, ale jutro możemy pójść.

– Jak nie możesz, to okay. Już od kilku dni myślałam, żeby pójść, ale ciągle to odkładam, a potrzebuję jakiegoś odmóżdżacza, zanim zacznę czytać lektury.

Potrząsnęła głową, a włosy zafalowały wokół jej drobnej twarzy.

– Och, naprawdę chcę pójść, ale dzisiaj nie mogę. Już mam plany.

– Okay, Dee. Sama mogę pójść dziś do biblioteki, a innym razem wybierzemy się na zakupy. Już mniej więcej znam drogę do miasta. Przecież się nie zgubię. To niedaleko. – Przerwałam, a potem zapytałam o jej plany na wieczór, próbując zmienić temat. Dee zacisnęła usta.

– Nic, tylko przyjaciele wracają do miasta.

Moje niewinne pytanie chyba popsuło jej humor i najwyraźniej nie chciała mówić, co naprawdę zamierzała robić. Poruszyła się niespokojnie na fotelu i zaczęła oglądać paznokcie. Nie chciałam być wścibska, ale nie rozumiałam, jak takie pytanie może być dla niej trudne. Część mnie poczuła się zraniona i zawiedziona, że mnie nie wtajemniczyła.

– Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić – skłamałam, choć tylko w połowie. Nie byłam z tego dumna, ale poczułam się pominięta.

Dee popatrzyła na mnie uważniej, tak jak tamtego dnia na ganku.

– Chyba powinnaś poczekać, aż pójdę z tobą. Ostatnio zaginęło kilka dziewczyn.

Szłam przecież do biblioteki, a nie do miejsca, gdzie sprzedawali narkotyki. Ale przypomniałam sobie tamten plakat i wzruszyłam ramionami.

– Okay, pomyślę o tym.

Dee została u mnie, dopóki mama nie zaczęła się szykować do pracy. Wychodząc, zatrzymała się jeszcze na ganku.

– Naprawdę, jeśli możesz poczekać do jutra, to wolałbym pójść z tobą.

Jeszcze raz się zgodziłam i uścisnęłam ją szybko. Jak tylko wyszła, zaczęłam za nią tęsknić. Dom bez niej był za cichy.

Rozdział 9

Po kolacji z mamą wyszłam na zewnątrz. Dojechanie do miasta i znalezienie biblioteki nie zajęło mi dużo czasu. Ulice, które podczas moich ostatnich wizyt w mieście były dość zaludnione, teraz opustoszały. Po drodze zauważyłam też, że chmury zaczęły pokrywać niebo. Całe miasteczko miało niesamowity klimat, było jak nawiedzone. Mimo że moje życie było aktualnie dość dziwne i czułam się dotknięta tym, że Dee nie zaprosiła mnie do grona swoich przyjaciół, uśmiechałam się, idąc do biblioteki. Kiedy weszłam do środka i ujrzałam rzędy książek, zniknęły myśli o bliźniakach. Książki były konieczną ucieczką, którą zawsze podejmowałam z radością.

Czas mijał szybciej, niż mi się wydawało. W bibliotece panowała już ponura atmosfera. Kiedy dzień się kończył, biblioteki zawsze robiły się zacienione, ale tym razem było jeszcze mroczniej przez pociemniałe od chmur niebo. Nie wiedziałam, jak późno się zrobiło, dopóki bibliotekarka nie zgasiła prawie wszystkich świateł. Miałam problem z dojściem do przedniego biurka. Słysząc wcześniej przeciągi i skrzypienie, marzyłam już tylko o tym, by stąd wyjść. Błyskawica oświetliła półki, a grzmot wstrząsnął oknami. Miałam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do samochodu, zanim zacznie lać. Przycisnęłam do piersi książki, które chciałam przeczytać, i pognałam do pierwszego biurka. Udało mi się to w rekordowym czasie. Ledwo zdążyłam podziękować. Bibliotekarka już zaczęła zamykać.

– No dobra – wymamrotałam pod nosem.

Zbliżająca się burza zmieniła zmierzch w noc i wydawało się, że jest później niż w rzeczywistości. Ulice ciągle świeciły pustkami. Spojrzałam za siebie, myśląc, by zostać, dopóki nie przestanie padać, ale ostatnie światło w bibliotece już zgasło. Zacisnęłam zęby i schowałam książki do plecaka. Wyszłam na chodnik, a z nieba zaczęło lać jak z cebra. Przemokłam w przeciągu kilku sekund. Starałam się ochronić plecak przed deszczem, gdy mocowałam się z kluczykami, podskakując w miejscu. Ten deszcz był lodowaty!

– Przepraszam, panienko? – Moją szamotaninę przerwał ponury głos. – Miałem nadzieję, że mi pomożesz?

