Przyszło nam tu żyćTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

W serii ukażą się m.in.:

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Jelena Kostiuczenko
Przyszło nam tu żyć
Reportaże z Rosji
Przełożyła Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Na książkę składają się reportaże z tomu Nam zdiesʹ żytʹ, Moskwa 2015 oraz reportaże prasowe Autorki

Wybór reportaży Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Anna Artemeva / Novaya Gazeta

Copyright © by Elena Kostyuchenko, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation and Rosyjska szkoła reportażu według Jeleny Kostiuczenko by Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Magdalena Jakubowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Mapa d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-965-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rosyjska szkoła reportażu według Jeleny Kostiuczenko

I

Zabijecie go sami albo my to zrobimy. Decyzja należy do was

Od świtu do świtu

Chłopcy z drogówki

Życie w gnieździe

II

Mój syn zginął pod Moskwą

Płyty nagrobkowe

Kroniki miejskie Kolczugina, czyli co się zdarzyło przy wiecznym ogniu

III

Bogowie bagien nikomu nie pozwolą odejść

Szpital

W Kamyszynie czekają na świętą inkwizycję

Sny Biesłanu

IV

Życie obok pędzącego sapsana

Wyklęty powstań, ludu ziemi

Dziękujemy, że zabieracie nam pracę

Trasa

Przyszło nam tu żyć

V

Pół roku wojny na ulicy Pokoju

Pani mąż dobrowolnie poszedł pod obstrzał

Źródła tekstów

Przypisy

Kolofon

Rosyjska szkoła reportażu według Jeleny Kostiuczenko

„Wszystko zrobiłem, jak trzeba! Mówię mu: »Chłopie, dziesięć procent twoje«, on na to: »Prawo jazdy proszę«. I po prostu mi je zabrał! Co to za bezprawie? Co się teraz na drogach wyprawia?”

Kierowca czarnego lexusa był autentycznie oburzony – milicjant, na którego trafił, zamiast najzwyczajniej w świecie wziąć łapówkę i przymknąć oczy na łamanie przepisów, zastosował się do kodeksu drogowego. Tym samym złamał niepisane zasady.

A te są proste:

„Wszyscy wiedzą, że bierzemy pieniądze. I kierowcy sami nam dają. Każdy to akceptuje, bo tak naprawdę każdy kradnie po trochu. I nikomu się nie chce przestrzegać prawa. To jest prawdziwy świat. A my po prostu przestrzegamy tej… tej… umowy społecznej”.

To mówił Jura. Uczył stażystkę Lenę, z którą patrolował nocną Moskwę, „etyki” pracy w służbie publicznej. Lena wszystko skrzętnie zapisała. Tak powstał reportaż Chłopcy z drogówki.

To nie była pierwsza wcieleniówka Jeleny Kostiuczenko. Rok wcześniej pracowała – tym razem jako stażystka kryminalistyki – w jednym z moskiewskich komisariatów. Wszystko po to, by przyjrzeć się od środka jednej z najbardziej kontrowersyjnych struktur w Rosji – milicji (od 2012 roku – policji).

 

Jelena Kostiuczenko wejdzie w każdą szczelinę rzeczywistości. Sprzątała moskiewskie ulice razem z gastarbeiterami z Azji Centralnej, których mieszkańcy Moskwy starają się omijać wzrokiem (Dziękujemy, że zabieracie nam pracę). Dotarła tam, gdzie nie był jeszcze żaden dziennikarz (Pół roku wojny na ulicy Pokoju). Pokazała historie, którymi żyła cała Rosja, w zupełnie nowym świetle (Kroniki miejskie Kolczugina).

Miała piętnaście lat, gdy w kupionej przypadkiem „Nowej gaziecie” natknęła się na reportaż Anny Politowskiej o dzieciach z Czeczenii. I klamka zapadła: dwa lata później przyjechała z Jarosławia do Moskwy studiować dziennikarstwo i od razu skierowała się do redakcji „Nowej”. Od tej chwili opowiada „ludziom o ludziach, maksymalnie uczciwie i interesująco, by dać głos każdemu, kto tego potrzebuje”. Skraca dystans między sobą a bohaterami, nawet jeśli ci nie budzą sympatii, jak skorumpowani „chłopcy z drogówki”.

– Dziennikarz nie ma prawa do moralnej oceny. Moralność jest jak religia, im więcej o niej mówisz, tym mniej jej zostaje.

Jelena nie ocenia. Nie patrzy z góry. Współodczuwa. Współistnieje. Pisze tak, byśmy sami wyciągali wnioski. Każdy swoje. Jest niemal transparentna.

