Przyrodnia siostraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jennifer Donnelly

Przyrodnia siostra


Tytuł oryginału

Stepsister ISBN 978-83-8202-102-8 Copyright © 2019 by Jennifer Donnelly All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Jolanta Kusiak, Adriana Staniszewska Cover art © 2019 by John Dismukes Cover design by Maeve Norton Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Wszystkim, którzy kiedykolwiek czuli, że nie są wystarczająco dobrzy

Wstęp

To mroczna historia.

Ponura opowieść.

Z dawnych czasów, gdy w lasach na dziewczyny czekały wilki, po salach przeklętych zamków przechadzały się bestie, a wiedźmy czaiły się w domkach z piernika z dachami z lukru.

Te czasy przeminęły. Wilki nie odeszły. Są sprytniejsze.

Bestie pozostały.

Śmierć nadal kryje się tuż pod powierzchnią.

Mroczny czas dla każdej pogubionej dziewczyny.

A jeszcze bardziej dla tej, która traci samą siebie.

Zejście ze ścieżki nie jest bezpieczne.

Bardziej niebezpieczne jest jednak pozostanie na niej.

Prolog

Dawno, dawno temu jak zawsze i nigdy ponownie w prastarym mieście położonym nad morzem trzy siostry pracowały przy świetle świec.

Pierwsza była panną. Jej długie, rozpuszczone włosy przypominały barwą słońce o poranku. Miała na sobie białą suknię i naszyjnik z pereł. W szczupłej dłoni trzymała złote nożyczki, które służyły jej do odcinania kawałków najznakomitszego pergaminu.

Druga — matka — postawna i silna, była ubrana w karmazynową suknię. Jej szyję okalały rubiny. Równie ogniste, co letni zachód słońca włosy miała splecione w warkocz. Trzymała srebrny kompas.

Trzecia — zgarbiona przebiegła starucha — nosiła czarną suknię. Jej jedyną ozdobą był obsydianowy pierścień z wyrytą na nim czaszką. Śnieżnobiałe włosy miała zwinięte z tyłu głowy. W wykręconych ze starości, chropowatych palcach trzymała pióro. Oczy wiedźmy, tak jak i jej sióstr, były stalowoszare, równie zimne i bezwzględne jak morze.

Nagłe uderzenie pioruna. Starucha podniosła wzrok znad drewnianego stołu, przy którym siedziała. Drzwi na balkon były otwarte. Burza zawyła nad miastem; deszcz szorował o dachy okazałych miejskich pałaców. Błyskawica rozdarła noc. We wszystkich wieżach kościelnych ostrzegawczo zaczęły bić dzwony.

— Poziom wody się podnosi — powiedziała. — Zaleje miasto.

— Jesteśmy wysoko. Nie może nas dosięgnąć. Nie może nas powstrzymać — rzuciła matka.

— Nic nas nie powstrzyma — stwierdziła panna.

Wiedźma zmrużyła oczy.

— On może to zrobić.

— Służba jest czujna — powiedziała matka. — Nie wejdzie do środka.

— Możliwe, że już tu jest — skwitowała wiedźma.

Matka i panna podniosły wzrok; ich uważne oczy zlustrowały przestronny pokój. Nie dostrzegły intruza, a jedynie ukrytych pod pelerynami i kapturami służących wypełniających swoje obowiązki. Z ulgą powróciły do pracy. Starucha pozostała czujna.

Siostry zajmowały się robieniem map, lecz nikt ich nie kupował. Nie można było ich nabyć za żadne pieniądze. Każda mapa była precyzyjnie narysowana piórem czarnego łabędzia, wspaniale pomalowana tuszami powstałymi z indygo, złota, zmielonych pereł i innych o wiele trudniejszych do zdobycia składników. Jednostką miary był czas, nie odległość, albowiem każda z nich pokazywała przebieg życia człowieka.

— Róże, rum i zguba — wymamrotała wiedźma, wąchając powietrze. — Nie czujecie? Nie wyczuwacie go?

— To tylko wiatr — uspokoiła ją matka. — Niesie zapachy miasta.

