Nie marnuj cierpienia!

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  Strona tytułowa

  Strona redakcyjna

  Przedmowa

  ROZDZIAŁ PIERWSZY: Życie według idealnego scenariusza

  ROZDZIAŁ DRUGI: Czy moje cierpienie ma sens?

  ROZDZIAŁ TRZECI: Wróćmy do początku: cierpienia

  ROZDZIAŁ CZWARTY: Doświadczyły wszystkie pokolenia

  ROZDZIAŁ PIĄTY: Różne cele cierpienia

  ROZDZIAŁ SZÓSTY: Cierpienie nadprzyrodzone i jego wymiar zbawczy

  ROZDZIAŁ SIÓDMY: Nasz udział w cierpieniu Chrystusa

  ROZDZIAŁ ÓSMY: Czy jesteś gotów złożyć swoje cierpienie w ofierze?

  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: Gdy sam doświadczasz cierpienia

  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: Cierpienie w praktyce – dziesięć wskazówek, jak go nie zmarnować

  Zakończenie

  Reklamy

Nie mar­nuj cier­pie­nia!

Jeff Ca­vins

Nie mar­nuj cier­pie­nia!

Jak zro­zu­mieć jego sens i od­na­leźć na­dzie­ję

Prze­ło­ży­ła Be­ata Brod­nie­wicz

WY­DAW­NIC­TWO W DRO­DZE, PO­ZNAŃ 2021

Ty­tuł ory­gi­na­łu

When You Suf­fer: Bi­bli­cal Keys for Hope and Un­der­stan­ding

Co­py­ri­ght ©2015, Jeff Ca­vins

All ri­ghts re­served. This trans­la­tion of When You Suf­fer is pu­blished by ar­ran­ge­ment with Fran­ci­scan Me­dia, 28 W. Li­ber­ty St. Cin­cin­na­ti, OH 45202, USA.

© Co­py­ri­ght for this edition by Wy­daw­nic­two W dro­dze, 2021

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca – ewa ku­biak

Re­dak­cja – Li­dia Ko­złow­ska

Ko­rek­ta – Pau­li­na Je­ske-Cho­iń­ska, li­dia ko­złow­ska

Skład i ła­ma­nie – teo­dor Je­ske-Cho­iń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na – jó­ze­fa kur­pisz

Pro­jekt okład­ki i layotu – Krzysz­tof Lor­czyk OP

Fo­to­gra­fie na okład­ce – Pa­weł Czer­win­ski | unspla­sh.com oraz rzeź­ba Chry­stu­sa z ko­ści sło­nio­wej (ok. 1260–1280), ze zbio­rów Me­tro­po­li­tan Mu­seum of Art w No­wym Jor­ku

Fo­to­gra­fia (s. 2) – zło­ty krzyż (XVI w.), ze zbio­rów Me­tro­po­li­tan Mu­seum of Art w No­wym Jor­ku

ISBN 978-83-7906-467-0 (wer­sja dru­ko­wa­na)

ISBN 978-83-7906-468-7 (wer­sja elek­tro­nicz­na)

Wy­daw­nic­two Pol­skiej Pro­win­cji Do­mi­ni­ka­nów W dro­dze sp. z o.o.

Wy­da­nie I

ul. Ko­ściusz­ki 99, 61-716 Po­znań

tel. 61 852 39 62

sprze­daz@wdro­dze.pl

www.wdro­dze.pl

Przed­mo­wa

Bóg jest Oj­cem, któ­ry trosz­czy się o swo­je dzie­ci. W swej mą­dro­ści do­pusz­cza na­sze cier­pie­nie, ale w swo­im mi­ło­sier­dziu nie­ustan­nie nas po­cie­sza – przede wszyst­kim po­przez sło­wo Boże. Bi­blia po­ma­ga nam zro­zu­mieć sens na­szych do­świad­czeń le­piej niż ja­kie­kol­wiek inne źró­dło. Po­wie­dział­bym na­wet, że tyl­ko w Pi­śmie Świę­tym znaj­dzie­my wy­ja­śnie­nie na­szych wąt­pli­wo­ści, zwłasz­cza kie­dy cier­pi­my.

Bóg po­cie­sza nas rów­nież przez przy­ja­ciół. Zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni z mi­ło­ści, więc na­sze re­la­cje mają być od­zwier­cie­dle­niem i przed­sma­kiem Jego mi­ło­ści od­wiecz­nej. Sko­ro On sam, Bóg w Trój­cy Je­dy­ny, jest w nie­ustan­nej re­la­cji, chrze­ści­ja­nie mogą do­świad­czać przy­jaź­ni jako praw­dzi­wej ła­ski na ob­raz Trój­cy Świę­tej i mieć udział w re­la­cjach mię­dzy Oso­ba­mi Bo­ski­mi.

Wła­śnie taką po­cie­chą w cier­pie­niu i praw­dzi­wą ła­ską jest dla mnie przy­jaźń Jef­fa Ca­vin­sa. Gdy zwra­ca się do mnie ze sło­wa­mi wspar­cia lub rady, czu­ję, jak­by po­cie­szał mnie sam Bóg, po­nie­waż są one za­wsze głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ne w Bi­blii, je­dy­nym źró­dle Bo­że­go na­tchnie­nia i nie­omyl­nej wie­dzy. Nic nie może się rów­nać z po­tę­gą sło­wa Bo­że­go, któ­re prze­ja­wia się w przy­jaź­ni, mi­ło­ści i wza­jem­nym mi­ło­sier­dziu.

