Nie marnuj cierpienia!

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ro­dzi­ce, któ­rzy cho­wa­ją swo­je dzie­ci pod klo­szem, po­zba­wia­ją je oka­zji do roz­wo­ju w ob­li­czu prze­ciw­no­ści. A prze­cież to dzię­ki nim doj­rze­wa­my, po­nie­waż zmu­sza­ją nas do po­szu­ki­wa­nia roz­wią­zań na­szych pro­ble­mów. Jako na­sto­lat­ki uczy­my się żyć ze zła­ma­nym ser­cem, z nie­od­wza­jem­nio­ną mi­ło­ścią. Na ma­tu­rze po­no­si­my kon­se­kwen­cje na­sze­go le­ni­stwa. Usu­wa­jąc dzie­ciom spod nóg wszel­kie prze­szko­dy, ro­dzi­ce je­dy­nie opóź­nia­ją to, co nie­unik­nio­ne: po wyj­ściu z domu ich do­ro­słe już dzie­ci i tak będą mu­sia­ły sto­czyć wal­kę o prze­trwa­nie.

W Li­ście do Rzy­mian św. Pa­weł po­ru­sza bar­dzo waż­ną kwe­stię, pi­sząc, że „wszyst­ko słu­ży dla ich do­bra” (Rz 8,28). Wszyst­ko to wszyst­ko. Gdy za­czy­na­my ro­zu­mieć ta­jem­ni­cę cier­pie­nia, oka­zu­je się, że wszyst­ko moż­na wy­ko­rzy­stać dla więk­sze­go do­bra, któ­re osta­tecz­nie do­pro­wa­dzi nas do szczę­ścia. Je­śli na­to­miast tej ta­jem­ni­cy nie po­zna­my, nie bę­dzie­my w sta­nie trak­to­wać w ten spo­sób wszyst­kie­go, co nam się przy­da­rza. Kie­dy poj­mie­my ta­jem­ni­cę cier­pie­nia, nie bę­dzie­my już mu­sie­li żyć tyl­ko po czę­ści, po­nie­waż dwie trze­cie na­sze­go ży­cia są le­d­wo zno­śne. Ta część na­sze­go ży­cia, któ­ra nie pa­su­je do ide­al­ne­go sce­na­riu­sza, rów­nież bę­dzie „słu­żyć dla na­sze­go do­bra”.

Dwie od­mia­ny cier­pie­nia

Jan Pa­weł II w li­ście apo­stol­skim Salvi­fi­ci do­lo­ris pi­sze, że „cier­pie­nie (…) jest pra­wie n i e o d ł ą c z n e o d z i e m s k i e g o b y t o w a n i a c z ł o w i e k a”10. Roz­róż­nia dwa ro­dza­je cier­pie­nia: cier­pie­nie fi­zycz­ne i cier­pie­nie mo­ral­ne. „Roz­róż­nie­nie to przyj­mu­je za pod­sta­wę dwo­isty wy­miar ludz­kie­go bytu, wska­zu­je na pier­wia­stek cie­le­sny i du­cho­wy”11.

 * Cier­pie­nie fi­zycz­ne

Ten ro­dzaj cier­pie­nia zna­my wszy­scy – do­świad­cza­my go, gdy boli nas cia­ło. Ból może być zwią­za­ny z prze­zię­bie­niem, no­wo­two­rem, zła­ma­ną koń­czy­ną lub ob­ra­że­nia­mi po­nie­sio­ny­mi w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Nie­któ­re do­le­gli­wo­ści są cha­rak­te­ry­stycz­ne dla wie­ku i płci. Cier­pie­nie fi­zycz­ne jest bar­dziej wi­docz­ne i siłą rze­czy trud­niej je ukryć. Może to być uraz, któ­ry unie­moż­li­wia pra­cę za­wo­do­wą, ale też prze­wle­kły ból, któ­ry po­zba­wia nas ra­do­ści ży­cia i od­bie­ra siły. Ja sam za­in­te­re­so­wa­łem się te­ma­tem cier­pie­nia, gdy uszko­dzi­łem je­den z krę­gów szyj­nych. Ból był ab­so­lut­nie nie do znie­sie­nia. W moim przy­pad­ku, choć praw­do­po­dob­nie nie tyl­ko w moim, był on zwią­za­ny z cier­pieniem mo­ral­nym.

 * Cier­pie­nie mo­ral­ne

O cier­pie­niu mo­ral­nym mó­wi­my, gdy boli nas du­sza. Ten ro­dzaj do­le­gli­wo­ści może być spo­wo­do­wa­ny zdra­dą, śmier­cią ko­goś bli­skie­go czy utra­tą pra­cy. Nie­za­leż­nie od przy­czy­ny, cier­pie­nie mo­ral­ne ozna­cza ból du­szy. Czę­sto po­zo­sta­je w ukry­ciu i nie jest tak ewi­dent­ny jak ból fi­zycz­ny, zwy­kle też trud­niej go le­czyć. W trak­ta­cie Noc ciem­na św. Jan od Krzy­ża szcze­gó­ło­wo opi­su­je cier­pie­nie ser­ca w sen­sie du­cho­wym czy też mo­ral­nym. O do­świad­cza­niu pust­ki i sa­mot­no­ści mó­wią tak­że w wie­lu miej­scach świę­ta Mat­ka Te­re­sa z Kal­ku­ty i świę­ty oj­ciec Pio, a św. Fau­sty­na opi­su­je w swo­im dzien­ni­ku, że „ogar­nia du­szę strasz­na ciem­ność”12. Choć tak głę­bo­ka udrę­ka mo­ral­na była ich udzia­łem, świat do­wie­dział się o tym do­pie­ro po ich śmier­ci. Dla­cze­go? Po­nie­waż wie­dzie­li, jak so­bie z nią po­ra­dzić. Wró­ci­my do tego w dal­szej czę­ści książ­ki.