Nie przestając mamrotać pod nosem, wiedźma zanurzyła pióro w kałamarzu. Płomienie świec w srebrnych kandelabrach migotały, gdy malowała krajobraz życia. Na obramowaniu kominka siedział czarny jak smoła kruk o jasnych oczach. Przy jednej ze ścian stał wysoki zegar w obudowie z hebanu. Wahadło — ludzka czaszka — poruszało się powoli w tę i z powrotem, odliczając sekundy, godziny, lata i całe życie ludzi.

Pokój miał kształt pająka. Miejsce pracy sióstr znajdujące się na środku pomieszczenia było tułowiem stworzenia. Niczym pajęcze nogi odchodziły od niego długie rzędy regałów. Drzwi wychodzące na balkon znajdowały się na jednym końcu pokoju; na drugim widoczne były rzeźbione drzwi do innego pomieszczenia.

Wiedźma ukończyła rysowanie mapy. W płomień świecy włożyła lak do pieczętowania. Krople spłynęły na dokument. Przycisnęła do nich pierścień. Gdy pieczęć zastygła, zwinęła mapę, zawiązała ją czarną wstążką i podała służącemu. Sługa, trzymając świecę oświetlającą mu drogę, zniknął w jednym z rzędów, by odłożyć zwój na półkę regału.

I nagle…

Inny sługa z pochyloną głową przemknął między wiedźmą a otwartymi drzwiami balkonu za nią. Gdy przechodził, owionął go wiatr, wypełniając pokój intensywnym zapachem dymu i przypraw. Wiedźma poruszyła nozdrzami. Błyskawicznie się odwróciła.

— Ty tam! — wrzasnęła, rzucając się na niego. Szponiastą dłonią złapała go za kaptur. Spadł z głowy sługi, ukazując młodego mężczyznę o bursztynowych oczach, ciemnej skórze i długich czarnych warkoczach. — Pojmać go! — wysyczała.

Służący natarli na niego, lecz gdy byli już blisko, kolejny podmuch zdmuchnął świece. Kiedy pozamykali drzwi i ponownie zapalili świece, jedynym, co pozostało po mężczyźnie, była leżąca na podłodze peleryna.

Wiedźma, krzycząc na służbę, chodziła w tę i z powrotem. By wypłoszyć intruza, przeszukiwali mroczne rzędy, a peleryny powiewały wokół nich. Chwilę później mężczyzna wyłonił się zza jednego z regałów. Przystanął o kilka ­kroków od wiedźmy, po czym rzucił się do drewnianych drzwi, gorączkowo szarpiąc klamkę. Drzwi były zamknięte. Klnąc pod nosem, odwrócił się do sióstr, posłał im uśmiech, po czym głęboko się ukłonił.

Miał na sobie frak w kolorze błękitu nieba, skórzane bryczesy i wysokie buty. W jednym uchu miał złoty kolczyk; u biodra wisiał mu kordzik. Jego twarz była piękna niczym brzask, uśmiech czarujący jak północ. Oczy obiecywały cały świat.

Siostry były jednak nieczułe na jego piękno. Jedna po drugiej powiedziały:

— Fuks — syknęła panna.

— Ryzyko — wypluła z siebie matka.

— Niebezpieczeństwo — burknęła wiedźma.

— Wolę Szansa. Brzmi lepiej. — Mężczyzna puścił im oczko.

— Dawno u nas nie byłeś… — rzuciła starucha.

— Powinienem wpadać częściej. To wielka przyjemność spotykać się z Siostrami Przeznaczenia. Jesteście takie spontaniczne i nieprzewidywalne. To miejsce jest jak wspaniała impreza. Rozpusta. Świetna zabawa.

Kilku służących rzuciło się spomiędzy regałów. Szansa wyciągnął kordzik z pochewki. Jego ostrze błysnęło w świetle świec. Słudzy się cofnęli.

— Czyją mapę tym razem ukradłeś? Który władca czy generał ubłagał cię o przysługę?

Szansa, trzymając w jednej ręce sztylet, drugą wydobył zza poły płaszcza mapę. Zębami pociągnął za wstążkę. Potrząsnął pergaminem. Mapa się rozwinęła. Podniósł ją. Gdy kobiety wpatrywały się w nią, na ich twarzach zamiast gniewu pojawiła się dezorientacja.

