Przyszło nam tu żyćTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zamiast posłowia

Rok temu przez pięć dni byłam stażystką na posterunku milicji. Zadziwiające, lecz między oficerami operacyjnymi a drogówką są kolosalne różnice.

W odróżnieniu od wydziału operacyjnego w drogówce nie ma klanowości, kastowości. Nie ma poczucia jedności grupy ani więzów zawodowych, nikt się nie troszczy o siebie nawzajem. Jedyny wyjątek stanowi partner z radiowozu. To rzeczywiście bliski człowiek. Wszyscy inni są obcy, wrodzy i potencjalnie niebezpieczni. Jeśli śledczy dla drugiego zrobi wszystko – nawet zasłoni przed kulą, wstawi się u dowództwa, podpisze lipny protokół, pomoże dziecku dostać się na uniwersytet, „bo jak można inaczej z kolegą?”, to typowy funkcjonariusz drogówki pomoże drugiemu tylko za pieniądze albo dla innego zysku. Oni zresztą prawie wszystko przeliczają na pieniądze.

Ulubione powiedzenie chłopaków z drogówki to „wszyscy kradną”. Przekonać ich, że jest nieco inaczej, nie można.

– Jeśli dostaniesz jakąkolwiek władzę, choćby najmniejszą, zawsze ukradniesz. Nikt nie będzie w stanie się powstrzymać – mówią.

W ich obrazie świata dowództwo kradnie najwięcej, „mniejsi ludzie” mniej, ale kradną absolutnie wszyscy. Najważniejsze, by być przy tym przyzwoitym, zachować umiar i starać się nie utrudniać innym życia.

„Przyzwoitość” to kluczowe pojęcie. Mówiąc „przyzwoitość”, funkcjonariusze drogówki mają na myśli najprostszy sens tego słowa – to jest przestrzeganie porządku podyktowanego przez wolę większości. Na przykład przy niegroźnej kolizji „przyzwoicie” jest rozliczyć się na miejscu, bez wszczynania kłopotliwej procedury. Tak przecież „robią wszyscy”. Kierowca, który od razu przyzna się do winy i podpisze protokół, nie będzie już ciągany po komisariatach. Zachowa się „przyzwoicie”. A człowiek, który latami chodzi po sądach za rozbite auto i stara się udowodnić swoją niewinność, jest „nieprzyzwoity”. Ten „za dużo chce”.

Szeregowy pracownik wydziału operacyjnego rzeczywiście wierzy (chce wierzyć), że ratuje świat przed złem, stając się „buforem” między „złoczyńcami” a resztą społeczeństwa. By kultywować w sobie tę wiarę, milicjanci chętnie oglądają pompatyczne seriale milicyjne i starają się przebywać w swoim kręgu. I kiedy rzeczywistość wchodzi w ostry konflikt z iluzją (a zdarza się to często), zaczynają pić. A niektórzy sięgają po narkotyki. Chłopaki z drogówki piją z reguły od święta albo z nudy, ale żadnych iluzji nie tracą. Bo nigdy ich nie mieli. Oni dobrze wiedzą, na czym polega ich praca. Rejestrują przebieg wypadków, niekiedy kierują ruchem, zabezpieczają gładki przejazd VIP-om, a przez całą resztę czasu – zarabiają pieniądze.

Śledczy kochają swoją broń służbową. Ona potwierdza ich status obrońcy społeczeństwa.

Kabura przy pasie funkcjonariusza drogówki jest jedynie dekoracją. Ich prawdziwą „broń” stanowi lizak, który nazywają „chlebem”.

Oficerowie operacyjni najczęściej nie mają rodzin, większość chłopaków z drogówki jest żonata.

Swoje własne przestępstwa ci pierwsi usprawiedliwiają tym, że społeczeństwo (władze, dowództwo itp.) postawiło ich w sytuacji bez wyjścia (pensje w milicji są rzeczywiście bardzo niskie) i „wśród ogólnej nienawiści oni mają prawo wziąć swoje siłą”. Albo też łamią prawo dla największej świętości, jaką jest ochrona swoich, pomoc swoim, wsparcie wzajemne.

Chłopcy z drogówki uważają, że mają prawo brać łapówki, bo ci, od których je dostają, „są tacy sami”.

„Jak dają, to bierz” – to jeszcze jedna złota myśl funkcjonariuszy drogowych.

Milicjant z wydziału operacyjnego to figura w wielu aspektach tragiczna. Typowy chłopak z drogówki jest po prostu nudny.

Życie w gnieździe
15 kwietnia 2012

Od 7.00 do 6.38. Dwadzieścia cztery godziny z tymi, którzy jutro umrą.

Poranek nie nadchodzi, bo i nocy na dobrą sprawę nie było. Już siódma, a Jana nadal siedzi w kącie kuchni, skulona, noga na nogę, powoli i uważnie maca swoje ciało, od czasu do czasu przeciera łzawiące oczy. Gorąco, na kuchence stoi mosiężna miska z grubą warstwą brudnawej soli i cały czas się podgrzewa.

