Nic bez ryzyka

Tekst
Z serii: Thriller
Z serii: William Warwick #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nic bez ryzyka
Nic bez ryzyka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Nic bez ryzyka
Audio
Nic bez ryzyka
Audiobook
Czyta Filip Kosior
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jakieś pyta­nia, War­wick? – rzu­cił Hawksby.

– Tak, sir – powie­dział Wil­liam. – Teraz wiemy, że ten obraz Rem­brandta, który uwa­ża­li­ście za ory­gi­nał, w rze­czy­wi­sto­ści jest kopią.

– O co ci cho­dzi? – spy­tała Jac­kie, wciąż bole­śnie odczu­wa­jąca swoją pomyłkę.

– Ktoś musiał nama­lo­wać tę kopię.

– Może Faulk­ner? – pod­su­nął Lamont. – W końcu stu­dio­wał sztuki piękne.

– Jeżeli wie­rzyć opi­nii nauczy­cieli Slade o jego talen­cie – to nie. Co nie zna­czy, że nie mógł znać arty­sty, który by potra­fił to zro­bić. Może stu­dio­wali w tym samym cza­sie w Slade.

– Jeżeli tak – rzekł Lamont – to jesteś odpo­wied­nim czło­wie­kiem, żeby zna­leźć tę osobę.

– Zgoda – powie­dział komen­dant Hawksby, spoj­rzaw­szy na zega­rek. – Czy masz wię­cej pytań, War­wick?

– Tylko jedno, sir. Jak ta kopia do was tra­fiła?

– Udało nam się prze­ko­nać miej­sco­wego sędziego pokoju, że mamy powody, aby przy­pusz­czać, że Faulk­ner posiada ważne dzieło sztuki, które zostało skra­dzione z Fit­zmo­lean. Pod­pi­sał nakaz rewi­zji i zro­bi­li­śmy nalot na dom Faulk­nera w ten sam dzień wie­czo­rem. Dopóki się nie poja­wi­łeś, sądzi­li­śmy, że zgar­nę­li­śmy całą pulę.

– Czy będąc w jego domu, mie­li­ście szansę obej­rzeć kolek­cję?

– Tak – odparł Lamont – i żad­nego z obra­zów nie było na naszej liście zagi­nio­nych, a Faulk­ner oka­zał dowody zakupu wszyst­kich pozo­sta­łych płó­cien.

– Zatem rein­we­stuje nie­uczci­wie zdo­byte pie­nią­dze w dzieła sztuki, co umac­nia mnie w prze­ko­na­niu, że nie znisz­czył Rem­brandta.

– Lepiej się nie zakła­dać – powie­dział Hawksby, zamy­ka­jąc teczkę. – Zaj­mijmy się aktu­al­no­ściami. Nie muszę wam przy­po­mi­nać, że nie tylko w tej spra­wie pro­wa­dzimy docho­dze­nie, więc nie zanie­dbuj­cie pozo­sta­łych, które pokry­wają się kurzem na waszych biur­kach. I tak mam trud­no­ści z uza­sad­nie­niem przed komi­sa­rzem dal­szych wydat­ków i kilka wyro­ków ska­zu­ją­cych, nawet lek­kich, mogłoby wzmoc­nić naszą pozy­cję. Ten rząd wydaje się bar­dziej zain­te­re­so­wany mani­pu­lo­wa­niem sta­ty­styką prze­stępstw niż łapa­niem praw­dzi­wych kry­mi­na­li­stów. Wra­cajmy do pracy.

Wszy­scy sie­dzący wokół stołu zebrali swoje papiery i skie­ro­wali się do drzwi. Ale zanim Wil­liam wyszedł z pokoju, Hawksby powie­dział:

– Chciał­bym zamie­nić słówko, War­wick.

Komen­dant odcze­kał, aż zamknięto drzwi, i wtedy prze­mó­wił.