— Widzę dom, posiadłość Douleur we wsi Saint-Michel — powiedziała starucha.

— To dom… — dołączyła matrona.

— …dziewczyny. Isa­belle de la Paumé — dokończyła za nią starucha.

— Kogo? — zapytała panna.

— Tyle zachodu dla zwykłej dziewczyny? — Starucha bacznie przyglądała się Szansie. — Ona jest nikim. Nie jest ani piękna, ani błyskotliwa. Jest samolubna. Podła. Dlaczego ona?

— Nie mogę się oprzeć wyzwaniu — odpowiedział Szansa. Jedną ręką zwinął mapę, przytrzymał ją przy piersi, po czym wetknął z powrotem za połę płaszcza. — A która dziewczyna nie chciałaby tego, co mam do zaoferowania? — Wskazał na siebie, jakby sam nie mógł uwierzyć w siłę swego uroku. — Dam jej szansę na zmianę ścieżki życia. Szansę na stworzenie własnej drogi.

— Głupiec z ciebie — żachnęła się starucha. — W ogóle nie rozumiesz śmiertelników. My, Siostry Przeznaczenia, wyznaczamy im mapy życia, bo oni sami tego chcą. Śmiertelnicy nie lubią niepewności ani zmian. Zmiany ich przerażają. Są bolesne.

— Zmiana to pocałunek po ciemku. Róża na śniegu. Dzika droga w wietrzną noc — odparował Szansa.

— W ciemnościach żyją potwory. Róże umierają na śniegu. Dziewczyny gubią się na dzikich drogach — nie pozostała mu dłużna wiedźma.

To nie zniechęciło Szansy. Włożył sztylecik do pochwy i wyciągnął rękę. Jakby za sprawą czarów w jego palcach pojawiła się złota moneta.

— Założę się z tobą — powiedział.

— Posunąłeś się za daleko — warknęła. Wściekłość niczym nadchodząca burza wzbierała w jej oczach.

 

Szansa rzucił monetą w staruchę. Ta gwałtownie chwyciła ją w powietrzu i cisnęła na stół. Rozpętała się nawałnica.

— Sądzisz, że moneta może załatwić to, do czego się przyczyniłeś? — grzmiała. — Watażka sieje zniszczenie we Francji. Śmierć zbiera kościane żniwo. Królestwo się chwieje. I to wszystko przez ciebie!

Uśmiech zniknął z twarzy Szansy. Na kilka chwil jego zuchwałość przyblakła.

— Naprawię to. Przysięgam.

— Dzięki mapie tej dziewczyny?

— Niegdyś była odważna. I dobra.

— Twoja głowa jest bardziej pusta niż obietnice — powiedziała starucha. — Jeszcze raz rozwiń mapę. I tym razem dobrze ją przestudiuj. Zobacz, co z nią będzie.

Szansa posłuchał. Jego oczy podążyły ścieżką życia dziewczyny na pergaminie. Gdy ujrzał plamy, kreski, gwałtowne linie kończące drogę… stracił oddech. Wzrokiem odszukał oczy wiedźmy.

— Koniec… To nie… Nie może być…

— Nadal sądzisz, że możesz to naprawić? — zakpiła wiedźma.

Szansa uniósł wyżej brodę i zrobił krok w jej stronę.

— Stawka jest wysoka. Jeśli przegram zakład, nigdy więcej nie zjawię się pałacu.

— A jeśli to ja bym przegrała?

— Będę mógł zatrzymać mapę. Pozwolisz dziewczynie, by sama wyznaczyła swoją ścieżkę.

— Nie podoba mi się ten zakład. — Starucha machnęła ręką i słudzy, którzy powoli podchodzili coraz bliżej Szansy, rzucili się na niego. Niektórzy mieli w dłoniach niewielkie sztylety. Szansa znalazł się w potrzasku. A przynajmniej na to wyglądało. — I tak nie uda ci się uciec. Oddaj mapę. — Wyciągnęła rękę.

— Zawsze jest nadzieja — powiedział Szansa, wciskając mapę w płaszcz. Podbiegł kilka kroków, zrobił koziołka i przeleciał ponad głowami służących. Z gracją pantery wylądował na stole i przebiegł przezeń. Gdy dotarł do końca, zeskoczył na podłogę i ruszył w stronę balkonu.