Dziewiąta – to samo, tylko z pokoju wychodzi Pasza i zapala papierosa. Pasza w odróżnieniu od Jany czasem jeszcze sypia. Po trzy godziny, na narożniku. Ostrożnie strzepuje popiół do pustego pudełka – przyda się do neutralizacji kwaśnego środowiska na etapie końcowym.

Pasza i Jana są małżeństwem, dziesięć lat razem. Trzy na „krokodylu” (tak mówią na dezomorfinę). W 2008 roku Państwowy Komitet do spraw Kontroli Narkotyków zablokował dostawy heroiny do miasta i teraz osiemdziesiąt pięć – dziewięćdziesiąt procent igłowych narkomanów to dezomorfiniści.

Miejsce, w którym się znajdujemy, w języku służby antynarkotykowej to melina. A tak – dwupokojowe mieszkanie, zwyczajnie umeblowane. W tle słychać włączony w pokoju telewizor. Unosi się mocny zapach jodyny, na ścianach są rude zacieki. W kuchni zlały się już w jednolitą brązową plamę. Dwa lata temu eksplodował „zbiornik”, plastikowa butelka z benzyną, sodą i tabletkami Siedał-M. Wybuchł podczas podgrzewania. Był pożar, ale nieduży.

Teraz zastępują sodę kretem i już nie trzeba podgrzewać, wystarczy kwadrans potrząsać butlą.

Przed dziesiątą z pokoju wychodzi Lida, młodsza siostra Paszy. Dwadzieścia osiem lat, przy kości, o azjatyckich rysach i jakiejś zupełnie dziecięcej twarzy. Za nią wlecze się senna, opuchnięta Katia, przeciera oczy pięściami.

Działkę na rano zostawiają w nocy. Bez tego nie da się ruszyć. Szybko, lecz ostrożnie wlewają czerwonawy roztwór do strzykawek.

Jana powinna dziś zameldować się na komisariacie, a Katia od trzech dni nie może trafić ani do pracy, ani do siebie do domu. Zresztą w domu nikt specjalnie na nią nie czeka.

Trwa rekonesans: skończyła się benzyna i spirytus mrówczany. Jana wysyła Katię na stację benzynową. Wszystko jest wyliczone co do grosza: benzynę sprzedają najmniej po dwa litry, czyli to pięćdziesiąt rubli. Na pobliskiej stacji nie chcą jednak nalewać do plastikowych kanistrów, a to oznacza, że paliwo trzeba będzie kupić od kierowców. A kierowcy mogą dać za darmo, no albo odsprzedać taniej, więc Katii powinno wystarczyć pieniędzy na styk.

Katia jako jedyna z całej meliny nadal pracuje. Jest ładowaczką w magazynie owoców.

Skora do śmiechu, ostrzyżona na krótko blondynka, ma dwadzieścia osiem lat i koślawe stopy (w melinie do Katii odnoszą się z pewną pogardą: po pierwsze, HIV+, a do tego jeszcze zaprzecza; po drugie, lesbijka).

Benzyna musi się „uleżeć”, stawiają ją w kącie, by pooddychała. Zaczyna się przygotowanie działki.

Lida idzie do swojego pokoju rozdrabniać słoikiem tabletki Siedał-M, po drodze wyrywa kartkę z dzieł zebranych Wasilija Fiodorowa, na podściółkę. Pasza szczoteczką do zębów wyskrobuje fosfor z bocznych ścianek pudełek po zapałkach. Jana wychodzi wstrząsać przez kwadrans butlą ze składnikami.

Gra telewizor, leci MTV. „Zapraszamy na podium zwyciężczynie w grupie wiekowej do półtora roku” – zapowiada prowadząca.

Za oknem śnieg, na ścianie pod lustrem wisi alfabet z rysunkami: księżniczki, ptaszki, zegareczki, rękawiczki. Alfabet należy do Tani, opaska z diamencikami we włosach Jany też jest jej.

Tania – córka Jany i Paszy – ma osiem lat i zgodnie z decyzją opieki społecznej już od pół roku przebywa w ośrodku szkolno-wychowawczym. Niedługo dziewczynkę przeniosą do domu dziecka i tego Jana panicznie się boi.

– Teraz możemy ją odwiedzać, pozwalają nam do niej jeździć. Ona tam chodzi do szkoły, do pierwszej klasy – tłumaczy Jana. – I może rzeczywiście jest jej tam lepiej, jak mówią inspektorzy. Ale nie wolno jej zabierać do domu dziecka!

Do pokoju zagląda Lida, miło się uśmiecha i natychmiast wychodzi. Jej dziewięcioletni syn Wania też jest w ośrodku, ale Lida nie chce o tym rozmawiać. Ojciec chłopca już od dwóch lat siedzi w więzieniu, paragraf 228: posiadanie i udostępnianie. Lida nie wie, co się z nim dzieje za kratkami ani kiedy wyjdzie.

