Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Road to Jonestown: Jim Jones and Peoples Temple

Copyright © 2017 by 24Words LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, 2020

Redaktorzy inicjujący: Paulina Surniak, Adrian Stachowski

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Agata Gać

Redakcja: Adrian Stachowski

Konsultacja merytoryczna: Marek Daroszewski

Korekta: Magdalena Owczarzak, Anna Królak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: California Historical Society

eISBN 978-83-66553-91-0

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Spis treści

Gujana, 18–19 listopada 1978 roku

Część pierwsza. Indiana

Lynetta i Jim

Lynn

Jimmy

Dorastanie

Richmond

Marceline

Jim i Marceline

Początki

Kościół, w którym dostajesz coś od razu

Świątynia Ludu

Rosnące wpływy

Ojciec Divine

„Wszystkie rasy razem”

Człowiek, z którym trzeba się liczyć

Załamanie

Brazylia

Kierunek: zachód

Część druga. Kalifornia

Dolina buraków

Bez wyjścia

Zmartwychwstanie

Carolyn

Wzór socjalizmu

Pieniądze

Pracowite pszczółki

W drodze

Niepowodzenia

Leki

Seks

Rodzina

Komisja Planowania

Los Angeles

San Francisco

O włos

Jeszcze dalej

„Banda ośmiorga”

Konsekwencje

Ziemia Obiecana

Kimo

Miejskie intrygi

Więcej pieniędzy

Uciekinierzy

„Rok naszego wzlotu”

„New West”

Część trzecia. Gujana

Jonestown

Zatroskani Krewni i pierwsza biała noc

Śmierć będzie bezbolesna

Zdrady

Wszystko się sypie

Ostatnie dni

„Moment, kiedy ginie nadzieja”

Co się stało?

Pokłosie

Podziękowania

Osoby, które udzieliły wywiadów

Bibliografia

Dla Boba Bendera i Johanny Li

Prolog

Gujana, 18–19 listopada 1978 roku1

Późnym popołudniem w sobotę 18 listopada 1978 roku do Georgetown, stolicy Gujany, położonej na północnym wybrzeżu Ameryki Południowej, zaczęły docierać nieskładne wiadomości radiowe. Brzmiały jak histeryczne doniesienia o katastrofie samolotu, do której doszło prawdopodobnie w gęstej dżungli ciągnącej się na północny zachód od miasta aż do granicy z Wenezuelą. Operatorzy centrali telefonicznej na lotnisku Ogle w Georgetown, którzy odebrali informację, przekazali ją dalej personelowi sztabu generalnego Sił Obrony Gujany. W skład SOG wchodziły nieliczne i słabo wyposażone oddziały wojska. Oficer dyżurny SOG nie wiedział o żadnych lotach wojskowych, więc jeśli rozbiła się jakaś maszyna – to nie była ich.

Około osiemnastej z północnego zachodu nadleciała cessna i wylądowała na Ogle, małym, drugorzędnym lotnisku w Georgetown, używanym głównie przez wojsko. Poza pilotem na pokładzie samolotu znajdowało się dwoje pasażerów – pilot innej porzuconej maszyny oraz ranna kobieta, Monica Bagby. Dwaj piloci, nadawcy wcześniejszych transmisji, byli równie niezrozumiali jak przez radio. Zdołali przekazać, że nie chodzi o katastrofę samolotu, ale raczej o atak na odcięte od świata lądowisko. Wcześniej cessna i inny samolot, DHC-3 Otter obsługujący Guyana Airways, poleciały do Port Kaituma, małej osady w dżungli, żeby zabrać stamtąd większą grupę, amerykańskiego kongresmena z personelem oraz innych pasażerów. W sumie na wąskim pasie startowym czekały trzydzieści trzy osoby, za dużo, żeby zmieścić się w samolotach, które łącznie miały dwadzieścia cztery miejsca. Kiedy pasażerowie uzgadniali między sobą, kto odleci teraz, a kto będzie musiał poczekać na dodatkowy samolot, zaatakowali ich ludzie z karabinami i dubeltówkami. Ofiary napaści były nieuzbrojone, więc doszło do rzezi. Otter został tak podziurawiony pociskami, że jeden z dwóch silników uległ zniszczeniu, z opon zeszło powietrze i samolot nie mógł wystartować. Pilot uciekł do sprawnej cessny. Jej pilot z kolei uznał, że nie może nic zrobić. Chcąc ratować życie, skoncentrował się na wyrwaniu spod ognia i spomiędzy ciał. Odleciał, zabierając ze sobą pilota ottera i kobietę, która została ranna, gdy na samym początku strzelaniny wsiadała do cessny.