— Mam cię, spryciarzu! — zawołała za nim starucha. — Jesteśmy na trzecim piętrze. I co z tym zrobisz? Przeskoczysz przez kanał? Nawet ty nie jesteś aż takim szczęściarzem!

Szansa szarpnięciem otworzył drzwi. Skoczył na balustradę. Deszcz ustał, lecz marmur wciąż był mokry i śliski. Jego ciało chwiało się to w jedną, to w drugą stronę. Wymachiwał rękami. Już, już wyglądało na to, że spadnie, lecz balansując ostrożnie na palcach, udało mu się złapać równowagę.

— Mapa! — zażądała wiedźma. Wyszła na balkon. Stała zaledwie kilka kroków od niego. Siostry stanęły tuż obok. Szansa spojrzał na Siostry Przeznaczenia, po czym wyskoczył w przestrzeń. Wiedźma nabrała tchu. Podbiegła do balustrady, a siostry za nią, spodziewając się zobaczyć, jak Szansa tonie w wirującej wodzie. On jednak kołysany falami leżał na plecach pod baldachimem gondoli. Łódka przechylała się gwałtownie, lecz nic mu się nie stało.

— Wiosłuj, towarzyszu! — zawołał do gondoliera. Mężczyzna posłuchał. Łódka zaczęła płynąć. Szansa usiadł, spojrzał na Siostry Przeznaczenia z intensywnością diamentowego blasku.

— Musisz przyjąć moją stawkę! Nie masz wyboru! — krzyknął.

Płynąca kanałem gondola stawała się coraz mniejsza i mniejsza, a po chwili zniknęła za zakrętem.

— Fatalna sytuacja — powiedziała ponuro starucha. — Nie możemy pozwolić, by śmiertelnicy dokonywali wyborów. Zawsze gdy to robią, dochodzi do katastrofy.

Panna i matka weszły do pokoju. Wiedźma podążyła za nimi.

— Pakuj kufer — warknęła do sługi. — Będę potrzebowała piór i tuszów. — Przesunęła ręką nad butelkami na stole. Wybrała hebanowy kolor. — Strach, tak. Przyda się też zazdrość — powiedziała, sięgając po trującą zieleń.

— Dokąd się wybierasz? — zapytała panna.

— Do wsi Saint-Michel.

— Powstrzymasz Szansę przed przejęciem dziewczyny? — spytała matka.

Wiedźma uśmiechnęła się ponuro.

— Nie, tego nie mogę zrobić. Zrobię jednak to, co Przeznaczenie robi od zawsze. Powstrzymam ją przed przyjęciem szansy.

1

W kuchni dość dużego dworku siedziała dziewczyna.

Ściskała kurczowo nóż.

Miała na imię Isa­belle.

Nie była piękna.

Ostrze noża trzymała nad płomieniem ognia w palenisku. Na fotelu za nią leżała jej na wpół przytomna siostra Octavia. Miała trupio bladą twarz. Oczy zamknięte. Biała pończocha zakrywająca prawą stopę dziewczyny była szkarłatna od krwi. Adélie, niegdyś niania Octavii, zdjęła jej pończochę i westchnęła z przerażeniem. Dziewczyna nie miała pięty. Odcięto ją. Z otwartej rany kapała krew, tworząc na podłodze kałużę. Octavii, choć usiłowała go stłumić, wymknął się zbolały jęk.

— Cicho, Tavi! — zrugała ją Maman. — Królewicz cię usłyszy! To, że ty nie masz już szansy, nie znaczy, że z twoją siostrą ma być tak samo.

Maman, matka dziewczyn, stała przy zlewie i spłukiwała krew ze szklanego pantofelka.

Królewicz przybył do nich w poszukiwaniu tej, która miała go na stopie trzy dni temu. Wtedy to na balu maskowym przetańczył wieczór z piękną dziewczyną. Zakochał się w niej, ale z wybiciem północy jego wybranka zniknęła. Pozostał po niej tylko szklany pantofelek. Królewicz poprzysiągł sobie wtedy, że poślubi właścicielkę pantofelka. Żadnej innej.