Byłam zajęta otwieraniem drzwi, więc nie słyszałam, jak ktoś się zbliżył. Schowałam plecak do samochodu i mocniej chwyciłam torebkę, odwracając się w stronę, skąd dobiegał głos. Mężczyzna wyszedł z cienia i stanął pod latarnią. Deszcz spływał po jego jasnych włosach, z których utworzyły się długie strąki. Okulary w drucianej oprawce zsunęły się nieznacznie z garbatego nosa. Objął się ramionami, a jego ciałem wstrząsały lekkie dreszcze.

– Tam jest mój samochód. – Wskazał za siebie, przekrzykując deszcz. – Złapałem gumę. Miałem nadzieję, że masz łyżkę do opon.

Miałam, ale każda komórka mojego ciała kazała mi zaprzeczyć. Mimo że mężczyzna wyglądał, jakby nie potrafił rzucić kamieniem zbyt daleko.

– Nie jestem pewna. – Mój głos zabrzmiał dziwnie słabo. Odgarnęłam mokre włosy i odchrząknęłam. Krzyknęłam: – Nie wiem, czy mam.

Uśmiechnął się ze znużeniem.

– Nie mogłem wybrać lepszej pory, prawda?

– Tak, to prawda. – Przestąpiłam z nogi na nogę.

Część mnie chciała odjechać, przeprosiwszy go, ale inna część mnie – taka ogromna – nigdy nie była dobra w odmawianiu. Zagryzłam dolną wargę i skuliłam się przy drzwiach. Nie mogłam go tak zostawić w deszczu. Biedny mężczyzna wyglądał, jakby się miał zaraz załamać. Strach przed obcymi zastąpiło współczucie dla tego człowieka. Nie mogłam mu pozwolić utknąć na deszczu, jeśli wiedziałam, że mogłabym mu pomóc. Przynajmniej ulewa zaczęła przechodzić.

Podjęłam decyzję i zmusiłam się do uśmiechu.

– Mogę sprawdzić. Może mam.

Mężczyzna się rozpromienił.

– Uratowałabyś mi życie. – Nie ruszył się z miejsca. Pewnie wyczuł moją nieufność. – Wydaje się, że przestaje padać, ale nadchodzą ciemne chmury i chyba rozpęta się koszmarna burza.

Zamknęłam drzwi od strony kierowcy i udałam się na tył samochodu. Otworzyłam bagażnik i pomacałam dno z wykładziny, szukając otworu na zapasowe koło.

– Chyba jednak mam tę łyżkę.

Byłam do niego odwrócona plecami tylko przez kilka sekund. Nagle poczułam na szyi podmuch chłodnego powietrza. W moich żyłach zaczęła pulsować adrenalina, a serce boleśnie uderzało o żebra. Żołądek ścisnął mi się ze strachu.

– Ludzie są tacy głupi, tacy naiwni. – Jego głos był zimny jak podmuch wiatru.

Zanim mój mózg zarejestrował te słowa, lodowata, mokra dłoń zacisnęła się boleśnie na mojej. Poczułam na szyi ciężki, zwiastujący koniec oddech. Nawet nie miałam szansy odpowiedzieć.

Odwrócił mnie twarzą do siebie. Z mojego gardła wydobył się szloch. Teraz ten facet nie był taki bezradny jak wcześniej. Właściwie to wydawał się większy... szerszy.

– Jeśli... jeśli chcesz pieniędzy, możesz wziąć wszystko, co mam. – Pragnęłam rzucić w niego torebką i uciec.

Nieznajomy uśmiechnął się i popchnął mnie. Naprawdę mocno. Zderzyłam się z twardym asfaltem i powietrze uleciało z moich płuc. Poczułam palący ból w nadgarstku. Zdrową ręką złapałam torebkę i rzuciłam w niego.

– Proszę – błagałam. – Po prostu ją weź. Nic nie powiem. Weź ją. Proszę.

Mój napastnik uklęknął przy mnie, a jego usta wygięły się w drwinie, kiedy chwycił torebkę. Wydawało mi się, że oczy za szkłami okularów zmieniały kolor.

– Pieniądze? Nie potrzebuję twoich pieniędzy. – Odrzucił torebkę na bok.

Popatrzyłam za nią. Mój oddech był krótki i urywany. Nie wierzyłam, że to się naprawdę działo. Nie chciał mnie obrabować, więc czego chciał? Mózg odmówił współpracy, w głowie słyszałam tylko przerażone „Nie. Nie. Nie”. Zalały mnie obrazy i myśli. Ale już zaczęłam się ruszać, uciekać od niego. Ogarnął mnie strach. Wiedziałam, że powinnam krzyczeć. Krzyk już zbierał się w moim gardle. Otworzyłam usta.

– Nie krzycz – ostrzegł twardo.

Poczułam napinające się mięśnie nóg. Zaczęłam podnosić się z ziemi, gotowa do biegu. Mogło mi się udać. Nie oczekiwał tego. Mogło mi się udać. Teraz!

