Sztorm i FuriaTekst

Z serii: The Harbinger #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Czytelnikowi i Czytelniczce

oraz gwiazdom, które nadal jestem w stanie zobaczyć.

Rozdział 1

– Tylko pocałunek?

Odczułam ekscytację, gdy oderwałam spojrzenie od ekranu telewizora i zerknęłam na Claya Armstronga. Mój wzrok potrzebował chwili, by się wyostrzyć i objąć jego twarz.

Chłopak był tylko o kilka miesięcy starszy ode mnie i uroczy ze stale opadającymi na czoło jasnobrązowymi włosami, które błagały moje palce, żeby je przeczesać.

Chociaż nigdy nie widziałam nieatrakcyjnego strażnika, nawet gdy zbytnio nie starałam się go sobie wyobrazić w ludzkiej postaci, niebędącego gargulcem.

Clay usiadł obok mnie na kanapie w salonie jego rodziców. Byliśmy sami i nie pamiętałam, jakie decyzje podjęłam, że znalazłam się tutaj, siedząc tuż obok niego i stykając się z nim udami. Jak wszyscy strażnicy był sporo większy niż ja, mimo że miałam metr siedemdziesiąt dwa i nie uważano mnie za niską dziewczynę.

Clay zawsze był bardziej przyjazny wobec mnie niż inni strażnicy, nawet ze mną flirtował, co mi się podobało – poświęcał uwagę, którą obserwowałam wśród innych par, choć nigdy aż tak wielką. Nikt w tutejszej społeczności, no może poza moją przyjaciółką Jadą i oczywiście Mishą, nie okazywał mi uznania, nie mówiąc o tym, aby chciał mnie całować.

Ale Clay zawsze był miły, mówił mi komplementy nawet wtedy, gdy byłam w rozsypce, a przez ostatnie tygodnie często za mną łaził. Podobało mi się to.

I nie było w tym nic złego.

Kiedy więc podszedł do mnie przy palenisku – miejscu na wielkie ognisko, przy którym noce spędzali młodzi strażnicy – i zapytał, czy pójdę z nim do domu obejrzeć film, nie musiał się powtarzać.

A teraz chciał mnie pocałować.

I pragnęłam, by to zrobił.

– Trinity? – zapytał i wzdrygnęłam się, gdy nagle zobaczyłam, że jego palce znajdowały się przy mojej twarzy. Złapał kosmyk włosów, który zsunął się na mój policzek, i założył mi go za ucho. Jego dłoń jednak pozostała. – Znów to robisz?

– Ale co?

– Znikasz – odparł. Tak, często mi się to zdarzało. – Dokąd się udałaś?

Uśmiechnęłam się.

– Donikąd. Jestem.

Wpatrywał się we mnie błękitnymi oczami strażnika.

– Dobrze.

Mój uśmiech się poszerzył.

– Tylko pocałunek? – powtórzył.

Ekscytacja wzrosła i westchnęłam powoli.

– Tylko pocałunek.

Uśmiechnął się i przysunął, przechylił głowę, by nasze usta znalazły się w jednej linii. Oczekując go, rozchyliłam wargi. Całowałam się już. Raz. Cóż, to ja całowałam – Mishę, gdy miałam szesnaście lat. Odwzajemnił pocałunek, ale sprawy przybrały dziwny obrót, bo Misha był dla mnie jak brat i w ogóle nie interesowaliśmy się sobą w romantyczny sposób.

W dodatku nic nie powinno się między nami dziać przez to, kim był.

Kim byłam ja.

Clay dotknął moich ust swoimi, które były ciepłe i… suche. Zdziwiłam się. Myślałam, że będą… no nie wiem, wilgotne. Ale to okazało się… miłe, zwłaszcza gdy ich nacisk wzrósł. Clay wargami rozchylił moje i zaczął nimi poruszać. Odwzajemniłam pocałunek.

Nie chciałam przerywać, gdy dłoń spoczywającą na moim karku przesunął po plecach aż na biodro. To też było przyjemne, a kiedy mnie przechylił, dałam się położyć i umieściłam ręce na jego ramionach. Unosił się nade mną, podtrzymując na łokciu, by mnie nie zmiażdżyć.

Temperatura ciała strażników była wysoka – wyższa niż ludzi i moja – ale Clay wydawał się gorętszy, jakby miał zapłonąć.

A ja czułam się… letnia.

Całował, a pocałunki te nie były już suche i sprawiało mi przyjemność, jak dolne części naszych ciał uległy połączeniu, jak ocieraliśmy się o siebie w tajemniczym rytmie, który zdawał się właściwy i mógłby przejść w coś więcej, gdybym tego zapragnęła.

To było… całkiem fajne.