– Wil­liam, wiem, że jesteś bystry, twoi kole­dzy też wie­dzą, że jesteś bystry, więc nie musisz wciąż im przy­po­mi­nać, że to, co w ich mnie­ma­niu było suk­ce­sem, obró­ci­łeś w porażkę. Jeżeli chcesz pew­nego dnia usiąść na tym krze­śle, prze­stań wku­rzać ludzi, z któ­rymi będziesz współ­pra­co­wał. Suge­ruję, żebyś od czasu do czasu pro­sił o rady, a nie wciąż ich udzie­lał. Może powi­nie­neś spę­dzać tro­chę wię­cej czasu w sali do sno­okera, co ci nie przy­nio­sło uszczerbku w Lam­beth.

Wil­liam przy­po­mniał sobie słowa ojca: „Tego faceta nie wolno lek­ce­wa­żyć”.

Cicho wyszedł z pokoju, z opusz­czoną głową. Myślał o sło­wach komen­danta, idąc wolno kory­ta­rzem. Jesz­cze nie zaj­rzał do sali sno­okera w Sco­tland Yar­dzie. Gdy wró­cił do biura, które dzie­lił z kole­gami, stwier­dził, że na biurko rzu­cono mu teczki z dwiema spra­wami. Był w poło­wie doku­men­tów z jed­nej zaty­tu­ło­wa­nej „Chur­chill”, kiedy sta­nęła przy nim detek­tyw sier­żant Roy­croft.

– Jak myślisz, od któ­rej powi­nie­nem zacząć?

– Przy­po­mnij mi – powie­działa Jac­kie.

– Win­ston Chur­chill czy pył księ­ży­cowy?

– Z pyłem księ­ży­co­wym łatwo pój­dzie. Pro­fe­sor z pew­no­ścią nie jest prze­stępcą i szcze­rze mówiąc, pan Under­wood, pod­se­kre­tarz w amba­sa­dzie ame­ry­kań­skiej, reaguje z prze­sadą. Nie chcemy jed­nak incy­dentu dyplo­ma­tycz­nego, więc postę­puj ostroż­nie.

– A Chur­chill?

– Chur­chill to więk­sze wyzwa­nie, ale jak przy­po­mniał Jastrząb, w dzi­siej­szych cza­sach cho­dzi tylko o mani­pu­la­cje sta­ty­styczne, więc zatrzy­maj deli­kwenta i postaw mu zarzuty, cho­ciaż podej­rze­wam, że dosta­nie tylko sześć mie­sięcy w zawie­sze­niu. Przy­naj­mniej odno­tu­jemy jeden wynik wię­cej. Co waż­niej­sze, jestem pewna, że pamię­tasz, że na wła­sną rękę chcesz zna­leźć fał­sze­rza obrazu Rem­brandta, licząc, że dopro­wa­dzi nas do Faulk­nera. Jedna rada, Bill – powie­działa zna­cząco. – Nawet nie myśl, żeby iść do domu, póki nie zga­śnie świa­tło pod drzwiami Hawksby’ego.

– Dzięki – odparł Wil­liam, ponow­nie otwie­ra­jąc teczkę z pyłem księ­ży­co­wym. Po zapo­zna­niu się z wszyst­kimi szcze­gó­łami sprawy musiał się zgo­dzić z Jac­kie, że pro­fe­sor może jest naiwny, może nawet winny, ale z pew­no­ścią nie jest prze­stępcą.

Gdy Big Ben ude­rzył sześć razy, Wil­liam uznał, że jest za późno, żeby tele­fo­no­wać do pod­se­kre­ta­rza w amba­sa­dzie ame­ry­kań­skiej, bo pan Under­wood nie musi cze­kać, aż zga­śnie świa­tło pod drzwiami Jastrzę­bia, by pójść do domu.

7

– Czy może pani mnie połą­czyć z panem Chuc­kiem Under­wo­odem?

– Kto dzwoni?

– Detek­tyw kon­stabl Wil­liam War­wick ze Sco­tland Yardu.

– Spraw­dzę, czy pod­se­kre­tarz jest wolny.

Wil­liam musiał długo cze­kać i już się zasta­na­wiał, czy połą­cze­nie nie zostało prze­rwane. W końcu usły­szał głos:

– Co się stało z sier­żant Roy­croft?

– Ja prze­ją­łem sprawę, sir.

– Czy jest niż­sza szarża niż detek­tyw kon­stabl?

– Tylko prak­ty­kant, sir, któ­rym byłem nie tak dawno temu.

