Przyszło nam tu żyćTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Od świtu do świtu
27 maja 2009

Czyli dwadzieścia cztery godziny na komisariacie milicji.

Komisariat Wydziału Spraw Wewnętrznych, dokąd trafiłam na praktykę jako stażystka kryminalistyki, mieści się w typowym dwupiętrowym budynku w oddalonej dzielnicy Moskwy (to praktycznie już podmoskowje). Na parterze jest dyżurka, gdzie odbiera się telefony, pokój GSR, czyli grupy szybkiego reagowania, gabinety przesłuchań. Na pierwszym piętrze znajduje się najtajniejsza część wydziału: biuro oficerów operacyjnych, a także archiwum i kryminalistycy. Na drugim są gabinety dochodzeniówki.

O dziewiątej rano zaczyna się odprawa. Oficer dyżurny sprawdza broń i jej stan w obecności szefa wydziału. Odnoszę wrażenie, że ten drugi jest tu jedynie figurantem. Zaraz udaje się do swojego gabinetu i więcej już się nie pojawia. A zaspany patrol wyjeżdża na wyznaczony teren.

Nie mogę z nimi pojechać.

– Mają swoją specyfikę pracy.

SPP, czyli Służba Patrolowo-Posterunkowa, zbiera haracz od przyjezdnych, wymusza łapówki, fałszuje protokoły. Mogą z nimi jeździć wyłącznie zaufani stażyści.

Dyżurka to centrum każdego komisariatu. Mieści się w dużym pokoju z okratowanym oknem na pół ściany. Oprócz tego w budynku jest także niewielka kuchnia (w niej lodówka, stół, mikrofala), mały pokój z dwiema kanapami – tam dyżurni odsypiają na zmianę – oraz zbrojownia. W dyżurce bez przerwy dzwonią telefony, wisi papierosowy dym i ciągle słychać krzyki. Akurat wydziera się Sasza, ma dziś dyżur. Rano, aż do pierwszego piwa, wszystko go wkurza.

Saszę uważa się tu za nieudacznika. Kiedyś służył w specnazie GRU, a potem znalazł się w milicji. Na dodatek Sasza jest fanem Władcy pierścieni. Lubi dyskutować o nieuchronnym zwycięstwie dobra nad złem. Co jednak nie przeszkadza mu spokojnie patrzeć, jak biją „jeńców”.

„Jeńcami” nazywają zatrzymanych.

Przychodzą wezwania, dyżurni wywołują przez głośniki tych, którzy mają się szykować „na wyjazd”: dochodzeniówkę, operacyjnych, czasem kryminalistyków. Wyjeżdżający pyta:

– Jasne przestępstwo?

– Ciemne.

– No to dzięki za wisielca.

„Jasne” przestępstwa są wtedy, gdy poszkodowany widział sprawcę. „Ciemne” – gdy nie ma świadków. „Wisielec” to nierozwiązana sprawa.

Milicjanci mówią o sobie „współpracownicy”. Współpracownik dla współpracownika zrobi wszystko: zasłoni przed kulą, wybieli przed szefostwem, podpisze fałszywy protokół, pomoże załatwić studia synowi.

Świat poza oddziałem dzieli się na „złoczyńców”, czyli podejrzanych o popełnienie przestępstwa, i „słaboszczaków”, czyli poszkodowanych. I jedni, i drudzy są wrogo nastawieni do milicji. Współpracownicy odwdzięczają im się pięknym za nadobne.

Między wyjazdami milicjanci dla zabicia czasu oglądają niekończące się seriale o dzielnej rosyjskiej milicji.

W tym zamiłowaniu funkcjonariuszy do seriali o glinach jest jakaś niezdrowa sublimacja – seriale utrzymują w przekonaniu, że ludzie naprawdę potrzebują milicji. Na dodatek dobrzy bohaterowie notorycznie łamią prawo, co zgodnie z logiką tych filmów jest nieuniknione i jak najbardziej prawidłowe.

Z moim kierownikiem praktyk – kryminalistykiem Jegorem – oglądamy już czwarty z rzędu odcinek Glin[4]. Bohater serialu jest bardzo podobny do Jegora: wstąpił do milicji, żeby uniknąć poboru do wojska, spodobało mu się, zafascynował się, został, potem przyszło rozczarowanie, ale nie może odejść, bo „chłopaki” nie puszczą.