– Autor to najmniej interesujący bohater reportażu – tłumaczy.

Kostiuczenko uprawia dziennikarstwo bezkompromisowe.

– Dyktafony powinny być dwa, jeden na stole, drugi w kieszeni. To wszystko, co mam do powiedzenia o etyce dziennikarskiej – powtarza.

Szukała przemycanych pod osłoną nocy z Donbasu ciał rosyjskich poległych na wojnie, do której Rosja uparcie nie chce się przyznać (Pani mąż dobrowolnie poszedł pod obstrzał). Badała historię jednej z najbardziej brutalnych rosyjskich mafii (Przyszło nam tu żyć). Za reportaże i artykuły śledcze była wielokrotnie wyróżniana. W 2013 roku zdobyła Nagrodę im. Gerda Buceriusa „Wolna Prasa Europy Wschodniej”.

Pokazuje Rosję od trzewi. Chyba jeszcze nikt nie opisał rosyjskiego systemu z tak bliskiej perspektywy. Z takim talentem i wyrozumiałością dla ludzi, trybików tej machiny. Milicjanci preparują dowody, wymuszają fałszywe zeznania, przetrzymują w areszcie („Nie myśl o tym, nawet się nie zastanawiaj. Bo zwariujesz” – radzi Lenie starszy stopniem kolega). Jednocześnie nałogowo oglądają seriale o naginających zasady, lecz sprawiedliwych glinach, którzy z oddaniem służą swojemu społeczeństwu. Takimi bowiem chcieliby się widzieć (Od świtu do świtu).

Bohaterowie reportaży Jeleny Kostiuczenko tęsknią za porządkiem świata, lecz otacza ich chaos, trwoga, gęsty jak smoła bezsens. Niektórzy z nich są gotowi wstrzykiwać w ciało dezomorfinę pomieszaną z kretem do toalet dla dwudziestu minut nieistnienia, gdy „pozostaje tylko poczucie, że wszystko na świecie jest tak, jak powinno” (Życie w gnieździe).

Opisywani przez Jelenę ludzie wierzą, że światem rządzą potężniejsze od człowieka siły (Trasa). Że greckie Mojry plotą ich los z tego, co akurat mają pod ręką (Życie obok pędzącego sapsana). Walczą o lepszą przyszłość dla siebie i bliskich, ponoszą klęskę za klęską, ale znowu wstają (W Kamyszynie czekają na świętą inkwizycję). Przemoc jest jak chleb powszedni. Cierpią z jej powodu wszyscy, prawie wszyscy są również jej sprawcami.

Jelena Kostiuczenko jest także aktywistką LGBT. W pierwszym reportażu w tej książce oddaje głos homoseksualiście z Czeczenii, któremu cudem udało się uciec przed śmiercią (Zabijecie go sami albo my to zrobimy. Decyzja należy do was). Z jego słów można wyczytać, do czego prowadzą nienawistne słowa o „tęczowej zarazie”.

Książka Jeleny Kostiuczenko jest nie tylko o Rosji. To diagnoza źle działającego świata, gdzie zanikają społeczne więzi, ludzka solidarność i mechanizmy wzajemnego wsparcia. Gdzie państwo nie chroni słabych. Gdzie zamiast prawa jest prawo pięści. Świata, w którym „przyszło nam żyć”.

Serdecznie dziękuję doktor Natallii Yaumen za konsultacje językowe.

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz


I

Zabijecie go sami albo my to zrobimy. Decyzja należy do was
16 kwietnia 2017

Rosyjska Sieć LGBT niesie pomoc homoseksualistom prześladowanym w Czeczenii. Pracownicy organizacji uruchomili gorącą linię i starają się wywozić ofiary za granicę lub przynajmniej poza Republikę Czeczeńską. O antygejowskiej kampanii pisała „Nowaja gazieta”. Według jej dziennikarzy w Czeczenii zatrzymano ponad sto osób. Trzy z nich zostały zamordowane. Ludzie są przetrzymywani w tajnych więzieniach, gdzie torturami wydobywa się od nich informacje o innych homoseksualistach.

13 kwietnia „Nowaja gazieta” wydała oświadczenie, że „po publikacji o prześladowaniach gejów redakcja ma poważne obawy o bezpieczeństwo nie tylko konkretnych dziennikarzy, ale wszystkich swoich pracowników bez wyjątku”.

Oto monolog homoseksualisty, który uciekł z Czeczenii. Na prośbę mojego bohatera nie podaję imienia ani szczegółów, które pozwoliłyby odkryć jego tożsamość i miejsce aktualnego pobytu.