Ruch jego ramion był rozmazany, kiedy złapał mnie za obie nogi i pociągnął. Uderzyłam o nawierzchnię lewym ramieniem i bokiem twarzy. Boleśnie otarłam skórę. W przeciągu sekundy moje oko spuchło, a ciepła krew popłynęła wzdłuż ramienia. Zemdliło mnie. Próbowałam uwolnić nogi. Kopanie też zawiodło. Uchylał się, ale nie puszczał.

– Proszę! Puść mnie. – Znowu próbowałam kopać. Szorowałam ramionami po drodze. Ból był jeszcze większy.

Zalała mnie fala złości, która zajęła miejsce strachu. To dodało mi odwagi. Kopałam i podskakiwałam, popychałam i wierzgałam, ale nic na niego nie działało. Nie ruszył się nawet o centymetr.

– Puść mnie! – krzyknęłam tym razem, aż zdarłam sobie gardło.

Jego twarz się rozmyła, podobnie jak wcześniej ręka Dee. I potem był na mnie. Zakrył mi dłonią usta. Jego ciężar był nie do zniesienia, mimo że wcześniej wydawał się taki mały, bezradny. Nie mogłam oddychać, nie mogłam się ruszać. Miażdżył mnie. Prawie załamałam się na myśl o tym, co mogło stać się dalej. Ktoś musiał mnie usłyszeć. To była moja jedyna nadzieja.

Pochylił głowę i zaczął wąchać moje włosy. Wstrząsnęło mną z obrzydzenia. Zasyczał.

– Miałem rację. Masz na sobie ich ślad. – Wziął rękę z moich ust i chwycił za ramiona. – Gdzie oni są?

– Nie... Nie rozumiem – wykrztusiłam.

– Oczywiście, że nie. – Jego twarz wykrzywiło obrzydzenie. – Jesteś tylko głupim, chodzącym ssakiem. Nic niewartym.

Zamknęłam mocno oczy. Nie chciałam na niego patrzeć. Nie chciałam widzieć jego twarzy. Chciałam wrócić do domu. Proszę...

– Spójrz na mnie! – Kiedy nie spojrzałam, potrząsnął mną. Uderzyłam głową o ziemię. Poczułam nowy ból, a moje zdrowe oko otworzyło się wbrew woli. Chwycił mój podbródek lodowatą dłonią. Wędrowałam wzrokiem po jego twarzy, aż w końcu spojrzałam mu w oczy. Były ogromne i puste. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. A w tych oczach zobaczyłam coś jeszcze gorszego. Gorszego niż rabunek, upodlenie i napaść. Zobaczyłam śmierć – moją śmierć – i żadnego śladu skruchy.

 

– Powiedz mi, gdzie oni są. – Wysyczał każde słowo.

Jego głos był stłumiony, jak pod wodą. A może to ja tonęłam.

– Dobrze – wypalił. – Chyba potrzebujesz trochę zachęty.

W przeciągu sekund złapał mnie za gardło i ścisnął. Nawet nie miałam szansy zaczerpnąć ostatniego oddechu. Ogarnęła mnie panika. Próbowałam odgiąć jego palce, kopałam, usiłując się uwolnić, ale bez skutku. Silny uchwyt miażdżył moją tchawicę.

– Jesteś gotowa mi powiedzieć? – prowokował. – Nie?

Nie wiedziałam, o czym mówił. Nadgarstek już mnie nie bolał; rozdarte ciało na rękach i twarzy nie szczypało tak jak wcześniej, bo teraz nowy ból zastąpił stary. Brakowało powietrza, nie było już powietrza. Serce uderzało o żebra, domagając się tlenu. Wzrost ciśnienia w głowie groził eksplozją. Nie czułam palców. Przed oczami zatańczyły mi niewielkie światełka.

Umierałam.

Nigdy nie zobaczę mamy. O Boże, to ją zniszczy. Nie mogłam tak umrzeć, tak bez powodu. Błagałam w ciszy, modliłam się, żeby ktoś mnie znalazł, zanim będzie za późno, ale wszystko zanikało. Pochłaniała mnie czarna otchłań. Napięcie w głowie już nie było takie dokuczliwe. Ból w gardle zaczynał łagodnieć. Ból odchodził w ciemność.

I nagle jego ręce zniknęły, a ja usłyszałam dźwięk uderzającego o drogę ciała gdzieś w oddali. Miałam wrażenie, że jestem na dnie głębokiej studni, a źródło dźwięku było o wiele za wysoko.

Ale mogłam znowu oddychać. Wciągnęłam łapczywie powietrze. Tlen od razu wypełnił moje złaknione organy. Zaczęłam kaszleć.