W Sta­rym Te­sta­men­cie znaj­du­je­my wie­le sy­tu­acji opi­su­ją­cych ból fi­zycz­ny, jed­nak znacz­nie wię­cej jest tych, któ­re wią­żą się z cier­pie­niem mo­ral­nym: nie­bez­pie­czeń­stwo śmier­ci, za­gro­że­nie po­wo­dzią, śmierć dziec­ka, bez­płod­ność, wy­gna­nie z oj­czy­zny i tę­sk­no­ta za Ka­na­anem, szy­der­stwo i wy­śmie­wa­nie, sa­mot­ność i opusz­cze­nie. Inne przy­kła­dy to trud­ność zro­zu­mie­nia, dla­cze­go złym do­brze się po­wo­dzi, czy też nie­wier­ność ze stro­ny przy­ja­ciół i bli­skich13. Choć zwy­kle pró­bu­je­my uni­kać cier­pie­nia w ja­kiej­kol­wiek for­mie, gdy­by dano nam wy­bór, więk­szość z nas praw­do­po­dob­nie wo­la­ła­by prze­żyć cier­pie­nie fi­zycz­ne, a nie mo­ral­ne. Wy­da­je nam się, że ła­twiej po­ra­dzić so­bie ze zła­ma­ną nogą niż ze zła­ma­nym ser­cem.

Jed­nak oba ro­dza­je cier­pie­nia mogą nas cał­ko­wi­cie wy­czer­pać i do­pro­wa­dzić do przy­sło­wio­wej ścia­ny. W ta­kiej chwi­li wi­dzi­my, że nie je­ste­śmy wszech­moc­ni i nie zdo­ła­my roz­wią­zać wszyst­kich pro­ble­mów. Cier­pie­nie mówi nam ja­sno i wy­raź­nie: „Nie pa­nu­jesz nad swo­im ży­ciem. Je­steś ofia­rą”. W pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tak jest, co po­twier­dza św. Jan Pa­weł II, mó­wiąc o „pa­syw­nym cha­rak­te­rze”14 cier­pie­nia. Czło­wiek do­zna­je cier­pie­nia, nie jest jego au­to­rem. Choć pa­nu­je­my nad wie­lo­ma aspek­ta­mi na­sze­go ży­cia, nie­kie­dy po­dej­mu­je­my bez­myśl­ne lub zu­peł­nie nie­roz­sąd­ne de­cy­zje, co pro­wa­dzi do bólu fi­zycz­ne­go lub mo­ral­ne­go. Ale rów­nie czę­sto cier­pie­nie jest skut­kiem sy­tu­acji cał­ko­wi­cie od nas nie­za­leż­nych. Ze wzglę­du na „pa­syw­ny cha­rak­ter” cier­pie­nia zwy­kle prze­ży­wa­my je jako nie­spra­wie­dli­wość, za­da­jąc nie­śmier­tel­ne py­ta­nie: „Dla­cze­go ja?”. Prze­cież gdy­by dano nam wy­bór, nie zde­cy­do­wa­li­by­śmy się na przy­ję­cie ta­kie­go bólu. Wy­cho­dząc z ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go, mamy ocho­tę wrzesz­czeć: „Czy­ja to wina?”. Po ja­kimś cza­sie do­cie­ra jed­nak do nas, że choć cza­sem cier­pie­nie jest kon­se­kwen­cją na­szych de­cy­zji lub bra­ku wie­dzy w da­nej dzie­dzi­nie, rów­nie czę­sto nie ma dla nie­go wy­tłu­ma­cze­nia. Wie­my je­dy­nie, że cier­pie­nie po pro­stu się zda­rza, a te­raz wła­śnie do­ty­ka nas. W ko­lej­nych roz­dzia­łach do­wie­my się, jak na nie re­ago­wać.

Jan Pa­weł II opi­su­je świat cier­pie­nia, któ­ry „roz­ło­żo­ny na wie­le (…) pod­mio­tów, by­tu­je j a k b y w r o z p r o s z e n i u”15. Da­lej pi­sze, że „każ­dy czło­wiek przez swo­je oso­bi­ste cier­pie­nie jest nie tyl­ko cząst­ką owe­go »świa­ta«, ale rów­no­cze­śnie ów »świat« jest w nim jako ca­łość skoń­czo­na i niepo­wta­rzal­na”16.

Ozna­cza to, że two­je cier­pie­nie jest wy­jąt­ko­we i nie­po­wta­rzal­ne. War­to o tym pa­mię­tać, czy­ta­jąc dal­szą część książ­ki, w któ­rej znaj­dzie­my klu­cze do tego, jak po­ra­dzić so­bie z tymi wy­jąt­ko­wy­mi i nie­po­wta­rzal­ny­mi sy­tu­acja­mi, w któ­rych do­świad­czyłeś cier­pie­nia.

Choć two­je cier­pie­nie jest wy­jąt­ko­we, św. Jan Pa­weł II przy­po­mina nam o tym, że

świat cier­pie­nia ma jak gdy­by swą w ł a s n ą s p o i s t o ś ć. Lu­dzie cier­pią­cy upo­dab­nia­ją się do sie­bie po­do­bień­stwem sy­tu­acji, do­świad­cze­niem losu, ską­di­nąd po­trze­bą zro­zu­mie­nia i tro­ski, a nade wszyst­ko chy­ba na­tar­czy­wym pyta­niem o sens17.

Jak wspo­mnia­łem po­wy­żej, tuż po czter­dzie­st­ce do­zna­łem bo­le­sne­go ura­zu krę­go­słu­pa szyj­ne­go i mu­sia­łem pod­dać się ope­ra­cji. Po re­kon­wa­le­scen­cji nie­jed­no­krot­nie spo­ty­ka­łem się z in­ny­mi pa­cjen­ta­mi, któ­rzy prze­szli po­dob­ny za­bieg. To było nie­sa­mo­wi­te do­świad­cze­nie, po­nie­waż ro­zu­mie­li­śmy się bez słów. Two­rzy­li­śmy jak­by ta­jem­ni­czą gru­pę do­stęp­ną wy­łącz­nie dla tych, któ­rzy prze­ży­li to samo cier­pie­nie. Na­szym ha­słem było stwier­dze­nie: „Znam ten ból!”.