Jestem gejem. Ale nie takim, że zaraz muszę o tym wrzeszczeć na prawo i lewo. Nawet żona nie wie. Czwarte dziecko w drodze. Tylu krewnych i żaden nie ma pojęcia. Żyję normalnym życiem. Ale jeśli nadarzy się okazja, oczywiście nie odmówię. Potrzebuję tego. Nie sądzę, by to była moja wina. Może natura, może choroba.

W naszej republice nikt nie chodzi w piercingu czy z długimi włosami. Ludzie nie pokazują swojej orientacji. Powiedziałabyś, że jestem gejem? U nas każdy tak wygląda. Wielu gejów założyło rodziny. Właściwie to rodziny mają wszyscy. Nikt się z tymi sprawami nie afiszuje. Nie publikujemy swoich zdjęć na portalach randkowych. Nie znamy swoich imion, nie wiemy, gdzie ten drugi mieszka ani gdzie pracuje. Używamy pseudonimów, co stwarza duże trudności. Szuka cię ktoś, ale dla niego jesteś Mus, a w rzeczywistości masz na imię Said. Tak to u nas jest.

Miałem dobrą pracę, nieźle zarabiałem, czułem się pewnie. Miałem przyjaciela, też był gejem. Widywaliśmy się bardzo rzadko. Mieliśmy jeszcze jednego wspólnego znajomego. Nie wiem, czy tych dwóch coś łączyło. Inni ludzie widzieli, jak oni do mnie podchodzą, że rozmawiamy. A później ten nasz wspólny znajomy poznał mnie ze swoim kuzynem. Tego kuzyna wkrótce zatrzymano, już nie pamiętam za co. Najwyraźniej przy tej okazji przejrzeli jego telefon. Po zapisanych kontaktach domyślili się, że jest nietradycyjnej orientacji. W ten sposób doszli i do mnie.

Zadzwonił policjant: „Gdzie jesteś? Ubieraj się w try miga, jedziemy po ciebie”. Schowałem telefon, wziąłem ze sobą inny, na którym nie było podejrzanych numerów. Wyszedłem, a oni już stali pod drzwiami.

W samochodzie musiałem siedzieć zgięty wpół, by nie widzieć, dokąd jedziemy. Natychmiast pomyślałem, że wzięli mnie za TO [homoseksualizm][1]. Przejrzeli mój telefon, ale niczego podejrzanego nie znaleźli.

Zabrali mnie do piwnicy. Tam za grubymi drzwiami panowała straszna wilgoć. Było mi bardzo ciężko. W środku siedział aresztowany wcześniej chłopiec – krewny mojego znajomego. A tego znajomego już wypuścili – za to, że nas zakapował.

Przez pierwsze kilka godzin bili. Zrobił mi się od tego krwiak, o tutaj. Połamali mi żebra. Potem razili mnie prądem. Mieli taką specjalną zwojnicę ze spinaczami na uszy albo dłonie. I zaczęło się. Wytrzymałem fizycznie. Ale psychicznie wytrzymać było znacznie trudniej. Mówią, że rana od uderzenia nożem w końcu się zagoi, ale od uderzenia słowem – nigdy. Zniszczyli mi psychikę. Szukali numeru mojego przyjaciela, ale w komórce, którą miałem przy sobie, niczego nie znaleźli. Tłumaczyłem, że wszyscy, do których mam telefon, to moi krewni, sąsiedzi, znajomi. „Przecież mam rodzinę!” – powtarzałem. Mówiłem im: „Jeśli naprawdę jestem gejem, przyprowadźcie człowieka, który twierdzi, że był ze mną. Przysięgnę wówczas na wszystko, że to nieprawda”.

I przysiągłbym.

Chłopak, z którym siedziałem, był atletą. Przystojny, fajny facet. Też się nie poddał, nic im nie powiedział. Ale krzyczał tak strasznie [gdy go bili]. Radziłem mu więc: „Wymyśl coś, powiedz im coś na odczepnego”. Bo tak bardzo go bolało.

Trzymali nas w wielkiej piwnicy podzielonej na wiele pomieszczeń. Słyszeliśmy wszystko, ale nic nie widzieliśmy. Spędziliśmy tam tydzień. Nie karmili nas. Głodowaliśmy. Nawet wody nie dawali. Na szczęście pozwolili się modlić. Dzięki temu mogłem chodzić do toalety, by się obmyć, a wtedy szybko piłem wodę z kranu.