Miłe, gdy trzymał mnie za rękę, kiedy tu szliśmy. Tak jak świece, które zapalił, a które pachniały arbuzem i lemoniadą – zawierały coś romantycznego, podobnie jak palce, które otwierały się i zamykały na moim biodrze. To było przyjemne i ciepłe. Nie ekscytujące, jak zrywanie z siebie ubrań, ale… naprawdę miłe.

Następnie jego dłoń wślizgnęła się pod moją bluzkę i wędrowała w stronę piersi.

Chwila.

Sięgnęłam po nią i odsunęłam się, przestając go całować.

– Wow.

– Co? – Oczy miał wciąż zamknięte, rękę trzymał na mojej klatce piersiowej, nadal ocierając się biodrami.

– Powiedziałam „tylko pocałunek” – przypomniałam, ciągnąc za jego palce. – A to coś więcej.

– Nie podoba ci się?

Nie podobało mi się? Kluczowy był tu czas przeszły.

– Już nie.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem moje słowa o braku zainteresowania przekształciły się w kolejny pocałunek, ale właśnie tak się stało. Clay przywarł do moich ust, lecz ich nacisk nie był już fajny. Był niemal bolesny.

Rozdrażnienie rozpaliło się jak zapałka. Zacisnęłam palce na jego ręce i wyciągnęłam ją spod mojej bluzki. Pchnęłam Claya w tors, przestając całować.

Spiorunowałam go wzrokiem.

– Ruszaj się.

– Próbowałem – wymamrotał, podnosząc się, ale nie robił tego wystarczająco szybko po tej ohydnej uwadze.

Popchnęłam go, i to mocno. Poleciał na bok i wylądował na podłodze, od czego poruszył się telewizor i zamigotały płomienie świec.

– Co jest? – zapytał ostro, siadając. Wyglądał na oszołomionego tym, co byłam w stanie zrobić.

– Powiedziałam, że przestało mi się podobać. – Spuściłam nogi na podłogę i wstałam. – A ty nie przerwałeś.

Wpatrywał się we mnie, mrugając powoli. Wydawało się, że nie usłyszał moich słów.

– Zepchnęłaś mnie.

– Tak, bo zachowywałeś się okropnie. – Przeszłam ponad jego nogami, pragnąc udać się do drzwi.

Wstał.

– Nie wydawało się to okropne, gdy błagałaś, bym cię pocałował.

– Co? Okej. Coś ci się pomyliło – warknęłam. – Nie błagałam cię. Zapytałeś, czy możesz mnie pocałować, a ja zgodziłam się tylko na to. Nie przeinaczaj faktów.

– Nieważne. Wiesz co? Nawet mi się nie podobało.

Przewróciłam oczami i obróciłam się do drzwi.

– Odczuwałam, jakby było wręcz przeciwnie.

– Tylko dlatego, że jesteś jedyną dziewczyną, która nie oczekuje, że stworzę z nią parę.

Tworzenie pary u strażników nie oznaczało macanek. Oznaczało ślub i poczęcie wielu małych strażników, a wspomnienie o tym w tej chwili było bardzo obraźliwe i kiepskie. Mocno mnie uraziło.

Z nikim tutaj nie mogłabym związać się na poważnie. Strażnicy nie tworzyli par z ludźmi.

I z moim rodzajem.

– Mam pewność, że nie jestem jedyną, która nie chce się z tobą wiązać, palancie.

Clay poruszył się z prędkością strażnika. W jednej chwili znajdował się przy kanapie, w drugiej przede mną.

– Nie muszę być…

– Ostrożnie dobieraj słowa, kolego. – Irytacja szybko przeszła w gniew. Próbowałam się uspokoić, bo… kiedy byłam zła, działy się brzydkie rzeczy.

I zazwyczaj pojawiała się krew.

Mięsień drgnął na jego policzku, pierś uniosła się przy głębokim wdechu, nim wygładziła się przystojna twarz.

– Wiesz, zacznijmy od nowa. – Przesunął mi rękę przed twarzą i położył ją na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się, zaskoczona.

Kiepskie posunięcie z jego strony, bo nie lubiłam być zaskakiwana.

Złapałam go za nią.

– Dasz znać, jak bardzo zaboli, gdy walniesz w podłogę?

– Co? – Otworzył usta.

– Bo walniesz naprawdę mocno. – Wykrzywiłam jego rękę i przez ułamek sekundy widziałam szok na jego twarzy. Był wytrenowanym strażnikiem, przygotowywanym do bycia wojownikiem, i nie rozumiał, jakim cudem tak szybko zyskałam przewagę.

A zaraz nie myślał już wcale.