Cie­szę się nie­zmier­nie, że dzię­ki tej książ­ce i ty, dro­gi czy­tel­ni­ku, bę­dziesz miał oka­zję za­przy­jaź­nić się z Jef­fem. Po­nie­waż on sam do­świad­czył ogro­mu cier­pie­nia i wie­le go to na­uczy­ło, każ­de jego sło­wo jest praw­dzi­we. Na­pi­sa­nie tej książ­ki nie było dla nie­go ła­twe; jest ona wy­ra­zem chę­ci współ­od­czu­wa­nia w zna­cze­niu do­słow­nym: to­wa­rzy­sze­nia nam w cier­pie­niu.

Jak po­wie­dział Cli­ve Sta­ples Le­wis: „Bóg szep­cze do nas w na­szych przy­jem­no­ściach, (…) ale krzy­czy w na­szych cier­pie­niach”1. Czę­sto je­ste­śmy zbyt po­chło­nię­ci sobą, aby Go usły­szeć w tych do­świad­cze­niach. Je­śli jed­nak mamy praw­dzi­wych przy­ja­ciół, po­mo­gą nam otwo­rzyć uszy. Ta­kim przy­ja­cie­lem dla mnie, a te­raz i dla cie­bie, jest Jeff Ca­vins.

Scott Hahn

1 C.S. Le­wis, Pro­blem cier­pie­nia, przeł. T. Sza­frań­ski, Are­o­pag, Ka­to­wi­ce 1996, s. 85.

Roz­dział pierw­szy

Ży­cie we­dług ide­al­ne­go sce­na­riu­sza

Za­kła­dam, że się­gną­łeś po tę książ­kę, po­nie­waż chcesz się do­wie­dzieć, czy cier­pie­nie ma ja­ki­kol­wiek sens. Do­świad­czy­łeś bólu albo ty sam, albo ktoś z two­ich bli­skich, i w two­jej gło­wie po­ja­wi­ło się za­pew­ne mnó­stwo py­tań. Chcę więc od­po­wie­dzieć ci od razu: tak, cier­pie­nie ma sens, je­śli jed­no­czy­my je z cier­pie­niem Chry­stu­sa. W na­szym bólu znaj­du­je się nie­zmie­rzo­ny skarb, któ­ry ma moc włą­cza­nia nas w dzie­ło od­ku­pie­nia ludz­ko­ści. Po­wiem wprost: gdy­byś wie­dział, w jak nie­sa­mo­wi­ty spo­sób Bóg może wy­ko­rzy­stać two­je cier­pie­nie, gdy­byś zdał so­bie spra­wę, jak nie­zwy­kłą „wa­lu­tą” jest twój ból, po­zbył­byś się stra­chu i za­ak­cep­to­wał go, po­nie­waż Chry­stus to wszystko od­ku­pił.

Za­nim po­ru­szy­my kwe­stię ogrom­ne­go cier­pie­nia, któ­re wy­da­je się nie do wy­trzy­ma­nia, za­cznij­my od nie­wiel­kich na­pięć, czy­li co­dzien­nych sy­tu­acji, któ­re wy­pro­wa­dza­ją nas z rów­no­wa­gi.

Za­sta­nów się, jak wy­glą­da­ło­by two­je ży­cie we­dług ide­al­ne­go sce­na­riu­sza. Praw­do­po­dob­nie wy­obra­ża­łeś je so­bie już jako dziec­ko. Wpraw­dzie z cza­sem nie­zbęd­ne ele­men­ty tego do­sko­na­łe­go ży­cia, czy­li two­je za­ję­cia, re­la­cje z ludź­mi i ota­cza­ją­ce cię przed­mio­ty, ule­ga­ły zmia­nom, ale pew­nie na­dal je­steś w sta­nie opi­sać ten świat ze swo­ich ma­rzeń.

A jak za­pla­no­wał­byś naj­lep­szy dzień w swo­im ży­ciu? Są­dzę, że z ła­two­ścią mógł­byś wy­mie­nić wszyst­ko, co zło­ży­ło­by się na taki dzień. Chy­ba wszy­scy mamy taką wi­zję. Na przy­kład mój wy­ma­rzo­ny dzień za­czy­na się wcze­snym ran­kiem. Bu­dzę się wy­spa­ny, idę do po­bli­skiej ka­wia­ren­ki, za­ma­wiam pysz­ną kawę i czy­tam frag­ment Ewan­ge­lii. Póź­niej wpa­dam z wi­zy­tą do in­nych ama­to­rów po­ran­nej kawy, słu­cha­my ra­zem mu­zy­ki, po czym wra­cam do domu, gdzie moje dzie­ci na­dal śpią. Na­stęp­nie ko­szę traw­nik, albo ra­czej jadę na prze­jażdż­kę har­ley­em po mo­jej pięk­nej oko­li­cy (miesz­kam w sta­nie Min­ne­so­ta, zwa­nym Kra­iną Dzie­się­ciu Ty­się­cy Je­zior). Twój ide­al­ny sce­na­riusz na pew­no wy­glą­dał­by zu­peł­nie ina­czej, ale bu­dził­by po­dob­ne od­czu­cia. Spójrz­my więc na to, co two­rzy do­sko­na­ły dzień i dosko­na­łe ży­cie.

Ide­al­ne ży­cie jest wy­god­ne. Wszy­scy pra­gnie­my żyć w kom­for­cie i do­świad­czać speł­nie­nia, ra­do­ści i spo­ko­ju. Chce­my wsko­czyć w każ­dy dzień jak w ulu­bio­ne dżin­sy.