Ktoś krzyknął w miękkim, melodyjnym języku, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. A potem ciało wylądowało przy mnie. Przekręciłam się delikatnie. Skrzywiłam się z bólu, ale byłam za niego wdzięczna. Oznaczał, że żyłam. W cieniu rozgrywała się walka. Jeden z nich – mężczyzna – chwycił tego drugiego i przytrzymał go kilka metrów nad ziemią. Siła była szokująca, brutalna. Nieludzka. Niemożliwa.

Gdy się uniosłam, wstrząsnął mną kolejny atak kaszlu. Pochyliłam się w przód, opierając na nadgarstku. Zaskomlałam.

– Cholera! – wybuchnął głęboki głos.

Błysnęło biało-czerwone światło. Lampy uliczne eksplodowały, a wszystko pochłonęła ciemność. Podniosłam się i zalała mnie fala mdłości. Usłyszałam szuranie na żwirze, a potem w polu widzenia pojawiły się czubki butów do wspinaczki. Wyciągnęłam przed siebie rękę, by ta osoba nie podchodziła.

– Już dobrze. Zniknął. Nic ci nie jest? – Poczułam na ramieniu delikatny dotyk, który pomógł mi utrzymać równowagę. W odległym zakątku umysłu wydawało mi się, że znam ten głos. – Nie ruszaj się. – Próbowałam unieść głowę, ale poczułam zawroty. Wzrok mi się zamazał, ale zaraz wyostrzył. Lewe oko spuchło i było zamknięte, i bolało z każdym uderzeniem serca. – Już wszystko dobrze.

Poczułam ciepło płynące wzdłuż ręki, które otoczyło nadgarstek, rozluźniło każdy obolały mięsień i wniknęło głębiej. Przypominało mi to dni, kiedy leżałam na białej plaży, smażąc się w słońcu.

– Dziękuję za... – urwałam, gdy w końcu dostrzegłam twarz wybawiciela. Wysokie kości policzkowe, prosty nos, pełne usta. Twarz, która była tak zachwycająca i zimna zarazem, że nie mogła należeć do ciepła, które wolno pochłaniało całe moje ciało. Żywe, niezwykle zielone oczy spotkały moje.

– Kat – powiedział Daemon, marszcząc czoło w trosce. – Ciągle jesteś ze mną?

– Ty… – wyszeptałam, a moja głowa opadła na bok. Ledwie zauważyłam, że przestało padać.

Daemon uniósł czarną jak węgiel brew.

– Tak, to ja.

Oszołomiona spojrzałam na nadgarstek, który obejmował. Już nie pulsował, ale jego dotyk wywoływał we mnie dziwne uczucie. Zmieszana wyrwałam rękę.

– Mogę ci pomóc – nalegał, ponownie wyciągnąwszy rękę w moją stronę.

– Nie! – zaskrzeczałam. Zabolało.

Wahał się jeszcze przez chwilę, a potem wyprostował się, ciągle patrząc na mój nadgarstek.

– Jak chcesz. Zadzwonię po policję.

Próbowałam nie słuchać jego rozmowy. Zauważyłam, że w końcu mogłam normalnie oddychać.

– Dziękuję. – Mój głos był ochrypły, a gardło bolało, kiedy mówiłam.

– Nie dziękuj mi. – Przeczesał włosy palcami. – Cholera, to moja wina.

Jak to mogła być jego wina? Mój mózg jeszcze nie pracował poprawnie, bo nic nie miało sensu. Odchyliłam się ostrożnie i spojrzałam w górę. I od razu tego pożałowałam. Daemon wyglądał na zawziętego. I na zmartwionego.

– Widzisz coś, co ci się podoba, Kotek?

Spuściłam wzrok... na jego zaciśnięte pięści. Jego kłykcie nawet nie były zadraśnięte.

– Światło... Widziałam światło.

– Cóż, mówią, że widzi się światło na końcu tunelu.

Nie chciałam myśleć, że prawie dzisiaj umarłam.

Daemon ukucnął.

– Cholera, przepraszam. Nie myślałem. Bardzo jesteś ranna?

– Gardło... mnie boli. – Dotknęłam go delikatnie i skrzywiłam się. – I mój nadgarstek. Chyba... może być złamany. – Uniosłam ostrożnie ramię. Było opuchnięte i już przybrało atrakcyjny niebiesko-fioletowy odcień. – Ale tam był rozbłysk... światła.

Przyjrzał się mojej ręce.

– Może być złamany lub skręcony. To wszystko?

– Wszystko? Ten mężczyzna... chciał mnie zabić.

Deamon zmrużył oczy.

– Rozumiem. Mam nadzieję, że nie uszkodził czegoś ważnego. – Urwał na chwilę, myśląc. – Czaszkę?

– Nie... chyba nie.

Odetchnął głęboko.

– Okay, okay. – Wstał i obejrzał się dokoła. – Jak w ogóle się tu znalazłaś?