Obróciłam go i opierając się na prawej nodze, kopnęłam go lewą, a moja stopa wylądowała idealnie pośrodku jego pleców. Niebywale z siebie zadowolona czekałam, aż uderzy w podłogę.

Ale tak się nie stało.

Clay przeleciał przez pokój i trafił w okno. Szkło pękło i poddało się, a strażnik wyleciał do ogródka. Słyszałam, jak upadł. Brzmiało to jak małe trzęsienie ziemi.

– Ups – szepnęłam, chwytając się za policzki. Stałam nieruchomo z pół minuty, aż obróciłam się i pospieszyłam do drzwi. – Nie, nie, nie…

Na szczęście na ganku świeciła się lampa, więc zobaczyłam Claya.

Wylądował w różach.

– O rety. – Zbiegłam ze schodów, gdy z jękiem wytoczył się z krzaka. Wydawał się żywy. To dobrze.

– Co, u licha?

Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, rozpoznając głos. Misha. Wychynął z cienia i zatrzymał się w blasku lampy. Stał za daleko, bym go wyraźnie widziała, ale nie musiałam dostrzegać wyrazu jego twarzy, aby wiedzieć, że miał na niej mieszaninę niedowierzania i rozczarowania.

Misha popatrzył na leżącego na ziemi Claya, na mnie, na okno i znów na mnie.

– Chcę wiedzieć?

Nie zdziwiłam się na jego widok. Pozostawało kwestią czasu, nim połapie się, że wymknęłam się z ogniska i skończyłam tutaj.

Wychowywaliśmy się razem, również wspólnie trenowaliśmy, odkąd postawiliśmy nasze pierwsze kroki, i to on był świadkiem moich pierwszych odrapanych kolan, kiedy próbowałam dotrzymać mu kroku – był też przy mnie, gdy po raz pierwszy życie prawdziwie dało mi się we znaki.

 

Z uroczego piegowatego rudzielca Misha wyrósł na niezłego przystojniaka. Kiedy miałam szesnaście lat, podkochiwałam się w nim ze dwie godziny, przy czym go pocałowałam.

Przeżyłam wiele krótkotrwałych fascynacji płcią przeciwną.

Misha jednak był kimś więcej niż moim towarzyszem czy najlepszym przyjacielem. Był moim protektorem, mocno związanym ze mną od małego.

Tak mocno, że w razie mojej śmierci, on też by umarł, choć gdyby jako pierwszy stracił życie, więź zostałaby zerwana i zastąpiłby go inny strażnik. Zawsze uważałam to za niesprawiedliwe, ale więź nie była całkowicie jednostronna. To, co tkwiło we mnie, napędzało też Mishę, a jego moce strażnika nadrabiały często za moją ludzką część.

W pewnym sensie stanowiliśmy dwie strony tego samego medalu, a kiedy go pocałowałam, pogwałciłam jakąś niebiańską zasadę. Według ojca protektorzy i ich podopieczni nigdy nie powinni angażować się w niegrzeczne, sprośne sytuacje. Zapewne miało to coś wspólnego z więzią, ale nie miałam pojęcia, co to tak naprawdę oznaczało. Co mogło zrobić naszej więzi? Zapytałam o to ojca, lecz popatrzył na mnie z góry, jakbym poprosiła o wyjaśnienie kwestii, skąd się biorą dzieci.

Nie żeby zmniejszało to teraz moją irytację.

– Panuję nad tym. – Wskazałam na jęczącego na ziemi Claya. Widziałam na jego twarzy ciemne kropki. Kolce? Boże, miałam nadzieję, że tak. – Oczywiście.

– To twoja sprawka? – Misha wpatrywał się we mnie.

– Tak? – Skrzyżowałam ręce na piersi, gdy Clay zaczął się podnosić. – I nie mam wyrzutów sumienia. Nie zrozumiał, co oznaczało „tylko pocałunek”.

Misha spojrzał na Claya.

– Serio?

– Bardzo serio – odparłam.

Warcząc pod nosem, Misha ruszył na Claya, który w końcu podniósł się na kolana. Miał dostać pomoc, by znaleźć się na nogach. Misha złapał go za tył koszulki i podniósł z ziemi, po czym do siebie obrócił. Kiedy go puścił, niższy strażnik zatoczył się do tyłu.

– Powiedziała „nie”, a ty nie posłuchałeś? – zapytał ostro mój przyjaciel.

Clay uniósł głowę.

– Nie mówiła powa…

Poruszając się z błyskawiczną prędkością, Misha wziął zamach i wbił pięść w sam środek głupkowatej twarzy chłopaka, a ten poleciał na ziemię już drugi raz tego wieczoru.

Uśmiechnęłam się.

– Tak jak ja nie zrobiłem tego na poważnie? – zapytał Misha, kucając. – Kiedy ktoś odmawia, zawsze mówi poważnie.

