Kłopotliwe dziedzictwo

Tekst
Z serii: Whitby Weddings #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jenni Fletcher
Kłopotliwe dziedzictwo

Tłumaczenie:

Ewa Bobocińska

Dedykacja: Dla Rachel i Phila. Gratuluję!

Również dla Therese, mojego pisarskiego ideału.

Prolog

Amberton Castle, północne Yorkshire, 1862

– Nie ma dla mnie ucieczki, Lance. Jestem w pułapce.

Kapitan Lancelot, czyli Lance, Amberton odwrócił uwagę od wyjątkowo atrakcyjnej rudej dziewczyny na parkiecie tanecznym i utkwił spojrzenie w twarzy swego brata bliźniaka. Setki razy wysłuchiwał skarg Arthura na apodyktyczne zachowanie ojca, ale tym razem w jego głosie pojawiła się nowa nuta przygnębienia, która do tego stopnia wytrąciła go z równowagi, że prawie przegapił przechodzącego obok lokaja z tacą drinków. Prawie.

– To tylko twoja wina. – Zdążył wyciągnąć rękę i złapać z tacy pękaty kieliszek brandy przeznaczonej, o czym wiedział, dla ojca. – Nie powinieneś być przez cały czas taki cholernie odpowiedzialny. Zrób coś szokującego. Spróbuj mu od czasu do czasu odmówić.

– Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. – Oczy Arthura, w tym samym odcieniu ciemnego bursztynu co jego własne, miały zbolały wyraz. – Nie możemy obaj uciec i wstąpić do wojska.

– Ja musiałem uciec. – Lance odrzucił do tyłu niesforny pukiel ciemnokasztanowatych włosów. – Gdybym tego nie zrobił, ojciec by mnie wyrzucił.

– To nieprawda.

– Prawda, doskonale o tym wiesz. Od śmierci matki ciągle się kłóciliśmy. Dogadujemy się znacznie lepiej, odkąd mieszkamy na dwóch końcach kraju.

– Żałuję tylko, że nie powiedziałeś mi, co planujesz.

– Żebyś postąpił jak należy i wygadał wszystko ojcu?

Arthur opuścił wzrok w poczuciu winy.

– Ojciec kupiłby ci patent oficerski, gdybyś o to poprosił.

– Nie chciałem mu nic zawdzięczać. Miałem pieniądze, jakie zostawiła nam matka i wolałem sam wybrać sobie regiment. Ojciec ulokowałby mnie w blisko, żeby mieć mnie na oku.

– Ale cieszy się, że jesteś tu dzisiaj.

– Bo może się pochwalić synem- nicponiem w mundurze, to chciałeś powiedzieć?

Lance powiódł pogardliwym spojrzeniem po sali balowej. Cieszył się z ponownego spotkania z Arthurem, ale dom rodzinny nie miał już dla niego uroku. Po zaledwie dwudniowej przepustce nie mógł się już doczekać powrotu do regimentu. Chodziły słuchy, że zostaną wysłani za granicę i chciał jak najszybciej zostawić Yorkshire za sobą.

– Przestań. – Arthur popatrzył na brata ze współczuciem. – W wieku zaledwie dwudziestu dwóch lat jesteś już kapitanem fizylierów i podobno radzisz sobie doskonale. Masz powody do dumy.

– Cieszę się, że ktoś z rodziny to zauważył.

– On również zauważył. I jest z ciebie dumny. Na swój sposób.

– Co za odmiana. – Lance prychnął szyderczo. – Dobrze, że w przyszłym tygodniu wracam do regimentu, bo inaczej znowu skoczylibyśmy sobie do gardeł, a tym razem jestem uzbrojony.

– Brakowało mi ciebie przez tych ostatnich sześć miesięcy. Brakowało mi nawet waszych kłótni. Po twoim wyjeździe jego tyrady stały się dziesięć razy gorsze. Gada bez przerwy o obowiązkach i odpowiedzialności, wysłuchuję tego od chwili, kiedy wstanę z łóżka, aż do momentu, kiedy kładę się spać, a chodzę spać wcześnie, żeby uciec od kazań ojca. Mówi mi, dokąd mam iść, w co się ubrać, z kim rozmawiać, a nawet co powiedzieć. To męczące.

– Zauważyłem.

– Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę to znosić. Szkoda, że nie mam twojej siły do walki. Jestem po prostu… zmęczony.

Lance pociągnął kolejny łyk brandy, daremnie próbując wymyślić coś pocieszającego. Arthur był zawsze tym myślącym, rozsądnym, spokojnym synem, podczas gdy on… Był zbyt podobny do ojca, najpierw atakował, a dopiero potem zadawał pytania. Potrafił tylko walczyć.