Maman pragnęła, aby tą dziewczyną była jedna z jej córek. W holu dworku powitała królewskich gości i stanowczo powiedziała, by uszanowano panieński stan jej córek i pozwolono im przymierzyć pantofelek na osobności. Królewicz się zgodził. Diuk wyciągnął przed siebie ręce, na których spoczywała aksamitna poduszka. Maman ostrożnie wzięła z niej szklany pantofelek i zaniosła go do kuchni. Córki podążyły za nią.

— Och, dlaczego dla Tavi nie podgrzałyśmy ostrza noża? — biadoliła. — Czemu o tym nie pomyślałam? Pod wpływem gorąca zamykają się naczynia krwionośne. To hamuje krwawienie. No cóż… Isa­belle, z tobą pójdzie lepiej.

Isa­belle przełknęła ślinę.

— Maman, ale jak potem będę chodziła? — zapytała cichutko.

— Głuptas z ciebie! Będziesz jeździła w złotej karocy. Służący będą cię do niej wsadzali i z niej wyjmowali.

Srebrne ostrze omiecione płomieniami błysnęło czerwienią. Isa­belle szeroko otworzyła ze strachu oczy. Pomyślała o ukochanym ogierze, którego utraciła.

— Ale Maman, jak będę galopowała po lesie?

— Już pora, żebyś pozbyła się tych dziecinnych rojeń. — Maman zajęta była osuszaniem pantofelka. — Całkiem się zrujnowałam, próbując zainteresować zalotników tobą i twoją siostrą. Piękne suknie i wytworna biżuteria sporo kosztują. Dziewczyna może tylko mieć nadzieję na dobre zamążpójście, a nikt nie jest lepszy od francuskiego królewicza.

— Nie zrobię tego — wyszeptała Isa­belle. — Nie mogę.

Maman odłożyła szklany pantofelek. Podeszła do paleniska i ujęła twarz córki w dłonie.

— Posłuchaj, dziecko. Słuchaj uważnie. Miłość to ból. Poświęcenie. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.

Isabelle zacisnęła oczy. Pokręciła głową.

Maman puściła twarz córki. Przez chwilę nic nie mówiła. Gdy w końcu się odezwała, jej głos był zimny, słowa jednak parzyły jak wrzątek:

— Isa­belle, jesteś brzydka. Nijaka. Nieinteresująca. Nieforemna jak kluska. Na ożenek z tobą nie udało mi się namówić nawet koślawego syna dyrektora szkoły. A teraz po drugiej stronie drzwi czeka królewicz. Prawdziwy królewicz, Isa­belle. A ty, żeby go mieć, musisz jedynie odciąć sobie kilka palców u stopy. Tylko kilka bezużytecznych palców…

Maman zawstydzała innych z taką wprawą, jak zabójca posługuje się sztyletem — i trafiała prosto w serce. Wygra. Zawsze wygrywała. Isabelle to wiedziała. Tyle już razy na żądanie matki odcinała kawałki siebie. Tę część, która zbyt głośno się śmiała. Tę, która jeździła konno za szybko i skakała za wysoko. I tę część, która chciała dokładkę, jeszcze trochę sosu z pieczeni, większy kawałek ciasta.

Jeśli poślubię księcia, będę księżniczką — pomyślała. A kiedyś zostanę królową. Nikt nie ośmieli się wtedy powiedzieć, że jestem brzydka.

Otworzyła oczy.

— Brawo. Bądź dzielna. Zrób to szybko — poleciła jej Maman. — Tnij w stawach.

Isa­belle wyjęła z płomieni nóż.

Tego, co było potem, nie chciała pamiętać.

2

Najtrudniej było odciąć mały palec. Nie dziwi to, bo często małe wydarzenia są najboleśniejsze — lodowate spojrzenie, raniące słowa czy zamierający śmiech, gdy wchodzisz do pokoju.

— No dalej — ponagliła ją Maman. — Myśl o tym, co zyskamy: królewicza dla ciebie, możliwe, że diuka dla Tavi i mieszkanie dla nas w pałacu!

Ton głosu zdradził Isa­belle, że matka jest zdesperowana. Wiedziała, że krawiec odmówił dalszego szycia dla nich bez otrzymania zapłaty, a rzeźnik przysłał do nich chłopca z zaległym rachunkiem. Mocniej ścisnęła rączkę noża i dokończyła, co zaczęła.