Ide­al­ne ży­cie nas nie za­ska­ku­je. Wie­my do­kład­nie, jak wy­glą­da każ­dy dzień – żad­nych nie­spo­dzia­nek. To­czy się tak, jak go za­pla­no­wa­li­śmy dnia po­przed­nie­go.

W ide­al­nym ży­ciu zaj­mu­je­my się tyl­ko tym, co nas pa­sjo­nu­je. Czy­ta­my, spa­ce­ru­je­my, jeź­dzi­my na mo­to­cy­klu, rzeź­bi­my w drew­nie, dba­my o ogród. Ro­bi­my to, co ro­bi­li­by­śmy w wol­nym cza­sie.

W ide­al­nym ży­ciu wy­ko­rzy­stu­je­my na­sze ta­len­ty. Od­no­si­my suk­ce­sy jako mu­zy­cy, ar­ty­ści, pi­sa­rze, mów­cy, biz­nes­me­ni. Roz­kwi­ta­my, ro­biąc to, do cze­go jesteśmy stwo­rze­ni.

W ide­al­nym ży­ciu lu­dzie nas po­dzi­wia­ją. Do­strze­ga­ją na­szą war­tość i do­ce­nia­ją na­sze do­ko­na­nia, dzię­ki cze­mu czu­je­my się speł­nie­ni.

W ide­al­nym ży­ciu nie ma bólu. Prze­cież nikt nie lubi cier­pie­nia. Chce­my każ­de­go dnia cie­szyć się zdro­wiem i ko­rzy­stać z przy­jem­no­ści. W pla­nie ide­al­ne­go dnia nie ma miej­sca na po­pa­rze­nie sło­necz­ne, ból krę­go­słu­pa czy koszmar­ną mi­gre­nę.

 

W ide­al­nym ży­ciu osią­ga­my suk­ce­sy, do­pro­wa­dza­my do koń­ca swo­je za­da­nia i pro­jek­ty, re­ali­zu­je­my cele. Mar­twi­my się tyl­ko o to, że na pół­kach nie ma już miej­sca na ko­lej­ne na­gro­dy, statuet­ki i me­da­le.

W ide­al­nym ży­ciu za­spo­ko­jo­ne są wszyst­kie na­sze pod­sta­wo­we po­trze­by. Od­po­czy­wa­my, od­ży­wia­my się, wszech­stron­nie roz­wi­ja­my. Mamy pie­nią­dze na kon­cie. Mamy je­dze­nie w lo­dów­ce. Mamy wspa­nia­ły zwią­zek. Ży­cie na me­dal!

W ide­al­nym ży­ciu jest tyl­ko je­den pro­blem – rze­czy­wi­stość. Trze­ba się obu­dzić i skon­fron­to­wać z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra krok po kro­ku zmie­nia nasz do­sko­na­ły sce­na­riusz w to ży­cie, któ­re mamy. Na­sze praw­dzi­we ży­cie. Przyj­rzyj­my się, na czym po­le­ga­ją róż­nice mię­dzy nimi.

Praw­dzi­we ży­cie nie jest wy­god­ne. Od­czu­wa­my dys­kom­fort z wie­lu po­wo­dów. Do­pa­da nas bez­sen­ność, po­nie­waż przej­mu­je­my się tym, co przy­nie­sie ko­lej­ny dzień.

Praw­dzi­we ży­cie za­ska­ku­je. Czę­sto wy­da­rza się coś, cze­go nie prze­wi­dzie­li­śmy. Na­głe zmia­ny pla­nu, nie­spo­dzie­wa­ne ma­ile, nie­ocze­ki­wa­ne wia­do­mo­ści, te­le­fo­ny, dzie­ci… Wkra­cza­ją w na­szą rze­czy­wi­stość jak niepro­sze­ni go­ście.

Praw­dzi­we ży­cie nie jest pa­sjo­nu­ją­ce. Na­gle się oka­zu­je, że mu­sisz iść na kon­kurs tań­ca, w któ­rym bie­rze udział two­ja cór­ka. Bę­dziesz tam przez pięć go­dzin, choć jej wy­stęp po­trwa za­le­d­wie trzy mi­nu­ty. A tak chcia­łeś iść na ryby z ko­le­ga­mi. W praw­dzi­wym ży­ciu mu­si­my zaj­mo­wać się wie­lo­ma rze­cza­mi, któ­re nas kom­plet­nie nie in­te­re­su­ją (od wy­peł­nia­nia de­kla­ra­cji po­dat­ko­wych do nud­nych za­dań w pra­cy).

W praw­dzi­wym ży­ciu nie wy­ko­rzy­stu­je­my wszyst­kich swo­ich moż­li­wo­ści. Przy­tła­cza­ją nas obo­wiąz­ki, wie­le rze­czy ro­bi­my wbrew so­bie. Na przy­kład chcesz za­sza­leć w kuch­ni, bo masz dryg do go­to­wa­nia, a tu na­gle two­je dziec­ko pro­si cię, że­byś na­pra­wił mu ro­wer, choć aku­rat do tego masz dwie lewe ręce.

W praw­dzi­wym ży­ciu lu­dzie nas nie po­dzi­wia­ją. Nie mamy żad­nej gwa­ran­cji, że kto­kol­wiek nas do­ce­ni czy do­strze­że na­szą war­tość. Czę­sto nikt nie za­uwa­ża do­bra, któ­re czy­ni­my.

