Przyszło nam tu żyćTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chłopcy z drogówki
14 lipca 2010

Czyli na nocnym dyżurze w radiowozie.

21.38

Nocna zmiana jest najlepsza.

– Samochodów mało, dowództwo przyjeżdża rzadko, a potem należą się jeszcze dwa dni wolnego – mówi Sasza.

Sasza ma trzydzieści pięć lat, Jura – trzydzieści dwa. Obaj przyszli do drogówki prosto z wojska. Sasza pracuje na drodze piętnaście lat, Jura – trzynaście. Obaj uważają się za ludzi sukcesu.

Pułk policji drogowej, z którym jestem na służbie, kontroluje trasę specjalną, czyli zabezpiecza ruch VIP-ów po Moskwie.

– Odpowiadamy wyłącznie za konkretnych VIP-ów, jest ich około dwudziestu – wyjaśnia Jura. – Chociaż „kogutów” ci u nas dostatek. Na sygnale jeżdżą i urzędnicy, i biznesmeni, którzy dogadali się z naszym dowództwem. Tych drugich jest w sumie niewielu, najwięcej urzędników. Ale to nie nasi. My za nich nie odpowiadamy.

– Nas „koguty” w ogóle nie obchodzą – uściśla Sasza. – Interesują nas ci, którzy nie jeżdżą na sygnale. Przynoszą więcej korzyści finansowych, rozumiesz?

Obaj wydają się dumni ze swojej pracy.

– Obliczono, powtarzam, obliczono, że przy prędkości stu dwudziestu kilometrów na godzinę nie da rady strzelić w kolumnę samochodów. Dlatego pilnujemy trasy, by kolumna VIP-ów mogła utrzymać taką prędkość – peroruje Jura. – A w samochodzie amerykańskiego prezydenta to w ogóle mają specjalną lodówkę z przygotowaną krwią. To znaczy z krwią jego grupy. I jeśli coś, na miejscu mu robią transfuzję.

21.42

Jedziemy zatankować na specjalną stację dla milicyjnych radiowozów. Szeregowi pracownicy służby drogowej nie przepadają za swoim dowództwem. Po pierwsze, zwierzchnicy regularnie zmuszają ich do brania nadgodzin. Normalny grafik to dwie poranne zmiany, wolny dzień, dwie wieczorne, wolny dzień, nocna zmiana i dwa dni wolnego. Jednak na załodze często wymusza się, by wzięła dodatkowy dyżur. Wtedy zamiast wyczerpującego, ale możliwego do przyjęcia grafiku mają po dziesięć godzin przez pięć dni roboczych z rzędu.

– Kodeks pracy nie jest dla nas – rzuca melancholijnie Sasza. – Bo my przecież nie pracujemy za pensję.

Druga sprawa, której niżsi stopniem nie mogą wybaczyć dowództwu, to nielojalność. Dziewięciu na dziesięciu biorących łapówki funkcjonariuszy wewnętrzna służba bezpieczeństwa namierza dzięki wskazaniu przez ich zwierzchników.

22.03

Ustawiamy się na pozycji. Parkujemy na trasie, w miejscu wskazanym przez dowódcę pułku. Powinniśmy spędzić tu całą noc.

– Zimą dym z fajek idzie do góry, a latem w dół.

– Naszej krwi nie chcą w punktach krwiodawstwa.

– Można się przyzwyczaić do tego stania. I do trasy też można się przyzwyczaić. Tylko czasem chce się rzygać od tego wszystkiego.

22.23

Do pierwszej kolizji dochodzi dosłownie pięćset metrów od naszego postoju.

Dziewczyna z toyoty chciała wysadzić pasażerkę. Zatrzymała się zbyt blisko śmieciarki. Gdy kierowca śmieciarki zaczął cofać, zmiażdżył jej zderzak i zbił reflektor. Śmieciarka nie została uszkodzona.

Dziewczyna płacze w samochodzie. Jura idzie ją uspokoić.

– I czemu, głupia, tak blisko podjechałaś?