– I znów pan nim będziesz, jeśli nie dostanę z powro­tem mojego pyłu księ­ży­co­wego.

– Pra­cuję nad tym, pro­szę pana, ale muszę zadać panu kilka pytań.

– Znowu?

– Czy na początku rząd ame­ry­kań­ski dał fiolkę z pyłem księ­ży­co­wym pro­fe­so­rowi Fran­ci­sowi Den­nin­gowi z Man­che­ster Uni­ver­sity w pre­zen­cie?

– Tak. Ale pod pew­nymi warun­kami. Wyraź­nie stwier­dzi­li­śmy, że pył ni­gdy nie może być prze­ka­zany nikomu innemu i w żad­nym wypadku sprze­dany oso­bie trze­ciej.

– Czy zostało to wyra­żone na piśmie?

– Z całą pew­no­ścią i na dowód mamy doku­men­ta­cję. A teraz, jak z pew­no­ścią pan wie, nie­jaki dok­tor Keith Tal­bot wysta­wił fiolkę na licy­ta­cję w Sotheby’s.

– Tak, pro­szę pana, wiem o tym. Mam przed sobą kata­log.

– Zatem widzi pan na stro­nie trzy­dzie­stej pierw­szej, przed­miot numer dzie­więt­na­ście, fiolka z pyłem księ­ży­co­wym przy­wie­ziona z misją Apollo 11 przez Neila Arm­stronga.

– Jed­nak zmarły pro­fe­sor Den­ning – powie­dział Wil­liam – zapi­sał fiolkę dok­to­rowi Tal­bo­towi w testa­men­cie.

– Nie była jego wła­sno­ścią, więc nie mógł jej zosta­wić w testa­men­cie, jak to wyraź­nie powie­dzia­łem sier­żant Roy­croft.

– Tak, powie­dział pan. Ale jestem pewien, że pan rozu­mie, że musimy respek­to­wać literę prawa.

– Dzia­ła­jąc w śli­ma­czym tem­pie, jak się wydaje, mimo że nasi praw­nicy są do waszej dys­po­zy­cji.

– Dobrze to wie­dzieć, pro­szę pana, bo nie chcie­li­by­śmy, żeby coś zaszko­dziło spe­cjal­nym sto­sun­kom pomię­dzy naszymi dwoma kra­jami, prawda?

– Skończ pan z tym sar­ka­zmem, War­wick, i zwróć mi pył.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane. Wil­liam obró­cił się na krze­śle i zoba­czył, że Jac­kie śmieje się do roz­puku.

– Kto się czubi, ten się lubi – zakpiła. – Ale Under­wood należy do tych Ame­ry­ka­nów, któ­rzy sądzą, że Wielka Bry­ta­nia to jeden z ich mniej­szych sta­nów. Nie­długo ci przy­po­mni, że Tek­sas jest trzy razy więk­szy od Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa. Jeśli więc nie chcesz dopu­ścić do poważ­nego incy­dentu dyplo­ma­tycz­nego, to lepiej zwróć mu szybko ten pył księ­ży­cowy.

– Rozu­miem – rzekł Wil­liam. – Ale, co rów­nie ważne, jak dostanę bilet na pociąg do Man­che­steru?

– Zgłoś się do Mavis w dziale podróży na par­te­rze. Ale uprze­dzam, jeżeli myślisz, że Under­wood to twardy facet, w porów­na­niu z Mavis to mię­czak. Gdyby to od niej zale­żało, kró­lowa by jeź­dziła drugą klasą, a tacy jak my wrzu­ca­liby szu­flą węgiel do pale­ni­ska loko­mo­tywy.

– Dzię­kuję za ostrze­że­nie.

– Mavis…

– Pani Wal­ters dla cie­bie, młody czło­wieku. Nie możesz mówić mi Mavis, dopóki nie będziesz co naj­mniej głów­nym inspek­to­rem. Zacznij jesz­cze raz.

– Prze­pra­szam – powie­dział Wil­liam. – Pani Wal­ters, potrze­buję …

– Nazwi­sko, sto­pień i wydział?

– War­wick, detek­tyw kon­stabl. Dzieła sztuki i antyki.

– Na co więc pan liczy, młody czło­wieku?