– Nie ma z nim żadnego kontaktu.

Jana stoi nad wagą własnej roboty, zbudowaną ze strzykawek i kart rabatowych. Wytworzone składniki trzeba zważyć, by ustalić proporcję. Odważnikami są zapałki. Narkomani prowadzą bardzo oszczędny tryb życia.

Składniki wsypuje się do „szkła”, czyli specjalnie do tego przeznaczonej buteleczki. Wreszcie przychodzi pora na przeprowadzenie reakcji: buteleczkę trzeba umieścić w grzejącej się na kuchence soli. Robi to Pasza. Potem buteleczkę wyjmuje się w odpowiednim momencie i dodaje wody. Z buteleczki lekko się dymi, w środku bulgocze czerwona ciecz [przepis został celowo przekręcony].

Po dziesięciu minutach roztwór jest gotowy. Dymi się, pachnie malinowym sokiem. Lida ostrożnie wydobywa strzykawką płyn przez filtr papierosa. Rozlewa do osobistych strzykawek, po półtora mililitra dla każdego. Teraz trzeba to rozcieńczyć „tropikami” (tropikamid, krople do oczu). Tropiki wzmacniają działanie, ale skracają jego czas. Są bardzo drogie, po sto pięćdziesiąt rubli, ale po jednym ich zastosowaniu nie da się już kłuć czystym krokodylem.

O tropiki ciągle wybuchają wojny. Każdy trzyma swoją buteleczkę jak najbliżej ciała: Jana w skarpecie, Pasza w kieszeni spodni dresowych, Lida chowa pod koszulką. Strzykawkę też każdy ma swoją, tak jest bezpieczniej. Wszyscy chorują na żółtaczkę, ale „adidasa nikt nie ma” (jeśli nie liczyć Katii z jej niepewnym stanem). Strzykawki przechowują w pudełkach po herbacie „Księżna Nuri, dawka optymizmu”. Kłują się insulinkami, cienkimi, krótkimi igłami.

– Pasza, walnij mnie – prosi Lida. Odchyla głowę na bok, mruży oczy i po głębokim wdechu zatyka nos. Pasza celuje i powoli wbija całą igłę w szyję. Po chwili wyciąga do połowy, a potem zagłębia się znowu, sprawdza efekt. Lekko, z kontrolą naciska tłoczek. – Paszka, dawaj – powtarza Lida, nie otwierając oczu. – Dawaj, dawaj, dawaj!

 

Jeśli się nie trafi w żyłę, roztwór pali jak ogień.

Pasza wyjmuje igłę, wyciera palcem strużkę krwi, przymierza się do niebieskiej żyły, wstrzykuje.

– Dziękuję – mówi Lida uprzejmie i idzie na swoje miejsce, taboret przy kuchence. Zapala papierosa, ale po trzydziestu sekundach się wyłącza. Opadają jej kąciki ust, osuwa się na taborecie, pochyla do przodu, po czym nagle prostuje ciało i znowu zaczyna się osuwać. Do dolnej wargi ma przyklejony tlący się papieros.

Gdy krokodyl znajdzie się w żyle, „zaczyna się czerń”. Wszystkie mięśnie rozluźniają się, wszystkie myśli znikają, przed oczami pojawia się ciemność.

– Niczego nie ma i ciebie też nie ma – półszeptem wyjaśnia Jana. – Pozostaje tylko poczucie, że wszystko na świecie jest tak, jak powinno.

Żadnej euforii, żadnych halucynacji. Dwadzieścia minut nieistnienia.

Następnie wyłącza się Katia. Pasza długo obmacuje swoje biodra – żyły na nogach i rękach już dawno zniknęły. W końcu wbija się i też odlatuje. Zostaje Jana – zgięta, cała w napięciu pociąga zębami opaskę uciskową.

Jana nie ma gdzie się kłuć. Spuchnięta lewa ręka jest od nadgarstka do ramienia purpurowo-fioletowa i w krostach, spod których miejscami wylewa się ropa. Prawa ręka – w krwiakach i siniakach wzdłuż żył.

– Część znika, część nie.

Nogi też całe w krwawych naciekach, rano próbowała się w nie wbić.

– Widzisz, jej jest dobrze, a ja nie mogę – mówi ze złością Jana, wskazując na Lidę. W szyję może wbić się tylko ktoś o normalnej wadze. Żyły szyjne Jany i Paszy uszły tak głęboko, że nie da się ich dosięgnąć. Ostatni raz Jana ważyła się zimą. Wyszło trzydzieści siedem kilogramów, a teraz jest jeszcze chudsza.

Jana maca się obojętnie, jakby macała mięso na ladzie. Nachylona, sprawdza każdą żyłę. W końcu między nogami zaciska nadgarstek prawej ręki. Po chwili wyprostowuje się: żyła pękła, nie wyszło, znowu zaczyna szukać. Czasem trwa to godzinami, ale tym razem Janie udało się dość szybko, po jakimś kwadransie. Akurat budzi się Lida.