– Przecież dałam sygnał. Myślałam, że tamten go słyszy.

Kierowca śmieciarki, młody wąsaty chłopak w zaplamionym kombinezonie, stoi przy swoim samochodzie. Nawet nie próbuje niczego wyjaśniać.

– No co, Stanisławie Jewgienjewiczu, sytuacja jest jasna. Wyrobimy się w pół godziny, jak pan sądzi? – mówi Sasza do Jury. „Stanisław Jewgienjewicz” to jeden z forteli drogówki. Należy powtarzać te personalia jak najczęściej. Jeśli uczestnicy kolizji zdecydują się napisać skargę na funkcjonariuszy, zapamiętają „Stanisława Jewgienjewicza”. A taki w służbie drogowej rzecz jasna nie pracuje.

Ale w pół godziny nie udało się wyrobić. Dziewczyna zadzwoniła po swojego chłopaka, a kierowca śmieciarki do swojego kierownika.

Sasza i Jura rysują w radiowozie schemat kolizji. Oprócz jasno skonstruowanego schematu potrzebne jest jeszcze podpisane przez kierowcę śmieciarki przyznanie się do winy. Wtedy sprawę będzie można zamknąć. Problem w tym, że jeśli kierowca weźmie winę na siebie, straci robotę.

Dlatego Jura radzi chłopakowi właścicielki pechowej toyoty, by „wziął śmieciarza w obroty”. Oboje z Saszą biorą zaś w obroty jego szefa.

Sasza stara się, by emocje sięgnęły zenitu: najpierw ogłasza, że kierowcę śmieciarki należy wyprowadzić i rozstrzelać, potem dodaje:

– Z tobą i tak jeszcze po ludzku rozmawiają, jeśli we mnie byś wjechał, chybabym cię zabił.

Po godzinie wzmożonego nacisku kierowca się załamuje. Bierze na siebie winę. Odjeżdżamy.

23.56

W radiowozie nigdy nie jest cicho.

Krzyczy radio Dobre Piosenki. Leci właśnie epicka kompozycja: „Smażymy, smażymy, smażymy razem kartofle, całą, całą noc”.

Szumi i ciągle odzywa się służbowa radiostacja. „Sprawdź go”, „Posterunek 58, ogłuchliście czy co? Gdzie jesteście?”, „47, jakie chcesz fajki?”, „122, takie jak zwykle, powtarzam, takie jak zwykle”. Słychać też rozmowy szyfrem: „Zero–zero”, „Dwa zera”, „Zero–zero–zero–zero”. To znaczy: zrozumiałem.

Do Saszy dzwoni znajomy. Jest spanikowany. Dziś podczas zmiany pasa uderzył w inny samochód i uciekł z miejsca wypadku. Prosi o pomoc.

– Nikt cię nie będzie szukał – uspokaja go Sasza. – Wiesz, ile dziennie mamy takich spraw? Nawet jeśli ktoś zapamiętał twój numer rejestracji… No wrzucą go do bazy danych. I co, myślisz, że ktokolwiek się tym zajmie? Po prostu trzy–cztery dni nie wsiadaj do samochodu.

Jura tymczasem zarabia pieniądze. Dziś przez telefon poproszono go o pomoc. „Jednemu człowiekowi” trzeba oddać prawo jazdy, odebrane za znaczące przekroczenie prędkości. Jura podał cenę: piętnaście tysięcy rubli (według niego prawo jazdy można wyciągnąć nawet w czasie toczącej się już przeciwko kierowcy sprawy sądowej, choć to, rzecz jasna, będzie kosztowało znacznie więcej, jakieś sto–dwieście tysięcy).

Jura od razu zabrał się do realizowania zlecenia. Obdzwania właśnie kolegów, by dowiedzieć się, kto konkretnie, z jakiego paragrafu odebrał dokumenty i na jakim etapie stoją sprawy. Wychodzi na to, że nad rozwiązaniem problemu pracuje już pół mundurowej Moskwy, więc Jura głosem urażonego menedżera mówi pośrednikowi przez telefon:

– Nie będziemy się tym zajmować. Okazujecie nam brak zaufania i szacunku, informując o sprawie innych funkcjonariuszy. Tylko tracimy przez was czas.