– Nie zaprzątaj sobie tym dzisiaj głowy. – Poklepał Arthura po ramieniu, próbując w ten sposób poprawić mu nastrój. – Tyle tu ładnych dziewcząt, że wystarczy dla nas obu. Zabawmy się. To łatwe. Po prostu mnie obserwuj.

– Tylko nie wywołaj jakiegoś skandalu, jak w zeszłym roku u Kendallów. – Arthur obrzucił go spojrzeniem na poły karcącym, a na poły pełnym uznania. – Ojciec ci nigdy nie wybaczy, jeśli zepsujesz jego bal.

– Nie mam zamiaru niczego psuć. A jeśli chodzi o ten, jak go nazwałeś, skandal, to ledwie tknąłem Olivię Kendall. Nie zrobiłem nic, czego ona by sobie nie życzyła.

– Olivia była zaręczona! Gdyby przyłapał was na tamtym tarasie ktoś inny, a nie ja…

– Kto zepsułby mi wieczór, chcesz powiedzieć?

– To także, ale spróbuj przynajmniej raz zachować się przyzwoicie, Lance. Proszę. Mam dziś wystarczająco dużo na głowie.

– To tylko bal, Arthurze.

– Mylisz się. – Arthur westchnął ciężko. – Czy nie zastanawiałeś się, dlaczego ojciec postanowił nagle wydać taki wielki bal?

– Nie. – Choć kiedy się nad tym zastanowić, to rzeczywiście dziwne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę opłakany stan finansów posiadłości. Sala balowa była zazwyczaj otwierana tylko raz w roku – na wiosenny bal, który ojciec uważał za swój obowiązek towarzyski. Tego wieczora ojciec był nietypowo rozrzutny. Pokój rzadko prezentował się tak okazale. Bukiety białych i czerwonych kwiatów zdobiły każdy wolny kawałek przestrzeni, również podłogę wypolerowaną tak, że lśniła jak lustro, odbijając blask setek świec umieszczonych w kryształowych żyrandolach pod sufitem.

– A ja tak. Czułem, że miał jakiś plan, ale nie spodziewałem się… – Arthur westchnął ciężko. – Miałem ci o tym nie mówić, ale ojciec wezwał mnie po południu do swojego gabinetu. Chce, żebym ożenił się z córką Jeremy’ego Harpera.

– Tego stoczniowca? – Lance o mało nie udławił się brandy. – Tego starego, ponurego gbura? Od kiedy to on ma córkę?

– Od kiedy przyszła na świat, czyli od osiemnastu lat.

– Nie wiedziałem nawet, że jest żonaty.

– Bo nie jest. Jego żona umarła kilka lat przed naszą matką.

Lance wysączył ostatnie krople brandy i odstawił kieliszek na tacę przechodzącego lokaja.

– A jaka ona jest, ta twoja przyszła żona?

– Ma na imię Violet i na razie nie jest moją przyszłą żoną. Nie wiem, jak ona wygląda, zresztą nikt nie wie. Harper trzymał ją przez całe życie zamkniętą w tym mauzoleum z czerwonej cegły, które nazywa domem. O ile wiem, to dzisiaj po raz pierwszy zostanie wprowadzona do towarzystwa.

– Cóż, jeśli jest choć trochę podobna do Harpera… – Lance zaczął się śmiać, ale szybko powstrzymał rozbawienie. – Przepraszam. Ale przynajmniej wiesz, że będzie posłuszna. Nie może być inna, skoro dorastała przy nim. To z pewnością nie było łatwe.

– Prawda – przyznał Arthur. – Nigdy nie rozumiałem, jak ojciec może przyjaźnić się z tym starym tyranem.

– To ma zapewne coś wspólnego z pieniędzmi. Pewnego dnia jego córka będzie bardzo bogata. Ale jeśli masz dzisiaj poznać swoją przyszłą żonę, to powinieneś oderwać oczy od Lydii Webster. Przez cały wieczór zachowujesz się jak upojony miłością.

– To takie widoczne? – Policzki Arthura pokryły się czerwienią.

– Tylko dla mnie i wszystkich obecnych w tej sali.

– Nic na to nie poradzę, Lance. To najcudowniejsza istota, jaką w życiu widziałem. Jestem zakochany.

– W Lydii Webster? – Lance jeszcze raz pobiegł spojrzeniem na drugi koniec sali, żeby upewnić się, czy mówią o tej samej kobiecie. – To flirciara, w dodatku całkiem bezwstydnie poluje na bogatego męża. Rzuci cię w jednej chwili, kiedy dowie się o stanie naszych finansów, a raczej ich braku. Radzę ci, poszukaj raczej szczęścia z panną Harper.

– Przestań! – Na twarzy Arthura odmalował się gniew, co zdarzało się nader rzadko. – Nie mów o niej w ten sposób.