Teraz, już w Ogle, opisywali makabryczną scenę z lądowiska w Port Kaituma. Na pewno zginął kongresmen i kilku towarzyszących mu dziennikarzy. Inni zostali ciężko ranni. Ci z lżejszymi obrażeniami i nieposzkodowani uciekli do dżungli. Świadkowie na lotnisku w Ogle nie wiedzieli, czy jednostronna strzelanina już się zakończyła. Było wielu ludzi z bronią, mnóstwo ciał, kałuże krwi.

Wiadomości natychmiast przekazano do siedziby premiera Forbesa Burnhama. Choć informacje pozostawały skąpe, było ich dość, by potwierdzić, że polecenie dokonania rzezi musiało przyjść z Jonestown.

Przez ponad cztery lata członkowie amerykańskiej grupy zwanej Świątynią Ludu wycięli pod swoją osadę trzy tysiące akrów lasu w sercu niedostępnej dżungli. Miejsce znajdowało się niecałe dziesięć kilometrów od Port Kaituma. Kolonię nazwali na cześć swojego przywódcy, Jima Jonesa. Rząd gujański początkowo odnosił się do przybyszów z sympatią. Wioska Amerykanów w północno-zachodniej części kraju zapobiegała wypadom ze strony Wenezueli, która rościła sobie prawa do tego regionu i od czasu do czasu groziła inwazją. Wkrótce jednak Jones i jego zwolennicy zaczęli sprawiać kłopoty. Nie stosując się do zasad obowiązujących w nowej ojczyźnie, założyli szkołę i szpital, a do tego protestowali, kiedy kazano im podporządkować się miejscowemu prawu. Jones miał problemy prawne w Ameryce, które wkrótce podążyły za nim do gujańskich sądów, a co najbardziej irytujące, rodziny niektórych mieszkańców Jonestown twierdziły, że ich krewni są tam przetrzymywani wbrew woli. Leo Ryan, kongresmen z rejonu zatoki San Francisco w Kalifornii, naprzykrzał się rządowi Gujany, upierając się, że pojedzie do Jonestown i zbada sprawę na miejscu. Kilka dni wcześniej Ryan przybył do Gujany z ekipą telewizyjną i dziennikarzami oraz osobami, które wywołały to całe zamieszanie – Zatroskanymi Krewnymi (tak nazwali swoją organizację). Wizyta od samego początku była chaotyczna. Jones powiedział, że nie wpuści Ryana, prasy i Zatroskanych Krewnych do Jonestown. Ryan dał jasno do zrozumienia, że przyjedzie tak czy siak i zażąda wstępu, a wszystko to na oczach dziennikarzy, którzy sprawią, że Gujana wyjdzie przed całym światem na nierozsądną i zacofaną. Po dalszych negocjacjach Jones niechętnie zgodził się wpuścić Ryana i niektórych jego towarzyszy. Wylecieli z Georgetown w piątek 17 listopada w towarzystwie urzędnika ambasady amerykańskiej, który poinformował wieczorem, że wszystko idzie dobrze. A teraz coś takiego.

 

W komunikacji radiowej między Georgetown a Port Kaituma były zakłócenia. Poza niespójnymi relacjami trzech ocalałych pasażerów cessny nikt w Georgetown nie miał dostępu do nowych informacji. Mogli tylko zgadywać, co wydarzyło się potem, ale jedna rzecz była pewna: przedstawiciele rządu Stanów Zjednoczonych będą wściekli.

Mimo trudności gospodarczych Gujana była dumnym socjalistycznym państwem, jednak geograficzna bliskość, a także niechętna, pragmatyczna akceptacja potęgi amerykańskiej, kazała jej stawiać dobre stosunki ze Stanami Zjednoczonymi na pierwszym miejscu. Jeśli amerykański kongresmen naprawdę zginął, rząd amerykański mógłby nawet dokonać inwazji, a nie można było ryzykować pogwałcenia suwerenności Gujany i potencjalnego upokorzenia na arenie międzynarodowej. W sobotę około dziewiętnastej premier Burnham zarządził w swoim gabinecie spotkanie z amerykańskim ambasadorem Johnem Burke’em. Przywołał też dziesięciu najważniejszych ministrów oraz oficerów SOG i Obrony Cywilnej, gujańskiego programu szkolenia wojskowego dla młodzieży. Obrona Cywilna miała obóz w dżungli, około sześćdziesięciu kilometrów od Jonestown.