– Cholera – jęknął Clay, łapiąc się za twarz. – Chyba złamałeś mi nos.

– Mam to gdzieś.

– Jezu. – Clay się zbierał, ale zaraz upadł na tyłek.

– Musisz przeprosić Trinity – polecił mój przyjaciel.

– Jak chcesz. – Poobijany wstał, obrócił się do mnie i wymamrotał: – Przepraszam, Trinity.

Uniosłam rękę i wyprostowałam środkowy palec.

Misha nie skończył.

– Nie odzywaj się więcej do niej. Jeśli to zrobisz, ponownie wywalę cię przez okno, tylko z jeszcze gorszym skutkiem.

Clay opuścił rękę i zobaczyłam krew na jego twarzy.

– Nie wyrzuciłeś mnie przez…

– Najwyraźniej nie zrozumiał – warknął Misha. – Wywaliłem cię przez okno i następnym razem zrobię to jeszcze mocniej. Kumasz?

– Tak. – Otarł usta. – Kumam.

– Więc zejdź mi z oczu.

Clay wszedł do domu i trzasnął za sobą drzwiami.

– Musisz wracać do siebie – powiedział szorstko przyjaciel, biorąc mnie za rękę i prowadząc przez ogród w cień.

Poddałam się, bo bez światła nie widziałam prawie nic.

– Thierry musi się o tym dowiedzieć – odpowiedziałam, gdy weszliśmy na ścieżkę prowadzącą do głównego budynku.

– No pewnie, że mu o tym powiem. Musi wiedzieć, bo Clayowi należy się coś więcej niż wielki łomot.

– Zgadzam się. – Miałam wielką ochotę tam wrócić i wyrzucić strażnika przez drugie okno, ale zamierzałam pozwolić Thierry’emu się nim zająć, nawet jeśli miało to prowadzić do bardzo niezręcznej rozmowy z człowiekiem, który był dla mnie jak drugi ojciec.

Thierry mógł jednak więcej. Był tu szefem, nie tylko liderem klanu, lecz także lordem nadzorującym wszystkie inne klany i wiele placówek przy środkowym Atlantyku i w dolinie Ohio. Był odpowiedzialny za trenowanie nowych wojowników i zapewnienie społeczności bezpieczeństwa oraz ukrycia.

Z pewnością miał dopilnować, by Clay nauczył się nigdy, przenigdy tego nie powtarzać.

Misha zatrzymał się, gdy odeszliśmy spory kawałek od domu chłopaka.

– Musimy porozmawiać.

Westchnęłam.

– Naprawdę nie mam ochoty na wykład. Wiem, że chcesz dobrze, ale…

– Jakim cudem wyrzuciłaś go przez okno? – zapytał, przerywając mi.

Skrzywiłam się, patrząc na zacienioną twarz przyjaciela.

– Popchnęłam go i… cóż, kopnęłam.

Puścił moją rękę, a swoją położył na moim ramieniu.

– Jak udało ci się kopnąć go tak, że wypadł przez okno, Trin?

– Widzisz, uniosłam nogę, jak na treningu…

– Nie o to mi chodzi, mądralo – przerwał mi. – Stajesz się silniejsza. O wiele bardziej silna.

Zadrżałam i pojawiła się gęsia skórka. Stawałam się silniejsza, ale wiedziałam, że będzie tak z każdym kolejnym rokiem, aż…

Aż co?

Z jakiegoś powodu zawsze sądziłam, że kiedy skończę osiemnaście lat, coś się zmieni, lecz moje urodziny miały miejsce ponad miesiąc temu i wciąż tu byliśmy, dobrze ukryci, czekając na porę, gdy zostanę wezwana przez ojca do walki.

Nie żyłam prawdziwie.

Tak jak Misha.

Ogarnęło mnie zbyt znajome poczucie niezadowolenia, ale odsunęłam je od siebie.

Nie był to dobry czas na zastanawianie się nad tym, ponieważ, prawdę mówiąc, stawałam się coraz silniejsza już od dłuższego czasu. I szybsza, jednak udawało mi się powstrzymywać, gdy trenowałam z Mishą.

Dziś jednak straciłam nad sobą panowanie.

Chociaż mogło być gorzej.

– Nie zamierzałam wyrzucić go przez okno, ale cieszę się, że do tego doszło – powiedziałam, opuszczając wzrok do swojego ciemnego swetra. – Wydawał się… przestraszony moją siłą.

– Oczywiście, Trin, ponieważ niemal wszyscy stąd mają cię za człowieka.

Nie byłam nim jednak.