– Chciałam... iść do biblioteki. – Musiałam przerwać i poczekać, aż ból w gardle zmaleje. – Nie było tak... późno. To nie tak... że mieszkamy w niebezpiecznym... mieście. Powiedział, że potrzebuje pomocy... z oponą.

Jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu.

– Nieznajomy podchodzi do ciebie i prosi o pomoc na ciemnym parkingu, a ty idziesz i pomagasz? To jedna z najbardziej nieostrożnych rzeczy, o jakich słyszałem. – Skrzyżował ramiona na piersi i popatrzył na mnie uważnie. – Założę się, że wszystko przemyślałaś, nie? Przyjmij cukierka od nieznajomego i wejdź do vana z napisem „darmowe kotki”?

Zatkało mnie.

Zaczął chodzić w miejscu.

– „Przepraszam” by nie pomogło, gdybym się nie zjawił, nie?

Zignorowałam ostatnie zdanie.

– Więc dlaczego ty... tu byłeś? – Moje gardło w końcu miało się trochę lepiej. Ciągle bolało jak cholera, ale przynajmniej każde wymawiane słowo nie paliło.

Daemon przestał chodzić i potarł dłonią miejsce nad sercem.

– Po prostu tu byłem.

– Jezu, myślałam, że powinniście być mili i czarujący.

Zmarszczył brwi.

– Kto?

– No wiesz, rycerz w lśniącej zbroi ratujący damę z opresji. – Zamknęłam się od razu. Musiałam się mocno uderzyć w głowę.

– Nie jestem twoim rycerzem.

– Okay – wyszeptałam. Podciągnęłam powoli nogi i położyłam głowę na kolanach. Wszystko mnie bolało, ale nie tak bardzo, jak wtedy, gdy mężczyzna trzymał mnie za gardło. Wzdrygnęłam się na tę myśl. – Gdzie on teraz jest?

– Zwiał. Już dawno go nie ma – zapewnił Daemon. – Kat...?

Uniosłam głowę. Jego wielka sylwetka górowała nade mną. Jego wzrok był zaniepokojony, przeszywający. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie podobał mi się cień, który Daemon rzucał na ulicę w świetle księżyca. Spróbowałam wstać.

– Chyba nie powinnaś. – Uklęknął przy mnie. – Karetka i policja będą tu w każdej chwili. Nie chcę, żebyś zemdlała.

– Nie... zemdleję – zaprzeczyłam. W końcu usłyszałam syreny.

– Nie mam ochoty cię łapać, jeśli jednak to zrobisz. – Przez moment oglądał swoje kłykcie. – Czy... czy on coś do ciebie powiedział?

Bardzo chciałam przełknąć ślinę, ale byłoby to zbyt bolesne.

– Powiedział, że mam na sobie znak. I ciągle pytał... gdzie oni są. Nie wiem dlaczego.

Szybko odwrócił wzrok i odetchnął ostro.

– Brzmi jak szaleniec.

– No tak, ale... kogo szukał?

Daemon odwrócił się do mnie, jego spojrzenie było gniewne.

– Może wystarczająco głupiej dziewczyny, która pomoże niebezpiecznemu maniakowi przy jego oponie?

Zacisnęłam mocno usta.

– Jesteś dupkiem. Mówił... ci to ktoś wcześniej?

Uśmiechnął się, autentycznie rozbawiony.

– Och, Kotek, każdego dnia mojego błogosławionego życia.

Znowu popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Nawet nie wiem, co powiedzieć...

– Skoro już podziękowałaś, teraz najlepiej nic nie mów. – Wstał z gracją. – Tylko proszę, nie ruszaj się. Tylko o to proszę. Zostań tu i spróbuj nie wpadać w kolejne kłopoty.

Zmarszczyłam brwi. Zabolało.

Mój nie tak znowu czarujący rycerz stał nade mną na rozstawionych nogach, z rękami po bokach, jakby był gotowy mnie bronić. Co, jeśli tamten facet wróci? O to już musiał się martwić Daemon.

Moje ramiona się zatrzęsły i na dokładkę zaczęłam zgrzytać zębami. Daemon ściągnął koszulkę i założył mi ją przez głowę. Był ostrożny, żeby ciepła bawełna nawet nie musnęła mojej poranionej twarzy. Otoczył mnie jego zapach i po raz pierwszy od ataku poczułam się bezpieczna. Z Daemonem. Kto by się spodziewał. Chyba moje ciało rozpoznało, że nie musi dłużej walczyć, więc zaczęłam rozglądać się na boki. I już wiedziałam, że podbiję sobie drugie oko o chodnik, bo z całą pewnością zamierzałam zemdleć po raz drugi w przeciągu kilku dni. Przez chwilę się zastanawiałam, dlaczego zawsze musiałam mdleć przed Daemonem, a potem padłam na ziemię jak kłoda.