Z kryminalistykami, którzy ukrywają wszystkie przestępstwa funkcjonariuszy i pomagają wsadzić podejrzanych, fałszując dowody winy, zwierzchnicy nie lubią się żegnać.

– Nie myśl tylko, że się boję. Nie boję się chłopaków. Po prostu jestem im bardzo, bardzo potrzebny.

Dzwonią z dyżurki:

– Słaboszczak się stawił. Idźcie, trzeba obfotografować jego wóz.

– Film oglądamy. Niech poczeka.

– Dwie godziny już czeka. Wkurza się.

– No to niech się wkurza! – wybucha Jegor, ale wstaje z krzesła.

„Człowiek potrzebny ludziom” może od czasu do czasu pokazać, kto tu rządzi.

Idziemy zrobić zdjęcia samochodowi, którym przyjechał słaboszczak. Samochód jest cały w gównie – wymazany dokładnie aż po sam dach. Poszkodowany, młody chłopak w drogim garniturze, wygląda niewątpliwie na zszokowanego. Żali się funkcjonariuszom:

– No, u nas często coś takiego się dzieje! Obok jest szkoła, gnoje idą na lekcje i tak się zabawiają. Ale zawsze mazali jakieś stare graty, łady albo coś. A mój przecież to DROGI samochód!

– Czy pana ubezpieczenie uwzględnia przypadki zabrudzenia samochodu fekaliami? – oficer operacyjny Żenia lubi stroić sobie żarty.

– Nie chodzi o pieniądze. Chcę dać tym gnojom nauczkę. Znajdziecie ich, prawda? Zadzwońcie do szkoły…

– Powiem ci szczerze – Żenia z lekkością przechodzi na ty – nie będziemy ich szukać. I do szkoły też nie będziemy dzwonić. Trudno tu cokolwiek udowodnić, a nawet jeśli, maksimum, co dostaną, to mandat. Auto wyczyść i postaw przy bramie szkoły. I sam je poobserwuj. Zobaczysz, kto to zrobił, wetknij mu to gówno w gębę, aż się udławi.

Z faksu wychodzi wydruk. Dyżurny czyta i siarczyście klnie. Wpycha mi pod nos:

– Patrz!

Z wydruku wynika, że podczas majówki w Moskwie dojdzie do aktu terrorystycznego. Dwóch Inguszów (podane są ich imiona i nazwiska oraz dane paszportowe), poruszając się samochodem (marka, kolor, numer rejestracyjny), wwiozą do stolicy materiał wybuchowy i wysadzą go „w miejscach publicznych”.

Przestraszona pytam:

– Zatrzymacie ich?

W odpowiedzi dostaję wiązankę przekleństw. Oficerowie operacyjni mówią, że podobne wiadomości dostają przed każdym świętem. Z góry wiadomo, że dane są fałszywe, bo prawdziwych terrorystów, o których jest tyle informacji, po cichu zgarnęłaby FSB. Ale w święta na ulicach musi być więcej sił mundurowych niż zwykle. Za taką pracę funkcjonariusze powinni dostawać dopłatę. Centrala jednak skąpi forsy, wysyła więc takie oto faksy. Spodziewany akt terrorystyczny to sytuacja nadzwyczajna, za którą milicjantom nie trzeba dopłacać.

Wezwanie. Pierwszy trup na dziś. Nie ma podejrzenia przestępstwa, więc obecność kryminalistyka nie jest obowiązkowa. Ale operacyjni nalegają, bym pojechała. Jedzie z nami jeszcze nieznajomy mężczyzna w czarnym garniturze.

– Funkcjonariusz?

– Kontraktowy, powiedzmy.

Okazuje się, że młody facet jest pracownikiem zakładu pogrzebowego. To wieloletnia praktyka: dyżurny milicjant nieoficjalnie informuje o każdych zwłokach biuro pogrzebowe i na oględziny wysyła ich agenta. Za każdy taki wyjazd dostaje trzy i pół tysiąca rubli[5].

W drzwiach mijamy się z lekarzami pogotowia. Mieszkanie jest nieźle urządzone. Kobieta, lat czterdzieści, przykryta kołdrą, leży na kanapie.