Rozmówca kaja się, przeprasza w imieniu swojego klienta i gwarantuje, że człowiek, który potrzebuje prawa jazdy, natychmiast przywiezie pieniądze. I rzeczywiście, kwadrans później podjeżdża do nas czarny lexus. Kierowca jest rozemocjonowany:

– Wszystko zrobiłem, jak trzeba! Mówię mu: „Chłopie, dziesięć procent twoje”, on na to: „Prawo jazdy proszę”. I po prostu mi je zabrał! Co to za bezprawie? Co się teraz na drogach wyprawia?

Jura go uspokaja i prowadzi do radiowozu. Mnie wypraszają z samochodu. Dziesięć minut później kierowca lexusa wychodzi. Siadam z powrotem na tylnym siedzeniu. Jedziemy do następnego wypadku.

00.32

Przednie opony citroëna są w strzępach. Leżą na felgach jak zbity pies. Obok stoi bmw bez prawego lusterka. Po całej szosie ciągną się ślady hamowania – bmw jechało środkowym pasem, gdy citroën zaczął wyprzedzać prawą stroną i doszło do zderzenia. Kierowca citroëna, sprawca wypadku, zbiegł. Świadkowie mówią, że był pijany.

Świadkowie to pięciu młodych chłopaków. Jechali lexusem zaraz za bmw. Kierowca bmw, Swiatosław Naumowicz, niczego nie zdążył zauważyć, poczuł tylko huk i uderzenie ze straszną siłą.

– Jak najmocniej trzymałem kierownicę. Starałem się nie stracić kontroli nad autem. Gdybym tylko puścił, już byłoby po mnie, tu nie ma słupków, wjechałbym na przeciwległą stronę.

Sasza podaje przez radiostację rysopis pijanego.

– Pomarańczowa koszulka, klapki na bosych stopach, wzrost około stu osiemdziesięciu centymetrów. Numer rejestracyjny… Zbiegł w stanie nietrzeźwym, wyjeżdżał z Moskwy.

Swiatosław Naumowicz nie może się uspokoić. Dziesiąty raz podchodzi do radiowozu, po raz enty opowiada szczegóły wypadku, obiecuje „posadzić skurwysyna”. Numer blach bmw jest charakterystyczny: to seria „AAA”. W przeszłości trzema „A” oznaczano samochody FSB i miejskiej administracji. Ale chłopaki wyjaśniają mi, że dziś to już jedynie „popisówka i duże pieniądze”.

– Od dwóch lat nie zwracamy na takie blachy uwagi.

Pół godziny po zderzeniu znajdują się klucze od citroëna. Okazało się, że pijany kierowca wyrzucił je w pobliżu, a świadkowie znaleźli. Idziemy obejrzeć samochód. Dokumentów brak, ale w środku są kopie raportu z innego wypadku drogowego. Sasza głośno czyta go Swiatosławowi Naumowiczowi. W dokumencie podano imię, nazwisko oraz adres zamieszkania właściciela citroëna. Naumowiczowi aż błyskają oczy.

– Tylko bez żadnych prywatnych wizyt z bronią – zastrzega Sasza. – On sam do nas jutro przyjedzie, jak wytrzeźwieje. Powie, że „uciekał w szoku powypadkowym”.

2.29

– Samochód to najgorszy wynalazek ludzkości – mówi z poważną miną Jura. – W okamgnieniu możesz stracić wszystko: pracę, zdrowie, życie, wpaść w długi.

Do wypadku z ofiarami śmiertelnymi chłopaki są wzywani średnio raz na dwa tygodnie. Najczęściej przyjeżdżają jeszcze przed karetką. W pierwszej kolejności dokładnie oglądają poszkodowanych i dzwonią do dyżurnego batalionu, by ten wezwał pogotowie. Dyżurny długo wypytuje o szczegóły: wiek poszkodowanych, charakter ran, by wiedzieć, jaką pomoc i ile wozów przysłać. Funkcjonariusze nie udzielają pierwszej pomocy.