Rozdział 10

Nie bywałam często w szpitalach. Nie znosiłam ich tak samo jak muzyki country. Dla mnie pachniały śmiercią i środkami do dezynfekcji. Przypominały mi o tacie i upływającym czasie, kiedy jego oczy zapadały się od raka, a chemia niszczyła ciało. Ten szpital nie był inny, ale cel wizyty trochę bardziej złożony.

Przyjechała policja, niespokojna matka i zrzędliwy wybawca, który ciągle kręcił się blisko mojego pokoju. Może to niegrzeczne i niewdzięczne, ale robiłam wszystko, by go ignorować.

Mama, która miała dyżur, kiedy przyjechałam karetką eskortowaną przez policję, nieustannie głaskała mnie po ramieniu czy twarzy – przynajmniej po tej zdrowej stronie. Jakby te gesty przypominały jej, że żyłam, oddychałam i byłam tylko posiniaczona. Zaczynało mnie to denerwować i przez to byłam na siebie zła. Znowu zaczynałam narzekać.

Bolała mnie głowa i plecy, ale ból w nadgarstku i ręce był znacznie gorszy. Na szczęście po licznych badaniach i prześwietleniach okazało się, że nic nie złamałam. Miałam zwichnięty nadgarstek, uszkodzoną tętnicę w ręce oraz pełno siniaków i zadrapań. Już usztywniono mi ramię i nadgarstek. Obiecywali też leki przeciwbólowe.

Policjanci byli mili, ale trochę natarczywi. Zadali chyba każde możliwe pytanie. Wiedziałam, że powinnam im powiedzieć wszystko, co pamiętałam, ale szok mijał, a adrenalina opadała, więc chciałam już wracać do domu. Myśleli, że była to próba rabunku, ale powiedziałam im, że nie chciał pieniędzy. Gdy streściłam im jego słowa, stwierdzili, że musiał być chory umysłowo albo naćpany. Kiedy policja skończyła zadawać mi pytania, przyczepili się do Daemona. Wydawało się, że są w przyjaznych stosunkach. Jeden nawet poklepał go po ramieniu i się uśmiechnął. Kumplowali się. Jak słodko. Nie udało mi się podsłuchać ich rozmowy, bo mama się wtrąciła. Chciałam, żeby wszyscy sobie poszli.

– Panno Swartz?

Dźwięk własnego nazwiska wyrwał mnie z zamyślenia. Przy moim łóżku stał młodszy posterunkowy. Nie pamiętałam jego imienia, ale byłam tak zmęczona, że nawet nie chciało mi się spojrzeć na plakietkę.

– Tak?

– Myślę, że na dzisiaj już skończyliśmy. Jeśli coś sobie przypomnisz, proszę do nas niezwłocznie zadzwonić.

Pokiwałam głową i od razu tego pożałowałam. Skrzywiłam się od nagłego bólu w głowie.

– Kochanie, wszystko dobrze? – zapytała mama głosem zabarwionym troską.

– Głowa mnie boli.

Wstała.

– Pójdę po lekarza, żeby dał ci leki. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Potem już nic nie będziesz czuła.

Tego właśnie potrzebowałam, chciałam... to bym pokochała.

 

Posterunkowy skierował się do wyjścia, ale nagle przystanął.

– Myślę, że nie musisz się o nic martwić. Ja...

Przerwał mu trzask w radiu. Z nadajnika popłynął głos:

– Wszystkie dostępne jednostki, kod 18 na drodze Well Springs. Ofiarą jest kobieta, około szesnastu lub siedemnastu lat, możliwy zgon przed przybyciem. Karetka w drodze.

Hej! Jakie były szanse, że zostanę zaatakowana w tak małym mieście, a tej samej nocy umrze inna nastolatka? To musiał być przypadek. Spojrzałam na Daemona. Zmrużył oczy. Też to słyszał.

– Jezu – powiedział posterunkowy i nacisnął przycisk. – Jednostka czterysta czternaście jest już w drodze. – Odwrócił się, ciągle mówiąc do radia, i wyszedł.

Pokój był pusty, pomijając Daemona stojącego za zasłoną przy ścianie. Spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Zagryzłam dolną wargę i odwróciłam głowę, przez co znowu poczułam ból. Nie poruszyłam się więcej, dopóki nie pojawiła się mama z doktorem.

– Kochanie, doktor Michaels ma dobre wieści.

– Jak zapewne już wiesz, nie masz złamanych kości i wygląda na to, że nie doznałaś wstrząśnienia mózgu. Możemy cię wypisać do domu, żebyś odpoczęła – powiedział, pocierając przyprószone siwizną skronie. Spojrzał na Daemona, a potem znowu na mnie. – Ale jeśli poczujesz zawroty głowy lub nudności, stwierdzisz zaburzenia wzroku lub utratę pamięci, niezwłocznie musisz tu wrócić.