– Próbuję tylko powstrzymać cię przed popełnieniem błędu.

– Nie, traktujesz mnie tak samo jak ojciec. Jakbym nie potrafił myśleć samodzielnie. Powinienem sam wybrać sobie żonę.

– Masz rację, powiedz to ojcu. Odmów poślubienia panny Harper.

Arthur spochmurniał.

– Ty niezbyt często odmawiasz kobietom.

– Ja nie muszę, nie jestem dziedzicem. Nikt nie próbuje usidlić nieodpowiedzialnego młodszego brata.

Co nie powstrzymuje kobiet przed robieniem ze mną innych rzeczy, pomyślał cynicznie. Cordelia Braithwaite, na przykład, przez cały wieczór rzucała mu uwodzicielskie spojrzenia, od momentu gdy mąż zostawił ją i zasiadł przy karcianym stoliku. Nie wspominając już o ładniutkiej i akurat chwilowo pozbawionej partnera rudowłosej dziewczynie. I nawet jeśli obiecał przed chwilą zachowywać się przyzwoicie, to niektóre okazje były zbyt dobre, aby z nich nie skorzystać. Więc kiedy tylko przestanie pocieszać brata, zajmie się tym.

– Jesteś tylko o dziesięć minut młodszy – stwierdził Arthur z goryczą. – Czasami chciałbym, żebyś zajął moje miejsce i pogadał z ojcem za mnie.

– Obawiam się, że to niemożliwe. Nie dałbym rady wyglądać równie odpowiedzialnie i inteligentnie jak ty. Najwyraźniej dziesięć minut robi wielką różnicę.

– W takim razie może masz rację. – Boleściwy ton Arthura nagle uległ zmianie. – Może nadszedł czas, abym mu się przeciwstawił.

– I o to chodzi.

– Muszę po prostu być szczery.

– Zdecydowanie.

– Powiem mu, że mam własne plany.

– Jasne.

– Powiem mu… Czekaj! – Arthur gwałtownie złapał brata za ramię. – To ona.

– Kto?

– Violet Harper!

Lance odwrócił się w stronę drzwi, ale ładnych parę chwil zajęło mu zlokalizowanie przedmiotu ich rozmowy. Pomiędzy dwoma ojcami stała najdrobniejsza i najoryginalniejsza kobieta, jaką w życiu widział, kompletnie różna od tej, jaką spodziewał się ujrzeć. Wyglądała jak niewinna stokrotka pomiędzy dwoma kolczastymi ostami. Cała w bieli, przypominała raczej czarodziejkę z bajki niż kobietę z krwi i kości, w świetle świec wydawała się niemal przezroczysta. Nawet jej lśniące włosy były niemal białe, srebrzyste, idealnie proste i sięgające do pasa. Nadawały jej sylwetce dziwnie nieharmonijny wygląd, zbyt ciężki u góry. Czubek jej głowy ledwie sięgał ramienia ich ojca, którego słuszny wzrost odziedziczyli obaj z Arthurem. Lance zastanawiał się, jak można całować się z taką dziewczyną bez bólu kręgosłupa, nie wspominając już o innych rzeczach. Nie, żeby nie podjął się takiego wyzwania…

 

– Mogło być gorzej. – Niezbyt delikatnie trącił Arthura łokciem w żebra.

– Co, twoje zachowanie?

– Bardzo śmieszne. Mam na myśli ojcowski wybór twojej przyszłej żony. Ta dziewczyna wygląda jak kociak. – Uśmiechnął się szeroko. – Miałbym ochotę pogłaskać ją po główce.

– To sam się z nią ożeń.

– Może pójdziemy im to zaproponować? Chciałbym zobaczyć minę ojca. Harpera też. Obu groziłaby apopleksja.

– To może powinniśmy im to zasugerować.

– Ona jest ładna.

– Tak sądzisz?

– Oryginalna. Ja lubię oryginalność.

– A czy spotkałeś kiedykolwiek kobietę, która ci się nie spodobała?

Lance wzruszył ramionami, wcale nie poczuł się zawstydzony. To prawda, nie miał uprzedzeń wobec żadnego typu kobiet. Lubił urozmaicenie, im większe, tym lepiej. Jednak w pannie Harper było coś szczególnie intrygującego, co wzbudziło w nim zainteresowanie znacznie większe, niż mógłby się spodziewać. Pozwolił sobie przesuwać taksującym spojrzeniem po jej twarzy i sylwetce. Jej niewielki wzrost i specyficzny koloryt sprawiały, że wydawała się niemal eteryczna, jakby będąc w tym pokoju, przebywała równocześnie poza nim. Nie potrafił określić tego w inny sposób, ale ta dwoistość tylko wzmacniała jej atrakcyjność.