– Że zostanę komi­sa­rzem poli­cji lon­dyń­skiej.

– I na co jesz­cze? – rzu­ciła pani Wal­ters, ale przy­naj­mniej zdo­była się na uśmiech.

– Na bilet powrotny do Man­che­steru.

– Jaki jest cel podróży, młody czło­wieku, i jak długo będzie pan w Man­che­ste­rze?

– Odwie­dzę uni­wer­sy­tet i mam nadzieję, że jed­nego dnia obrócę tam i z powro­tem.

– To trzeba zła­pać pociąg odcho­dzący o siód­mej czter­dzie­ści dwie z Euston, a ostatni pociąg powrotny w dzień robo­czy odjeż­dża o dzie­sią­tej czter­dzie­ści trzy. Jeśli pan się spóźni, spę­dzi pan noc na ławce na dwu­na­stym pero­nie. Ma pan prawo do jed­nego posiłku za cenę nie­prze­kra­cza­jącą dwóch fun­tów i osiem­dzie­się­ciu pen­sów. Może pan zażą­dać zwrotu na for­mu­la­rzu 232, ale będzie mi potrzebne pokwi­to­wa­nie.

Pani Wal­ters zaczęła wypi­sy­wać bilet do Man­che­ster Pic­ca­dilly.

– Jeżeli wybiera się pan na uni­wer­sy­tet, musi pan zła­pać auto­bus numer sto czter­dzie­ści sie­dem. I będzie panu potrzebny para­sol.

 

– Para­sol?

– Widać ni­gdy nie był pan w Man­che­ste­rze.

– Dzień dobry, panie War­wick – powie­działa młoda kobieta w recep­cji. – Nazy­wam się Mela­nie Clore. Jak mogę panu pomóc?

– Sie­dem­na­stego czerwca odbę­dzie się u was aukcja…

– Którą pozy­cję chciałby pan wyco­fać?

– Skąd pani to wie?

– Poli­cja nie odwie­dza Sotheby’s, żeby wysta­wić coś na sprze­daż.

Wil­liam się uśmiech­nął.

– Pozy­cja numer dzie­więt­na­ście. Fiolka z pyłem księ­ży­co­wym przy­wie­ziona przez Neila Arm­stronga w misji Apollo 11.

Panna Clore zaj­rzała do kata­logu.

– Wsta­wiona u nas przez dok­tora Keitha Tal­bota, który oka­zał testa­ment na potwier­dze­nie, że mu zapi­sano ten pył.

– Amba­sada ame­ry­kań­ska dowo­dzi, że to jej wła­sność, i zapo­wiada, że pozwie natych­miast każ­dego, jeśli wysta­wi­cie pył na aukcję.

– A nie zależy nam na tym, prawda, panie War­wick?

– Ja bym się tym nie mar­twił – powie­dział Wil­liam – gdy­bym uwa­żał, że prawo jest po stro­nie dok­tora Tal­bota.

– Nawet jeśli tak jest, to bata­lia sądowa może się cią­gnąć latami.

– Mój szef ocze­kuje, że roz­wiążę tę sprawę w dwa dni.

– Czyżby? Dobrze, jeżeli dok­tor Tal­bot zechce pod­pi­sać stan­dar­dowy for­mu­larz zwrotu, to chęt­nie wydamy fiolkę i pozo­sta­wimy panu prze­ka­za­nie jej Ame­ry­ka­nom. Miejmy nadzieję, że dok­tor Tal­bot nie jest drugą panią Fin­lay Isles.

– Czy mogę spy­tać, kto to taki pani Fin­lay Isles?

– Zaskar­żyła nas w 1949 roku o obraz wart sto fun­tów i wciąż cze­kamy, kiedy sąd zawy­ro­kuje, kto jest pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lem.

– Jak to? – spy­tał Wil­liam.

– To Tur­ner obec­nie wart ponad milion.

Gdy następ­nego ranka pociąg z tur­ko­tem zbli­żał się do Man­che­steru, Wil­liam jesz­cze raz przej­rzał doku­men­ta­cję doty­czącą fiolki z pyłem księ­ży­co­wym, ale nie dowie­dział się niczego nowego.