Ko­lej­ne dwie od­mia­ny cier­pie­nia

Poza cier­pie­niem fi­zycz­nym i mo­ral­nym św. Jan Pa­weł II roz­róż­nia dwa inne ro­dza­je cier­pie­nia: d o c z e s n e i o s t a t e c z n e. Cier­pie­nie do­cze­sne, na przy­kład cho­ro­ba czy śmierć fi­zycz­na, jest kon­se­kwen­cją grze­chu i moż­na je okre­ślić jako tym­cza­so­we. Cier­pie­nie osta­tecz­ne Oj­ciec Świę­ty opi­su­je w na­stę­pu­ją­cy spo­sób:

Czło­wiek „gi­nie”, gdy tra­ci „ży­cie wiecz­ne”. Prze­ci­wień­stwem zba­wie­nia nie jest więc samo tyl­ko do­cze­sne cier­pie­nie – ja­kie­kol­wiek – ale cier­pie­nie osta­tecz­ne: utra­ta ży­cia wiecz­ne­go, od­rzu­ce­nie od Boga, po­tę­pie­nie. Syn Jed­no­ro­dzo­ny zo­stał dany ludz­ko­ści, aby ochro­nić czło­wie­ka przede wszyst­kim od tego osta­tecz­ne­go zła i osta­tecz­nego cier­pie­nia18.

Wie­my, że Bóg tak nas umi­ło­wał, że po­słał swo­je­go jed­no­ro­dzo­ne­go Syna, aby do­świad­czył cier­pie­nia fi­zycz­ne­go i mo­ral­ne­go, by­śmy sami nie mu­sie­li cier­pieć w wiecz­no­ści bez Nie­go i mie­li ży­cie wiecz­ne w ob­fi­to­ści. Zro­bił to, po­nie­waż nas ko­cha. Mu­si­my więc zro­zu­mieć, że cza­sa­mi mi­łość wła­śnie do tego nas do­pro­wa­dzi. Mi­łość nie po­le­ga tyl­ko na przy­jem­nych od­czu­ciach zwią­za­nych z by­ciem w związ­ku, czy na ro­man­tycz­nych ge­stach. W mi­ło­ści nie wszyst­ko to­czy się po na­szej my­śli. Mi­łość bywa na­praw­dę trud­na i bo­le­sna, a cza­sem wręcz nas nisz­czy.

Naj­lep­szy dzień w ży­ciu Je­zu­sa

Przy­glą­da­jąc się sy­tu­acjom, w któ­rych nasz ide­al­ny sce­na­riusz zde­rza się z rze­czy­wi­sto­ścią, do­brze jest za­sta­no­wić się nad tym, jak wy­glą­da­ło ży­cie Chry­stu­sa. On nie szu­kał speł­nie­nia w świe­cie, tyl­ko w peł­nie­niu woli Ojca (por. J 17). Naj­lep­szy dzień w Jego ży­ciu nie po­le­gał na zre­ali­zo­wa­niu pla­nu, prze­ży­wa­niu przy­jem­no­ści, mi­łym spę­dze­niu cza­su wol­ne­go czy snu­ciu wi­zji na przy­szłość. Naj­lep­szy dzień Je­zu­sa był cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ny po­zna­niu i wy­peł­nie­niu woli Ojca. Na­wet w Wiel­ki Pią­tek, w dniu ukrzy­żo­wa­nia, Je­zus nie ma­rzył o wy­go­dach czy bez­bo­le­snym ży­ciu, tyl­ko o mi­ło­ści i wy­peł­nie­niu Oj­cow­skiej woli. Na­wet je­śli w na­szym ro­zu­mie­niu krzyż nie był dla Je­zu­sa ele­men­tem ide­al­ne­go sce­na­riu­sza, to był czę­ścią Jego rze­czy­wi­sto­ści i do­pro­wa­dzi­ła Go do nie­go praw­dzi­wa mi­łość, któ­ra przy­nio­sła naj­wspa­nial­szy owoc. W per­spek­ty­wie wiecz­no­ści naj­gor­szy dzień w Jego ży­ciu stał się naj­lep­szym dniem w na­szym ży­ciu, po­nie­waż za­pew­nił nam szczę­ście wiecz­ne.

 

Za­nim przej­dzie­my da­lej, chciał­bym prze­ka­zać to­bie kil­ka słów otu­chy. W swo­im cier­pie­niu i pró­bach zro­zu­mie­nia jego sen­su nie je­steś sam. Skarb, któ­re­go szu­kasz, czy­li war­tość tego, co prze­ży­wasz pod­czas tych trud­nych chwil, jest na wy­cią­gnię­cie ręki. Wie­rzę, że od­naj­dziesz sens cier­pie­nia, a to da ci od­wa­gę i uka­że cel, któ­ry prze­wyż­sza wszyst­ko, co zna­łeś do tej pory. Do­wiesz się też, jak so­bie ra­dzić z cier­pie­niem, gdy wła­śnie go do­świad­czasz. Ma ono ogrom­ną moc – szko­da by­łoby je zmar­no­wać!

2 ht­tps://www.wired.com/2006/05/se­cond-life-land-deal-goes-sour (do­stęp: 12.01.2021).

3 Cyt. za: http://to­tal­ly­po­p­cul­tu­re.com/pro­fes­sor-ar­gu­es-that-wow-can-be-a-re­li­gio­us-expe­rien­ce/ (do­stęp: 12.01.2021) – przyp. tłum.

4 Frag­men­ty z Pi­sma Świę­te­go cy­to­wa­ne za: Pi­smo Świę­te Sta­re­go i No­we­go Te­sta­men­tu, Edy­cja św. Paw­ła, Czę­sto­cho­wa 2016, ht­tps://pi­smoswi­e­te.pl/ (do­stęp: 6.01.2021).