Po działce chce się pić. Lida nastawia czajnik, sypie do kubków łyżki cukru. Schodzi kilka kilogramów cukru dziennie. Herbatę piją szybko, szybko palą. Czasu jest niewiele. Za półtorej godziny zacznie się głód. Nie da się go opóźnić. Przygotowanie roztworu zajmuje mniej więcej tyle samo czasu. Przechowywać go nie można.

Proces gotowania musi trwać nieprzerwanie. Dlatego krokodylicy żyją w „gniazdach”.

Jana ma trzydzieści dwa lata, ale wygląda na pięćdziesiąt. Czarny sweter, czarne błyszczące rybaczki. Bardzo chuda. Przedziwnie chodzi. Nie może utrzymywać równowagi, dlatego „lata” – spada to do tyłu, to do przodu, ledwo nadążając podstawić nogi. Aby się zatrzymać, musi zderzyć się ze ścianą.

Teraz też „lata” po mieszkaniu, próbując posprzątać. Sił wystarcza jej na to, by przetrzeć kurze z telewizora i wyrzucić do śmieci zużyte papiery.

We trójkę chodzili do jednej szkoły. Gdy Pasza miał czternaście lat, trafił do więzienia „za grabież własności państwowej”. Kradł żetony w taksofonach. Odsiedział cały wyrok, wyszedł, gdy skończył osiemnastkę.

Tak na dobre poznali się na imprezie.

– A jak miałam dziewiętnaście lat, wsadzili mnie z 228 paragrafu i Pasza obiecał mojej mamie, że napisze do mnie list. Tak zaczęliśmy korespondować. Paczkę mi wysłał i swoje zdjęcia. Cyganka, która ze mną siedziała, wywróżyła: „O, jaki przystojny, będziecie razem”. No i tylu kolegów miałam, tylu adoratorów, a zostałam z nim.

Dzwoni telefon Jany. Odbiera i po krótkiej rozmowie idzie otworzyć drzwi. Wadżyk. Nie ma gdzie gotować, więc przychodzi tu. W ramach wdzięczności wszystkich obdziela działką.

– Wisi mi trzysta rubli – uprzedza Lida Paszę.

– Najpierw weźmiemy od niego czterysta na aptekę, a potem zabieraj swój dług.

Krótkie negocjacje w przedpokoju i Katia wychodzi po zakupy: nafazolina, insulinki, strzykawka pięćset mililitrów.

Wadżyk na razie nie przypomina krokodylika: młody chłopak, krótkie włosy, wąskie dżinsy, duży napis „Hugo Boss” na pasku, czyste paznokcie.

– Zabrałem córce pięćsetkę na konie – tłumaczy. – Czyli zajebałem, na to wychodzi. Ona jeździ konno, wiecie? Ale w piątek nie wytrzymałem i wziąłem.

– Wisisz mi kasę – przypomina Lida. – Oddawaj.

– No, czterysta już dałem. A te trzysta to później. Po połowie.

Obgadują wspólnego znajomego – Denisa, którego nie wolno wpuszczać do meliny, bo sprzedał się psom.

– Może byś się odsunął od okna? Za głośno gadasz – mówi Lida.

– Jezu, jacy wszyscy dziś nerwowi.

– Stul pysk, do cholery – rzuca Pasza do Lidy. – Wadżyk, a jak tam z robotą, rozmawiałeś?

Wadżyk kiwa głową z zadowoleniem.

– Zapamiętaj, Chmielnickiego 146. W bloku od podwórka jest warsztat w piwnicy. Stoi tam maszyna do piłowania. Pracujesz od dziesiątej do dwudziestej pierwszej czy nawet do dwudziestej trzeciej, ile chcesz. Igor, szef warsztatu, jest codziennie w południe. Jak przyjedziesz koło dwunastej, na pewno go zastaniesz. Ale, jakby co, to nie ja ci mówiłem, żeby potem nie było gnoju. To co, przyjdziesz?

– Postaram się.

– Zażywasz, przegrywasz – mówi Wadżyk, wstrzykując sobie działkę. – Od siebie do roboty masz dwadzieścia minut na piechotę. No to co, chce ci się, powiedz?

Pasza kiwa głową.

– Dostaniesz piętnaście procent od zamówienia. Wychodzi okej, tylko nawet nie próbuj tam brać. Szef od razu cię przyłapie. Sam kiedyś brał. Mnie już się czepiał: „Wadżyk, co masz z oczami?”. „A co ma być – mówię ze złością – kiedy przez trzy noce nie spałem”. Chyba łyknął…

Wszyscy chcą jak najszybciej pozbyć się Wadżyka.

– Wadżyk, idź już stąd – zaczyna Lida. – Jak się napierdolisz, to za dużo sobie pozwalasz. Denerwujesz ludzi.