Nie byłam również strażnikiem, który niczym superbohater ścigał złoczyńców, gdyby ci dobrzy z komiksów czy filmów byli, cóż, gargulcami.

Nieco ponad dekadę temu wyglądające bestialsko rzeźby z kościołów i budynków na całym świecie, postrzegane dotąd jako architektoniczne cuda, zaczęły się ruszać, ujawniając, że wiele z nich było żywymi stworzeniami.

Po początkowym szoku ludzie zdali sobie sprawę, że strażnicy byli kolejnym gatunkiem, i ich zaakceptowali. Cóż, większość ludzi. Istnieli też fanatycy należący do Kościoła Dzieci Bożych – jego członkowie postrzegali strażników jako znak końca czasów czy coś równie kiepskiego. Większość osób była jednak przyjaźnie nastawiona, a strażnicy pomagali organom ścigania przy pospolitych przestępstwach, choć ich główną misją było chronienie wszystkich przed większym złem.

Przed demonami.

Społeczeństwo nie miało pojęcia, że demony były prawdziwe, jak wyglądały i ile było gatunków. Do licha, nie podejrzewali, ile demonów wtopiło się w tłum tak dobrze, że niektórzy zostali wybrani do rządu oraz mieli władzę i moc.

Większość osób wierzyła, że demony były biblijną przypowieścią, ponieważ według jakiejś niebiańskiej zasady ludzie mieli o nich nie wiedzieć i skupiać się na niezaprzeczalnej idei ślepej wiary.

Ludzie musieli wierzyć w Boga i niebo, a ich wiara musiała być czysta, nie mogła pochodzić ze strachu przed niebiańskimi konsekwencjami. Gdyby dowiedzieli się, że piekło naprawdę istnieje, świat stanąłby na głowie, a z nim nawet strażnicy, których zadaniem było panowanie nad demonami i trzymanie ludzi w niewiedzy, aby ci mogli żyć i dysponować swoją wolną wolą.

A przynajmniej tak nam wmawiano, w to wierzyliśmy.

Kiedy byłam młodsza, nie rozumiałam tego. Przecież gdyby ludzkość wiedziała o istnieniu demonów, mogłaby sama się chronić. Gdyby wiedziała, że na przykład za zabójstwo nieodwołalnie czeka człowieka bilet w jedną stronę do piekła, mogłaby zachowywać się właściwie, choć mogłoby to jednak nie wynikać z jej wolnej woli. Thierry wyjaśnił mi to kiedyś.

Ludzkość musiała posługiwać się wolną wolą bez obawy o konsekwencje.

Ale strażnicy z Wyżyny Potomaku, potomkowie posiadających moc klanów środkowoatlantyckiego i z doliny Ohio, byli dobrze wyszkolonymi wojownikami, którzy chronili ludzkość i walczyli z wciąż rosnącą populacją demonów, lecz mieli też cel wykraczający poza standardowe procedury.

Mieli ukrywać mnie.

Większość żyjąca w naszej społeczności o tym nie wiedziała, wliczając w to głupiego Claya. Chłopak nie miał pojęcia, że widziałam duchy i zjawy – i tak, były między nimi różnice. Na palcach jednej ręki byłam w stanie zliczyć tych, którzy znali prawdę. Misha, Thierry i jego mąż Matthew, Jada i tyle.

I to się nigdy nie miało zmienić.

Większość strażników wierzyła, że byłam ludzką sierotą, nad którą ulitowali się Thierry i Matthew, ale daleko mi było do człowieka.

Ludzka część mnie pochodziła od matki. Ilekroć patrzyłam w lustro, widziałam ją. Miałam po niej ciemne włosy i brązowe oczy, jak również oliwkową cerę, która uwidaczniała moje sycylijskie korzenie. I miałam jej twarz – wielkie oczy, może nawet za duże, ponieważ bez większego wysiłku wyglądałam, jakbym je ciągle wytrzeszczała. Miałam też po niej wydatne kości policzkowe i mały, leciutko wygięty na końcu na bok nos. No i jej szerokie, wyraziste usta.

Ale nie tylko to. Po jej rodzinie odziedziczyłam również kiepskie geny.

Z mojej nieludzkiej strony… cóż, nie byłam podobna do ojca.

Wcale.

– Człowiek nie może uderzyć czy kopnąć strażnika tak, by go przesunąć – wytknął oczywiste Misha. – Nie mówię, że nie powinnaś robić tego, co zrobiłaś, ale musisz uważać, Trin.

– Wiem.

– Na pewno? – zapytał cicho.

Dech uwiązł mi w gardle i zamknęłam oczy. Wiedziałam. Boże, doskonale zdawałam sobie sprawę. Clay zasługiwał na to, co go spotkało, lecz musiałam być ostrożna.