– Okay – powiedziałam, szukając wzrokiem pigułek. W tym momencie zgodziłabym się na wszystko.

Gdy lekarz wyszedł, mama podała mi mały plastikowy kubeczek i tabletki. Połknęłam je szybko. Nawet nie obchodziło mnie, co to było.

Znowu zebrało mi się na płacz. Chciałam sięgnąć po dłoń mamy, ale nagle usłyszałam głos w korytarzu.

Dee wbiegła do pokoju, blada i zmartwiona.

– Och, nie, Katy, jesteś cała?

– Tak, tylko trochę pokiereszowana. – Uniosłam ramię dla demonstracji i uśmiechnęłam się słabo.

– Nie wierzę, że to się stało. – Odwróciła się do brata. – Jak to się mogło zdarzyć? Myślałam, że ty...

– Dee – ostrzegł ją Daemon.

Odskoczyła od brata i pochyliła się nad moim łóżkiem.

– Tak mi przykro.

– To nie twoja wina.

Pokiwała głową, ale widziałam, że gnębiło ją poczucie winy.

Wywołano moją mamę. Jej twarz stężała, przeprosiła i obiecała, że wróci za parę sekund.

– Szybko stąd wyjdziesz? – zapytała Dee.

Ponownie skupiłam na niej wzrok.

– Tak myślę. – Zamilkłam na chwilę. – Pewnie jak moja mama będzie wracać.

Pokiwała głową.

– Widziałaś... faceta, który cię zaatakował?

– Tak, mówił jakieś szalone rzeczy. – Zamknęłam oczy. Wydawało mi się, że otwarcie ich było znacznie trudniejsze. – Coś o znalezieniu „ich”. Sama nie wiem. – Poprawiłam się na łóżku. Siniaki już tak nie bolały. – Dziwne.

Dee zbladła.

– Mam nadzieję, że szybko wyjdziesz. Nie znoszę szpitali.

– Ja też nie.

Zmarszczyła nos.

– Tak dziwnie... tu pachnie.

– To samo mówię mamie, ale twierdzi, że zmyślam.

Dee pokręciła głową.

– Nie, nie mylisz się. Tu jest taki... stęchły zapach.

Otworzyłam gwałtownie oczy i spojrzałam na Daemona. Odchyloną głowę opierał o ścianę i miał zamknięte oczy, ale wiedziałam, że wszystkiemu się przysłuchiwał. Dee mówiła o zabraniu mnie do domu, jeśli mama nie będzie mogła się wyrwać. Znowu powalił mnie wygląd bliźniaków. Daemon i Dee nie pasowali tu, ale ja tak. Mogłam łatwo zlać się z wybielonymi ścianami i jasnozielonymi zasłonami. Byłam blada jak linoleum, ale ta dwójka wydawała się rozświetlać pokój swoim doskonałym pięknem i przytłaczającą obecnością. O, leki zaczęły działać. Zaczynałam brzmieć jak poetka. Naćpana poetka. Cudowne uczucie.

Dee się przesunęła i zasłoniła sobą Daemona. Zaraz poczułam narastającą panikę i usiłowałam się ruszyć, żeby znowu móc go zobaczyć. Mój puls przyspieszył w momencie, gdy skupiłam wzrok na jego nieruchomej postaci. Mnie nie nabierze. Próbował udawać zrelaksowanego, opierając się o ścianę z zamkniętymi oczami, ale zaciskał szczękę i wiedziałam, że był przytłoczony emocjami.

– Dobrze sobie radzisz. Mi by odbiło i pewnie zaszyłabym się gdzieś w kącie. – Dee się uśmiechnęła.

– Odbije mi – wymamrotałam. – Daj mi trochę czasu.

Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło do powrotu mojej zmartwionej mamy.

– Kochanie, przepraszam, że cię zostawiłam – powiedziała pospiesznie. – Zdarzył się straszliwy wypadek i przywieźli dużo ofiar. Chyba będziesz musiała jeszcze chwilę poczekać. Ja tu muszę zostać, przynajmniej dopóki nie zdecydujemy, czy musimy przewieźć ich do większego szpitala. Kilku pielęgniarek już nie ma, a szpital nie jest przygotowany na taki kryzys.

Patrzyłam na nią oniemiała. Znowu miałam ochotę narzekać. Chrzanić wszystkich, prawie dzisiaj umarłam, chciałam mojej mamy.

– Pani Swartz, my możemy ją odwieźć do domu – powiedziała Dee. – Jestem pewna, że chce już tam wrócić. Ja bym chciała, a dla nas to nie problem.

Błagałam mamę wzrokiem, by sama zabrała mnie do domu.

– Czułabym się lepiej, jeśli zostałaby tu ze mną, w razie gdyby miała wstrząśnienie mózgu... i cóż, nie chcę, by coś się stało.