W Groznym był taki jeden facet, ikona stylu wśród miejscowych gejów. Pięknie się ubierał. Oczywiście wszyscy hetero, którzy go widzieli, domyślali się [że jest gejem], ale pewności nie mieli. Wojskowy, który mnie przesłuchiwał, najwyraźniej już od dłuższego czasu zbierał o nim informacje. Ale brakowało dowodów. Znaleźli tego faceta, przyprowadzili na moje przesłuchanie. „Znasz go?” – spytali. Dobrze, że pokazali nas sobie. Odpowiedziałem: „Nie znam”. Ten facet to usłyszał i zdał sobie sprawę, że go nie wydam. Powiedział, że też mnie nie zna. Zaczęli go okłamywać, że niby zdradziłem im, że jest [gejem]. Ale on na to: „A skąd mam to wiedzieć, ani on mnie brat, ani swat, nigdy go nie widziałem”. Nic na niego nie mieli, puścili go wolno. Wyjechał, mieszka za granicą. Wszyscy nasi mieli szczęście, że udało mu się uciec. Nie ma dzieci, żyje sam dla siebie i nie zniósłby takich tortur.

Kiedy byłem w piwnicy, wojskowi znaleźli adres mojego przyjaciela. Przyszli do niego do domu, ale jego rodzice powiedzieli, że wyjechał do Rostowa. Zaraz też zadzwonili do niego z ostrzeżeniem. Ten natychmiast sprzedał dom za pół ceny i wyleciał za granicę. To nas wszystkich uratowało. Wkrótce zostaliśmy zwolnieni.

Powiedzieli mi, żebym nigdzie nie wyjeżdżał, bo muszę być dostępny w każdej chwili: „Siedź w domu i nikomu ani słowa”. Już dawno planowaliśmy z rodziną przeprowadzkę. I oczywiście gdy tylko wyszedłem, natychmiast zmieniliśmy mieszkanie. Wróciłem do pracy, starałem się żyć normalnie, powoli wszystko wracało do normy, uspokoiłem się. Tylko cały posiwiałem, ludzie nie poznawali mnie na ulicy.

Gdyby moi krewni dowiedzieli się, kim jestem, nie pozwoliliby mnie zabić. Sami by to zrobili. Nie mogliby ścierpieć takiej hańby. Wiedzieli, że mnie zatrzymano, ale nie mieli pojęcia za co. Wypytywali policjanta[2], który mnie zatrzymał. On odpowiedział: „Kazali go przywieźć, ale nie wiem dlaczego”. Krewni lamentowali: „Przecież nie pali, nie pije, nie rozrabia, nic złego nie robi”. W końcu jeden z policjantów powiedział: „Było podejrzenie, że jest gejem”. Krewni na to: „Co z niego za gej, skoro ma rodzinę, to nie może być prawda”.

Ale więcej już mnie nie szukali. Postanowili poczekać, aż sprawa się wyjaśni. Wróciłem do domu i mówię: „Szukali pewnego człowieka, traf chciał, że to mój przyjaciel, więc chcieli przeze mnie do niego dotrzeć”. Wtedy jeden z krewnych wziął mnie na bok i powiedział: „Słyszałem plotkę o tobie, o mało ze wstydu nie umarłem”. Ja na to: „To nieprawda, no jaki tam ze mnie gej? Przecież tak dobrze mnie znasz, to jakiś nonsens”.

Wkrótce potem nastąpiła w Czeczenii fala aresztowań homoseksualistów. Jak do tego doszło? W naszej republice panuje obsesja, już sam nie wiem, jak to inaczej nazwać: zakazano pić wódki. Alkoholu praktycznie nie można kupić – są dwa, trzy miejsca, gdzie być może coś dostaniesz, ale tylko w określonych godzinach. Wszyscy przeszli na tabletki – „liryki”, czyli leki psychotropowe. Wielu się uzależniło. W końcu jednego z naszych zatrzymali z powodu tych pigułek. Zabrali mu telefon, a tam, proszę bardzo – Hornet[3]. Znaleźli zdjęcia. I tak, po łańcuszku, odszukali nas wszystkich. Taka straszna bieda z nieszczęśliwego przypadku.