Rozdzierający ból. Zapach żywcem przypieczonego ciała. Widok odciętych palców leżących teraz na palenisku. Tak przerażające, że przez chwilę Isa­belle była pewna, iż zemdleje. Wtem Adélie znalazła się przy niej — delikatny, czuły dotyk i kojące słowa niani.

Przyniesiono delikatną bawełnę. Czystą białą pończoszkę. Brandy. I szklany pantofelek.

Maman podała jej bucik.

— Wkładaj. Pośpiesz się.

Isabelle wzięła pantofelek. Był ciężki i zimny. Gdy wsunęła w niego stopę, poczuła wgryzający się w jej ciało ostry, dziki, brutalny ból. Przesuwał się w górę nogi, przechodził przez ciało, jakby zjadano ją żywcem. Krew odpłynęła jej z twarzy. Zamknęła oczy i chwyciła się poręczy fotela. A jednak, gdy Maman zażądała, by wstała, zrobiła to. Otworzyła oczy, wzięła głęboki oddech. Stanęła.

Isa­belle była w stanie robić te niewyobrażalne rzeczy, bo miała dar cenniejszy niż piękna buzia czy drobne stopy. Miała wielką siłę woli.

Nie wiedziała, że dobrze mieć silną wolę, ponieważ ciągle słyszała, że to coś okropnego. Wszyscy mówili jej, że dziewczyna z silną wolą źle skończy. Powtarzali, że wolę dziewczyny należy nagiąć do życzeń tych, którzy wiedzą, co jest dla niej najlepsze.

Isa­belle miała zaledwie szesnaście lat i nie przekonała się jeszcze, jakimi głupcami są ludzie.

3

Każdy krok był męczarnią.

W połowie korytarza prowadzącego z kuchni do holu zrobiło jej się słabo. Zachwiała się. Usłyszała cichutki, narastający jęk. Czy wydobywał się z jej ust?

— To Ella — stwierdziła ponuro Maman. — Pośpiesz się, Isa­belle. Musimy to załatwić. Co jeśli królewicz ją usłyszy?

Tuż przed przyjazdem królewicza Isa­belle zamknęła Ellę na strychu. Dziewczyna płakała. Błagała, by ją wypuścić. Chciała spotkać monarchę i przymierzyć szklany pantofelek.

— Nie bądź śmieszna — powiedziała Isa­belle. — Nawet nie było cię na balu. W tych łachmanach przyniosłabyś nam tylko wstyd.

To było okrutne. Isa­belle jeszcze nie skończyła przekręcać klucza w zamku, a już zdawała sobie z tego sprawę. A jednak to jej nie powstrzymało. Nic jej już nie powstrzymywało.

Dobry Boże, kim ja się stałam? — zastanawiała się, słysząc zawodzenie.

Maman przyglądała się jej uważnie, aż Isa­belle poczuła, jakby matka zaglądała do jej wnętrza.

— Wypuść ją — powiedziała. — Królewicz spojrzy na nią i zakocha się bez pamięci. Tak jak każdy mężczyzna na jej widok. Chcesz być dobrym człowiekiem czy chcesz królewicza?

Isa­belle, choć próbowała, nie umiała znaleźć odpowiedzi. Wybór, który dała jej mama, nie pasował, tak jak nie pasował na nią szklany pantofelek. W głowie pojawił się obraz. Wspomnienie — ona, Tavi i Ella bawiące się pod starą ocieniającą rezydencję lipą. Na dziedziniec wjechał powóz. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni. Byli to współpracownicy ojca Elli, a jej i Tavi ojczyma. Przystanęli, by pogawędzić z dziewczynkami. To, co się wtedy wydarzyło, zmieniło wszystko.

Isa­belle chciałaby cofnąć czas. Powstrzymać to, co zaczęło się dziać tamtego dnia. Nie wiedziała jednak, jak to zrobić.

A teraz było za późno.

Ello, kto nastawił nas przeciwko sobie? — rozmyślała. Czy to byli tamci mężczyźni? A może Maman? A może był to cały bezduszny świat?