Jej syn, dwudziestolatek, w towarzystwie kolegów. Wszyscy są nieźle wstawieni. Kiedy matka umierała, pili piwo w kuchni. Chłopak spokojnie opowiada:

– Słyszę, jak woła. Pomyślałem, że znowu się zesrała. Robiła pod siebie już od kilku dni. Ale ona mówi: „Rzygać mi się chce”. Przyniosłem miskę, stoi tam. A potem jakoś tak zachrypła i umarła.

Dokładnie czterdzieści dni temu chłopak pochował ojca. I ojciec, i matka ostro pili.

– No, pomóż ją przewrócić!

Oficer operacyjny bezceremonialnie ogląda ciało. Niedbale narzuca kołdrę. Ręce i nogi zwisają z kanapy. Koleżanka syna wybiega z pokoju. Notujemy: brak śladów gwałtownej śmierci. Wpisujemy do protokołu cechy zmarłej.

– Złe światło. Stażystka, zobacz, jakiego koloru ma włosy.

Podchodzę. Wpatruję się.

– Kasztanowe, farbowane.

– Oczy?

– Szaroniebieskie. Źrenica rozszerzona prawie do granic tęczówki.

– A pachy ma wydepilowane?

– Nie ma takiego punktu w protokole.

Milicjanci śmieją się.

– A ty, okazuje się, jesteś w porządku, nie odpadłaś. Zuch.

Na korytarzu, gdzie już wyległ tłum ciekawskich sąsiadów, kręci się agent z biura pogrzebowego. Ocenił sytuację i zrozumiał, że syn nie ma pieniędzy na opłatę jego pracy. Nagabuje sąsiadów.

– Tyle lat się znaliście. Musicie zrozumieć, że jeśli ją teraz wywiozą do rejonowej kostnicy, przeleży tam minimum parę tygodni do sekcji zwłok. A sekcja zwłok… Szwy robią grube, rzadkie, a na pogrzebach potem dzieją się różne przypadki. Żeby dusza mogła odejść w spokoju, musimy zaopiekować się ciałem…

Dołączamy do protokołu ekspertyzę medyczną. Kobietę wypisali ze szpitala dwa dni przed śmiercią, z zapaleniem płuc i obrzękiem mózgu. Wypisali właśnie na umieranie, by nie psuć sobie statystyk. Za to w dokumentach wszystko wygląda pięknie: „Pacjentka w stanie zadowalającym”.

Nie zdążyliśmy wrócić na komisariat, a już nowe wezwanie. Oficer operacyjny klnie jak szewc do słuchawki.

– Rowerek dziecięcy? Jaki, kurwa, rowerek?! Ochujeliście tam zupełnie?

Potem słucha w milczeniu. Odkłada słuchawkę.

– Jedziemy. Słaboszczakowa to żona funkcjonariusza.

Po drodze wysadzamy zadowolonego agenta zakładu pogrzebowego. Udało mu się podpisać umowę.

Rozmowa przeskakuje na „ciapatych”, których „tylu się porobiło” w milicji. Ciapaty to zło, a współpracownik dobro, bo „swój”. Więc jak się do nich odnosić? Nie wiadomo!

W końcu dojeżdżamy na miejsce. Przy klatce czeka już zmartwiona żona funkcjonariusza.

– Rower synkowi ukradli. Chłopiec ma cztery lata, to był prezent na urodziny! Na korytarzu stał. Sąsiadki mówią, że zabrał pijak z sąsiedniej klatki.

Zarośnięte brudem mieszkanie. Prawie niechodzący, siwy staruszek. Dziecięcy rower leży u niego.

– I po co ci taki rower, dziadku?

– А?

– Rower ci po co? Do jeżdżenia? Na sprzedaż? Babie na prezent?

– Nie wiem. Zobaczyłem, to wziąłem.

 

W sąsiednim pokoju jeden z naszych przeszukuje szafki. Szuka pieniędzy na piwo dla nas. Nie znalazł, klnie.

Długo sprowadzamy dziadka na dół. On, zdaje się, nie rozumie, dokąd go prowadzą, i zaczyna krzyczeć. Jeden z milicjantów wali go pięścią w brzuch. Stary milknie. Z trudem wsadzamy go do samochodu. Po przyjeździe wrzucamy do aresztu.

Około dziewiętnastej idziemy na zakupy. Kupujemy coś do jedzenia i alkohol: piwo, wódkę, koniak. Dziewczyny z dochodzeniówki biorą wino. Na milicyjnym korytarzu butelki głośno brzęczą w reklamówkach. Ale dyżurny też prosił o parę piw. Rozliczamy się i spokojnie przechodzimy.