Burnham powiedział Burke’owi tyle, ile wiedział. Przyznał, że na razie nie da się nic zrobić. Nie było możliwości, by w Port Kaituma po zmroku wylądował samolot: wąski pas był wycięty w gęstej dżungli i musiałby być oświetlony. Nie było sposobu dowiedzieć się, ilu strzelców zaatakowało wcześniej lądowisko oraz co było ich celem oprócz zamordowania kongresmena Ryana i jego towarzyszy, wśród których najwyraźniej znajdowały się osoby próbujące uciec z Jonestown.

Desmond Roberts, gujański wojskowy, uczestnik tego spotkania, ostrzegał premiera i jego gabinet od wielu miesięcy, że Świątynia Ludu prawdopodobnie przemyca broń do Jonestown, ale Burnham nie zgodził się na przeprowadzenie śledztwa. Teraz Roberts zauważył, że zwolennicy Jonesa ­mogli dysponować już pokaźnym arsenałem. Ilu uzbrojonych ludzi może obsadzać lądowisko w Port Kaituma albo czaić się w dżungli pod Jonestown w oczekiwaniu na nowe ofiary? To może być coś więcej niż zwykła zasadzka. Może to rebelia na większą skalę. Mieszkańcy Jonestown byli fanatycznie oddani Jonesowi. Jeśli przywódca wezwałby ich do powstania, z całą pewnością by go posłuchali.

Od lat gujańskie biuro imigracyjne rejestrowało Amerykanów przyjeżdżających do kraju, by dołączyć do Świątyni Ludu. Zakładano, że żyje tam około dziewięciuset Amerykanów, około stu mężczyzn zdolnych do walki. Niewykluczone, że byli wśród nich doświadczeni w walce w dżungli weterani z Wietnamu. Siły Obrony Gujany nie mogły popełnić błędu. Trzeba było zachować ostrożność.

Ambasador Burke poprosił, by wojsko przy pierwszej okazji za wszelką cenę spróbowało dostać się na ten obszar. Szczególnie martwił się o rannych w strzelaninie na lądowisku Port Kaituma. Potrzebowali natychmiastowej ochrony i pomocy medycznej. Poza tym nalegał, aby bez względu na to, kto doprowadził do tego aktu przemocy, rząd postawił go jak najszybciej przed sądem. Ameryka oczekuje przynajmniej tego.

Burnham obiecał Burke’owi, że zrobi, co będzie w jego mocy. Oddziały SOG miały być natychmiast przetransportowane na lotnisko w Matthews Ridge, dwudziestopięciotysięcznym mieście położonym o pięćdziesiąt kilometrów od małego Port Kaituma. Stamtąd część drogi miały pokonać pociągiem, po czym nocą powędrować przez dżunglę i o świcie dotrzeć do Port Kaituma. Miały ocenić sytuację na miejscu i podjąć odpowiednie kroki. Burnham poprosił ambasadora, by pilnie przekazał rządowi amerykańskiemu głębokie wyrazy współczucia z powodu tego wydarzenia. Trzeba podkreślić, powiedział premier, że rząd gujański zrobił wszystko, by ułatwić kongresmenowi Ryanowi wizytę. Na tym spotkanie się zakończyło. Była dwudziesta pierwsza. Jeśli na lądowisku Port Kaituma ktoś przeżył, to od co najmniej czterech godzin pozostawał bez pomocy.

Roberts zebrał żołnierzy. Nie miał ich zbyt wielu do dyspozycji, może około stu. Przewieziono ich samolotami transportowymi do Matthews Ridge. Tam przesiedli się do pociągu i ruszyli nocą w kierunku Port Kaituma. W połowie drogi wysiedli; Roberts, ku swemu wielkiemu niezadowoleniu, dostał rozkaz zatrzymać się w obozie Obrony Cywilnej i włączyć do swojego oddziału grupę nastolatków. Uznał, że to fatalny pomysł – nikt nie wiedział, w jaki sposób przyjdzie walczyć, a dzieciaki z bronią mogły tylko stać się dodatkowym zagrożeniem. Mimo to posłuchał przełożonych. Teraz jego oddział liczył około stu dwudziestu ludzi.