Praw­dzi­we­mu ży­ciu to­wa­rzy­szy cier­pie­nie. Pod­cho­dzisz do sa­mo­cho­du, po­ty­kasz się i prze­wra­casz, ła­miąc rękę. Na­gle ból wkra­cza w twój dzień i to­wa­rzy­szy przez ko­lej­ne ty­go­dnie, aż zdej­mą ci gips i kość się zro­śnie.

W praw­dzi­wym ży­ciu nie ma po­czu­cia speł­nie­nia. Wspie­ra­my na­sze ro­dzi­ny, cho­dzi­my do pra­cy, a jed­nak pod ko­niec dnia nie czu­je­my, że co­kol­wiek osią­gnę­li­śmy. Wręcz prze­ciw­nie – mamy mnó­stwo za­le­gło­ści. Skrzyn­ka ma­ilo­wa pęka w szwach, a traw­nik tęskni za ko­siar­ką.

W praw­dzi­wym ży­ciu wie­le na­szych po­trzeb jest nie­za­spo­ko­jo­nych. Zda­rza się, że w po­śpie­chu nie zdą­ży­my zjeść śnia­da­nia. Cza­sem pod ko­niec mie­sią­ca nie stać nas na za­płacenie ra­chun­ków.

Trud­ny­mi sy­tu­acja­mi ży­wią się rów­nież me­dia. W wia­do­mo­ściach czę­ściej sły­szy­my o ludz­kim cier­pie­niu niż o suk­ce­sach, tak jak­by to wła­śnie ono było rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra na­gle wdzie­ra się w nasz ide­al­ny plan. Ko­goś okra­dzio­no, po­peł­nio­no gwałt, na me­cie wy­ści­gu wy­bu­chła bom­ba, ja­kieś mia­sto zo­sta­ło znisz­czo­ne przez tor­na­do. A prze­cież te tra­ge­die, o któ­rych roz­ma­wia­my pod­czas prze­rwy w pra­cy, nie mia­ły pra­wa się wy­da­rzyć! Nikt ich nie prze­wi­dział, nikt się ich nie spo­dzie­wał. Dla­te­go cier­pie­nie do­brze się sprze­da­je w me­diach – jest nie­ocze­ki­wa­ne, nie­za­słu­żo­ne i nie­zwy­kłe. Krót­ko mó­wiąc, dla dzien­ni­ka­rzy złe wie­ści to do­bre wie­ści.

Gdy na­stę­pu­je zde­rze­nie praw­dzi­we­go ży­cia z do­sko­na­łym sce­na­riu­szem, na­sza re­ak­cja może być ostra i mało chrze­ści­jań­ska. Czę­sto my­śli­my, że jako Ame­ry­ka­nie za­słu­gu­je­my na to, aby mieć ide­al­ne ży­cie. Jest w nas głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ne prze­ko­na­nie, że mamy pra­wo do „do­bre­go ży­cia”. Gdy do­pa­da nas rze­czy­wi­stość, znie­czu­la­my się na róż­ne spo­so­by: bie­rze­my środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce, po­świę­ca­my się cał­ko­wi­cie swo­im hob­by, po­grą­ża­my w ulu­bio­nej lek­tu­rze. Cza­sem winę za swo­je nie­po­wo­dze­nia zrzu­ca­my na in­nych. Oto przy­kład z mo­je­go ży­cia.

Dzień we­dług ide­al­ne­go sce­na­riu­sza

Obu­dzi­łem się w so­bo­tę o świ­cie. Spoj­rza­łem w ka­len­darz (za­zwy­czaj jest wy­peł­nio­ny po brze­gi) – żad­nych pla­nów. Wol­na so­bo­ta – jaka miła od­mia­na! Moja żona i cór­ki na­dal spa­ły, więc po­sta­no­wi­łem wy­brać się na po­ran­ną prze­jażdż­kę mo­to­cy­klem, a po po­wro­cie po­sprzą­tać ga­raż. Choć dla więk­szo­ści to za­pew­ne śred­nia atrak­cja, ja bar­dzo lu­bię ta­kie do­mo­we czyn­no­ści. Zwy­kle nie ma mnie w domu, albo je­stem za­ję­ty pi­sa­niem, więc czas na obo­wiąz­ki do­mo­we jest dla mnie swe­go ro­dza­ju luk­su­sem. Po­my­śla­łem, że na obiad naj­lep­sze będą kieł­ba­ski z gril­la, a póź­niej za­bio­rę ro­dzi­nę do kina i na piz­zę. To miał być fan­ta­stycz­ny dzień.

Ale kie­dy już mia­łem wy­ru­szać na prze­jażdż­kę, usły­sza­łem, że moja żona zdą­ży­ła wstać i naj­wy­raź­niej przy­go­to­wu­je się do wyj­ścia. Gdy spy­ta­łem ją, do­kąd się wy­bie­ra tak wcze­śnie, od­po­wie­dzia­ła: „A co, za­po­mnia­łeś?”. Ma­jąc kom­plet­ną pust­kę w gło­wie, za­czą­łem go­rącz­ko­wo prze­szu­ki­wać w my­ślach swój ka­len­darz. Wie­dzia­łem, że to, cze­go za­raz się do­wiem, wy­wró­ci do góry no­ga­mi mój do­sko­na­le za­pla­no­wa­ny dzień. „Prze­cież je­dzie­my dziś na ślub cór­ki przy­ja­ciół­ki mo­jej ku­zyn­ki!” – oznaj­mi­ła żona. Po­czu­łem, jak krew od­pły­wa mi z twa­rzy, a na­stęp­nie pod­no­si się ci­śnie­nie. „Ow­szem, za­po­mnia­łem” – od­po­wie­dzia­łem pro­tek­cjo­nal­nym to­nem. Do­da­łem, że w moim ka­len­da­rzu nie było na­wet wzmian­ki o tym wie­ko­po­m­nym wy­da­rze­niu. I tak do­pa­dła mnie rze­czy­wi­stość.