I choć Thierry i tak miał już wiele na głowie, to powinien się dowiedzieć, do czego doszło, ponieważ jeśli Clay zachował się tak w stosunku do mnie, wątpiłam, bym była jedyną dziewczyną, która znalazła się w takiej sytuacji.

Odkąd w styczniu zginął przywódca waszyngtońskiego klanu, sprawy stały się napięte. Odbyło się wiele spotkań za zamkniętymi drzwiami i podsłuchałam – cóż, przypadkowo – jak Thierry mówił o eskalacji ataków nie tylko na placówki, lecz także na społeczności tak duże jak nasza, co było niespotykane.

Zaledwie kilka tygodni temu demony podeszły pod nasze mury. Tamtej nocy…

Było źle.

– Myślisz, że Clay coś powie? – zapytałam.

– Jeśli ma dwie działające komórki mózgowe, nie zrobi tego. – Misha zarzucił mi rękę na ramiona i pociągnął do przodu. Trafiłam twarzą w jego pierś. – Jest zapewne zbyt przestraszony, by cokolwiek powiedzieć.

– Przeze mnie – powiedziałam z uśmiechem.

Misha się jednak nie zaśmiał. Zamiast tego położył podbródek na czubku mojej głowy. Minęła dłuższa chwila.

– Większość strażników nie ma pojęcia, co ukrywamy. Nie mogą się dowiedzieć, czym jesteś – wyznał to, o czym dobrze wiedziałam. – Nigdy nie mogą poznać prawdy.

* * *

Obudziłam się, sapiąc, i usiadłam na łóżku. Poza murami posiadłości znajdowały się demony.

Nie było słychać dźwięku syren ostrzegającego mieszkańców, by znaleźli schronienie, który rozbrzmiewał, ilekroć demony podchodziły pod granicę posiadłości. Na całym terenie było cicho jak w grobowcu, ale wiedziałam, że nieopodal znajdowały się demony. Podpowiadał mi to pewnego rodzaju wewnętrzny radar.

Miękki blask przyklejonych do sufitu gwiazd zbladł, gdy włączyłam lampkę i wstałam.

Pospiesznie wciągnęłam czarne spodnie od dresu i koszulkę na ramiączkach, ponieważ badanie tej sprawy w majtkach z napisem „środa” na tyłku nie było najlepszym pomysłem.

W ogóle samo wyjście wydawało się kiepskie, ale nie dałam sobie czasu na rozważania.

Włożyłam buty do biegania i wyjęłam żelazne sztylety z komody, które dostałam od Jady na osiemnastkę, i po cichu wyszłam na jasno oświetlony korytarz. Wszystkie światła w domu paliły się dla mnie, w razie gdybym w środku nocy dostała ataku głodu. Nikt nie chciał, żebym wybiła sobie zęby czy z powodu upośledzenia widzenia głębi skręciła kark, spadając ze schodów, więc cały budynek wyglądał ciągle jak pieprzona latarnia morska.

 

Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, ile wynosił rachunek za prąd.

Chłodny metal sztyletów ogrzał się w moich dłoniach, gdy zeszłam z drugiego piętra nim ktokolwiek, a zwłaszcza wiecznie obecny cień, zdążył odkryć, co zamierzałam.

Misha zacząłby świrować, gdyby mnie złapał, zwłaszcza po tym, co stało się dzień wcześniej z Clayem.

Tak jak i Thierry.

Ale demony już drugi raz w miesiącu podeszły pod mury, a poprzednio zrobiłam to, czego ode mnie oczekiwano. Zostałam bezpieczna w przypominających fortecę ścianach domu Thierry’ego, pilnowana nie tylko przez Mishę, lecz także przez cały klan strażników, którzy gotowi byli poświęcić dla mnie życie, nawet nie wiedząc, dlaczego to robili.

Poprzednio zginęło ich dwóch, zostali rozszarpani ostrymi szponami demona wyższej kasty. Po tak okrutnej śmierci nie było za bardzo co pochować, nie mówiąc już o pokazaniu bliskim.

Ale to nie miało się powtórzyć.

Kiedy robiłam, co powinnam, czego ode mnie oczekiwano, niemal zawsze kończyło się to tym, że ktoś inny płacił wysoką cenę za moją bezczynność.

Dla mojego bezpieczeństwa.

Nawet moja mama.