Dochodzeniówka już zrobiła sałatkę. Rozlewamy wino do kubków.

– Tylko szybciutko – proszą dziewczyny. – Mamy takie urwanie głowy!

Szykują raporty. Norma w dochodzeniówce to czterdzieści spraw karnych miesięcznie przekazanych do sądu. Jeśli się nie uda, nie będzie premii. Dziewczyny mówią, że z siedmiorga pracowników wydziału tak naprawdę pracuje troje. I ta trójka siedzi w robocie już od czterech dni, do domu wychodzą tylko po to, żeby się wykąpać i przebrać. Na parapecie stoją puszki po red bullu.

– Omówmy marcową sprawę, dopóki wszyscy są, co?

„Marcowa sprawa” przyprawia o ból głowy cały komisariat. 8 marca do jednej dziewczyny przyszło z życzeniami dwóch mężczyzn. Pokłócili się o nią, a kłótnia zmieniła się w bójkę. Skutek: rany kłute. Ranny twierdzi, że rywal rzucił się na niego z nożem. Rywal twierdzi, że wyjął nóż tylko po to, by przestraszyć awanturnika i tym sposobem zakończyć bójkę. Ale tamten zaczął się szarpać i sam się nadział.

Milicję wezwano dopiero 9 marca. Do tego czasu kochliwa dziewczyna zdążyła już umyć w mieszkaniu podłogę, stoły i ściany. Noża nie znaleziono. Świadków bójki nie było – przestraszona kobieta wybiegła z pokoju. Charakter rany kłutej pasuje do obu wariantów wydarzeń. Wydawałoby się, że to klasyczny „wisielec”. Ale pojawili się forsiaści krewni rannego. I sprawa nabrała tempa. Funkcjonariusze znaleźli odpowiedni nóż, który zastąpił narzędzie przestępstwa, sfalsyfikowali odciski palców. Wykombinowali świadka. Protokół oględzin miejsca zdarzenia przepisywali pięć razy. Jednocześnie operacyjni „pracowali” nad zatrzymanym. Ten jednak uparcie nie przyznaje się do winy.

„Marcowa sprawa” w slangu funkcjonariuszy nazywa się „zerową”, czyli całkowicie wyssaną z palca. Inne, niezerowe sprawy też najczęściej wymagają korekty przed przekazaniem do sądu. W mojej obecności kryminalistyk podpisuje stos czystych na razie protokołów oględzin miejsca zdarzenia.

– A teraz upijemy się, jak należy!

Oksana, farbowana blondynka obwieszona złotem, po raz kolejny opowiada, że najdalej za pół roku przeniosą ją do inspekcji podatkowej:

– Mój wujek, wiecie, awansował na zastępcę w Moskwie. Obiecał pomóc.

Wszyscy uważnie słuchają, nie przerywając. O pracy w służbie podatkowej marzy niemal każdy milicjant.

Wbiega współpracownik z wytrzeszczonymi ze strachu oczami:

– Szkłowski idzie!

Szkłowski to szef dochodzeniówki. Wyrobionym ruchem milicjanci chowają szklanki za nóżki krzeseł. Jeden z chłopaków wsuwa butelkę pod kurtkę. Wszyscy w pośpiechu odpalają papierosy. Zaczynają opowiadać dowcipy.

Szkłowski, niewysoki tęgi mężczyzna, wchodzi do pokoju:

– Bawimy się?

Stoi pośrodku i niemiło się uśmiecha. Wszyscy oprócz Oksany kierują się do wyjścia. Za drzwiami krzyk:

– Zawalasz normy! Całkiem! Zwolnię cię, zanim zdążysz się przenieść do tego swojego podatkowego raju!

Po paru minutach Oksana wybiega cała we łzach. Wkrótce wychodzi zadowolony z siebie Szkłowski:

– Co się tak patrzysz, stażystko? Szkoda ci jej?

– Szkoda.

– Ty się nad nią nie lituj. Zapierdziela niby bez snu i odpoczynku! Miesiąc, kurwa, nic nie robiła, tylko siedziała na dupie. Podatkowa służba, kurwa mać.

Wciąż wściekły Szkłowski wysyła mnie i oficera operacyjnego Żenię na przesłuchanie ulicznego dilera narkotyków. Praca konwojentów na przesłuchaniu nie należy do przyjemnych i Szkłowski dobrze o tym wie.