– Moglibyśmy jeszcze zaszkodzić.

Potwierdzają, że to, co się mówi o spadających butach, „prawie zawsze” okazuje się prawdą. Jura opowiada, że widział kiedyś stojące na drodze ciasno zawiązane męskie pantofle.

 

I jeszcze, że pijanym częściej udaje się przeżyć.

By zachować szansę na życie, trzeba się zapiąć pasami.

– Nie bez powodu ciągle u nas podwyższają mandaty za brak pasów – tłumaczy Jura. – Kiedy zacząłem pracę, płaciło się dwadzieścia rubli, teraz pięćset. A i to za mało.

Wspominają dziesiątki wypadków, gdy w jednym samochodzie jechali mąż z żoną, matka z córką, dwie koleżanki. Jedno było przypięte, drugie nie. Potem to pierwsze szło na pogrzeb drugiego.

Ale i tak najważniejszy jest dobry samochód: BMW, Volvo, Lexus, Audi, „praktycznie wszystkie niemieckie marki”, a zwłaszcza wychwalany przez chłopaków z drogówki Mercedes McLaren.

– Ma masywną i trwałą maskę. To dwa i pół metra życia.

Narzekają na małolitrażowe auta. Przy wypadku odskakują daleko i zderzaki wbijają się do wnętrza samochodu. A łady wszystkich modeli, od jedynki do siódemki, drogówka nazywa „grobami na kółkach”. Przy zderzeniu kierowca nie ma najmniejszych szans.

– Kierownica wyskakuje do góry, przednia szyba wylatuje, zderzak i maska zginają się w harmonijkę. Przyjeżdżasz, a na kierownicy wisi kawał obszarpanego mięsa.

Tak zginął syn ich kolegi z drogówki. Sprawca wypadku, chłopak w oplu, nawet siniaków sobie nie nabił.

Po wezwaniu pogotowia funkcjonariusze szukają świadków.

– Dobrowolnie nikt nie chce zeznawać. Wszystkim szkoda czasu. Trzeba sposobu, by ich zmusić. Najpierw prosimy o pokazanie dokumentów. Chowamy je sobie do kieszeni. I wtedy można już robić wykład o obywatelskiej odpowiedzialności.

Chłopaki mówią jeszcze, że najcięższe wypadki zdarzają się nie wtedy, gdy kierowcy nie widzą się nawzajem, lecz wtedy, gdy jeden drugiemu nie chce ustąpić. A najbardziej narażony na drodze jest pieszy.

2.35

Nowe wezwanie. Potrącenie pieszego. Sasza dzwoni w kilka miejsc i mówi, że wjechała „baba, dziewiętnaście lat, bliscy już są na miejscu”. „Babę” trzeba będzie odwieźć na złożenie zeznań.

Jasnowłosa dziewczyna w dżinsowej kurtce i białej spódnicy siedzi na przednim siedzeniu modnego samochodu w żółtym kolorze. Auto szpeci powyginany zderzak i ogromne, straszne wgniecenie na pękniętej przedniej szybie.

Dziewczyny nic nie szpeci. Nawet nie płacze. Pochylili się nad nią rodzice. Starają się wyjaśnić szczegóły wypadku.

– Jeżdżę od pół roku. Odczepcie się – mówi gniewnie dziewiętnastolatka.

Pieszego już wywieziono. Obok stoi jeszcze jeden radiowóz i błękitny elegancki samochód, którym przyjechali rodzice dziewczyny.

Jej brat, wesoły blondyn z kolczykiem w uchu, oprowadza funkcjonariuszy wokół żółtego auta.

– To wgniecenie już było, a to jest nowe. Tej rysy też nie było. I szybę jej ten facet rozbił!