Wymknęłam się tylnymi drzwiami i owiało mnie chłodne górskie powietrze wczesnego czerwca, lecz pobiegłam w lewo w kierunku muru, który z tego, co wiedziałam, nie był tak pilnie monitorowany jak ten z przodu. Słaby blask latarni i solarnych lamp przygasł, pogrążając teren w całkowitej ciemności. Moje oczy nie potrafiły się dostosować. Nigdy nie robiły tego nocą, ale znałam tę ścieżkę jak własną kieszeń, po latach odkrywania prawie każdego centymetra długiej na prawie półtora kilometra i szerokiej posiadłości. Nie potrzebowałam kiepskiego wzroku, by prowadził mnie pośród gęstych drzew, gdy przyspieszyłam. Wiatr unosił moje długie ciemne włosy przy twarzy. Kiedy ominęłam ostatni ze starych wiązów, doskonale wiedziałam, ile metrów dzieliło mnie od muru, mimo że nie widziałam go w ciemności.

Piętnaście.

Ogrodzenie było masywne, wysokie jak pięciokondygnacyjny budynek. Pierwszy raz, gdy próbowałam się wdrapać, skończyłam, wpadając na nie jak owad na przednią szybę samochodu.

Bolało.

Właściwie potrzebowałam kilkunastu prób, by się wspiąć, i drugie tyle, by z łatwością zrobić to kilka razy z rzędu.

Poczułam przypływ mocy i siły. Przerzuciłam sztylety do jednej ręki, a gdy znalazłam się sześć metrów od muru, skoczyłam.

Czułam, jakbym leciała.

Był tylko ruch powietrza, nieważkość i nic prócz ciemności oraz słabego migotania na niebie. Przez kilka cennych sekund byłam wolna.

I wtedy uderzyłam w mur przy jego szczycie. Złapałam się wolną ręką gładkiego betonu u góry, zanim się zsunęłam. Zapiekły mięśnie, gdy wisiałam tak przez chwilę, po czym się skuliłam i wskoczyłam na szczyt.

Oddychając ciężko, rozruszałam piekącą lewą rękę, następnie wzięłam do niej sztylet i wyprostowałam się, nasłuchując w mroku, czy gdzieś coś się działo.

No i proszę.

Przechyliłam głowę w prawo. Przy wejściu usłyszałam męskie głosy. Strażnicy. Choć ich wyostrzone zmysły powinny ostrzec o obecności demonów, pozostawali nieświadomi. Mój radar był czulszy, ale wiedziałam, że kwestią kilku minut pozostawało to, by i oni dowiedzieli się o zagrożeniu.

Miałam wybór.

Wszcząć alarm i posłać strażników na zalesione pagórki otaczające posiadłość, choć istniała spora szansa, że komuś stanie się krzywda, a może nawet ktoś umrze, jednak tego właśnie wymagałby ode mnie Thierry, to miał zapewnić Misha.

To właśnie robiłam wcześniej w wielu sytuacjach i wszystkie skończyły się w ten sam sposób.

Ja wychodziłam z nich bez szwanku, a ktoś inny ginął.

Albo mogłam zmienić wynik i zająć się demonami, zanim zorientują się, z czym mają do czynienia.

Już podjęłam tę decyzję, wychodząc z domu.

Skok z muru na ziemię skończyłby się złamaniem kilku kości, czego dowiodły moje wcześniejsze doświadczenia, więc ostrożnie przeszłam wzdłuż wąskiej krawędzi do miejsca, w którym z tego, co wiedziałam, znajdowało się drzewo, mimo że teraz go nie widziałam. Przeszłam sześć metrów w lewo, odetchnęłam głęboko, zmówiłam cichą modlitwę i przykucnęłam. Napięły się mięśnie nóg, palce zacisnęłam na sztyletach.

Raz, dwa, trzy.

Skoczyłam w otchłań, unosząc sztylety, podciągając kolana do brzucha. Kiedy poczułam pierwszy dotyk miękkich liści, wyprostowałam nogi i zamachnęłam się sztyletami. Ich niesamowicie ostre końce wbiły się w korę i pień, gdy się po nim zsuwałam. Zatrzymałam się, kiedy moje stopy dotknęły konaru.

Oddychając ciężko, wyszarpałam sztylety i uklękłam, następnie po omacku przemieściłam się do przodu. Zamknęłam oczy i zdałam się na instynkt. Zsunęłam się z gałęzi i wylądowałam cicho w kuckach. Pozostałam w tej pozycji przez chwilę, nim się podniosłam. Poszłam w lewo, gdzie zanurzyłam się w las, pozwalając, aby prowadził mnie zwiększający się nacisk na kark. Jakieś trzydzieści metrów dalej zatrzymałam się na polanie przeciętej wąskim strumieniem, oświetlonej słabą poświatą księżyca. Zapach ziemi wypełnił moje nozdrza, gdy się rozglądałam. Serce przyspieszyło, kiedy przytłoczyło mnie złe przeczucie.