Ruszyli dalej pieszo – zalecono ostrożność, uzbrojeni powstańcy z Jonestown mogli być wszędzie. Marsz przez dżunglę był trudny nawet za dnia, ale nocą był prawie niemożliwy. Północno-zachodnia dżungla w Gujanie należy do najgęstszych na świecie, do tego zamieszkują ją jadowite węże oraz kąsające owady. Poprzedniego dnia po południu nad regionem przeszła burza i z każdym krokiem żołnierskie buty tonęły w gęstym lepkim błocie. Posuwali się jednak naprzód i o świcie dotarli do Port Kaituma. Nie było śladu oporu, uzbrojonych ludzi, nikogo. Część żołnierzy została, zabezpieczyła lądowisko i powiadomiła przez radio Georgetown, że samoloty już mogą lądować, by ewakuować rannych oraz zabrać ciała zabitych. Potwierdzili, że Ryan jest wśród pięciu ofiar śmiertelnych. Było wielu rannych, kilka osób poważnie i te pilnie potrzebowały pomocy lekarskiej. Większość żołnierzy ostrożnie ruszyła z Port Kaituma czerwonawą gruntówką w głąb puszczy. Ponad sześć kilometrów dalej znaleźli się przy wąskiej przecince prowadzącej do Jonestown. Do osady Świątyni Ludu zostały już tylko jakieś trzy kilometry. Żołnierzom brakowało doświadczenia bojowego. Szli powoli, pewni, że nie unikną starcia. Strzelcy mogli czekać na nich wszędzie, ale atak nie nastąpił.

O wschodzie słońca zrobiło się duszno. Każdy oddech palił w nozdrza i płuca. Po wczorajszej gwałtownej burzy podłoże było grząskie. Gdy żołnierze wreszcie dotarli w pobliże Jonestown, z ziemi unosiły się kłęby pary, które znacznie ograniczały widoczność. Wokół rozbrzmiewały odgłosy dżungli – ptaki śpiewały, małpy wyły, w pobliskich krzakach szeleściły niewidoczne zwierzęta – ale gdy dotarli do ogrodzenia osady, nad okolicą wisiała złowroga cisza. Wszystko wskazywało na zasadzkę, pewnie dobrze uzbrojony oddział czaił się w ukryciu i czekał, aż intruzi znajdą się w zasięgu ognia. Gęsta przygruntowa mgła ograniczała widoczność do kilku metrów. Niektórzy żołnierze nie widzieli własnych stóp, ich buty niknęły w porannej mgle.

Oficerowie przekazali szeptem rozkazy, by żołnierze się rozproszyli, a potem otoczyli centralny plac osady. Z poprzednich wizyt gujańskiej policji i przedstawicieli rządu wiadomo było, że stoi tam spory pawilon. Miejsce na zbiórkę dobre jak każde inne.

Krąg żołnierzy zacieśniał się, wszyscy tylko czekali, aż padną strzały, które potwierdzą, że strzelcy z Jonestown są na stanowiskach. Nie doczekali się. Napięcie rosło, aż nagle żołnierze zaczęli się o coś potykać, coś jakby kłody rozrzucone na ziemi przez rebeliantów z Jonestown po to, aby utrudnić im ruchy. Gdy żołnierze spojrzeli w dół i machnięciami rąk rozpędzili mgłę, niektórzy zaczęli krzyczeć, a kilku z wrzaskiem uciekło do dżungli. Oficerowie szybko przeszli naprzód, a kiedy zobaczyli to, co inni, sami też chcieli krzyczeć. Zachowali jednak względny spokój i przystąpili do przegrupowania. Z mgły wyłonił się pawilon. Chcieli do niego podejść, ale drogę w każdym kierunku blokowały im leżące przeszkody. Kiedy mgła uniosła się i pozwoliła przyjrzeć się lepiej, przez radio poinformowali Georgetown, że w Jonestown stało się coś strasznego, coś jeszcze gorszego niż zbrojny bunt i atak na lądowisko w Port Kaituma. Szukali właściwych słów. To, co tego ranka zastali w Jonestown, przerastało wszelkie wyobrażenia, było prawie niemożliwe do opisania:

Wszędzie ciała, tak dużo ciał, że policzenie ich zdawało się niemożliwe, niezliczone ludzkie zwłoki2.