Gdy praw­dzi­we ży­cie zde­rza się z na­szym wy­ma­rzo­nym sce­na­riu­szem, cenę za to czę­sto pła­cą inni. Tak się też sta­ło wte­dy w moim domu. Winę za zruj­no­wa­ne pla­ny zrzu­ci­łem na żonę, do­bit­nie da­jąc jej to od­czuć pod­czas pół­to­ra­go­dzin­nej dro­gi na ten ślub. Do­ło­ży­łem wszel­kich sta­rań, aby wie­dzia­ła, że taka sy­tu­acja nie ma pra­wa się po­wtó­rzyć i że na­stęp­nym ra­zem ma tego ro­dza­ju atrak­cje wpi­sy­wać do mo­je­go ka­len­da­rza. Aby unik­nąć ewen­tu­al­nych wąt­pli­wo­ści, da­łem jej wprost do zro­zu­mie­nia, że nie zno­szę sy­tu­acji, któ­re mnie nie in­te­re­su­ją, za­ska­ku­ją, przy­no­szą ból i dys­kom­fort za­miast sa­tys­fak­cji. A jaki przy­kład da­łem moim dzie­ciom? Po­ka­za­łem im, że w kon­fron­ta­cji z praw­dzi­wym ży­ciem do­ro­śli re­agu­ją w za­sa­dzie tak, jak dzie­ci, gdy nie do­sta­ją tego, cze­go chcą, mają po­sprzą­tać swój po­kój lub odro­bić za­da­nie do­mo­we. Zro­bi­łem wszyst­ko, aby moja żona do­kład­nie wie­dzia­ła, co są­dzę o tej sy­tu­acji, ale w re­zul­ta­cie stra­ci­łem całą ra­dość i po­kój, któ­re od­czuwałem wcze­śniej.

Ży­cie wir­tu­al­ne

Gdy praw­dzi­we ży­cie zde­rza się z jego ide­al­ną wi­zją, wie­lu z nas ule­ga po­ku­sie uciecz­ki od rze­czy­wi­sto­ści. Czy wiesz, że w cy­ber­prze­strze­ni ist­nie­je wir­tu­al­na spo­łecz­ność zwa­na se­cond life (dru­gie ży­cie)? Jej człon­ko­wie two­rzą awa­ta­ry, któ­re re­ali­zu­ją ich ide­al­ny sce­na­riusz na ży­cie. De­cy­du­ją o swo­im wy­glą­dzie i ty­pie oso­bo­wo­ści, wy­bie­ra­ją przy­ja­ciół, pra­cę, miej­sce za­miesz­ka­nia itd. Ta wir­tu­al­na eg­zy­sten­cja sta­je się dla nich waż­niej­sza i praw­do­po­dob­nie bar­dziej re­al­na niż praw­dzi­we ży­cie. Wy­obraź so­bie, że kil­ka­na­ście lat temu do sądu w świe­cie jak naj­bar­dziej rze­czy­wi­stym wnie­sio­no po­zew o utra­tę nie­ru­cho­mo­ści w świe­cie wir­tu­al­nym2.

Ro­bert Ge­ra­ci, au­tor opra­co­wa­nia na te­mat świa­ta wir­tu­al­ne­go, pi­sze na pod­sta­wie swo­ich ba­dań, że w se­cond life po­wsta­je rów­nież wie­le wspól­not re­li­gij­nych, któ­re bu­du­ją ko­ścio­ły, świą­ty­nie i ogro­dy do me­dy­ta­cji. Te­ma­tem prze­wod­nim jed­nej z ta­kich grup są Opo­wie­ści z Nar­nii C.S. Le­wi­sa; jej człon­ko­wie od­kry­wa­ją w tej po­wie­ści wąt­ki chrze­ści­jań­skie i łą­czą je z no­wo­cze­sny­mi tren­da­mi re­li­gij­ny­mi. Ge­ra­ci twier­dzi, że w świe­cie rze­czy­wi­stym trud­no by­ło­by zna­leźć taką wspól­no­tę.

W prze­strze­ni se­cond life moż­na być we wspól­no­cie chrze­ści­jań­skiej, na przy­kład ta­kiej na wzór Opo­wie­ści z Nar­nii, któ­ra w świe­cie rze­czy­wi­stym praw­do­po­dob­nie nie mia­ła­by ra­cji bytu. W cy­ber­prze­strze­ni lu­dzie pro­wa­dzą bo­ga­te i uroz­ma­ico­ne życie re­li­gij­ne3.