Myślami powró­cił do skra­dzio­nego obrazu Rem­brandta i zasta­na­wiał się, jak mógłby poznać nazwi­sko arty­sty, który spo­rzą­dził kopię. Był pewien, że aby wyko­nać tak prze­ko­nu­jącą repro­duk­cję, malarz musiał pra­co­wać, mając przed oczami ory­gi­nał. Wciąż trudno było mu uwie­rzyć, żeby ktoś, kto kształ­cił się w Slade, był zdolny znisz­czyć skarb naro­dowy, ale nagle przy­po­mniał sobie słowa Jastrzę­bia: „Z takim wnio­skiem pocze­kaj, aż poznasz tego czło­wieka”.

Wil­liam przej­rzał od początku do końca teczkę z doku­men­ta­cją doty­czącą Faulk­nera. Cho­ciaż nie poka­zy­wał się publicz­nie zbyt czę­sto, to ni­gdy nie opusz­czał pre­miery nowego filmu z Jame­sem Bon­dem. Był rów­nież kolek­cjo­ne­rem pierw­szych wydań ksią­żek Iana Fle­minga. Wil­liam ostat­nio prze­czy­tał w „Daily Mail”, że za mie­siąc w kinie Odeon Leice­ster Squ­are zosta­nie poka­zany po raz pierw­szy Zabój­czy widok. Zasta­na­wiał się, jak mógłby zdo­być bilet. A nawet gdyby mu się udało, nie wyobra­żał sobie, że pani Wal­ters uzna to za uza­sad­niony wyda­tek.

Pomy­ślał o dok­to­rze Tal­bo­cie. Wystar­czył jeden tele­fon, żeby się dowie­dzieć, że o jede­na­stej pro­fe­sor wygłosi wykład w auli wydziału geo­lo­gii. Wil­liam zasta­na­wiał się, jakim czło­wie­kiem jest Tal­bot, uba­wiony myślą, że impe­rium ame­ry­kań­skie rusza do natar­cia na nie­win­nego wykła­dowcę geo­lo­gii z pół­nocy Anglii. Wie­dział, po czy­jej stro­nie leży jego sym­pa­tia. Odło­żył teczkę z powro­tem do aktówki i się­gnął po ostat­nie wyda­nie „RA”, maga­zynu Royal Aca­demy, ale po prze­rzu­ce­niu kilku stron uznał, że to musi pocze­kać do podróży powrot­nej.

Gdy o dzie­sią­tej czter­dzie­ści dzie­więć pociąg wje­chał na sta­cję Man­che­ster Pic­ca­dilly, Wil­liam był jed­nym z pierw­szych pasa­że­rów, któ­rzy oka­zali bilet przy wyj­ściu. Prze­biegł wzdłuż rzędu tak­só­wek do naj­bliż­szego przy­stanku auto­bu­so­wego i usta­wił się w kolejce. Kilka minut póź­niej wsiadł do auto­busu numer 147, któ­rym doje­chał przed główne wej­ście na uni­wer­sy­tet. Skąd pani Wal­ters mogła o tym wie­dzieć? Uśmiech­nął się na widok grupy stu­den­tów wcho­dzą­cych nie­spiesz­nie na kam­pus spa­ce­ro­wym kro­kiem, o jakim cał­kiem zapo­mniał, odkąd wstą­pił do poli­cji. Zapy­tał jed­nego z nich, jak tra­fić na wydział geo­lo­gii, i przy­był tam z kil­ku­mi­nu­to­wym opóź­nie­niem, ale prze­cież uczest­nic­two w wykła­dzie nie było jego celem. Wszedł scho­dami na pierw­sze pię­tro, tyl­nymi drzwiami dostał się do sali wykła­do­wej i dołą­czył do kil­ku­na­stu stu­den­tów przy­słu­chu­ją­cych się w sku­pie­niu dok­to­rowi Tal­bo­towi.

Z miej­sca w ostat­nim rzę­dzie Wil­liam bacz­nie obser­wo­wał wykła­dowcę. Dok­tor Tal­bot był nie­wy­soki, z szopą krę­co­nych czar­nych wło­sów, które nie miały chyba czę­stego kon­taktu z grze­bie­niem czy szczotką. Miał na sobie sztruk­sową mary­narkę, koszulę w kratkę i kra­wat bolo. Długą czarną togę pokry­wał biały pro­szek z pokru­szo­nej kredy. Mówił wyraź­nie, auto­ry­ta­tyw­nym tonem, z rzadka spo­glą­da­jąc w notatki.