Im dłużej patrzył, tym więcej dostrzegał w niej przeciwieństw. Pomimo niepokaźnego wzrostu miała nieproporcjonalnie bujne piersi i szerokie biodra. Rysy jej twarzy również były wyjątkowo wyraziste, zwłaszcza oczy, które zdawały się zajmować pół twarzy, a ich uderzający błękit był widoczny nawet z daleka. A jeśli chodzi o wargi – instynktownie przesunął językiem po własnych ustach – z pewnością jeszcze nigdy nie widział równie zmysłowo wykrojonych. Pulchne i ponętne, aż chciało się je skubnąć.

Wziął smukły kieliszek szampana z tacy przechodzącego lokaja i wychylił go jednym haustem, zaskoczony gwałtownym pociągiem, jaki w nim wzbudziła ta dziewczyna.

– Ciekaw jestem, co ona myśli o poślubieniu ciebie. – W końcu zdołał oderwać od niej spojrzenie.

– Ona nic o tym nie wie.

– Co?

Arthur ostentacyjnie odwrócił się plecami do drzwi.

– To wszystko jest kuriozalne, ale ojciec i Harper już podpisali umowę. Zgodnie z zawartym przez nich porozumieniem mam ożenić się z nią po śmierci jej ojca. Harper ożenił się późno i diabli wiedzą, ile ma teraz lat. Jesteśmy więc zaręczeni, ale ona nie będzie o tym wiedziała aż do jego pogrzebu. Potem mamy się pobrać i ja dostanę jego fortunę, a ona mój tytuł.

– Ona nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia?

– Najwyraźniej żadne z nas nie ma.

– A co będzie, jeśli Harper pożyje jeszcze z dwadzieścia lat? Wygląda tak, jakby miał przed sobą całą wieczność.

– Prawdopodobnie istnieje jakaś klauzula przewidująca taką okoliczność. Ojciec oczekuje ode mnie spłodzenia potomka i nie sądzę, żeby zgadzał się czekać zbyt długo.

– W takim razie być może istnieje jednak sposób wymigania się od tego małżeństwa. – Lance uniósł brew, bo Harper wypuścił w tym momencie rękę córki i przekazał ją ich ojcu, jakby na umówiony sygnał. – Musisz tylko utrzymywać tego starego upiora przy życiu.

– To też makabryczne. – Arthur pogardliwie potrząsnął głową. – Wiesz, ojciec wydał ten bal tylko po to, żeby zrobić na nim wrażenie. Zakłada, że przystanę na ich układ. Czasami traktuje mnie jak psa.

– To się odgryź. – Wzrok Lance’a nieuchronnie biegł ku tej dziewczynie. – Naprawdę myślisz, że przez całe życie trzymał ją pod kluczem? Rzeczywiście jest w niej coś bajkowego. Spójrz tylko na te włosy…

– Są białe.

– Srebrzyste.

– Jeżeli jest dość dorosła na zaręczyny, to powinna je upinać.

– Może ojciec jej nie pozwala. Tak czy owak, idą tu. Przygotuj się, musisz być czarujący.

– Ja nie chcę być…

Arthur nie dokończył, bo u jego boku pojawił się ojciec, stanowczym gestem obejmujący łokieć panny Harper.

– Ojcze. – Lance uśmiechnął się jak niewiniątko, widząc sztywny ukłon Arthura. – Nie przedstawisz nasz swojej czarującej towarzyszce?

– Właśnie zamierzałem to zrobić. – Ojciec mierzył go przez moment podejrzliwym spojrzeniem. – Panno Harper, oto szlachetny Arthur Amberton oraz… – Zrobił krótką, ale zauważalną pauzę. – A to kapitan Lancelot Amberton.

– Nie do końca szlachetny.

Lance błysnął najbardziej czarującym uśmiechem, podniósł rękę panny Harper do ust i lekko musnął wargami jej kłykcie. Zauważył, że z bliska oczy dziewczyny miały opalizujący odcień błękitu, jaśniejszy w środku, ciemniejszy na obrzeżach, z grubą czarną obwódką.

– Miło mi panią poznać, panno Harper.

– O… dziękuję. – Dygnęła niepewnie, zerkając na drugi koniec pokoju, gdzie stał jej ojciec.

– Panna Harper będzie towarzyszyła przy kolacji Arthurowi. – Ojciec rzucił Lance’owi ostrzegawcze spojrzenie.

– Tak? – Szybko podniosła wzrok, jej głos zabrzmiał tak, jakby zabrakło jej tchu.

– Tak, moja droga. Pani ojciec wyraził na to zgodę.

– Tak? – Tym razem była kompletnie zaszokowana.