To ja­sne, że wszy­scy chce­my żyć na­szym wy­ma­rzo­nym, bo­ga­tym i atrak­cyj­nym ży­ciem i dzie­lić je z in­ny­mi. Jed­nak dla wie­lu z nas je­dy­nym miej­scem, w któ­rym moż­na to ma­rze­nie zre­ali­zo­wać, jest świat wir­tu­al­ny, ma­ją­cy nie­wie­le wspól­ne­go z na­szą nud­ną co­dzien­no­ścią. To do­sko­na­ły przy­kład tego, jak bar­dzo pra­gnie­my uciec od rze­czy­wi­sto­ści. Taka uciecz­ka w świat fan­ta­zji może oka­zać się bar­dzo nie­bez­piecz­na, gdy wej­dzie­my w wir­tu­al­ny świat grze­chu, na przy­kład w por­no­gra­fię, ha­zard czy nie­upo­rząd­ko­wa­ną re­la­cję. Inną for­mą uciecz­ki od rze­czy­wi­sto­ści może być nad­uży­wa­nie le­ków lub po­dej­mo­wa­nie ry­zy­kow­nych przed­się­wzięć.

Praw­do­po­dob­nie naj­gor­szym skut­kiem nie­ra­dze­nia so­bie z praw­dzi­wym ży­ciem jest to, że nie ży­je­my jego peł­nią. Je­śli zdo­bę­dzie­my się na szcze­rość wo­bec sie­bie, przy­zna­my, że tak na­praw­dę ży­je­my może jed­ną trze­cią na­sze­go ży­cia, le­d­wo zno­sząc po­zo­sta­łe dwie trze­cie i za­cho­wu­jąc je­dy­nie po­zo­ry szczę­ścia. To, co do­bre, przyj­mu­je­my wpraw­dzie z ra­do­ścią i od­czu­wa­my wdzięcz­ność, ale co z resz­tą? Za­le­d­wie ją to­le­ru­je­my, cze­ka­jąc nie­cier­pli­wie na na­stęp­ną ide­al­ną chwi­lę. Zno­si­my na­szych współ­mał­żon­ków, na­sze dzie­ci, pra­cę, cho­ro­by, pro­ble­my fi­nan­so­we. Tak wy­glą­da ży­cie nie­peł­ne.

Ży­cie na sto pro­cent

A gdy­by się oka­za­ło, że mo­żesz żyć peł­nią ży­cia? Czy chciał­byś się na­uczyć, jak so­bie ra­dzić w sy­tu­acjach, gdy rze­czy­wi­stość zde­rza się z per­fek­cyj­nie ob­my­ślo­nym sce­na­riu­szem? Chciał­byś się do­wie­dzieć, w jaki spo­sób zmie­nić praw­dzi­we ży­cie w to z two­ich ma­rzeń? Jak moż­na wy­ko­rzy­stać praw­dzi­we ży­cie jako oka­zję do tego, by upo­dab­niać się do Chry­stu­sa, do­świad­cza­jąc ra­do­ści, po­ko­ju i speł­nie­nia, da­jąc do­bry przy­kład swo­im dzie­ciom i wnu­kom?

Naj­pierw trze­ba przy­znać, że praw­dzi­we ży­cie wią­że się z cier­pie­niem. Może w tym mo­men­cie my­ślisz so­bie: „Ale za­raz, prze­cież nie mam raka, mam pra­cę, ład­ny dom, do­bre mał­żeń­stwo… Jed­no z dzie­ci wpraw­dzie ma pro­ble­my, ale ge­neral­nie jest OK”.

Je­śli zdo­bę­dziesz się na szcze­rość wo­bec sie­bie i spoj­rzysz na swo­je ży­cie z in­nej per­spek­ty­wy, praw­do­po­dob­nie od­kry­jesz, że pew­ną jego część moż­na by okre­ślić jako ła­god­ne, ale jed­nak cier­pie­nie. Może nie je­steś za­do­wo­lo­ny z pra­cy lub sy­tu­acja w domu od­bie­ga od ide­ału. W dal­szej czę­ści tej książ­ki chciał­bym ci po­ka­zać, że na­sze co­dzien­ne (czy­li praw­dzi­we) ży­cie może ulec praw­dzi­wej prze­mia­nie, nie­za­leż­nie od tego, czy do­świad­cza­my ogrom­ne­go bólu, czy też lek­kiej fru­stra­cji. Gdy co­dzien­ność sta­je się uciąż­li­wa, gdy nas za­ska­ku­je, gdy od­czu­wa­my sła­bość i pust­kę, wła­śnie w tych ob­sza­rach mamy oka­zję, aby upo­dab­niać się do Chry­stu­sa. Ta­jem­ni­ca cier­pie­nia po­le­ga na tym, że z tej sła­bo­ści i pust­ki, z tego ży­cia da­le­kie­go od ide­ału mogą wy­pły­nąć dla nas nie­sa­mo­wi­te ła­ski. Chry­stus jest klu­czem do prze­mia­ny cier­pie­nia w szczę­ście, któ­re prze­kra­cza wszel­kie wy­obra­że­nie. Prze­mia­na ży­cia, któ­re od­bie­ga od ide­ału, w praw­dzi­we ży­cie to jed­na z ta­jem­nic, któ­rą On chce ci prze­ka­zać. Gdy ją od­kry­jesz i za­czniesz nią żyć, lu­dzie wo­kół cie­bie też będą chcie­li się do­wie­dzieć, na czym ona po­le­ga. Trud­ne chwi­le mogą więc stać się spo­sob­no­ścią nie tyl­ko do wzra­sta­nia w Chry­stu­sie, ale tak­że do wspie­ra­nia in­nych, któ­rzy zma­ga­ją się z wi­zją ide­al­ne­go ży­cia.