Przed pokojem przesłuchań bawi się towarzystwo, dwóch chłopaków i dziewczyna. Piją piwo i drinki w puszce, słuchają muzyki z telefonów.

– To nasi stali świadkowie – wyjaśnia Żenia.

Stali świadkowie to ci, których przyłapano na jakichś drobiazgach. Są jeszcze wolontariusze fanatycy, ale tych jest niewielu.

Na chwiejnych nogach podchodzi do nas pijany chłopak. Patrzy nam w oczy:

– Przecież ja się z tym dilerem znałem. Kumplowaliśmy się. Potem poszedł siedzieć za narkotyki. Skurwił się, na złą drogę wstąpił, rozumiesz? O kolegach zapomniał. A dziś przychodzę, a jego już wzięli. Widział mnie, kiedy gliny nad nim pracowały. Myśli teraz, że donoszę na niego.

– Przecież donosisz – leniwie rzuca Żenia. – Ty nam go wydałeś.

– A co mogłem zrobić? No co ja mogłem zrobić? Był moim kolegą. Wszyscy jesteście! Jesteście…

– Idź stąd. No już!

Donosiciel odchodzi.

Zmieniamy poprzedni konwój, zajmujemy pozycje przy drzwiach. W pokoju już trwa przesłuchanie. Diler, chłopak około trzydziestki, ma zaspane oczy. Ręce w kajdankach, kajdanki brzęczą, gdy bezskutecznie usiłuje rozmasować nadgarstki. Palce ma długie i szczupłe, całe w świeżych siniakach. Obok siedzi malutka brunetka z dochodzeniówki z puszką red bulla i niemłody, zmęczony adwokat. Adwokat jest z urzędu.

– Nacisk na mnie wywierali. Moralny – cicho mówi „złoczyńca”. – Milicjanci sami napisali zeznania. Powiedzieli: „Jak podpiszesz, będziesz odpowiadał z wolnej stopy”.

– To poważne naruszenie – komentuje adwokat.

– Ale czego pan go broni? – uśmiecha się śledcza. – Przecież wszystko już jest jasne: niewinny by nie podpisał.

– U was nie można nie podpisać – uśmiecha się adwokat w odpowiedzi.

– No ja bym, na przykład, nie podpisała – upiera się śledcza. I zwraca się do zatrzymanego: – Milicjanci mogą ci obiecać gruszki na wierzbie, ale i tak o wszystkim zadecyduje sąd. A poza tym skąd wiesz, że to rzeczywiście byli milicjanci? Znasz ich nazwiska?

– A w grudniu, swoją drogą, jednego z waszych wsadzili. Za wymuszanie zeznań – mówi zamyślony adwokat.

– A w styczniu zabili Markiełowa[6] – odparowuje śledcza. – Pracujemy czy pierdzielimy?

– Nie mogę mówić – zaczyna nieoczekiwanie słabym głosem „złoczyńca”.

– Odmawiamy, znaczy się?

– Nie. Dajcie mi wody.

Duszkiem wypija pół litra bonaquy.

– Ile nie piłeś? – pyta adwokat.

Okazuje się, że „złoczyńca” nie pił, nie jadł, nie korzystał z toalety, od kiedy go tu przywieziono, czyli od czternastej.

– Ochujeliście? – interesuje się spokojnie adwokat. – A jak coś mu pęknie?

Eskortujemy chłopaka do toalety. Nalewamy jeszcze wody do butelki. Mam w kieszeni ciastko, daję „złoczyńcy” w drodze powrotnej. Łapczywie zjada, oblizuje dłonie. Żenia jest w szoku:

– Pojebało cię, stażystko?

Wzywamy świadków na konfrontację. Śledcza klnie, ich zeznania są dosłownie takie same. Poprawia.

Świadkowie opuszczają wzrok i odpowiadają długo i mętnie na pytania. Teraz zeznania się nie zgadzają. Adwokat się ożywia:

– Widziałeś, jak się odbywał zakup kontrolowany? Na własne oczy widziałeś?

– Nie – cicho przyznaje świadek. – Nie widziałem.

– Nie widział!

– Co, co? – pyta ponownie śledcza i patrzy wprost na swojego stałego świadka. Tamten mamrocze coś niezrozumiałego.