– Eee, takie tam – odpowiada obojętnie Wadżyk.

– Kurwa, no co z ciebie za człowiek – przytakuje Jana. – Przecież mówią ci wyraźnie: spadaj stąd.

– Siedzisz tu, a jak psy wpadną, wlepią nam za organizację meliny – tłumaczy Pasza.

Wadżyk nie wychodzi, jest mu dobrze. Gada o niczym.

Rozmowa przechodzi na „czasy heroinowe”. Kiedy „zablokowano” sprzedaż od ręki, przez jakiś czas działał system bankowy. Pieniądze za działkę trzeba było wpłacać na konto. Potem diler dzwonił do klienta i informował, jak znaleźć „zakładkę”, czyli woreczek z narkotykami. Dużo było przy tym przekrętów: „Czasem osiem patyków wydałeś, a w żyłę i tak nie było co dać”.

– A pamiętasz, jak Wasię takiego wyhaczyłem? – zaczyna Wadżyk. – Ten najpierw spoko zakładki robił, ale później zaczął kombinować. Na początku zawsze podawał adres na Gagarina. Tam był blok taki mały, jedna klatka, jedno piętro. No i tam się odbierało towar. A to z balkonu spadł, a to wetknięty był gdzieś na klatce. Więc dzwonię potem do niego i mówię: „Wiem, gdzie mieszkasz, jeszcze raz mnie wychujasz, to przyjdę po ciebie”.

– A jeśli to nie był jego adres? – wątpi Pasza. – Przecież to skończone świnie, przychodzili zrzucać towar do kolegów i sąsiadów.

– A raz któryś włożył za skrzynki pocztowe. Cały rząd zrzuciliśmy, zanim towar się znalazł – chwali się Wadżyk. – Albo zakładka była w rurze, co jednym końcem sterczała w ziemi. Nie mogłem dosięgnąć palcami i woreczek poszedł dalej na dół. Andriucha pół godziny patyczkiem wydłubywał. A tu jeszcze babki jak na złość przylazły. I ciekawskie, że o co tu się rozchodzi. Kotek, odpowiadam, nam uciekł, a w środku aż mną telepie ze strachu.

Pasza mówi szeptem. Mieszkanie jest na parterze, więc z ulicy wszystko dobrze słychać – w kuchennym oknie jest jeszcze duża dziura. Szybę wybiła milicja w okolicach sylwestra, kiedy szukali na melinie takiego jednego.

W końcu udało się wygonić Wadżyka.

– Tylko po nim nie pijcie, ponoć ma robaki – mówi leniwie Lida. – Katiuszka, pozmywaj kubeczki.

Kiedy krokodyl dopiero co się pojawił w mieście, krążyło o nim dużo bajek. Między innymi że za jego pomocą można wyjść z heroiny. I w sumie to prawda: dezomorfina likwiduje głód heroinowy. Ale drogi powrotnej nie ma, z powrotem na heroinę przejść już się nie udaje. Krokodylowy głód może zaspokoić jedynie krokodyl. Człowiek jest skazany na życie w ciągłym cyklu.

Praktycznie nie ma takich, którzy zaczęli brać krokodyl „od zera”. Po prostu pewnego razu okazywało się, że kolejnej działki heroiny już nie będzie. Na głodzie decydowali się wziąć. Oczywiście tylko ten jeden raz.

Dezomorfina dostosowuje się do każdych warunków, ma minimalne wymagania. Narkotyk biednych miast. Nie są potrzebni dilerzy, hurtownicy, kurierzy, trasy przez granice, znajomości w organach ścigania. Tylko czyste, bez domieszek, uzależnienie.

Wszyscy „nowicjusze” są teraz na solach, nowym narkotyku. Sole, w odróżnieniu od krokodyla, działają pobudzająco, powodują silne napady paranoi. Krokodylicy mówią, że sole zabijają jeszcze szybciej: po dwóch tygodniach brania zaczyna się encefalopatia.

– Jula, idiotko, nie dzwoń tu, kurwa – mówi obojętnie Jana do słuchawki. – Co, po co? Po jajco! Wkurzasz mnie. Roztrąbię o tobie na całe Szapowskie. Jeśli przyjedziesz, rozkwaszę ci mordę.

Przez Julę tydzień temu do mieszkania wpadły psy. Wcześniej tej meliny nie było w milicyjnej bazie danych.

– Ta debilka ukradła telefon gdzieś, gdzie nocowała. Dotykowy, dobry – tłumaczy Lida. – Przyniosła nam, dałam za niego dwie działki, ona nie umie gotować. A potem ją złapali. No i wszystko wyśpiewała: co, gdzie i komu.

– Czyli zrobili jej na komisariacie walizkę, to jest przywiązywali głowę do butów – wyjaśnia Pasza, krzywiąc się. – Stoisz tak zgięty wpół i po piętnastu minutach czujesz się walizką. Potem pewnie jeszcze słonika. Zakładają na głowę maskę przeciwgazową, a ręką zatykają dopływ powietrza. Ale co z tego, to nie nasza sprawa.