1 Akta FBI dotyczące tragicznych wydarzeń w Jonestown i Port Kaituma oraz historii Świątyni Ludu zaczynają się od sygnatury RYMUR (od Ryan Murder – morderstwo Ryana) i oznaczone są liczbami 89–4286. Poniżej podane zostały dodatkowe numery identyfikacyjne oraz litery przyznane każdemu kolejnemu dokumentowi, a czasem stronom poszczególnych dokumentów. Zostały dopisane ręcznie. Czytelność jest bardzo różna – notatki poczyniło co najmniej kilkadziesiąt, a być może nawet setki różnych osób.

Poza tym wiele akt dostarczonych przez FBI w odpowiedzi na wymogi ustawy o wolności informacji wyblakło z powodu upływu czasu, zostało zamazanych obszernymi zakreśleniami lub uległo innym uszkodzeniom, przez co część sygnatur stała się nieczytelna lub przepadła we fragmentach albo w całości. Każdy cytowany fragment akt RYMUR zawiera możliwie jak najwięcej elementów identyfikacyjnych. Mam nadzieję, że nie zirytuje to czytelników, jak z pewnością irytowało mnie i innych badaczy.

Jeden z dawnych członków Świątyni Ludu zgodził się udzielić wywiadu tylko pod warunkiem zatajenia tożsamości. Zgodziłem się z powodu wagi informacji dostarczonych przez tę osobę.

2 Większość materiału z tej części pochodzi z wywiadów z Desmondem Robertsem, Geraldem Gouveią (pilotem wojskowym, który pilotował pierwszy ratunkowy lot do Port Kaituma rankiem 19 listopada 1978 r.) oraz Kitem Nascimento, ówczesnym ministrem w rządzie Forbesa Burnhama. Szczegóły porannego spotkania 18 listopada z amerykańskim ambasadorem Johnem Burke’em pochodzą z teleksu, który ambasador przesłał niemal natychmiast do Departamentu Stanu w Waszyngtonie. Rząd amerykański odtajnił ten raport w 2014 roku.

Samolot cessna z Portu Kaituma bywa opisywany jako pięcio- lub sześciomiejscowy. Po południu 18 listopada w czasie lotu z Port Kaituma do Georgetown nie miało to znaczenia, gdyż na pokładzie znajdowały się tylko trzy osoby. Tim Reiterman w Raven twierdzi, że trzecią osobą była uciekinierka z Jonestown Monica Bagby, ranna podczas ataku na lądowisku w Port Kaituma. (Tim Reiterman, Raven: The Untold Story of the Rev. Jim Jones and His People, New York 2008; pierwsze wydanie: Dutton Adult 1982, s. 535).

Część pierwsza Indiana

Rozdział pierwszy

Lynetta i Jim3

W wersji wspomnień, którą sama sobie wybrała, Lynetta Putnam Jones wychowywała się w dobrobycie, wyszła za mąż tylko raz, za inwalidę weterana z czasu I wojny światowej, była bardzo źle traktowana przez niego i jego rodzinę, po mistycznej wizji na skraju życia i śmierci urodziła chłopca, zmierzyła się z bankierami czasu wielkiego kryzysu i religijnymi szarlatanami z głębokiej prowincji, zreformowała system więziennictwa państwowego, założyła związek zawodowy gnębionych robotników i wychowała najwspanialszego człowieka na świecie, który w istocie był bardziej bogiem niż człowiekiem, a to prawie wyłącznie dzięki stałej opiece niestrudzonej matki.

 

Nic z tego nie było prawdą, począwszy od jej imienia.

Lunett Putnam, córka Jessego i Mary Putnamów, urodziła się 16 kwietnia 1902 albo 1904 roku. Nie można odnaleźć jej aktu urodzenia, a później podawała obie te daty naprzemiennie, czasami sięgając nawet aż do roku 1908. Kwestią dyskusyjną pozostaje nawet miejsce jej urodzenia. Najczęściej zakłada się, że urodziła się w Princeton w południowo-zachodniej Indianie, ale część badaczy twierdzi, że chodzi raczej o Mount Carmel, małe miasteczko w Ohio niedaleko Cincinnati. Bez względu na to, gdzie i kiedy przyszła na świat, co jakiś czas nieznacznie zmieniała sobie imię: najpierw została Lunette, potem w kilku spisach ludności i dokumentach występowała jako Lynette, ostatecznie zaś wybrała formę Lynetta.