5 C.J. Cha­put, Ce­sa­rzo­wi co ce­sar­skie, przeł. M. Mi­ko­łaj­czak, Ber­nar­di­num, Pel­plin 2011, s. 80.

6 Por. P. Kreeft, Ma­king Sen­se Out of Suf­fe­ring, Servant, Cin­cin­na­ti 1986, s. 64 – przyp. tłum.

7 Tam­że.

8 Tam­że, s. 65.

9 Tam­że.

10 Jan Pa­weł II, List apo­stol­ski Salvi­fi­ci do­lo­ris, I, 3, ht­tps://opo­ka.org.pl/bi­blio­te­ka/W/WP/jan_­pa­wel_ii/li­sty/salvi­fi­ci.html#m5 (do­stęp: 17.01.2021).

11 Tam­że, II, 5.

12 Świę­ta s. M.F. Ko­wal­ska, Dzien­ni­czek. Mi­ło­sier­dzie Boże w du­szy mo­jej, Pro­mic, War­sza­wa 2016, s. 76.

13 Por. Salvi­fi­ci do­lo­ris, II, 6.

14 Tam­że, II, 7.

15 Tam­że, II, 8.

16 Tam­że.

17 Tam­że.

18 Tam­że, IV, 14.

Roz­dział dru­gi

Czy moje cier­pie­nie ma sens?

Gdy nam się wy­da­je, że wszyst­ko w na­szym ży­ciu ukła­da się we­dług pla­nu, zwy­kle po­ja­wia się mnó­stwo nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści, któ­re przy­po­mi­na­ją nam, że tak na­praw­dę nie jest to moż­li­we.

Kie­dy do­brym lu­dziom przy­tra­fia­ją się nie­szczę­ścia, a nam ży­cie rzu­ca kło­dy pod nogi, prę­dzej czy póź­niej pada py­ta­nie: „Dla­cze­go ja? Na co to całe cier­pie­nie?”. Jak po­go­dzić wi­zję Boga, któ­ry jest wszech­mo­gą­cy i wszech­wie­dzą­cy, z tym, że roz­pa­da­ją nam się związ­ki, za­pa­da­my na cięż­kie cho­ro­by i w koń­cu umie­ra­my?

Gdy ta­kie py­ta­nia za­przą­ta­ją na­sze my­śli, je­ste­śmy w po­dob­nej sy­tu­acji, jak ci dwaj ucznio­wie Je­zu­sa, któ­rzy po Jego śmier­ci zmie­rza­li do Emaus (por. Łk 24), roz­cza­ro­wa­ni, po­zba­wie­ni złu­dzeń, ra­do­ści i na­dziei. To­wa­rzy­sząc Chry­stu­so­wi na­wet przez ten krót­ki okres przed ukrzy­żo­wa­niem, mie­li oka­zję się prze­ko­nać, jak może wy­glą­dać ży­cie z Bo­giem. Te­raz z cięż­kim ser­cem za­czę­li się za­sta­na­wiać, jak będą żyć bez Je­zu­sa. Nie­wąt­pli­wie było to do­świad­cze­nie cier­pie­nia. Księ­ga Przy­słów mówi: „Zbyt dłu­gie cze­ka­nie19 spra­wia ból ser­cu, speł­nio­ne pra­gnie­nie jest drze­wem ży­cia” (Prz 13,12). Cie­ka­we jest to, że gdy tak szli, po­grą­że­ni w roz­pa­czy, i przy­łą­czył się do nich Je­zus, oni za­czę­li Mu się skar­żyć na… Nie­go. Za­czę­li Mu opo­wia­dać, jak to mie­li na­dzie­ję, że bę­dzie kró­lem, któ­ry ich wy­zwo­li, a tym­cza­sem zo­stał ukrzy­żo­wa­ny jak złoczyń­ca. Ich nie­speł­nio­ne ocze­ki­wa­nia wo­bec Je­zu­sa sta­ły się źró­dłem bólu i roz­cza­ro­wa­nia, któ­re­go do­świad­czy­li w „praw­dzi­wym ży­ciu”. Je­zus miał wkrót­ce cał­ko­wi­cie zmie­nić ich per­spek­ty­wę, wy­ja­śnia­jąc im rze­czy­wi­stość, w któ­rej się zna­leź­li. Czy nie przy­po­mi­na to nas sa­mych w sy­tu­acjach, gdy wy­da­je się nam, że w na­szym ży­ciu Bóg nie jest Bo­giem? Po­trze­bu­je­my, aby ktoś w przy­stęp­ny spo­sób wy­ja­śnił nam na­szą rze­czy­wi­stość. Po­nie­waż nie­do­ma­ga­my w każ­dej dzie­dzi­nie ży­cia, po­ja­wia się w nim pust­ka, któ­ra spra­wia, że bra­ku­je nam rów­no­wa­gi. Za wszel­ką cenę pró­bu­je­my unik­nąć cier­pie­nia i po­świę­ca­my bar­dzo nie­wie­le cza­su na głę­bo­kie roz­wa­ża­nia nad jego przyczy­ną i sen­sem.

Po­dob­nie jak ucznio­wie zmie­rza­ją­cy do Emaus skar­ży­my się Bogu na… Boga. Mó­wi­my: „Pa­nie, nie ro­zu­miem sen­su cier­pie­nia”. Zo­bacz­my, co zro­bił Je­zus, gdy Jego ucznio­wie wy­po­wie­dzie­li swój żal – cier­pie­nie mo­ral­ne – pró­bu­jąc po­jąć stra­tę, któ­rą po­nie­śli. Po­cząw­szy od pro­ro­ków Sta­re­go Te­sta­men­tu, za­czął im wy­ja­śniać, że Me­sjasz mu­siał cier­pieć, aby wejść do swej chwa­ły. Je­zus od­niósł się do ich cier­pie­nia, wy­ja­śnia­jąc wła­sne. To dla nas nie­zwy­kle waż­na lek­cja: J e ś l i c h c e m y z n i e ś ć n a s z e c i e r p i e n i e, m u s i m y z r o z u m i e ć c i e r p i e n i e C h r y s t u s a.