„Ten facet” to ranny pieszy.

– Jaki dokładny jesteś! – chwali chłopaka Sasza. – Może do FSB pójdziesz pracować?

W końcu sadzamy dziewczynę na przednim siedzeniu radiowozu i wieziemy na test na obecność narkotyków we krwi. W ślad za nami ruszają swoim samochodem rodzice.

Dziewczyna ma na imię Katia. Studiuje dziennikarstwo na prestiżowym MGIMO[7]. Jeździła z przyjaciółmi na rowerach, gdy już wracała do domu, „to się zdarzyło”.

– Młody chociaż był?

– Nie wiem, nie podchodziłam do niego – odpowiada Katia i po namyśle dodaje: – Nie podchodziłam, bo byłam w stanie szoku powypadkowego.

Na zszokowaną dziewczyna nie wygląda zupełnie. Prędzej na rozdrażnioną, że przyjemny wieczór zakończył się tak niemiło.

– Przejście w nieprawidłowym miejscu to raz – wylicza Katia ze złością. – A dwa: droga była zasłonięta takim czymś na poboczu i nic nie było widać.

Ekspertyza wykazała „zero”. Wracamy. Katia nawet nie spytała, do jakiego szpitala zawieziono rannego.

3.46

Jedziemy do najbliższego komisariatu. Wypadek z rannymi trzeba „zakąsić”, czyli odznaczyć w oficjalnych księgach.

Po drodze chłopcy skarżą się, że „dzisiejsza noc jest beznadziejna”, bo ani się najeść, ani popracować.

Mówiąc o pracy, mają na myśli zarabianie pieniędzy. Nigdy, przenigdy nie używają słowa „łapówka”.

– Kierowca powinien cieszyć się, że może ci zaproponować pieniądze, rozumiesz? – poucza mnie Jura. – Tu trzeba być psychologiem. Jak to szło w Gdzie jest Czarny Kot?[8] „Trzeba znaleźć z człowiekiem wspólny język”. Tak nas uczyli starsi: kierowca powinien odjechać z poczuciem spełnionego obowiązku. Powinien myśleć, że to on nas wykiwał. A w rzeczywistości to my jego kroimy.

Sasza wychodzi „zakąszać”, Jura wyjaśnia mi reguły bezpieczeństwa:

– Stąpamy dosłownie po krawędzi brzytwy! Oto na przykład jakiś człowiek proponuje ci pieniądze, ty patrzysz i myślisz: czy on to robi szczerze? Masz tylko chwilę, by ocenić. A jeśli w kieszeni ma mikrofon? A jeśli w krzakach ukrytą kamerę? By się nie przeliczyć, zawsze trzeba prosić o ciut mniejszą sumę, niż byłby skłonny dać dany człowiek. I nie można być niegrzecznym dla kierowców, od których chcesz zgarnąć pieniądze. Jeśli ktoś nie ma przy sobie gotówki, a przy tym nie wygląda podejrzanie, można go podwieźć do bankomatu. Ale do domu nigdy, w żadnym wypadku! Nawet za dużymi pieniędzmi. Wyjdzie rodzina i zaraz powiedzą: „Wezwiemy milicję”. I co wtedy zrobisz?

Sasza wraca i opowiada, że milicjanci „złapali narkomana, a on zarzygał cały posterunek” i Sasza ma teraz śmierdzące buty.

– Chujowa ta robota, trzeba się zwolnić, póki jeszcze czas – narzeka Sasza. – Na emeryturę bym chciał. Do jakiegoś biura. Albo na szefa służby ochrony w banku.

– Mam tyle pomysłów! – podchwytuje Jura. – Kupię ziemi pod Kaługą, będę hodował króliki i szynszyle. Albo dogadam się z chłopakami z kijowskiej trasy. Postawię tam trucka, zatrudnię człowieka, przywiozę mu mięso, niech smaży. Rodzina jedzie z daczy, a im przez okno do samochodu wleci taaaaki zapach, że nie będą mogli się oprzeć.