Rozluźniając i zaciskając palce na rękojeściach sztyletów, rozejrzałam się po otaczających drzewa cieniach. Wydawały się pulsować, gdy zmrużyłam powieki. Impuls nakazywał ruszyć, ale wiedziałam, by nie ufać temu, co mówiły oczy. Stałam zupełnie nieruchomo, czekając…

Trzask.

Za moimi plecami pękła gałązka. Obróciłam się i wykonałam zamach sztyletem, rysując w powietrzu szeroki łuk.

– Jezu – mruknął ktoś, po czym silna ciepła ręka złapała mnie w talii. – Prawie odcięłaś mi głowę, Trin.

Misha.

Zmrużyłam oczy, nie mogąc wyłowić jego twarzy z mroku.

– Co tu robisz?

– Naprawdę zadałaś to pytanie? – Trzymał mnie za rękę, gdy poruszyło się powietrze obok nas. Misha pochylił się i jedyne, co mogłam zobaczyć, to jasnoniebieskie oczy strażnika. – Co robisz w środku nocy poza murem i to ze sztyletami?

Nie było sensu kłamać.

– Są tu demony.

– Co? Niczego nie wyczuwam.

– To nie oznacza, że ich tu nie ma. Czuję je – wyznałam, ciągnąc rękę. Puścił. – Są blisko, nawet jeśli ich nie wyczuwasz.

Umilkł na moment.

– To jeszcze lepszy powód, byś była wszędzie, tylko nie tutaj – powiedział gniewnie. – Przecież o tym wiesz, Trinity.

Zirytowałam się i obróciłam od niego, bo raczej bezsensownie wpatrywać się w mrok, jakbym w jakiś magiczny sposób zdołała zmusić oczy do pracy.

– Mam tego dosyć, Misha. Ciągle ktoś ginie.

– Ale ty żyjesz i tylko to się liczy.

– To niewłaściwe. Nie powinno się liczyć tylko to. – Niemal tupnęłam, ale jakoś udało mi się nad sobą zapanować. – I wiesz, że potrafię walczyć. Jestem lepsza niż każdy z was.

– Porzuć trochę tej pewności siebie, Trin – odparł oschle.

Zignorowałam go.

– Coś się dzieje, Misha. To drugi raz w tym miesiącu, gdy demony zbliżają się do muru. Ile społeczności zostało zaatakowanych w ciągu ostatniego półrocza? Przestałam liczyć przy dwucyfrowej liczbie, ale nie trzeba być geniuszem, aby się domyślić, że ataki zbliżały się do nas, a ilekroć demonom udało się wedrzeć do którejś posiadłości, zdawały się czegoś szukać. Robią rekonesans.

– Skąd wiesz? Znowu podsłuchiwałaś Thierry’ego?

Posłałam mu uśmiech.

– Nieważne skąd wiem. Coś się dzieje, Misha. Jestem o tym przekonana. Demony mogą wpadać do mniejszych posiadłości w mieście, ale nie są na tyle głupie, by przeprowadzić atak na takie miejsce jak to, jak robiły w innych społecznościach.

Milczał przez chwilę.

– Myślisz… że wiedzą o tobie? Że cię szukają? – zapytał, a ja zadrżałam. – To niemożliwe. Nie ma mowy, by wiedziały o twoim istnieniu.

Odczułam niepokój.

– Nic nie jest niemożliwe – przypomniałam mu. – Jestem na to żywym dowodem.

– A mimo to, gdyby twoje podejrzenia były prawdą, to jest to ostatnie miejsce, w którym powinnaś się znajdować.

Przewróciłam oczami.

– Widziałem – warknął.

– Niemożliwe. – Spojrzałam przez ramię w miejsce, w którym mógł stać. – Znajdujesz się za moimi plecami.

– A dopiero mówiłaś, że nic nie jest niemożliwe.

– Nieważne – mruknęłam.

Westchnienie Mishy mogłoby poruszyć drzewami wokół nas.

– Gdyby twój ojciec wiedział, że tu jesteś…

Prychnęłam jak prosiaczek.

– Jakby kiedykolwiek zwracał na mnie uwagę.

– Nie wiesz, czy tego nie robi – odparł. – Może nas teraz obserwować. Do licha, może nawet widział cię wczoraj z Clayem…

– Fuj, przestań. Nie mów tak.

– Ja tylko… – Urwał.

Poczuł to.

Wiedziałam, bo zaklął pod nosem, a mój kark zamrowił. Dziwne uczucie rozeszło się na łopatki.

Demony już tu były.

– Jeżeli powiem, byś wracała za mur, posłuchasz? – zapytał Misha, wychodząc na poświatę księżyca. Srebrny blask opłynął jego szarą skórę i wielkie skrzydła. Z czaszki chłopaka wystawały dwa czarne rogi, rozdzielając kasztanowe loki.