– Obawiam się, że to niemożliwe, sir – odezwał się w końcu Arthur. – Obiecałem już towarzyszyć przy kolacji pannie Webster. Proszę o wybaczenie, panno Harper.

– W takim razie musisz przeprosić pannę Webster. – Po twarzy ojca przemknął wyraz zaskoczenia. – Uzgodniłem, że będziesz towarzyszył pannie Harper.

– Może powinieneś poinformować mnie o swoich życzeniach wcześniej, ojcze. Albo przynajmniej zapytać. Nie chcę wyjść na osobę mało szarmancką.

– To nie jest szarmanckie!

– Może ja mógłbym towarzyszyć pannie Harper podczas kolacji? – wtrącił gładko Lance. – Zostałaby w rodzinie, że tak powiem?

– Trzymaj się od niej z daleka! – Twarz ojca zaczęła przybierać znajomy mu, fioletowy kolor.

– Jak sobie życzysz. Próbowałem tylko pomóc.

– Wszyscy wiemy, jak wygląda twoja pomoc!

Ojciec drgnął nagle, uświadomiwszy sobie, co mu się wyrwało i kto to usłyszał, aczkolwiek nie był w stanie znaleźć wyjścia z zaistniałej sytuacji.

– Tak czy owak, podtrzymuję swoją propozycję, panno Harper. – Lance przerwał przedłużającą się niezręczną ciszę i spojrzał na ojca z rozbawieniem. – Co prawda nie mogę pani zaoferować równie błyskotliwej konwersacji, jak tu obecny mój brat. Jak sama pani widzi, on mógłby zagadać panią na śmierć.

– Arthurze. – W głosie ojca brzmiała pogróżka. – Pozwól na słówko.

Lance rzucił bratu wspierające spojrzenie, zanim obaj panowie odeszli na bok, zostawiając go sam na sam z lekko zażenowaną towarzyszką. Ale przynajmniej na jej policzkach pojawiły się jakieś kolory, pomyślał ironicznie Lance. Nabrały świetliście różowego odcienia, jakby dziewczyna była bardziej przerażona sytuacją niż ich ojciec.

– Nie chciałam sprawiać kłopotów. – Jej głos był tak cichy, że musiał się pochylić, by usłyszeć jej słowa.

– I nie sprawiła pani. – Przesunął się nieco, żeby zasłonić jej widok na kłócących się ojca i brata. – W naszej rodzinie już tak jest, że musimy skakać sobie do oczu, inaczej nie czujemy się szczęśliwi.

– Pana brat nie wygląda na szczęśliwego. – Wychyliła się, żeby zobaczyć, co się dzieje za jego plecami i na jej czole pojawiły się drobniutkie zmarszczki. – Jest wyraźnie nieszczęśliwy.

Lance odwrócił głowę i spochmurniał. Miała rację. Arthur naprawdę robił wrażenie nieszczęśliwego. Pochylone do przodu ramiona wyglądały tak, jakby dźwigał ogromny ciężar. Panna Harper okazała się bardziej spostrzegawcza, niż przypuszczał.

– Jeśli obiecał poprowadzić pannę Webster do kolacji, to powinien dotrzymać słowa. – Popatrzyła na Lance’a szeroko otwartymi oczami. – Nie rozumiem, dlaczego pana ojciec jest taki natarczywy.

Lance wzruszył ramionami. Miał nadzieję, że wyglądało to nonszalancko.

– Nasi ojcowie są starymi przyjaciółmi. Przypuszczam, że chcieliby, aby ich dzieci się poznały, pani i mój brat.

– Ale nie pan?

– Nie. – Lance nie zdołał powstrzymać uśmiechu. – Obawiam się, że moja reputacja wyprzedziła moje przybycie.

– Jaka reputacja?

Otworzył usta, ale zamknął je ponownie, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Rzadko mu się zdarzało zaniemówić, ale tym razem naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Czy ta dziewczyna rzeczywiście była tak niewinna, że nie domyślała się, co miał na myśli? Kusiło go, żeby jej to powiedzieć, a jeszcze lepiej pokazać, ale już czuł na sobie pełne dezaprobaty spojrzenie jej ojca, który piorunował go wzrokiem z drugiego końca sali.

– Może zatańczymy jeszcze przed kolacją? – Wyciągnął do niej rękę.

– Taniec? – Panna Harper miała taką minę, jakby zrobił jej nieprzyzwoitą propozycję. – O, nie. Nie mogę.

– Dlaczego? – Demonstracyjnie rozejrzał się dookoła. – To jest bal, o ile się nie mylę.

– Nie jestem w tym najlepsza. Miałam lekcje tańca, ale zawsze tańczyłam z kobietami i nigdy w miejscu publicznym. Naprawdę nie mogę.

– To znaczy, że nigdy dotąd nie tańczyła pani z mężczyzną?