Wspominając później swoje życie, Lynetta opisywała siebie z dzieciństwa jako „piękną jak jutrzenka […], ale też silną jak tygrys”4. Z powodu ciemnej karnacji ludzie często brali ją za Indiankę – w dorosłym wieku Lynetta często przypisywała sobie indiańskie pochodzenie, chociaż nie istnieją na nie żadne dowody. Rodzice oczekiwali, że córka będzie siedzieć grzecznie jak „porcelanowa lalka”, ale ona miała to za nic. Wolała biegać po lesie i „tropić zwierzęta”. Jeśli to prawda, był to jeden z pierwszych przejawów cechy wyróżniającej Lynettę przez całe jej życie – zawsze postępowała wbrew oczekiwaniom.

W chaotycznych, meandrujących wspomnieniach dyktowanych w Jonestown Lynetta opisała Lewisa Parkera, najwyraźniej przybranego dziadka, który ją wychowywał, jako właściciela ogromnego tartaku w Indianie. Napisała, że Parker „miał pod kontrolą właściwie wszystko, co działo się w południowej Indianie”. Z tego, co pisze Lynetta, wynika, że dziadek Parker był wśród swoich licznych pracowników znany z życzliwości, uczciwości i stałego poprawiania warunków pracy, a przede wszystkim z tego, że zawsze miał pracę dla przyjezdnych. Jego przedsiębiorstwo podupadło z powodu kryzysu w przemyśle drzewnym, ale też dlatego, że zawsze stawiał dobro innych ponad własnym.

Chociaż skłonność Lynetty do przesady każe powątpiewać w opowieści o jej dzieciństwie i Lewisie Parkerze, pewne jest, że nastolatka znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Błys­kotliwą i chorobliwie ambitną Lynettę utrzymywała w tym okresie przy życiu silna wiara w duchy i reinkarnację – przysięgała, że w poprzednich życiach była silną kobietą i w tym wcieleniu nie będzie inaczej. Jednak nie dało się utrzymać ze spirytyzmu5. Atrakcyjna młoda dziewczyna w takich okolicznościach miała przed sobą oczywiste rozwiązanie i w 1920 roku Lynetta w końcu zdecydowała się na tradycyjny dla kobiet los i wyszła za mąż za Cecila Dicksona. Miała wtedy szesnaście albo osiemnaście lat. Małżeństwo przetrwało dwa lata. Lynetta zapisała się do Jonesboro Agricultural College w Arkansas, ale po rozwodzie rzuciła szkołę. Niezrażona tym rok później wyszła za Elmera Stephensa – ten związek trwał dokładnie trzy dni, od 12 do 14 marca 1923 roku, chociaż rozwód sfinalizowano dopiero w sierpniu (nie wiadomo nic więcej ani o Dicksonie, ani Stephensie.) Lynetta próbowała dokształcać się w szkole przedsiębiorczości, ale bez wsparcia finansowego ze strony męża musiała iść do pracy. Mimo że „była dobra w pisaniu, i takich tam, oraz w matematyce”, w najlepszym przypadku mogła iść do fabryki, w których to w latach dwudziestych na Środkowym Zachodzie płacili najwyżej dolara za dzień.

Ojciec Lynetty zmarł (nigdzie nie podała ani okoliczności, ani daty śmierci). Jej matka, Mary, mieszkała z Lynettą w czasie trwania jej małżeństwa z Cecilem Dicksonem. Jednak niedługo po tym, jak Lynetta rozwiodła się z drugim mężem i zaczęła żyć na własną rękę, Mary Putnam zachorowała, prawdopodobnie na gruźlicę, i zmarła w grudniu 1925 roku.

Rok później Lynetta ponownie wyszła za mąż. Do trzeciego małżeństwa miała podejście pragmatyczne. Chociaż bardzo pragnęła zostać damą, nadal pracowała w zakładach w Evansville w Indianie. Później przechwala się w typowy dla siebie sposób: „zaczęłam jako sekretarka, a po roku zostałam już główną asystentką”. Rzeczywistość była jednak taka, że utknęła na kolejnym słabo płatnym stanowisku bez perspektyw. Podupadła na zdrowiu. Później przyznała, że dokuczało jej „coś w płucach”6. Historyczka Joyce Overman Bowman dotarła do źródeł, z których wynika, że Lynetta leczyła się, prawdopodobnie na gruźlicę, w sanatorium w Illinois7. Lynetta potrzebowała poczucia bezpieczeństwa, życia na odpowiednim poziomie, żeby wykorzystać wielkie intelektualne i duchowe talenty – i ujawnić swój potencjał. Oczywistym rozwiązaniem było znalezienie dobrej partii, mężczyzny z rodzinną fortuną, która pozwoliłaby jej wieść wystawne życie – a nie w nędzy. W 1926 roku Lynetta uznała, że wreszcie go znalazła8.