Wil­liama tak pochło­nął wywód Tal­bota o tym, jak odkry­cie na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych nie­zna­nych dotych­czas ska­mie­lin osta­tecz­nie oba­liło teo­rię poje­dyn­czego gatunku, że był roz­cza­ro­wany, gdy o dwu­na­stej zabrzmiał dzwo­nek oznaj­mia­jący koniec wykładu. Odcze­kał, aż wyjdą wszy­scy stu­denci i dok­tor Tal­bot zacznie zbie­rać swoje notatki, po czym swo­bod­nym kro­kiem prze­mie­rzył główne przej­ście auli, żeby zmie­rzyć się z arcy­mi­strzem prze­stęp­ców.

Tal­bot pod­niósł głowę i spoj­rzał na Wil­liama zza oku­la­rów ufun­do­wa­nych przez kasę cho­rych.

– Czy ja pana znam? – zapy­tał.

Wil­liam wyjął legi­ty­ma­cję poli­cyjną. Tal­bot uchwy­cił się kra­wę­dzi dłu­giego drew­nia­nego biurka i powie­dział:

– Myśla­łem, że zapła­ci­łem man­dat za nie­pra­wi­dłowe par­ko­wa­nie.

– Jestem pewien, że pan zapła­cił, ale chciał­bym zadać panu kilka pytań.

– Oczy­wi­ście – rzekł Tal­bot, ner­wowo tar­mo­sząc togę.

– Czy mogę na począ­tek zapy­tać, jak stał się pan wła­ści­cie­lem fiolki z pyłem księ­ży­co­wym?

– To o to cho­dzi? – spy­tał Tal­bot z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak, pro­szę pana.

– To pre­zent od nie­ży­ją­cego pro­fe­sora Den­ninga, który zosta­wił mi fiolkę w testa­men­cie. Ame­ry­ka­nie ofia­ro­wali mu ją, gdy opu­bli­ko­wał swoje odkry­cia o struk­tu­rze powierzchni Księ­życa.

– Czemu zosta­wił panu tak ważny histo­ryczny arte­fakt?

– Jako jego asy­stent pro­wa­dzi­łem bada­nia naukowe w cza­sie, gdy pisał swoją dyser­ta­cję, a gdy prze­szedł na eme­ry­turę, zają­łem jego miej­sce jako kie­row­nik wydziału.

– Hm, z przy­kro­ścią muszę pana poin­for­mo­wać, dok­to­rze Tal­bot, że Ame­ry­ka­nie żądają zwrotu pyłu księ­ży­co­wego.

– Dla­czego uwa­żają, że należy do nich? Prze­cież nie są wła­ści­cie­lami Księ­życa.

– To prawda, ale to oni przy­wieźli pył w misji Apollo 11, a pro­fe­sor Den­ning musiał zapo­mnieć, że pod­pi­sał wią­żącą umowę, że nie sprzeda go ani nie prze­każe oso­bie trze­ciej.

– A gdy­bym odmó­wił zwrotu? – rzekł Tal­bot z nutką więk­szej pew­no­ści sie­bie.

– Ame­ry­ka­nie roz­poczną postę­po­wa­nie sądowe i mam wra­że­nie, że ich kie­sze­nie są zasob­niej­sze od pań­skich.

– Czemu po pro­stu nie kupią tej cho­ler­nej fiolki, kiedy zosta­nie wysta­wiona na licy­ta­cji w Sotheby’s?

– Przy­znaję, że to by było łatwe roz­wią­za­nie – powie­dział Wil­liam. – Ale oni nie wąt­pią, że pył księ­ży­cowy to ich wła­sność, a Sotheby’s już wyco­fał tę pozy­cję z kata­logu. Czy uwie­rzy pan, że fiolka jest teraz zamknięta w pierw­szo­rzęd­nie zabez­pie­czo­nym skarbcu?