– Nie widział. Przecież powiedział, że nie widział.

– Jak nie widział, jeśli widział? Po prostu wszyscy jesteśmy już zmęczeni. – Odczytuje zeznania spisane jak przez kalkę. – Potwierdzasz?

– Potwierdzam.

Eskortujemy „złoczyńcę” z powrotem do aresztu.

W dyżurce poprawiają statystyki dnia przed wysłaniem do okręgu, dopisują protokoły.

– Sań, daj mi świadków – prosi drugi dyżurny, Dima.

Z notesu z nazwiskami przepisują dane do raportów oględzin. W sądzie te martwe dusze potwierdzą potrzebną wersję śledztwa.

– A ten twój narkos ma rodzinę?

– Matkę, zdaje się.

– Przesłuchano go już? To zadzwoń do niej.

Dzwoni:

– Pani syn jest u nas. Zatrzymany. Może pani podejść, tylko szybko, bo już niedługo go zabierają.

I z miejsca wypełnia dokument: „W związku z brakiem krewnych w Moskwie zapewnienie zatrzymanemu bielizny i ubrań na zmianę odpowiednich do pory roku nie jest możliwe”.

– Przedzwońmy do matki – proponuję. – Powiemy, by przyniosła ciuchy na zmianę.

Milicjanci się śmieją.

– To standardowa procedura, stażystko – mówi porucznik Dima. Wypełnia się dla wszystkich. Półszeptem dodaje: – Nie myśl o tym, nawet się nie zastanawiaj. Bo zwariujesz.

Po kwadransie przybiegła matka. Konwojujemy ją do pokoju spotkań z rodziną.

Za pięć minut pojawia się „Szeherezada” – dyżurna z moskiewskiej milicji, odpowiadająca za przewóz „jeńców”. Wysoka, czarnowłosa, przepiękna dziewczyna w waciaku pali papierosy, skarży się na urwanie głowy: kwartalne raporty i że wszyscy jak zwariowani łapią „złoczyńców”. Zabiera „jeńca”.

Szykujemy kolację. Kroimy kiełbasę na stole, rozcieńczamy koniak colą.

Święta tuż-tuż i mundurowi z przejęciem opowiadają o swoich dodatkowych zajęciach zarobkowych. W milicji na niskim stanowisku nie wyżyjesz nawet z łapówek. Wasia z operacyjno-śledczego między dyżurami pracuje w kwiaciarni jako florystka. Opowiada, że najładniejsze duże bukiety komponuje się ze śmieci, czyli kwiatów, których osobno nikt by nie kupił. Najpopularniejszym sposobem na dorabianie jest praca w ochronie. Prawie każdy marzy o zmianie milicyjnej roboty. Największe, lecz nieosiągalne marzenie to służba podatkowa albo urząd celny. Dima, który służy w milicji już od siedmiu lat, dzieli się ciepłymi wspomnieniami:

– Na jednej budowie Tadżycy pracowali. I wyrywali torebki kobietom. Regularnie. Każdej nocy jedna, dwie do nas przychodziły. A my nie mogliśmy złapać tych wszystkich ciapatych. Przełożony truł dupę. Aż pewnego pięknego dnia po dyżurze przebraliśmy się w cywilne ciuchy, zawołaliśmy kolegów, wzięliśmy pałki i spuściliśmy im porządny wpierdol. Rozpełzli się po tej budowie jak karaluchy. I to był koniec, żadnego przestępstwa w tej okolicy już nie popełnili.

Koledzy rechoczą z aprobatą. Dima kontynuuje:

– To jeszcze nic. Dwa lata temu staliśmy na moście w kordonie. Wizytował nas jakiś pułkownik z okręgu. Ciągle to, śmo: jak źle wyglądamy, jakie barany jesteśmy. Listopad, śnieg wali, ale rzeka jeszcze nie zamarzła. I w tym momencie z mostu skoczyła dziewczyna. Jeszcze byłem w szoku, ale już w biegu zrzucałem z siebie ubrania. Ten dupek dowódca krzyczy coś. A ja z rozpędu do wody. Myślałem, że serce mi stanie. Płynę z całych sił, a jej już nie ma. Zanurkowałem, a zimno takie, że w oczy pali, prawie nic nie widać. Znalazłem ją jednak. Nie oddychała. Wywlokłem za włosy. Na asfalcie położyłem – i runąłem obok. Zawieźli nas do szpitala. Mówią, że przeżyła, ale pewności nie mam, bo do mnie ani razu nie przyszła na salę, może się krępowała. Dostałem naganę za to, że rzuciłem broń na ziemię i nie słuchałem poleceń starszego rangą. Premię zabrali.