John Henry Jones był w hrabstwie Randolph w Indianie postacią wpływową, zarówno z powodu posiadania rozległych ziem uprawnych, jak i działalności politycznej. Dumnie głosił, że w regionie, gdzie właściwie każdy był republikaninem, on jest demokratą. John Henry, żarliwy kwakier, był głową dużej rodziny. Miał trzynaścioro dzieci z dwóch małżeństw. Ojciec oczekiwał od nich, że będą sobą coś reprezentować, co zresztą zasadniczo czynili9. Większość, i córki, i synowie, ukończyła studia – John Henry wyprzedał część ziemi, aby opłacić ich naukę. W wieku dorosłym niektóre z nich osiadły w okolicy, w której się wychowały. Hrabstwo Randolph przylegało do granicy z Ohio. Potomkowie Jonesa pracowali na kierowniczych stanowiskach na kolei, w rolnictwie, uczyli w szkołach lub posiadali i prowadzili lokalne przedsiębiorstwa (między innymi stację benzynową i ogródek piwny). Jedno z dzieci kierowało domem dla sierot. Tylko w dwóch przypadkach jego dzieci nie odniosły sukcesu. Billy wpadł w złe towarzystwo, zaczął pić i uprawiać hazard. Ojciec szczerze ubolewał nad hulaszczym trybem życia syna, ale go nie wydziedziczył. Był jeszcze Jim, urodzony w 1887 roku i ochrzczony jako James Thurman Jones, który pojechał na wojnę i wrócił, będąc już wrakiem człowieka.

Jim rozczarowywał wymagającego ojca właściwie już od urodzenia. Pomimo że był dość sympatycznym chłopcem, nie przejawiał żadnych ambicji. Zdobył podstawową edukację, ale studia go nie interesowały. Podobnie jak ojciec i bracia, Jim doskonale obchodził się z narzędziami i wszelkimi maszynami, więc zatrudnił się w jeżdżącej po całym stanie ekipie robotników drogowych. Przemysł samochodowy właśnie rozkwitał, więc roboty mieli mnóstwo. Była to stała, choć dość monotonna praca, co idealnie pasowało spokojnemu Jimowi.

Wszystkich dziwiło, że Jim się nie ożenił. Większość jego rówieśników w hrabstwie Randolph szybko łączyła się w pary, często już w liceum, i zakładała rodziny. Jednak nie Jim. Może w romansowaniu też nie miał ambicji, jak w pozostałych dziedzinach życia. Jim miał trzydzieści lat, kiedy po raz pierwszy wykazał się jakąkolwiek inicjatywą. Kiedy Ameryka przystąpiła do I wojny światowej, zaciągnął się do armii i trafił na front we Francji. Tam padł ofiarą niemieckiego ataku gazowego. Wyziewy wdarły się głęboko w jego płuca. Wrócił do domu jako cień dawnego Jima. Miał trudności ze złapaniem głębszego oddechu, a jego układ oddechowy przez resztę życia funkcjonował z coraz większą trudnością. Z głosu został mu chrypliwy skrzek. Nie mówił dużo, a jeśli już, to ciężko było go zrozumieć.

Jako inwalidzie wojennemu, jednemu z siedemdziesięciu tysięcy Amerykanów, którzy ucierpieli od gazu bojowego podczas I wojny światowej, Jimowi przysługiwała renta wojskowa, chociaż prawdopodobnie nie więcej niż trzydzieści dolarów miesięcznie10. Nie wystarczało na utrzymanie, więc po powrocie do cywila Jim dalej pracował w ekipie drogowej. Teraz nie był jednak w stanie wytrzymać długo przy pracy fizycznej, chociaż starał się ze wszystkich sił. Dodatkowo rozwinął się u niego reumatyzm i niekiedy musiał brać wolne. Jim wiódł samotne życie, zmagając się z ciągłymi dolegliwościami i szybko zbliżając się do wieku średniego. Gdy pracował z brygadą pod Evansville, poznał bystrą kobietę, Lynette, która czasem używała imienia Lynetta. Była o piętnaście lub siedemnaście lat młodsza od Jima. Ku ogromnemu zdumieniu rodziny, która pogodziła się już z tym, że Jim zostanie do końca życia kawalerem, para pobrała się 20 grudnia 1926 roku, prawie rok po śmierci matki panny młodej.