Po­myśl o cier­pie­niu, któ­re­go do­świad­czy­łeś lub do­świad­czasz w swo­im ży­ciu. Ist­nie­je bez­po­śred­ni zwią­zek po­mię­dzy jego ja­ko­ścią, czy­li tym, jak je prze­ży­wa­my, i od­na­le­zie­niem jego sen­su. In­ny­mi sło­wy, je­śli nie po­tra­fi­my nadać mu zna­cze­nia, praw­do­po­dob­nie po­grą­ży­my się w roz­pa­czy. Na­to­miast je­śli zdo­ła­my nadać zna­cze­nie na­sze­mu cier­pie­niu, je­śli od­kry­je­my war­tość w tym do­świad­cze­niu, bę­dzie­my w sta­nie przetrwać wszyst­ko.

Za­sta­nów się nad tym przez chwi­lę. W ży­ciu nic nie ma sen­su, do­pó­ki tego sen­su mu nie nada­my. Naj­ła­twiej się o tym prze­ko­nać na przy­kła­dzie ję­zy­ka. Sło­wo samo z sie­bie nic nie zna­czy, do­pó­ki nie przy­pi­sze­my mu zna­cze­nia, któ­re zo­sta­nie po­wszech­nie przy­ję­te i zro­zu­mia­ne. Weź­my sło­wo smog, któ­re po­wsta­ło z po­łą­cze­nia an­giel­skich słów smo­ke (dym) i fog (mgła) dla okre­śle­nia za­nie­czysz­cze­nia po­wie­trza w wy­ni­ku wy­mie­sza­nia się mgły z dymem i spa­li­na­mi20.

Po­myśl o wła­snym do­świad­cze­niu. Ja­kie zna­cze­nie nada­łeś lub na­da­jesz swo­je­mu cier­pie­niu? Czy cier­pie­nie, któ­re­go do­zna­jesz, wy­da­je ci się tyl­ko bez­sen­sow­ną prze­szko­dą na dro­dze? Czy czu­jesz się po­dob­nie jak ucznio­wie w dro­dze do Emaus, po­zba­wie­ni na­dziei, po­grą­że­ni w roz­pa­czy? Czy two­je py­ta­nia po­zo­sta­ją bez od­po­wie­dzi? Do­świad­cza­my cier­pie­nia z wie­lu po­wo­dów, ale je­śli nie na­da­je­my mu zna­cze­nia, ule­ga­my po­ku­sie uciecz­ki od rze­czy­wi­sto­ści i znie­czu­la­my się na róż­ne spo­so­by (al­ko­hol, nar­ko­ty­ki itd.). Je­śli na­to­miast zdo­ła­my od­na­leźć sens na­sze­go cier­pie­nia, wszyst­ko wy­glą­da zu­peł­nie ina­czej. Wszyst­ko! O to wła­śnie cho­dzi w tej książ­ce: jak w cier­pie­niu od­kryć sens. Jak od­na­leźć pier­wia­stek wiecz­no­ści w na­szym ży­ciu, któ­re jest tak dalekie od ide­ału.

Pro­wa­dząc kie­dyś szko­le­nie z za­rzą­dza­nia cza­sem, przy­to­czy­łem na­stę­pu­ją­cy przy­kład (opar­ty na sys­te­mie szko­leń opra­co­wa­nym przez fir­mę Fran­klin­Co­vey). Wy­obraź so­bie sta­lo­wą bel­kę o sze­ro­ko­ści i wy­so­ko­ści trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów i dłu­go­ści sied­miu i pół me­tra. Je­śli po­ło­żę ją na zie­mi i obie­cam, że do­sta­niesz sto do­la­rów, je­śli po niej przej­dziesz, uznasz to za ła­twy za­ro­bek, po­nie­waż znaj­dziesz się za­le­d­wie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów nad zie­mią. A gdy­bym umie­ścił tę bel­kę mię­dzy dwo­ma bu­dyn­ka­mi na wy­so­ko­ści dru­gie­go pię­tra i za­pro­po­no­wał ci ty­siąc do­la­rów za przej­ście po niej? Co wte­dy? Na taki wy­czyn z pew­no­ścią zde­cy­do­wa­li­by się nie­licz­ni śmiał­ko­wie. A gdy­by ta bel­ka znaj­do­wa­ła się mię­dzy dwo­ma wie­żow­ca­mi na wy­so­ko­ści pięć­dzie­sią­te­go pię­tra, a staw­ka wzro­sła do dzie­się­ciu mi­lio­nów do­la­rów? Zgło­sił­by się chy­ba tyl­ko ktoś dys­po­nu­ją­cy nad­przy­ro­dzo­ną rów­no­wa­gą lub po prostu sa­mo­bój­ca.

A gdy­by na tym dru­gim wie­żow­cu cze­ka­ło two­je dziec­ko, a ty do­wie­dział­byś się, że ni­gdy wię­cej go nie zo­ba­czysz, je­śli nie przej­dziesz po tej bel­ce za­wie­szo­nej na wy­so­ko­ści stu pięć­dzie­się­ciu me­trów nad zie­mią? Był­byś go­tów za­ry­zy­ko­wać? Na szko­le­niu pra­wie wszy­scy pod­nie­śli rękę. Ty pew­nie też byś się zde­cy­do­wał. Dla­cze­go? Po­nie­waż oka­za­ło­by się, że na­gle od­kry­łeś cel tego wy­czy­nu – nada­łeś mu zna­cze­nie, któ­re­go wcze­śniej nie było. Nie prze­ko­na­ło­by cię dzie­sięć mi­lio­nów do­la­rów, ale zro­bił­byś to, aby ura­to­wać swo­je dziec­ko, na­wet za cenę wła­sne­go zdro­wia i ży­cia. Dla więk­szo­ści z nas ro­dzi­na jest naj­cen­niej­szym skar­bem, za któ­ry war­to cier­pieć, je­śli wy­ma­ga tego sy­tu­acja.