4.15

Zatrzymujemy się przed budą z fast foodem. Mają akurat przyjęcie towaru, ale sprzedają nam trzy gorące bagietki i herbatę owocową.

Jura opowiada Saszy o chłopaku, który w niebieskim wiadrze na głowie skakał po samochodzie FSB[9].

– Cooo? Na masce skakał?

– Po dachu też – śmieje się Jura.

– I nie zastrzelili? – szczerze dziwi się Sasza. – Ciekawe, ile mu za to zapłacono?

Delikatnie sugeruję: a może nic?

– Aha, my już znamy te „niebieskie wiaderka”. Wynajęły ich zagraniczne organizacje! – wykrzykuje zdenerwowany Jura.

A po chwili dodaje:

– Chociaż miałem tu takiego ostatnio. Dziwak totalny, takim idiotom nawet płacić nie muszą. „Konstytucja, konstytucja”, mówi do mnie. Przyczepił się do jakiejś fermy zwierząt futerkowych czy czegoś tam, a ja mu na to: „Facetem jesteś, czterdzieści lat masz, lepiej na rodzinę zarób, zamiast z państwem wojować”. Z motyką na system! Na nasze państwo!

– Przymknij się już – mówi Sasza. – Niedobrze mi się robi.

Dopijamy herbatę. Chłopaki kłócą się, gdzie lepiej stanąć. Terytorium, na którym „pasie się” nasz pułk specjalny, jest dość spore, więc mamy w czym wybierać. Jura mówi, że najlepiej na moście, bo tam wprowadzono ograniczenie prędkości do pięćdziesięciu i wielu kierowców ją przekracza. Sasza optuje za „mlekiem i miodem płynącym” skrzyżowaniem. Wokół mnóstwo nocnych klubów i można liczyć na pijanych za kółkiem. Problem w tym, że na „pracę” zostało czterdzieści minut – potem Sasza musi zawieźć swojego przełożonego na daczę.

4.26

Samochód parkujemy na skrzyżowaniu. Chłopaki zabierają gwizdki i lizaki. Rozchodzą się w różne strony.

Jura będzie „rwać”, czyli pracować z przekroczeniem prędkości i drobnymi naruszeniami ruchu drogowego. Do „rwania” używa wojskowego radaru. Jest nieoficjalny. Chłopaki sami go zdobyli. Jeśli ten radar zauważy ktoś ze służby kontroli, mogą ich zwolnić z pracy. Dlatego Jura najpierw własnymi oczami namierza pędzący samochód i dopiero potem podnosi radar. Nastawiono go na „dziewięćdziesiąt cztery”, jeśli obiekt porusza się szybciej, radar zapiszczy. Większość samochodów w porannym potoku porusza się siedemdziesiąt cztery – siedemdziesiąt sześć kilometrów na godzinę. To szybciej, niż pozwala prawo, ale zatrzymywać ich „nie ma po co”.

– Rwać po sto rubli jest bez sensu. Tylko się zmachasz.

Motocyklistów, którzy dosłownie przelatują przed nami, chłopaki nigdy nie zatrzymują.

– Po pierwsze, to zwykle biedaki. Po drugie, samobójcy. Po trzecie, ich droga hamowania to pięćdziesiąt metrów, komu by się chciało jeszcze za nimi biegać?

Sasza pracuje z alkoholem. Prawdziwego pijanego za kółkiem złapać można z rzadka.

– Ale wtedy taki jeden rozwiązuje nam wszystkie problemy finansowe.

W pracy z alkoholem trzeba mieć swoje tajne sposoby. Opłaca się zatrzymywać tylko drogie samochody. Kiedy otwiera się okno, trzeba od razu wąchać powietrze wychodzące ze środka. I, rzecz jasna, obserwować reakcję kierowcy. Jeśli są podejrzenia, zaproponować badanie, a później przypomnieć, że za jazdę po pijanemu można stracić prawo jazdy na półtora roku.