Tym razem dzwoni telefon Paszy – Jana przewraca oczami. Jula nie telefonuje, żeby przeprosić – Jula potrzebuje dawki. Ale „milicyjnej” nikt nie naszprycuje – a jeśli to kontrolowany zakup? Jula dzwoni jeszcze cztery razy.

Plotki już zaczęły krążyć po mieście, dlatego w mieszkaniu Paszy i Jany prawie nie ma ludzi. W melinie zwykle gnieździ się z dziesięć osób. Mają swój grafik: ktoś przygotowuje składniki, ktoś gotuje, ktoś się szprycuje. Ale spaloną melinę starają się omijać.

Komitet do spraw Przeciwdziałania Narkotykom nie zajmuje się dezomorfiną. Jest za mało znacząca. Krokodyl to działka NON-a (to skrót od „nielegalny obrót narkotyków”), miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych. To właśnie przez nonowców w melinie został przeprowadzony zakup kontrolowany, jeśli w tym wypadku można to tak nazwać.

– Wchodzi młody chłopak, Rusłan, tak się przedstawia, pokazuje dokumenty – opowiada spokojnie Lida. – Bierze mnie na bok i tłumaczy: „Albo dobrowolnie podpisujesz protokół z kontrolowanego, albo za pół godziny przyjdę z posiłkami”. Zawieźli mnie potem na najbliższy komisariat, odnotowali, że niby sprzedałam działkę ich współpracownikowi Andriejowi. Wpisali tam wszystko, co tylko na świecie: i znaczone pieniądze, i dokumenty, i świadków. Wczoraj przyjechali zwrócić mi paszport, skonfiskowany, żeby zrobić kserokopię. Będę miała sprawę. Tak wygląda ta „dobrowolność”.

– Z sześć lat ci dadzą – prognozuje Pasza. – No, ale przynajmniej cię nie bili.

– I jeszcze mówi: „Przysługę pani robię, ratuję panią”. Albo: „Pani albo odwyknie podczas odsiadki, albo zdechnie”. No dobra, może i tak, ale po co zamykać? – płacze Lida.

Gotują nową porcję, a Katia uspokaja Lidę. Lida jako jedyna z nich jeszcze nie siedziała, za to Katia dostała już trzy wyroki, więc ma co opowiadać. Jeden w zawiasach w wieku dwudziestu czterech lat – za rabunek, potem za kradzież – trzy miesiące w półotwartej kolonii karnej, później znowu za kradzież – dwa lata więzienia. Teraz jest na warunkowym.

Sądząc z opowieści Katii, i w zakładzie karnym, i w ośrodku wychowawczym, gdzie dorastała, działo się mniej więcej to samo.

– Kiedy trafiasz tam po raz pierwszy, to jest inny świat, szkoła przetrwania. Ale jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz – rozsądnie tłumaczy Katia. – To takie samo życie jak w realnym świecie, tylko za kratami. Nosisz specjalny strój, są zasady, dyscyplina, cały dzień pracujesz w szwalni, wieczorem się myjesz. Czystość i dyscyplina są w życiu najważniejsze.

– Katia, a ty do domu się nie wybierasz, co? – pyta Pasza.

– Jutro pójdę, po pracy w magazynie.

Katia żyje w dwupokojowym mieszkaniu razem z mamą, ojczymem, dwiema siostrami, dziadkiem i dwumiesięczną bratanicą.

– Już jak miałam czternaście lat, to raz mieszkałam w domu, a raz nie. Kłóciłam się z rodzicami. Potem jedną taką kobietę poznałam, ona ostro brała heroinę. Miała troje dzieci, najmłodsze miało pół roku. Opiekowałam się nim. Gdy trzeba było dziecko odwieźć do szpitala, ja to robiłam, bo jego matką trzęsło z głodu. Potem też postanowiłam spróbować. Poprosiłam ją i zrobiła mi dwie dziesiąte mililitra. Pierwszy raz strasznie się bałam, ale potem mi się spodobało. Pracujesz szybko, biegasz tam i z powrotem, jest spoko. Ja przecież tylko tak, od czasu do czasu, a nie jak oni, całymi dniami.

 

– Kiedy pierwszy raz przyłożyliśmy jej igłę do żyły, aż przytomność straciła – śmieje się Jana.

– Chciałam się uczyć na tynkarza-malarza. Ale wzięli mnie po znajomości do fabryki lamp, a teraz jestem ładowaczem. Wiesz dlaczego? Matka z ojczymem piją, więc zdarzają się draki. Dzięki pracy zachowuję dobrą kondycję. I dzięki Bogu jestem najsilniejsza, mogę się postawić, bronię sióstr, i młodszej, i starszej. Ojczym jest alkoholikiem, jak wypije, to traci kontrolę. Zaczyna wyzywać i dostaje ode mnie w papę. Nie zdzierżę, jak mnie ktoś obraża.