W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak moje py­ta­nie nie brzmi, czy był­byś go­tów od­dać ży­cie za uko­cha­ną oso­bę raz a do­brze, ale czy był­byś go­tów umie­rać za nią po­wo­li, co­dzien­nie. Jak mówi św. Pa­weł: „Co­dzien­nie umie­ram” (1 Kor 15,31). Dla wie­lu z nas może to być jak na­głe ob­ja­wie­nie. By­li­by­śmy go­to­wi zro­bić wszyst­ko, aby wy­cią­gnąć naj­bliż­szą oso­bę z pło­ną­ce­go bu­dyn­ku lub wzbu­rzo­ne­go mo­rza, na­wet za cenę wła­sne­go ży­cia, ale żeby umie­rać po­wo­li? Co­dzien­nie? To już zu­peł­nie inna hi­sto­ria. Gdy wspo­mi­nam na­ro­dzi­ny mo­ich có­rek, przy­wo­łu­ję to nie­zwy­kle in­ten­syw­ne uczu­cie mi­ło­ści, któ­re mi wte­dy to­wa­rzy­szy­ło. Pa­mię­tam, że za każ­dym ra­zem mó­wi­łem: „Od­dał­bym za cie­bie ży­cie”. Ale mia­rą mo­jej mi­ło­ści nie jest to stwier­dze­nie w chwi­li ich na­ro­dzin, ale moje po­wol­ne umie­ra­nie dla nich przez wie­le lat.

W tej książ­ce chciał­bym ci po­ka­zać, że cier­pie­nie ma sens. To ży­cie – praw­dzi­we ży­cie! Cier­pie­niu moż­na nadać nowe zna­cze­nie i uj­rzeć je w zu­peł­nie in­nym świe­tle. Pro­po­nu­ję ci fa­scy­nu­ją­ce ćwi­cze­nie: po­myśl o cier­pie­niu, któ­re może wła­śnie prze­ży­wasz, i za­daj so­bie py­ta­nie: „Czy w oczach Je­zu­sa to cier­pie­nie jest oka­zją, któ­rą mogę wy­ko­rzy­stać?”. Czy we­dług cie­bie Je­zus na­da­je zna­cze­nie two­im zma­ga­niom? Od­po­wiedź brzmi: tak! Nie­za­leż­nie od tego, czy mó­wi­my o od­da­niu ży­cia za ko­goś bli­skie­go, czy o po­je­cha­niu na ślub cór­ki przy­ja­ciół­ki ku­zyn­ki two­jej żony, choć miał­byś ocho­tę zo­stać w domu, mo­żesz od­na­leźć sens, dzię­ki któ­re­mu wszyst­ko w two­im ży­ciu bę­dzie słu­żyć dla two­je­go do­bra.

Do­sko­na­łym przy­kła­dem co­dzien­ne­go umie­ra­nia był św. Jan Pa­weł II. Z bó­lem fi­zycz­nym zma­gał się przez wie­le lat, zno­sząc go dziel­nie na oczach ca­łe­go świa­ta aż do ostat­nie­go tchnie­nia. Choć by­ło­by znacz­nie ła­twiej ustą­pić ze sta­no­wi­ska i wy­co­fać się z ży­cia pu­blicz­ne­go, po­sta­no­wił wy­trwać, po­ka­zu­jąc świa­tu w spo­sób jed­no­znacz­ny, co ozna­cza nie­sie­nie swo­je­go krzyża każ­de­go dnia.

Ka­rol Woj­ty­ła po­znał rów­nież smak cier­pie­nia mo­ral­ne­go. Już w mło­do­ści stra­cił całą naj­bliż­szą ro­dzi­nę: star­szą sio­strę, mat­kę, bra­ta i ojca. Jego ży­cie od­bie­ga­ło od ide­al­ne­go sce­na­riu­sza. Do­świad­czył cięż­kiej pra­cy fi­zycz­nej w ka­mie­nio­ło­mach, ucie­ka­jąc przed de­por­ta­cją do na­zi­stow­skich Nie­miec. Lata stu­diów w se­mi­na­rium tak­że były na­zna­czo­ne cią­głym za­gro­że­niem ze stro­ny władz.

 

W wie­ku czter­dzie­stu sied­miu lat zo­stał kar­dy­na­łem, a je­de­na­ście lat póź­niej, w 1978 roku, wy­bra­no go na Sto­li­cę Pio­tro­wą. Świat uj­rzał pa­pie­ża w peł­ni sił, roz­ko­cha­ne­go w te­atrze, od­waż­ne­go, oswo­jo­ne­go z cier­pie­niem fi­zycz­nym i mo­ral­nym; pa­pie­ża, któ­ry miał po­ka­zać wszyst­kim, jak w cięż­kim do­świad­cze­niu od­na­leźć sens i nadać mu zna­cze­nie.

Na­stęp­ne­go dnia po wy­bo­rze na gło­wę Ko­ścio­ła, ku po­wszech­ne­mu za­sko­cze­niu, Jan Pa­weł II opu­ścił Wa­ty­kan i wy­brał się z pierw­szą pa­pie­ską wi­zy­tą do rzym­skiej po­li­kli­ni­ki Gemel­li. Od­wie­dził tam cier­pią­cych na no­wo­two­ry oraz swo­je­go cięż­ko cho­re­go przy­ja­cie­la, bi­sku­pa An­drze­ja Ma­rię De­sku­ra. Przy­ku­ty przez wie­le lat do wóz­ka in­wa­lidz­kie­go, póź­niej­szy kar­dy­nał De­skur zwykł żar­to­wać, że czu­je się „jak Ko­lo­seum – sta­ra ru­ina chęt­nie od­wie­dza­na”21.