W miejscowości Cocyn-Jurt trzymali ludzi w starym pułku [to budynek na ulicy Kadyrowa, w pobliżu mostu samochodowego nad rzeką Chułchułau]. Wiem to na pewno. Mój krewny tam pracuje. Oczywiście nie miał o mnie pojęcia. Po prostu zadzwonił do mnie i mówi: „Ty sobie nawet nie wyobrażasz, ilu mamy gejów w Czeczenii!”. Odpowiedziałem: „Geje? Ale jacy geje? W Czeczenii? O czym ty mówisz”. On na to: „Dwieście osób do nas przywieźli. Jest wśród nich nawet taki a taki” – i podaje nazwisko lokalnego celebryty. „Nie może być!” – dziwię się. „No mówię ci. Kazali nam wszystkich wyłapać”. „Ale po co?” – pytam. „Żeby ich zhańbić. Wzywamy potem krewnych, włączamy kamerę i zaczyna się: »Wasz człowiek jest właśnie taki, zróbcie coś z tym albo my to zrobimy. Zabijecie go sami albo my to zrobimy, decyzja należy do was«”. Nagrywa się po to, by został dowód.

 

Złapali wtedy człowieka, którego znałem. Pozwolono mu wrócić do domu. Następnego dnia był już martwy. Znam imiona zabitych przez krewnych. Był jeszcze jeden chłopak, z Polski czy z Niemiec, mógł swobodnie podróżować, to przyjeżdżał, to wracał. Pozytywny człowiek. Kiedy znowu do nas przyjechał, też go zgarnęli. Trzymali czterdzieści dni. Kiedy wyszedł, nogi miał całe czarne od siniaków.

Dlaczego zdecydowałem się uciec z Czeczenii? Zadzwoniła moja dawna sąsiadka: „Wojskowi cię szukali!”. Okłamała ich, że nie ma pojęcia, dokąd się przeprowadziliśmy. Tego samego dnia zabrali mojego znajomego. Zaraz potem wypuścili – okazało się, że nie jego szukają. Usłyszał, jak rozmawiali między sobą, kto następny w kolejce. I padło moje imię. Zadzwonił do mnie, jak tylko wyszedł: „Chowaj się, zniknij, idą po ciebie…”.

Przeraziłem się, zacząłem biegać po znajomych, pytałem, co robić, miotałem się. Nikomu nie wierzyłem. Aż jeden przyjaciel przekonał mnie, że jest takie jedno miejsce, gdzie mogą mi pomóc [infolinia Rosyjskiej Sieci LGBT]. Słyszałem o tym też od innych ludzi, ale bałem się zaufać. Wszyscy są przekupni, a ja mam rodzinę. Muszę żyć – nie ze względu na siebie, ale dzieci, nie mogę ryzykować. W końcu jednak posłuchałem, zaufałem przyjacielowi i tak oto znalazłem się tutaj. Moi rodzice nie wiedzą, gdzie przebywam. Nawet żonie nie powiedziałem. Okłamałem ją, że znajomy zaoferował mi pracę. Powiedziała mi: „Jeśli będzie ci tam tak dobrze, jak mówisz, jedź”.

Dopiero zaczynam odzyskiwać jako taką równowagę, łykam proszki przeciwbólowe i inne pigułki. Bili mnie, ale Bóg z nimi, i tak nic nie powiedziałem. Duchowo… Duchowo oni mnie tam zabili. Powiesiłbym się, ale to grzech. Śpię i się wzdrygam ze strachu. Wychodzę na ulicę i ciągle mi się wydaje, że idą za mną. Boję się dzwonka telefonu. Samochód się zatrzymuje, a ja uciekam jak najdalej. Nie chcę mieszkać nawet w ogromnej Moskwie. Bo oni są wszędzie.

Nie ma dla mnie drogi powrotnej. Wyjeżdżam w nieznanym kierunku i sam nie wiem, co dalej ze mną będzie. Wiem jedno: jeśli się już przeprowadzę, jakoś urządzę, zabiorę do siebie rodzinę. I moje dzieci, a nawet moje wnuki nigdy nie pojadą do Czeczenii. Nie puszczę ich tam, póki będę żył. Tak się o nich boję.

Dzieci są do mnie bardzo przywiązane. Córeczka nie zaśnie, jeśli nie ma mnie w pobliżu. Ona za mną płacze, rozumie pani? A ja nie mogę wrócić do domu.

I za co to wszystko? Chcę spokojnie żyć, jak inni ludzie. Pracować. Jeść, pić. Płacić podatki. Nikogo nie skrzywdziłem. Nikogo o nic nie prosiłem. Całe życie ciężko pracuję, są ze mnie same korzyści. To nie moja wina, że jestem gejem. Nie organizuję parad, nie drażnię tych, którzy sobie tego nie życzą. Nie należy się z tym afiszować. Ale jeśli ktoś już się taki urodził, sądzę, że nie powinno się go zabijać, tylko mu jakoś pomóc. Umieścić w szpitalu. Może jest na to jakieś lekarstwo. Albo po prostu – zaakceptować.