Milczymy.

– To moje naj-najlepsze wspomnienie – mówi Dima.

Milicjanci, chichocząc, wyciągają woreczek z trawą. Wysyłają mnie do kryminalistyków, żebym wyżebrała folię. Z pustej butelki robią fajkę wodną.

– Nie boicie się?

– A dobra tam, wszyscy jesteśmy ludźmi.

Z pobliskimi dyżurkami jest umowa, by uprzedzać się wzajemnie o wyjeździe inspektorów. Funkcjonariusze przy telefonach coś do nas mówią, ale nie słyszymy. W końcu najbardziej trzeźwy z nas dociera do aparatu i zaczyna rechotać do słuchawki. Natychmiast mu wtórujemy.

– Znowu się tam naćpaliście, kurwy? – wrzeszczy głos w słuchawce. – Przyjmujcie zgłoszenie!

Szczerze staramy się zapisać nazwę ulicy. Nie wychodzi. Nikt nigdzie nie jedzie. Wleczemy się z Dimą do holu, gdzie wisi tablica. List ministra spraw wewnętrznych Raszyda Nurgalijewa do funkcjonariuszy milicji wydaje się niesamowicie, fantastycznie wręcz, zabawny. Konamy ze śmiechu.

Po paru godzinach nieprzerywanego ubawu kładziemy się spać w dyżurce na kanapach. Najtrzeźwiejszy ma czuwać przy telefonie. Budzą nas niemalże od razu. Przy okienku dyżurki stoi szykowna blondynka w eleganckim kostiumie. Właśnie została zaatakowana na swojej klatce schodowej. Skradziono jej torebkę. Jest niezwykle spokojna.

– Torebka to nic, phat, przepraszam, że tak się wyrażę. Ale tam jest mój paszport, a za dwa dni wylatuję. Czy na jutro zdołam wyrobić nowy?

– No chyba tylko jeśli zadzwoni pani do generała Pronina na komórkę.

– Do Władimira Wasiljewicza? Kończy naradę o dziesiątej, tak?

Okazuje się, że stoi przed nami menedżerka firmy córki Gazpromu. Porsche cayenne podwozi nas do miejsca przestępstwa. Gdy podjeżdżamy do bloku, milicjanci się krzywią:

 

– Eee… Przydałoby się pani mieszkanie zmienić.

– Dlaczego?

– Tu w sąsiedniej klatce ciapaci narkotykami handlują. Gdy potrzebne im są pieniądze, atakują okolicznych mieszkańców. Pani nie jest pierwsza. Trzeba zmienić mieszkanie.

– Indeed, będę musiała. Dziękuję za radę.

Nie pyta, dlaczego nie można po prostu aresztować handlarzy narkotyków.

Wracamy o siódmej rano.

Na podłodze aresztu leży chłopak z zakrwawioną głową i wytrzeszczonymi oczami wariata. Dwa tygodnie temu dostał dwa lata w zawieszeniu za rozbój. A dzisiaj się upił i doszczętnie rozbił pałką szyby w dziewięciu samochodach. Zgarnęli go podczas tłuczenia dziesiątego auta. Wyrywał się milicjantom, więc oberwał.

– Po co to zrobiłeś? – pyta nagle Dima, przykucnąwszy przy „klatce”. – No, Zwiejczik, po co to zrobiłeś?

– Po chuj.

– Przecież narzeczoną masz. Pójdziesz do więzienia, Zwiejczik. Zdechniesz tam.

– I chuj.

Dima biegnie do dyżurki po klucze i gorączkowo zaczyna otwierać „klatkę” – z widocznym zamiarem dołożenia Zwiejczikowi. Dyżurny go przyhamowuje:

– Procedury nieskończone. Jego i tak raczej nie wezmą… A w ogóle to co ci zależy? Krewny twój czy co? Co się tak wkurwiłeś? Czysta chuliganka, zuch. Zwiejczik, gościu, dawaj tak dalej, podnosisz nam wykrywalność!

Na twarzy Zwiejczika rozciąga się pijany uśmiech.

Za oknem robi się jasno.