– Nie. Mój ojciec mówi…

– To doskonale! Kiedyś musi pani przecież zacząć.

Impulsywnie złapał ją za rękę, ignorując wściekłe spojrzenia jej ojca i pociągnął ją na parkiet. Myśl o tym, że w czymkolwiek będzie pierwszym mężczyzną w jej życiu, była dziwnie pociągająca, nawet jeśli to tylko taniec. Nie stanie się nic złego, jeśli trochę lepiej pozna przyszłą bratową. Przecież z nią nie flirtował, zresztą brat nie miałby nic przeciwko temu, nawet by tego nie zauważył. Sądząc po gorącej dyskusji, jaka miała miejsce na skraju sali balowej, Arthur wybrał najbardziej oficjalną imprezę towarzyską, aby wreszcie postawić się ojcu. Nie wyglądało na to, aby ich spór miał w miarę szybko się zakończyć. A w takim razie im dłużej będzie odwracał uwagę panny Harper, tym lepiej. Właściwie to nawet altruistyczny uczynek…

– Nie! – Dziewczyna wyrwała mu swoją dłoń.

– Panno Harper?

Odwrócił się, kompletnie zaskoczony. Wyglądała teraz wyzywająco, jak kot wyginający grzbiet i syczący ostrzegawczo. Ten widok był równie imponujący, jak rozbrajający. Zaczął się w nim budzić respekt dla tej dziewczyny. Najwyraźniej nie była wcale taka potulna, jak mu się początkowo wydawało, nie dawała się zaciągnąć na parkiet – ani urokiem, ani pochlebstwem, ani przemocą. Za tą drobniutką i miękką fasadą kryły się ostre pazurki. Do licha, była przez to jeszcze bardziej atrakcyjna!

– Przepraszam za swoją obcesowość, panno Harper. – Skłonił się i starał się przybrać stosownie skruszoną minę. – Mogę tylko zrzucić odpowiedzialność na nadmiar entuzjazmu.

– Powiedziałam panu, że nie jestem dobra w tańcu.

– Ale ja jestem, przez dobre pół godziny nie przewróciłem w tańcu żadnej partnerki. – Położył rękę na sercu. – Przysięgam, że pani również nie pozwolę upaść. Jeśli zaszczyci mnie pani tańcem, oczywiście.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, wyraźnie nie była pewna, jak zareagować, a Lance przyłapał się na tym, że bardzo chciał, aby powiedziała tak. Kątem oka dostrzegł jej ojca zmierzającego w ich stronę, przypuszczalnie z zamiarem uwolnienia jej od niego. Panna Harper chyba również go zauważyła. I to, ku zaskoczeniu Lance’a, pozwoliło jej podjąć decyzję. Po chwilowym wahaniu przyjęła jego ramię i poszła z nim na sam środek parkietu.

Orkiestra zaczęła grać i Lance uśmiechnął się z zadowoleniem. To była polka, taniec żywszy od walca, ale pozwalający mu położyć jedną rękę na łopatkach dziewczyny, a drugą ująć jej dłoń okrytą rękawiczką.

– Ojciec zabronił mi tańczyć z kimkolwiek poza pańskim bratem.

– W takim razie jest pani większą buntowniczką, niż przypuszczałem, panno Harper.

– Wcale nie jestem buntowniczką. – Wyraz jej twarzy zmienił się subtelnie. – Choć czasem myślę, że lubiłabym nią być.

 

– Doprawdy? W takim razie trafiła pani na odpowiedniego mężczyznę. Pomogę w tym pani z największą przyjemnością.

– Och. – Zmarszczyła czoło, zmieszana. – Dziękuję.

Przygryzł wargę, żeby się nie roześmiać, flirtował z przyzwyczajenia, choć prawdę mówiąc, był zaskoczony rozmaitymi pomysłami, jakie wpadały mu do głowy, a żaden z nich nie był stosowny w relacjach z przyszłą bratową. Ponad jej głową widział nadąsaną minę Cordelii Braithwaite, ale ten widok nie zrobił na nim wrażenia. Z niezrozumiałych względów wolał nieobytą, nietuzinkową pannę Harper.

– To bardzo szybka muzyka. – W jej głosie dawało się wyczuć zdenerwowanie.

– Proszę poddać się mojemu prowadzeniu.

Uścisnął dłoń dziewczyny, żeby jej dodać odwagi i poprowadził ją, wirując z nią wokół całego parkietu. Początkowo potykała się lekko, ale szybko złapała rytm i stopniowo odprężyła się w jego ramionach, przystosowała się do szybkich kroków tańca. Nadspodziewanie łatwo było z nią tańczyć. Wcale nie bolał go kręgosłup. Była tak lekka, że właściwie unosił ją przy każdym podskoku, jej wrodzony zmysł równowagi sprawiał, że unosiła się jak piórko w jego ramionach.