– Nigdy nie pozwolilibyśmy, by coś jej się stało – powiedziała twardo Dee. – Zabierzemy ją prosto do domu i zostaniemy z nią. Obiecuję.

Widziałam, jak mama zmaga się ze sobą, bo chciała mieć mnie blisko i pewnie czuła się odpowiedzialna. Nie chciałam, by była zmuszona wybierać. Wiedziałam, że mój pobyt tutaj przypominał jej o tacie. Spojrzałam na Daemona i moja złość lekko ustąpiła. Uśmiechnęłam się słabo do mamy.

– Wszystko w porządku, mamo. Czuję się o wiele lepiej i jestem pewna, że nic mi nie będzie. Nie chcę tu zostawać.

Mama westchnęła i założyła ręce.

– Nie wierzę, że to się stało akurat dzisiaj.

Przez głośniki znowu wywołano jej nazwisko. Zrobiła coś bardzo nie w jej stylu.

– Cholera jasna!

Dee aż podskoczyła.

– Poradzimy sobie, pani Swartz.

Zerknęła na mnie, a potem na drzwi.

– Okay, ale jeśli będzie jakaś nieswoja – odwróciła się do mnie – jeśli zacznie cię mocniej boleć głowa, zadzwoń do mnie od razu. Nie! Zadzwoń na 911.

– Tak zrobię – zapewniłam ją.

Pochyliła się i pocałowała mnie w policzek.

– Odpocznij trochę, skarbie. Kocham cię. – A potem szybko zniknęła w korytarzu.

Dee uśmiechnęła się zadowolona.

– Dziękuję – powiedziałam. – Ale nie musisz ze mną zostawać.

Zmarszczyła brwi.

– Muszę. I żadnych ale. – Odsunęła się ode mnie. – Pójdę zobaczyć, jak cię mogę uwolnić z tego miejsca.

Zamrugałam, a ona zniknęła, ale za to zbliżył się Daemon. Wyglądał na spokojnego, gdy stał w nogach mojego łóżka. Zamknęłam oczy.

– Znowu będziesz mnie obrażać? Bo nie jestem gotowa się z tym znosić.

– Chyba chciałaś powiedzieć „zmagać”.

– Znosić. Zmagać. Wszystko jedno. – Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że mi się przygląda.

– Naprawdę nic ci nie jest?

– Czuję się świetnie. – Ziewnęłam głośno. – Twoja siostra zachowuje się, jakby to była jej wina.

– Nie lubi, kiedy ludziom dzieje się krzywda – powiedział delikatnie. – A przy nas ludziom dzieje się krzywda.

Zrobiło mi się zimno w środku. Mimo że wyraz jego twarzy był pusty, to słowa przesiąkał ból.

– Co to znaczy?

Nie odpowiedział.

Chwilę potem wróciła Dee z uśmiechem na twarzy.

– Możemy już iść, zalecenia lekarza i tak dalej.

– Chodź, zabierzemy cię do domu. – Daemon podszedł do boku łóżka i, co zaskakujące, pomógł mi usiąść, a potem wstać.

Przeszłam kilka kroków, a potem się zatrzymałam.

– Hej, czuję się słabo.

Twarz Dee wyrażała współczucie.

– Chyba tabletki zaczynają działać?

– Czy już... seplenię? – zapytałam.

– Wcale – zaśmiała się Dee.

Westchnęłam, zirytowana tym, że prawie się wywróciłam. Daemon podniósł mnie i przytrzymał przy swojej twardej piersi, a potem posadził na wózku inwalidzkim.

– Takie zasady – wyjaśnił i popchnął wózek, zatrzymując się tylko po to, bym mogła podpisać kilka formularzy. Potem wyprowadził mnie na parking. Pomógł mi usiąść na tylnym siedzeniu samochodu Dee. Żeby mnie tam ulokować, znowu musiał mnie wziąć w ramiona.

– Mogę chodzić, wiesz?

– Wiem. – Obszedł samochód i usiadł przy mnie.

Starałam się trzymać swojej strony siedzenia, z głową w górze. Wątpiłam, by chciał, żebym na nim leżała, ale gdy tylko się koło mnie usadowił, moja głowa mimowolnie opadła na jego pierś. Zesztywniał na moment, ale potem otoczył mnie ramieniem. Aż w kościach poczułam ciepło jego ciała. W tym momencie siedzenie przy nim wydawało się takie właściwe. Czułam się bezpieczna. Przypominało mi to o wcześniejszym cieple jego rąk. Wtuliłam zdrową stronę twarzy w materiał jego koszulki. Chyba mocniej mnie objął, ale mogło mi się tylko wydawać przez tabletki. Gdy samochód ruszył, ja już odpływałam, a myśli w mojej głowie nie miały żadnego ładu. Nie wiedziałam, czy śniłam, kiedy usłyszałam przytłumiony głos Dee:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?