Pasza choć ma niewiele ponad trzydziestkę, jest całkowicie siwy. Przystojny, ciemne uważne oczy. Ciągle rozważa propozycję Wadżyka. Przymierza się do pracy.

Był brygadzistą na budowach.

– Czterdzieści osób miałem pod sobą, a dopiero co wyszedłem z pierdla i byłem najmłodszy. Były opóźnienia w wypłatach, rzucili na obiekt dziesięć tysięcy i radź sobie, człowieku, jak możesz. No to dajesz chłopakom po tysiaku, sobie, oczywiście, więcej bierzesz. Na samo doładowanie komórki po trzysta rubli trzy razy w tygodniu traciłem. Robotnicy, wiadomo, piją, ja też na kacu, ale przychodziło się i przekonywało, żeby wzięli się do pracy. Zdolności przywódcze mam, a przynajmniej miałem. W więzieniu siedziałem jeszcze z trzema, ale to ja byłem człowiekiem. Krzyknę przez okno: „Więzienie, więzienie, daj mi ksywę, naszą złodziejską, więzienną!”. No i drą się w odpowiedzi: łysy albo cegła. I zawsze zgadywali. Chłopaki proszą: „Śpiewaj”. No to śpiewam, ale akurat świeca obok przechodził. Celę naraz otwierają, strażnicy się zlatują, no i wpierdol nam spuścili. A chłopaki potem: „Przez ciebie”. Ale przecież sami prosili. Bili nas takimi pałkami, żeby nie było siniaków. Jak prowadzili do oficera operacyjnego, to zawsze walili młotkiem po dupie. A strażnicy byli z Kaukazu, Anif i Woron. Jeden trzymał, drugi walił. Woron tak miał, że najpierw krzykiem zastraszył, a potem lał.

Pasza jest przekonany, że jeszcze z tego wszystkiego wyjdzie.

– Rusłan, ten nonowiec, podchodzi do mnie wtedy, jak do nas wpadli, i pyta: „Pójdziesz siedzieć za siostrzyczkę?”.

– I co odpowiedziałeś?

– Że nie.

Przychodzi Damir, przynosi lemoniadę. Mocno kuleje. To z obżarstwa – wrzucił dziesięć mililitrów do żyły na nodze i teraz ta noga mu gnije. Potrzebuje zastrzyków, tym razem prawdziwego środka przeciwbólowego. Chwali się, że lemoniada jest „naturalna, żadnej chemii”.

Teraz Damir szprycuje się w „metro” [szerokie żyły pod pachami]. Po wewnętrznej stronie rąk ma już czerwone spuchnięte zacieki.

Krokodyl szybko niszczy organizm. Żyły dostają zapalenia, siniaki gniją, spod skóry wycieka ropa. Kolor twarzy zmienia się na szarozielonkawy, kruszą się zęby, nie można normalnie chodzić. Na pierwszy ogień idą płuca, dwustronne zapalenie ma co drugi krokodylik. Krokodylicy nie umierają od przedawkowania, lecz na „ogólne zachorowanie”, kiedy organy wewnętrzne jeden po drugim przestają funkcjonować.

Damir ma gdzie gotować, ale przechodził obok, no i nie doniósł do domu. Ma nadzieję, że niedługo rzuci, i przedstawia swój plan ratunkowy:

– Za miesiąc mama sprzeda moje mieszkanie. Zabierze mnie do siebie. Czyli nie będę miał gdzie gotować, a to znaczy, że się odzwyczaję. A za pieniądze z mieszkania kupimy mi samochód: chevroleta cruze albo peugeota 508, jeszcze się nie zdecydowałem.

Właśnie z powodu auta Damir nie zapisał się do ośrodka odwykowego – „bo zabiorą prawko”.

– A samochód to mój drugi narkotyk, bez niego nie mam po co zdrowieć.

Szprycują się. Na dwadzieścia minut mieszkanie pogrąża się w ciszy.

Idziemy do apteki, bo skończyły się leki.

– Kłócimy się każdego ranka – mówi Jana. – Żadnej miłości już nie ma, przyzwyczajenie po prostu. Żremy się tak bez powodu. Ja go wkurzam, on mnie wkurza. Ile już razy biłyśmy się z Lidą. Targam ją za włosy. Nie potrafi zrozumieć, że mnie jest ciężko wbić. Jeszcze pierwszej działki nie wstrzyknę, a ona już po i mówi: „Najpierw ugotuj dla nas następną porcję, a potem się kłuj”. Więc szarpię ją za włosy.

W pierwszej aptece od obojętnej farmaceutki kupujemy dwadzieścia tabletek.

– Tu jest taniej – wyjaśnia Jana. – Tylko sto dwadzieścia osiem rubli, a w innej byłoby sto sześćdziesiąt.

Druga apteka leży po przeciwnej stronie ulicy. Farmaceutka, szczupła, o krótkich włosach, około czterdziestki, uśmiecha się uprzejmie na powitanie.