Tal­bot wybuch­nął śmie­chem, wyce­lo­wał zgięty palec w Wil­liama i nie­udol­nie imi­tu­jąc Clinta Eastwo­oda, powie­dział:

– No, dalej. Zrób mi dobrze!

– Gdyby zechciał pan pod­pi­sać for­mu­larz zwrotu, mógł­bym ode­brać fiolkę z Sotheby’s i oddać ją amba­sa­dzie ame­ry­kań­skiej, co by roz­wią­zało nasze pro­blemy.

– Wie pan, panie War­wick, gdy­bym był milio­ne­rem, wystą­pił­bym prze­ciw tym Jan­ke­som, cho­ciaż za pył księ­ży­cowy można by zapewne dostać tylko dwa tysiące fun­tów.

– Był­bym po pań­skiej stro­nie, cho­ciaż podej­rze­wam, że i tak byśmy prze­grali.

– Pewno ma pan rację. Więc gdzie mam pod­pi­sać?

Wil­liam otwo­rzył aktówkę, wyjął trzy iden­tyczne for­mu­la­rze i poło­żył je na biurku.

– Tu, tu i tu.

Tal­bot uważ­nie prze­czy­tał doku­ment, a potem zło­żył pod­pis na trzech krop­ko­wa­nych liniach.

– Dzię­kuję panu – rzekł Wil­liam, umiesz­cza­jąc dwa for­mu­la­rze w aktówce i poda­jąc trzeci Tal­bo­towi.

– Czy ma pan czas, żeby zjeść ze mną lunch? – zagad­nął Tal­bot, zdej­mu­jąc togę, co wzbiło chmurę kre­do­wego pyłu.

– Tylko jeżeli zna pan pub, w któ­rym mogę wydać naj­wy­żej dwa funty osiem­dzie­siąt.

– Myślę, że pozwo­limy sobie na coś lep­szego.

W dro­dze powrot­nej do Euston Wil­liam spraw­dził pod­pisy dok­tora Tal­bota. Zjadł z przy­jem­no­ścią wyśmie­nity lunch w jadalni wydzia­ło­wej z pro­fe­so­rem, który oka­zał się brat­nim miło­śni­kiem sztuki i wier­nym wyznawcą miej­sco­wego arty­sty, z któ­rym zetknął się jako stu­dent. Dok­tor Tal­bot nabył rysu­nek L.S. Lowry’ego na bocz­nej uliczce w Sal­ford za pięć­dzie­siąt fun­tów, na co wtedy nie było go stać i z pew­no­ścią nie byłoby go stać na jego zakup obec­nie, cho­ciaż przy­znał Wil­liamowi, że ni­gdy by go nie sprze­dał.

– To jacy arty­ści powinni mnie teraz inte­re­so­wać, bio­rąc pod uwagę moje zarobki? – zagad­nął Wil­liam.

– Diana Arm­field, Cra­igie Ait­chi­son i Syd­ney Har­pley. Ich prace zoba­czy pan na let­niej wysta­wie w Royal Aca­demy.

Wil­liam zano­to­wał nazwi­ska.

Pod­czas lun­chu Wil­liam zażar­to­wał, żeby zamiast pyłu księ­ży­co­wego wło­żyli do fiolki tro­chę pia­sku z plaży w Black­pool, gdyż był pewien, że pod­se­kre­tarz w amba­sa­dzie ame­ry­kań­skiej nie pozna się na zamia­nie. Tal­bot roze­śmiał się, ale zwró­cił uwagę, że jego odpo­wied­nik w Smi­th­so­nian z pew­no­ścią by się poznał, nawet jeżeli ni­gdy nie był w Black­pool.

Wil­liam w końcu otwo­rzył maga­zyn Royal Aca­demy, aby spraw­dzić zapla­no­wane tam w naj­bliż­szym cza­sie wystawy, któ­rych nie może opu­ścić. Wybrał trzy, zakre­ślił je i zano­to­wał daty w ter­mi­na­rzu. Picasso, wcze­sne lata Hock­neya Kali­for­nia albo nic i doroczna let­nia wystawa, na któ­rej obej­rzy prace trojga arty­stów reko­men­do­wa­nych przez dok­tora Tal­bota. Ale wszystko ule­ciało mu z pamięci, gdy odwró­cił kartkę i prze­czy­tał, że dok­tor Tim Knox, dyrek­tor Fit­zmo­lean, za kilka tygo­dni wygłosi wykład o histo­rii muzeum, po czym odbę­dzie się zwie­dza­nie z prze­wod­ni­kiem w gru­pie tylko pięć­dzie­się­ciu osób. Bilety w cenie pię­ciu fun­tów. Był cie­kaw, czy pani Wal­ters uzna to za uza­sad­niony wyda­tek. Tak czy owak, nie zamie­rzał prze­pu­ścić takiej oka­zji.