– A potem pobieramy w zależności od majątku – mówi Sasza. – Czasem, jeśli człowiek biedny i padnie na kolana, za piętnaście puścimy. A tak, pięćdziesiąt baksów i więcej.

Chłopaki pracują zgodnie. Podpowiadają sobie wzajemnie, które samochody zatrzymywać. Pierwsza ofiara (prędkość dziewięćdziesiąt sześć) idzie do radiowozu z Jurą. Wychodzi po paru minutach, po drodze chowając portfel. Jura się cieszy:

– Pierwszy tysiączek. Bułeczki nam się zwróciły.

Następny zatrzymany kierowca ma przy sobie tylko pięćset rubli. Zabierają i pięćset.

Za to Saszy szczęście nie sprzyja – pijanych brak, trzeźwi nie dają sobie niczego wmówić. Zatrzymuje jeden podejrzany samochód, ale natychmiast puszcza. Kierowca pokazał karteczkę.

„Karteczki”, czyli poświadczenie o służbowym pojeździe, to bicz na drogówkę. Jeśli kierowca coś takiego pokaże, funkcjonariusz nie może domagać się okazania prawa jazdy ani sprawdzać samochodu. Najważniejsze jednak, że karteczka to symbol statusu.

– Wymyślono je dla służb operacyjnych, by im nie przeszkadzano łapać przestępców. Ale teraz i urzędnicy, i różne korporacje finansowe postarali się o nie i machają nam przed oczami.

Jura się chwali, że wypisał mandat dyrektorowi generalnemu jednego z głównych kanałów telewizyjnych, znanemu reżyserowi i mistrzowi olimpijskiemu.

– Niech wiedzą, że też są ludźmi.

– Nie pierdol, pracuj. – Sasza, zły jak osa, podchodzi do nas. Nie powiodło mu się zupełnie, nie zarobił ani rubla. – Zobacz, jak leci!

I rzeczywiście samochód „leci” – radar pokazuje sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Jura gwiżdże i macha lizakiem. „Lotniarz” zatrzymuje się trzydzieści metrów od nas, czeka, aż Jura podejdzie, i daje gazu. Jurę z jakiegoś powodu to śmieszy.

– Zuch, wie, że i tak nie będziemy gonić. U nas sto dwadzieścia koni mechanicznych, u niego dwieście pięćdziesiąt. Tylko samochód sobie popsujemy.

W niecałe czterdzieści minut „narwaliśmy” cztery i pół tysiąca rubli.

– Beznadziejny dzień – narzeka Sasza.

5.14

– Byłem ostatnio u swojego spowiednika – opowiada Jura. – Mówię mu: „Ciężką mam pracę, nisko płatną, a rodzinę trzeba utrzymać, więc chcąc nie chcąc, muszę brać pieniądze. Czy to grzech?”. A batiuszka pyta: „Oni tobie z własnej woli płacą czy ich do tego zmuszasz?”. Odpowiadam, że różnie to bywa. On na to: „W pierwszym wypadku to nie grzech, w drugim grzech”. Wychodzi więc, że czasem można brać pieniądze.

Pensja funkcjonariusza drogówki wynosi dwadzieścia pięć tysięcy rubli.

– Wszyscy wiedzą, że bierzemy pieniądze. I kierowcy sami nam dają. Każdy to akceptuje, bo tak naprawdę każdy kradnie po trochu. I nikomu się nie chce przestrzegać prawa. To jest prawdziwy świat. A my po prostu przestrzegamy tej… tej… umowy społecznej.

– Jakiej znowu umowy społecznej? – zimno dopytuje się Sasza.

– No, gdyby nasza pensja wynosiła, powiedzmy, sto tysięcy, nikt by nie brał pieniędzy!

– Wszyscy by brali. I ty byś brał!

Jurę zostawiamy na trasie, chce jeszcze „rwać” do rana. Sasza jedzie po zwierzchnika i po drodze wysadza mnie przy metrze. Prosi, bym zadzwoniła, jak wsiądę do wagonu, i potem, gdy dojadę już do pracy.