– Dawno u was nie byłam – wita się Jana.

– To fakt – odpowiada aptekarka. – Pewnie się pani leczyła?

– Bo mówiła pani, że i tak niczego nie macie.

– Teraz już wszystko jest, oprócz tropików. No i Siedał-M już dziś wykupili.

Za sto sześćdziesiąt rubli kupujemy pięć insulinek. Jana powoli zdejmuje opakowanie, chowa strzykawki do wewnętrznej kieszeni.

– Psy mogą zabrać – tłumaczy.

Po tropiki idzie Katia. Tropikamid jest na receptę, ale wszyscy krokodylicy znają trzy apteki w dzielnicy, gdzie można kupić bez. Dlatego zaplanowane na lato wprowadzenie recept na preparaty kodeinowe nikogo nie niepokoi.

– Jak sprzedawali, tak będą dalej sprzedawać. – Jana wzrusza ramionami. – Zresztą nie wszyscy dożyją do lata.

Planowanie czegoś na dłużej niż tydzień nie ma sensu. Przyszłości też nie ma.

– Zaraz sweterek poplamisz – mówi Katia. – Szkoda go, taki ładny.

Lida metodycznie odrywa strup na lewym ramieniu, cieknie jej krew. Poparzyła się tam. Kaloryfer w kuchni jest bardzo gorący, w nieprzytomnym stanie wszyscy „bez przerwy przylepiają się do niego”. Każdy ma kilka blizn po grzejniku. Trzeba by położyć na niego mokrą szmatkę, ale jakoś nie mają do tego głowy.

– Czym się kłujesz, Katia? – podpytuje Lida.

– Zlewkami. Ze ścianek buteleczki zebrałam.

Katii zanikają żyły. Ręce ma już pokłute do łokci. Co jakiś czas zdejmuje igłę ze strzykawki i grzebie w środku zapałką – usuwa skrzepniętą krew. Klnie, robi się czerwona.

– A czemu w nogę nie dajesz? – pyta Jana.

– W nogi? Co ty, nigdy w życiu!

– Tam na dużym palcu żyła ci sterczy. Tam wbij igłę.

– Ale gdzie?

– Tropikiem się kłujesz?

– Tak.

– Zlewki zebrałaś?

– Boję się dotykać tych żył, one pękają.

– Jeśli ostrożnie, to się da. To tylko tak źle wygląda.

Katia zaczyna cicho płakać. Strzykawka trzęsie jej się w rękach.

– Pasz, zrób jej zastrzyk – prosi Lida. Ale Pasza najpierw zażywa sam, potem z półzamkniętymi oczami zaczyna szukać żyły na ręce Katii.

– Tej właśnie nie widać, a w tamtą nie mogę trafić – tłumaczy Katia. – Pasza, kurwa, ona puchnie!

– Zaciągnij opaskę, żeby guz się nie zrobił – mówi Pasza i zasypia.

Katia owija rękę i krzywi się.

– Właśnie tak mi też chłopak wbił, dwa dni z ręką chodziłam, gorączka czterdzieści jeden. Poszłam do szpitala i w holu straciłam przytomność. Ani ciała, nic nie czułam. Ręka spuchła, rozcinali. Uratowali mi ją.

Jana ciągle nie może trafić, wykończona zwala się na grzejnik. Za oknem szybko robi się ciemno, sypie śnieg.

– Pasza mówi, że w domu da radę odwyknąć. Siedzimy czasami, marzymy, piękne słowa do siebie mówimy. W listopadzie na przykład dostał zapalenia płuc, o mało nie wykitował. Już miał zwidy. Lekarzy na klatce schodowej na kolanach błagałam: „Zabierzcie go do szpitala”. Nie zabrali. O Taniuszce z nim rozmawialiśmy, o wszystkim.

Jana na początku zimy poszła do szpitala na detoks. Za darmo detoks mogą dostać tylko zarejestrowani narkomani, za anonimowość trzeba zapłacić siedemnaście tysięcy. Na detoks nie jest łatwo się dostać – trzeba zrobić badania i czekać dwa tygodnie, bo jest kolejka. Żeby krokodylik mógł znieść odtrucie, dają mu barbiturany:

– Śpisz przez tydzień. Budzisz się – i już jesteś niby nieuzależniony.

Ale uzależnienie psychiczne pozostaje. Jana wzięła narkotyk natychmiast po wyjściu z kliniki.

Leczenie uzależnienia psychicznego można rozpocząć w obwodowym ośrodku pomocy. Dostanie się tam tuż po detoksie nie jest jednak możliwe – trzeba zrobić nowe badania, znów czekać w kolejce. Dlatego po detoksie dezomorfinista wraca do meliny. Bez pomocy troskliwej rodziny odwyk jest praktycznie niemożliwy. A takiej dezomorfiniści już dawno nie mają. Wielu nie miało jej nigdy.