To praw­dzi­we ży­cie, a nie jego na­miast­ka w cy­ber­prze­strze­ni, jest oka­zją, aby ko­chać i na­śla­do­wać Chry­stu­sa w tym świe­cie. Cza­sa­mi za­po­mi­na­my o tym, że chrze­ści­jań­stwo wzy­wa nas do ży­cia we­dług tego, co na­pi­sał św. Pa­weł w Li­ście do Ga­la­tów: „Żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chry­stus. A je­śli żyję te­raz na świe­cie, to żyję dzię­ki wie­rze w Syna Bo­że­go, któ­ry umi­ło­wał mnie i sa­me­go sie­bie wy­dał za mnie” (Ga 2,20)4. Krzyż Chry­stu­sa jest naj­do­sko­nal­szym wy­ra­zem mi­ło­ści. Wszyst­ko to, co nie mie­ści się w two­im wy­obra­że­niu ide­al­ne­go ży­cia, moż­na prze­mie­nić na po­do­bień­stwo Chry­stu­sa. Nie­ste­ty bar­dzo czę­sto od­rzu­ca­my oka­zje, aby zwró­cić się do Nie­go i do­świad­czyć prze­mia­ny. Nie wy­ko­rzy­stu­je­my spo­sob­no­ści, by umrzeć dla sie­bie i po­zwo­lić Chry­stu­so­wi na­peł­nić na­szą co­dzien­ność Bo­żym świa­tłem.

 

Sko­ro śmierć Je­zu­sa na krzy­żu jest naj­peł­niej­szym wy­ra­zem mi­ło­ści, mu­si­my za­dać so­bie py­ta­nie, z czym wią­że się praw­dzi­wa mi­łość. W na­szej kul­tu­rze szczę­ście za­zwy­czaj utoż­sa­mia­my z uczu­cia­mi (do tego te­ma­tu jesz­cze wró­ci­my). Twier­dzi­my, że od­bie­ra­ją nam je prze­ciw­no­ści. Tym­cza­sem pro­ble­my nie sto­ją na dro­dze do praw­dzi­we­go ży­cia; prze­ciw­nie, są oka­zją do tego, aby uczyć się żyć na­praw­dę i od­kry­wać, że nie­od­łącz­ną czę­ścią praw­dzi­we­go ży­cia jest praw­dzi­wa mi­łość. A ona cza­sem przy­no­si ból. Gdy to zro­zu­mie­my, prze­sta­nie­my trak­to­wać na­sze pro­ble­my jak coś, z czym mu­si­my się upo­rać, za­nim za­bie­rze­my się do tego, czym na­praw­dę chce­my się zaj­mo­wać. Gor­sze dni i sła­bo­ści in­nych lu­dzi nie będą już dla nas prze­szko­da­mi na dro­dze do peł­ni ży­cia.

Na­sze cier­pie­nie mo­że­my po­jąć tak na­praw­dę tyl­ko po­przez zro­zu­mie­nie cier­pie­nia Chry­stu­sa, któ­ry po­wie­dział w Ewan­ge­lii św. Jana: „Nie ma więk­szej mi­ło­ści nad tę, gdy ktoś po­świę­ca swo­je ży­cie za przy­ja­ciół” (J 15,13). To nie jest obiet­ni­ca wy­god­ne­go, prze­wi­dy­wal­ne­go i speł­nio­ne­go ży­cia. A prze­cież więk­szość z nas nie ma spe­cjal­nej ocho­ty na to, aby się do tego stopnia po­świę­cać.

Dziś nie­mal każ­dy wy­zna­je ja­kąś re­li­gię, na­wet je­śli się do tego nie przy­zna­je, i wie­rzy, że w jego co­dzien­no­ści wła­śnie ona się spraw­dza. W wie­lu po­pu­lar­nych pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych i książ­kach kró­lu­je fi­lo­zo­fia ży­cia we­dług wła­snych za­sad, któ­ra zda­niem ich au­to­rów do­sko­na­le zda­je eg­za­min. W roz­mo­wach z ro­dzi­ną, przy­ja­ciół­mi i zna­jo­my­mi czę­sto sły­szy­my, jak z dumą opo­wia­da­ją, że zna­leź­li klu­cze do szczę­ścia. Jed­nak w ob­li­czu prze­ciw­no­ści oka­zu­je się, że tymi klu­cza­mi nie są w sta­nie otwo­rzyć żad­nych drzwi. Ow­szem, wie­dzą, jak osią­gnąć suk­ces i stać się naj­lep­szą wer­sją sie­bie, ale w kon­fron­ta­cji z cier­pie­niem ży­cie na­dal jest dla nich ta­jem­ni­cą. Nie po­tra­fią po­ra­dzić so­bie z bó­lem. W naj­lep­szym wy­pad­ku po­zo­sta­je im więc ży­cie „na pół gwizd­ka”. Jak na­pi­sał ar­cy­bi­skup Char­les Cha­put: „Je­zus Chry­stus po­wie­dział, że praw­da nas wy­zwo­li. Nie za­po­wie­dział jed­nak, że bę­dzie­my ra­dzi, a na­sze ży­cie po­zba­wio­ne bę­dzie wszel­kich nie­ja­sno­ści”5.