– Nie wyglądała mi pani na kłamczuchę, panno Harper. – Oskarżycielsko uniósł brew.

– Co pan ma na myśli? – Znowu wyglądała na zaskoczoną.

– Mówiła pani, że marna z pani tancerka. A jest pani bardzo swobodna.

Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

– Naprawdę cieszę się tym tańcem. Mamy w domu salę balową, ale nigdy nie urządzamy balów.

– Co za marnotrawstwo.

– Czasami tańczę tam sama.

– Bez muzyki?

– Śpiewam. – Przygryzła wargę, jakby pożałowała tego wyznania. – To pewnie śmiesznie brzmi.

– Wręcz przeciwnie, jestem pewien, że to uroczy obrazek. Chciałabym to zobaczyć oraz usłyszeć.

Uśmiechnęła się znowu, a on mocniej ścisnął jej rękę, w równym stopniu zaintrygowany, co rozbawiony. Nigdy nie odwiedził siedziby Harperów w Whitby, ale chodziły słuchy, że to budowla ogromna i równie lodowata, jak jej właściciel. A jego córka robiła wrażenie, jakby zeszła z kart książki z bajkami. Nie byłby wcale zaskoczony, gdyby mu powiedziała, że wzrastała w wieży z kości słoniowej.

– To pani pierwszy bal?

Z entuzjazmem kiwnęła głową.

– Wszystko tutaj jest dla mnie pierwsze. Pierwszy raz widzę tyle osób w jednym miejscu. Wszystkie panie wyglądają tak pięknie.

– Chyba tak. – Lance rozejrzał się dookoła, ale cała sala straciła nagle znaczną część poprzedniego blasku. Wszystkie inne kobiety wyglądały w porównaniu z tą dziewczyną bezbarwnie.

– Przedstawi mnie pan niektórym z tych dam?

– Nie zna pani żadnej z nich? – Tym razem uniósł obie brwi.

– Jedyne osoby, które tutaj znam, to mój ojciec, pana ojciec, a teraz i pan. Nie mam żadnych znajomych.

– Nawet w Whitby?

– Nawet. – Spojrzała na niego niemal przepraszająco. – Ojciec nie lubi składać wizyt i nie zgadza się, abym ja je składała.

– Doprawdy? – Ogarnęła go nagła złość na jej ojca. Czyżby panna Harper naprawdę żyła jak w więzieniu? A jednak mówiła o tym tak rzeczowo, jakby nie oczekiwała niczego innego. – W takim razie z przyjemnością dokonam kilku prezentacji. A potem może uda się pani nakłonić ojca, żeby wydał bal? Żeby mogła pani zatańczyć we własnym domu.

– Ojca? – Jej śmiech brzmiał jak dzwoneczki. – Nie mogę sobie tego wyobrazić.

– Nawet po to, żeby wprowadzić panią do towarzystwa? – Lance odczuł nagłą pokusę, aby ją wypróbować, przekonać się, czy nie przejrzała planów ojca. – Jestem pewien, że zdobyłaby pani wielu adoratorów.

– Mój ojciec nie aprobuje adoratorów. – Opromieniający ją srebrzysty blask przygasł nagle, jakby na jej twarz padł cień.

– Może i nie, ale po dzisiejszym wieczorze z pewnością znajdzie się wielu młodych mężczyzn chętnych na odnowienie znajomości.

– Chętnych na pieniądze mojego ojca, chciał pan powiedzieć?

Lance omal nie potknął się o własne nogi, zaszokowany jej otwartością. Ale było niefortunną prawdą, że w oczach świata fortuna ojca stanowiła największą zaletę panny Harper. Jej uroda była zbyt nietuzinkowa, aby została uznana za piękną. Nie byłby wcale zaskoczony, gdyby jego własny ojciec, patrząc na nią, widział brzęczącą monetę. Jednak o takich sprawach nie mówiło się zazwyczaj głośno.

– Rozumiem. – Coś z tych myśli musiało najwyraźniej odmalować się na jego twarzy, ponieważ dziewczynie zrobiło się przykro. – Chyba chciałabym już odpocząć.

Zamrugał powiekami, już po raz drugi w ciągu niespełna minuty kompletnie zaskoczony. Nigdy dotychczas żadna kobieta nie oznajmiła, że nie chce już z nim tańczyć. Nie byłby bardziej zdumiony, gdyby wymierzyła mu policzek.

– Jeśli panią uraziłem, panno Harper, to bardzo przepraszam.

– Nie uraził mnie pan. – Stanęła jak wryta na samym środku parkietu i całe jej ciało nagle zesztywniało. – Dobrze wiem, kim jestem

– Kim pani jest? – Zrobił przepraszający gest, kiedy para, wirująca w polce tuż za nimi, wpadła mu na plecy.