Pon­ty­fi­kat Jana Paw­ła II był na­zna­czo­ny cier­pie­niem: w trze­cim roku swo­jej po­słu­gi pa­pież zo­stał po­strze­lo­ny przez za­ma­chow­ca na pla­cu św. Pio­tra, a w ko­lej­nych la­tach zdia­gno­zo­wa­no u nie­go cho­ro­bę Par­kin­so­na, któ­ra stop­nio­wo od­bie­ra­ła mu ener­gię i siły. Wie­lu z nas ni­gdy nie za­po­mni tego mo­men­tu, gdy zma­ga­jąc się ze swo­ją sła­bo­ścią, pró­bo­wał wstać i prze­mó­wić do tłu­mów ze­bra­nych przed ba­zy­li­ką św. Pio­tra z okna swo­je­go apar­ta­men­tu. Pa­mię­tam rów­nież dzień jego śmier­ci. Pre­zen­ter te­le­wi­zyj­ny Ge­ral­do Ri­ve­ra za­pro­sił mnie wte­dy do swo­je­go pro­gra­mu, a ja po­wie­dzia­łem, że było nam dane uj­rzeć naj­do­sko­nal­szy przy­kład zbaw­cze­go cier­pie­nia w hi­sto­rii no­wo­żyt­nej. Choć w ostat­nich dniach ży­cia św. Jan Pa­weł II nie był już w sta­nie mó­wić, jego ży­cie prze­mó­wi­ło do nas do­no­śnym gło­sem. Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem wte­dy, iż chciał­bym, tak jak on, po­zo­stać wier­ny do koń­ca.

Nie wie­my, czy stwier­dze­nie kar­dy­na­ła De­sku­ra o tym, że jest „jak sta­ra ru­ina chęt­nie od­wie­dza­na”, za­pa­dło pa­pie­żo­wi w pa­mięć, ale z pew­no­ścią jego ży­cie, ni­czym rzym­skie Ko­lo­seum, opo­wie­dzia­ło hi­sto­rię cier­pie­nia w sposób do­sko­na­ły.

Gdy do­świad­czasz cier­pie­nia, nie pie­lę­gnuj go w so­bie, nie prze­kli­naj go, nie uża­laj się nad sobą.

W ży­ciu św. Jana Paw­ła II nie było miej­sca na ta­kie emo­cje. W ży­ciu, któ­re za­pla­no­wał dla nas Je­zus, rów­nież nie ma na nie miej­sca. Je­zus w swo­im cier­pie­niu nie uża­lał się nad sobą, i w two­im cier­pie­niu też się nie uża­la. On je od­ku­pił. Apo­stoł Pa­weł ra­dzi: „Wy­ko­rzy­stuj­cie oka­zję, bo dni są złe” (Ef 5,16), a my mo­że­my po­wie­dzieć: „Wy­ko­rzy­stuj­my cier­pie­nie, bo dni są złe”.

W jaki spo­sób „wy­ko­rzy­stać oka­zję”? Na­le­ży sku­pić się na zbaw­czej war­to­ści cier­pie­nia, uni­ka­jąc uża­la­nia się nad sobą, któ­re od­bie­ra sens cier­pie­niu, prze­dłu­ża je i na­si­la. Gdy nie­ustan­nie wra­ca­my do bo­le­snych sy­tu­acji i cho­wa­my ura­zę wo­bec naj­bliż­szych, od­su­wa­my się od nich i od­da­la­my. Nie­ła­two jest na­pra­wić błąd, kie­dy kon­cen­tru­je­my się na na­szym we­wnętrz­nym bólu spo­wo­do­wa­nym przez zdra­dę lub trud­ną roz­mo­wę. Sku­pie­nie my­śli na od­na­le­zie­niu sen­su cier­pie­nia wy­ma­ga dys­cy­pli­ny i wy­trwa­ło­ści. Nasz umysł w spo­sób na­tu­ral­ny kon­cen­tru­je się na zra­nie­niach, tak jak me­dia naj­chęt­niej prze­ka­zu­ją tra­gicz­ne wia­do­mo­ści. Po­słu­chaj­my, co pi­sze św. Pa­weł: „Bu­rzy­my ro­zu­mo­wa­nia i wszel­kie prze­szko­dy wzno­szo­ne prze­ciw­ko po­zna­niu Boga, a wszel­ką myśl bie­rze­my do nie­wo­li, aby do­pro­wa­dzić ją do po­słu­szeń­stwa Chry­stu­so­wi” (2 Kor 10,5). Je­śli chce­my od­na­leźć sens cier­pie­nia, mamy brać na­sze my­śli w nie­wo­lę i do­pro­wa­dzać je do Chry­stu­sa. Gdy już od­dasz Mu swój ból, zy­skasz nad­przy­ro­dzo­ną per­spek­ty­wę. Czy bie­rzesz swo­je my­śli w nie­wo­lę i do­pro­wa­dzasz do po­słu­szeń­stwa Chry­stu­so­wi, czy też nie panujesz nad nimi?

Pa­ra­liż prze­pust­ką do raju

Na stu­dium bi­blij­nym mia­łem kie­dyś słu­cha­cza, któ­ry opu­ścił za­le­d­wie trzy lub czte­ry spo­tka­nia w cią­gu dzie­się­ciu lat. Nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, gdy­by nie fakt, że Mi­cha­el Bro­itzman był cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ny – po­ru­szał tyl­ko mię­śnia­mi twa­rzy i szyi. Jako mło­dy chło­pak żył na kra­wę­dzi, nad­uży­wa­jąc al­ko­ho­lu i nar­ko­ty­ków, od im­pre­zy do im­pre­zy. Pew­ne­go wie­czo­ru szedł po­bo­czem, pi­ja­ny w sztok, i wpadł pod cię­ża­rów­kę. Ra­tow­ni­cy mó­wi­li póź­niej, że jego ser­ce kil­ka­krot­nie się za­trzy­ma­ło, ale uda­ło im się go ura­to­wać. Nie­ste­ty oka­za­ło się, że do koń­ca ży­cia bę­dzie spa­ra­li­żo­wa­ny.