Mimo ciężaru w postaci niepełnosprawnego męża, który mógłby być jej ojcem, Lynetta cieszyła się z wejścia do szacownej rodziny. Oczekiwała, że teraz wreszcie osiągnie stosowniejszą pozycję w życiu, które w końcu zacznie ją rozpieszczać.

Bardzo się myliła.

Nowożeńcy musieli gdzieś mieszkać, więc nowy teść Lynetty zapewnił im lokum, wpłacając zaliczkę na małą farmę w Crete, niedaleko na północ od Lynn, gdzie mieszkała większość rodziny Jonesów. John Henry Jones poprzestał na tym, chociaż miał dość środków, by zapłacić za całą ziemię z góry. Dzięki niemu syn i synowa zyskali gospodarstwo i szansę jego rozwinięcia. Reszta należała do nich.

Od początku szło im jak po grudzie. Mieli kukurydzę i soję do posiania i pielęgnowania, a do tego tuczniki do hodowania na ubój i sprzedaż. Mimo zapewnień Lynetty, że dzieciństwo spędziła na włóczęgach po lesie i zastawianiu wnyków na zwierzęta, tak naprawdę nie miała pojęcia o hodowaniu zwierząt, nie wspominając nawet o orce, uprawie i żniwach. Jej mąż nieco lepiej orientował się w codziennych obowiązkach gospodarskich, ale często go nie było. Potrzebowali pieniędzy na nasiona, narzędzia i karmę dla zwierząt, więc od czasu do czasu nadal zatrudniał się w ekipach drogowych krążących po całym stanie. Z tego powodu czasem znikał z domu na kilka dni lub tygodni, a Lynetta zostawała ze wszystkim sama. Pracę z pewnością ułatwiłyby jej nowoczesne urządzenia rolnicze, ale nie było ich z Jimem na nie stać.

Kiedy Jim przebywał w domu i próbował włączyć się w kierat obowiązków, szybko się męczył i musiał usiąść albo nawet położyć do łóżka. Lynetta nie mogła toczyć z mężem długich rozmów. Wykluczały to jego problemy z drogami oddechowymi. W innym miejscu mogłaby integrować się towarzysko z sąsiadami, ale tu mieli ich niewielu. W Crete było tylko kilka farm i spichlerz. Społeczność liczyła dwadzieścia osiem osób. Cztery razy dziennie przez osadę przejeżdżały pociągi11, dwa przemykały ze świstem, a pozostałe dwa zatrzymywały się tylko po to, aby załadować ze spichlerza zboże zebrane w ciągu dnia przez miejscowych rolników. W miejscowym żargonie Crete nie było wsią, lecz „stacją przelotową”12. Pociągi towarowe przewoziły też węgiel, więc zaraz po ich przejeździe mieszkańcy Crete rzucali zajęcia i biegli do torów, żeby zebrać wszystkie bryłki, które spadły z wagonów. Mimo bliskości Lynn, miasteczka ze sklepami spożywczymi, wszyscy mieszkańcy Crete z całych sił starali się wyżyć z ziemi, jadać produkty własnej pracy, a dietę uzupełniać poziomkami i malinami rosnącymi przy drogach. Nazywali to „mądrym gospodarowaniem”13. Jim nie mógł zbierać dziko rosnących owoców, nie robiła też tego wykończona pracą Lynetta. Ich posiłki były ubogie i monotonne. Wszystkie czynności poza przyrządzaniem prostych dań wymagały energii i zaangażowania, których nie mogła z siebie wykrzesać. Inne rodziny w Crete bardzo im współczuły – w końcu Jim był inwalidą wojennym – ale same też musiały sobie jakoś radzić. Wszyscy podchodzili też trochę nieufnie do Lynetty, która nie stosowała się do zwyczajów miejscowych kobiet i zamiast robić to dyskretnie w domu, paliła publicznie14. Przeklinała też, jeśli czuła taką potrzebę, nie troszcząc się, czy ktoś jest w zasięgu jej głosu. Lynetta lubiła te spojrzenia. Skoro nie mogła być szczęśliwa, niech chociaż będzie inna.