– Nie zamierzam tutaj stać i wystawiać się na pośmiewisko.

– Co…?

Nie dokończył, bo dziewczyna wysunęła się z jego ramion i odeszła, manewrując wśród tancerzy. Patrzył za nią oniemiały. Co takiego powiedział, u licha, żeby wywołać tak gwałtowną reakcję? Że mogła mieć adoratorów? Przecież kobiety lubią, aby im mówić o adoratorach, prawda? A jednak ta zdawała się podejrzewać, że z niej kpił. Jakby sam ten pomysł był śmieszny, jakby ona była śmieszna. Dlaczego, do diabła, miałaby tak sądzić?

Ruszył za nią. Cokolwiek złego zrobił, powinien to naprawić.

– Panno Harper. – Przeciął jej drogę, zanim zdążyła dotrzeć do ojca. – Ja nie szydziłem z pani. Próbowałem tylko prowadzić miłą konwersację.

– Cóż, dla mnie to nie było miłe.

– To wina moich kiepskich manier. – Wyciągnął rękę, kiedy próbowała go wyminąć. – Byłem zbyt obcesowy, ale naprawdę uważam, że może pani mieć wielu oddanych adoratorów. W tym pokoju jest mało kobiet, za którymi goniłbym po parkiecie.

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy z taką godnością, że poczuł się jeszcze bardziej winny.

– Nie jestem całkowicie pozbawiona inteligencji, kapitanie Amberton. Ojciec powiedział mi, żebym nie myślała o małżeństwie. Ostrzegł mnie, że wszystkim ewentualnym adoratorom zależałoby wyłącznie na majątku.

– Ależ to groteskowe! – wybuchnął Lance. Ogarnął go gniew. Co za ojciec mówi coś równie podłego córce, wmawia jej, że jest pozbawiona wszelkich zalet? A przecież panna Harper miała mnóstwo walorów, przynajmniej w jego oczach, choć on nie miał prawa o tym mówić. To należało do jego brata. Ale gdzie się podziewał Arthur? W tym momencie gapiło się na nich wiele osób, jednak brata wśród nich nie było.

Oczy dziewczyny zabłysły.

– Ojciec chce tego, co dla mnie najlepsze. Stara się mnie chronić.

– Jest kłamcą!

– Doprawdy, sir?

Lance zacisnął zęby i stłumił przekleństwo, kiedy zza pleców dobiegł głos jej ojca. To by było na tyle, jeśli chodzi o przyzwoite zachowanie. Jakimś cudem udało mu się już zrobić scenę i obrazić jednego z najstarszych przyjaciół ojca. Nie, żeby było mu z tego powodu specjalnie przykro. Wręcz przeciwnie.

Odwrócił się i spojrzał starszemu mężczyźnie prosto w oczy.

– Jeśli powiedział pan córce, że żaden mężczyzna nie zechciałby ożenić się z nią dla niej samej, to tak, jest pan kłamcą.

– To nie pańska sprawa, co mówię córce. – Małe jak paciorki oczy Harpera zwęziły się złowrogo. – I będę wdzięczny, jeśli w przyszłości będzie się pan trzymał od niej z daleka. Nie będzie już więcej tańczyła z takim rozpustnym łajdakiem jak pan.

– Lepiej być rozpustnikiem niż kłamcą.

– Kapitanie Amberton! – Panna Harper stanęła między nimi, chociaż z racji niewielkiego wzrostu nie mogła zasłonić żadnemu z nich widoku na przeciwnika. – Nie ma pan prawa obrażać mojego ojca!

– Mam, skoro on obraża panią.

– Ja powiedziałem jej tylko prawdę. – Harper wysunął szczękę, jakby prowokował Lance’a, aby go uderzył. – A może pan twierdzi, że ożeniłby się z nią bez moich pieniędzy?

– Co? – zawołali Lance i panna Harper równocześnie, choć trudno powiedzieć, które z nich było bardziej przerażone.

– Zapytałem, czy poślubiłby pan ją dla niej samej? Skoro jest pan nią tak żywo zainteresowany.

Lance opuścił wzrok na twarz dziewczyny, ale ona już odwróciła oczy i objęła się w pasie ramionami, jakby chciała stać się jeszcze mniejsza. Czy poślubiłby ją? Nie. Oczywiście, że nie. Nie miał najmniejszego zamiaru wiązać się z żadną kobietą, choćby najbardziej atrakcyjną i intrygującą, ale nie mógł przecież tego powiedzieć, żeby nie zwiększyć jeszcze jej zażenowania. Aczkolwiek to jednak lepsze od zaręczyn…

Inne książki tego autora