Jed­na z pie­lę­gnia­rek, któ­ra się nim opie­ko­wa­ła, za­chę­ci­ła go, aby od­dał swo­je ży­cie Bogu. Jej wia­ra i po­boż­ność zro­bi­ły na nim ta­kie wra­że­nie, że za­czął ła­god­nieć i prze­ko­ny­wać się do Boga. Zgo­dził się na jej pro­po­zy­cję i po kil­ku spo­tka­niach w ko­ście­le, na któ­re go za­bra­ła, od­dał Mu swo­je ser­ce. Gdy po­wie­rzył swo­je ży­cie Je­zu­so­wi i na­wią­zał z Nim bli­ską re­la­cję, jego wy­pa­dek na­brał dla nie­go zu­peł­nie no­we­go zna­cze­nia. Zro­zu­miał, że miał być swe­go ro­dza­ju otrzeź­wie­niem, ale tak­że od­krył głę­bię współ­cier­pie­nia z Chry­stu­sem dla zba­wie­nia świa­ta. Czę­sto po­wta­rzał, że wie­czór, w któ­rym po­trą­ci­ła go cię­ża­rów­ka, był naj­bar­dziej war­to­ścio­wym mo­men­tem jego ży­cia, po­nie­waż cier­pie­nie do­pro­wa­dzi­ło go do zba­wie­nia. Dla Mi­cha­ela pa­ra­liż stał się więc przepust­ką do raju.

Gdy ży­cie sta­je na gło­wie

Char­les Krau­tham­mer, zna­ny pu­bli­cy­sta i ko­men­ta­tor te­le­wi­zji Fox News, był na pierw­szym roku me­dy­cy­ny na Harvar­dzie, gdy jego ży­cie przy­bra­ło nie­spo­dzie­wa­ny ob­rót. Był upal­ny let­ni dzień, więc Char­les po­sta­no­wił ur­wać się z za­jęć i pójść ze zna­jo­my­mi na ba­sen. Wy­da­wa­ło­by się, że był to wy­ma­rzo­ny dzień dla mło­de­go, obie­cu­ją­ce­go stu­den­ta. Tym­cza­sem chło­pak wsko­czył do ba­se­nu tak nie­szczę­śli­wie, że ude­rzył gło­wą o dno. W ułam­ku se­kun­dy zdał so­bie spra­wę z tego, że już ni­gdy nic nie bę­dzie ta­kie samo, po­nie­waż nie mógł ru­szyć ani ręką, ani nogą. Wsko­czył do tego ba­se­nu z ta­kim sa­mym en­tu­zja­zmem, z ja­kim wcho­dził w ży­cie, któ­re te­raz w mgnie­niu oka zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie.

Po kil­ku go­dzi­nach le­żał na szpi­tal­nym łóż­ku, gło­wą w dół. Całe jego ży­cie sta­nę­ło na gło­wie. Czy na jego miej­scu był­byś w sta­nie wziąć swo­je my­śli w nie­wo­lę, czy to ra­czej one wzię­ły­by w nie­wo­lę cie­bie? Char­les nie py­tał: „Dla­cze­go ja?” ani „Co by było, gdy­by…?”. Nie uża­lał się nad sobą, nie zre­zy­gno­wał z ży­cia w dniu, któ­ry miał być cu­dow­ny, a oka­zał się tra­gicz­ny w skut­kach. Po kil­ku ty­go­dniach, na­dal le­żąc na wznak, wzno­wił stu­dia me­dycz­ne na Harvar­dzie. W zdo­by­wa­niu za­li­czeń po­ma­gał mu asy­stent, a pro­fe­so­ro­wie od­wie­dza­li go z wy­kła­da­mi. Krau­tham­mer ukoń­czył me­dy­cy­nę ra­zem ze swo­ją gru­pą, osią­ga­jąc jed­ne z naj­lepszych wy­ni­ków.

W roku 2007 dzien­nik „The Wa­shing­ton Post” opu­bli­ko­wał jego ar­ty­kuł o bejs­bo­li­ście Ric­ku An­kie­lu, któ­ry grał na po­zy­cji mio­ta­cza w dru­ży­nie Wa­shing­ton Na­tio­nals. Pod­czas de­cy­du­ją­ce­go me­czu od­niósł ta­jem­ni­czą kon­tu­zję i na­gle stra­cił kon­tro­lę nad rzu­ta­mi, co prze­kre­śli­ło jego obie­cu­ją­cą ka­rie­rę. An­kiel bar­dzo to prze­żył. Po ja­kimś cza­sie wró­cił na bo­isko, ale już jako pał­karz22. Krau­tham­mer traf­nie za­uwa­ża, że „ka­ta­stro­fą może się za­koń­czyć każ­dy, na­wet naj­mniej­szy fał­szy­wy ruch, skręt w złym kie­run­ku, nie­for­tun­ne spo­tka­nie”. Da­lej pi­sze: „Każ­dy ma w ży­ciu ta­kie chwi­le. Py­ta­nie brzmi, czy – i jak – wró­ci­my do gry”23. Szan­sa na to, że po prze­ży­ciu tra­ge­dii wró­cisz do gry nie­po­ko­na­ny, w znacz­nym stop­niu za­le­ży od tego, czy zdo­łasz od­na­leźć w swo­im cier­pie­niu sens.

Char­les nie do­pu­ścił do tego, aby jego wy­pa­dek zmie­nił go w ko­goś in­ne­go. Wręcz prze­ciw­nie, dzień wy­pad­ku stał się czę­ścią wspa­nia­łej ka­rie­ry, po­nie­waż Char­les na­dał zna­cze­nie swo­je­mu cier­pie­niu24. W gło­wie, któ­rą roz­bił o dno ba­se­nu, zro­dzi­ło się póź­niej tyle świet­nych tek­stów, że w roku 1987 za swo­ją ko­lum­nę po­li­tycz­ną w „The Wa­shing­ton Post” otrzy­mał Na­gro­dę Pulitze­ra! Two­je cier­pie­nie rów­nież może nie­ocze­ki­wa­nie za­mie­nić się w skarb! Za­cznij przy­słu­chi­wać się dia­lo­go­wi we­wnętrz­ne­mu, któ­ry to­czy się w two­jej gło­wie, i nie daj się zwieść po­ku­sie uża­la­nia się nad sobą. Prze­stań pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem, da­ruj sobie „gdy­ba­nie”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?