Wil­liam nie spał tej nocy, cho­ciaż towa­rzy­szyła mu tylko aktówka zamknięta na klu­czyk. Miał ochotę podrzeć oby­dwa for­mu­la­rze, ale pogo­dził się z myślą, że w końcu Ame­ry­ka­nie posta­wią na swoim.

Naza­jutrz Wil­liam nie udał się pro­sto do Sco­tland Yardu, ale poje­chał metrem do sta­cji Green Park, a potem skie­ro­wał się na New Bond Street. Sta­nął przed domem aukcyj­nym na długo, nim por­tier otwo­rzył drzwi o dzie­wią­tej.

Mela­nie Clore dokład­nie obej­rzała pod­pis dok­tora Tal­bota i porów­nała go z pod­pisem na doku­men­cie sprze­daży, zanim była skłonna roz­stać się z pozy­cją numer dzie­więt­na­ście. Znik­nęła, aby wyjąć fiolkę z sejfu, i wró­ciła kilka minut póź­niej.

Wil­liam nie wie­rzył wła­snym oczom, gdy pierw­szy raz ujrzał fiolkę. Była mniej­sza od jego małego palca. Owi­nął ją papie­rową chu­s­teczką i umie­ścił z powro­tem w pudełku. Musiał wypeł­nić kolejne for­mu­la­rze, nim mógł się udać na Gro­sve­nor Squ­are. Pięt­na­ście minut póź­niej wszedł po scho­dach do amba­sady ame­ry­kań­skiej i zgło­sił się u sier­żanta pie­choty mor­skiej w recep­cji. Powie­dział, że chce się widzieć z panem Under­wo­odem.

– Czy jest pan umó­wiony?

– Nie – odparł i poka­zał legi­ty­ma­cję poli­cyjną.

Żoł­nierz naci­snął trzy kla­wi­sze w tele­fo­nie i gdy ktoś się ode­zwał, powtó­rzył prośbę Wil­liama.

– Oba­wiam się, że pod­se­kre­tarz jest teraz na spo­tka­niu, ale może zna­leźć dla pana War­wicka czas o czwar­tej po połu­dniu.

 

– Niech pan mu powie, że mam jego pył księ­ży­cowy – rzekł Wil­liam.

Na co ode­zwał się głos:

– Przy­ślij­cie go na górę.

Wil­liam poje­chał windą na czwarte pię­tro. Pod­se­kre­tarz stał na kory­ta­rzu, cze­ka­jąc na niego. Wymie­nili uścisk rąk i Under­wood powie­dział:

– Dzień dobry, detek­ty­wie.

Nie ode­zwał się wię­cej, dopóki nie zna­leźli się w jego biu­rze za zamknię­tymi drzwiami.

– Działa pan cał­kiem szybko jak na Anglika.

Wil­liam nie odpo­wie­dział, tylko otwo­rzył aktówkę i wyjął z niej pude­łeczko. Otwo­rzył je, powoli odwi­nął papie­rową chu­s­teczkę i niczym magik zapre­zen­to­wał fiolkę z pyłem księ­ży­co­wym.

– To jest to? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Under­wood.

– Tak, pro­szę pana – odparł Wil­liam, wrę­cza­jąc urzęd­ni­kowi maleńki przed­miot – źró­dło tylu kło­po­tów.

– Dzię­kuję – powie­dział Under­wood, kła­dąc pude­łeczko na biurku. – Na pewno znów skon­tak­tuję się z panem, jeżeli wyłoni się jakiś nowy pro­blem.

– Tylko jeśli ktoś ukrad­nie jedną z waszych gło­wic nukle­ar­nych – rzekł Wil­liam.