Od cier­pie­nia nie da się uciec

Py­ta­nie o sens cier­pie­nia to­wa­rzy­szy ludz­ko­ści od za­ra­nia dzie­jów. Dla­cze­go Bóg po­zwa­la, aby do­brym lu­dziom przy­da­rza­ły się nie­szczę­ścia? Sko­ro Bóg jest do­bry i ko­cha­ją­cy, dla­cze­go do­pusz­cza udrę­ki? Gdy zma­ga­my się z cier­pie­niem, za­sta­na­wia­my się, czy sami je na sie­bie ścią­gnę­li­śmy i czy jest w nim ja­ka­kol­wiek war­tość.

Hi­sto­ria zba­wie­nia opi­sa­na w Bi­blii uka­zu­je nam wie­le wy­mia­rów cier­pie­nia, ale jego peł­ny zbaw­czy sens mo­że­my zro­zu­mieć wy­łącz­nie w Chry­stu­sie. Chry­stus Pan zwy­cię­żył cier­pie­nie swo­ją mi­ło­ścią. A po­nie­waż je­ste­śmy z Nim złą­cze­ni, na­sze cier­pie­nie na­bie­ra war­to­ści zbaw­czej. Tak ro­zu­miał to św. Pa­weł, tak ro­zu­mia­ła to Ma­ry­ja, Mat­ka na­sze­go Pana. Je­śli i my tak to poj­mie­my, bę­dzie­my mo­gli pod­jąć de­cy­zję, czy chce­my ko­chać tak, jak ko­cha Je­zus. Uczest­nic­two we mszy świę­tej daje nam oka­zję zjed­no­cze­nia na­sze­go cier­pie­nia z cier­pie­niem Chry­stu­sa, do­peł­nia­jąc w ten spo­sób bra­ki Jego udręk dla do­bra Ko­ścio­ła (por. Kol 1,24). Mo­że­my przy­jąć na­sze cier­pie­nia i ko­chać na po­do­bień­stwo Boga. Na­sze cier­pie­nie ma sens tyl­ko wte­dy, gdy skła­da­my je na oł­ta­rzu Nowego Przy­mie­rza.

Dzię­ki ta­jem­ni­cy, któ­rą moż­na po­znać je­dy­nie po­przez do­świad­cze­nie, na­sze udrę­ki prze­mie­nia­ją się w ra­dość – i ta ra­dość sta­je się na­szą siłą. Od­kry­wa­my, że w chwi­lach pró­by wy­star­czy nam Bo­żej ła­ski, czy­li ży­cia Trój­cy Świę­tej. W cier­pie­niu zwra­ca­my się do Boga w na­szych mo­dli­twach. On wzra­sta, a my się umniej­sza­my. Święty Pa­weł pi­sze:

Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że cier­pię nie­do­sta­tek, gdyż na­uczy­łem się za­do­wa­lać tym, co mam. Umiem żyć bied­nie i bo­ga­to. Po­tra­fię do­sto­so­wać się do każ­dej sy­tu­acji: i jeść do syta, i gło­do­wać, i żyć bo­ga­to, i żyć ubo­go. Wszyst­ko mogę w Tym, któ­ry mnie umac­nia (Flp 4,11–13).

Cier­pie­nie prę­dzej czy póź­niej do­tknie każ­de­go z nas. Roz­wód, no­wo­twór, wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, śmierć dziec­ka czy ro­dzi­ca, utra­ta pra­cy – to wszyst­ko jest wpi­sa­ne w na­sze ży­cie. Dzie­ci rów­nież cier­pią, gdy do­świad­cza­ją upo­ko­rzeń i prze­śla­do­wań w szko­le, a w domu nie znaj­du­ją opar­cia. Je­ste­śmy obiek­tem plo­tek, może zma­ga­my się z pro­ble­ma­mi w związ­ku, albo wła­śnie uda­ło nam się prze­żyć atak hu­ra­ga­nu. Py­ta­nie za­tem nie brzmi: „Czy będę cier­pieć?”, tyl­ko „kie­dy?” lub, co ważniej­sze, „jak?”.

Kil­ku naj­bliż­szych uczniów Je­zu­sa nie zro­zu­mia­ło zna­cze­nia Jego pa­sji, po­nie­waż ocze­ki­wa­li cze­goś in­ne­go. Spo­dzie­wa­li się, że Je­zus bę­dzie po­tęż­nym kró­lem, a nie kimś, kogo ukrzy­żu­ją jak po­spo­li­te­go złoczyń­cę. My rów­nież mamy pew­ne ocze­ki­wa­nia wzglę­dem ży­cia. Ma­rzy­my o domu za mia­stem, dwóch sa­mo­cho­dach i trój­ce dzie­ci. Nie je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na utra­tę pra­cy, śmier­tel­ną dia­gno­zę czy zła­ma­nie nogi po upad­ku z ro­we­ru. W dniu ślu­bu ra­czej nie pla­nu­je­my dla sie­bie takiej przy­szło­ści.

Sens szczę­ścia

Za­nim przej­dzie­my do kwe­stii cier­pie­nia i zdo­bę­dzie­my klu­cze do zro­zu­mie­nia jego sen­su, mu­si­my przyj­rzeć się po­ję­ciu szczę­ścia we współ­cze­snym uję­ciu. Na­sza de­fi­ni­cja szczę­ścia znacz­nie się róż­ni od tego, jak ro­zu­mie­li je sta­ro­żyt­ni fi­lo­zo­fo­wie, tacy jak Ary­sto­te­les czy Pla­ton. Pe­ter Kreeft pi­sze, że w fi­lo­zo­fii sta­ro­żyt­nej szczę­ście było sta­nem obiek­tyw­nym, a nie su­biek­tyw­nym od­czu­ciem. We­dług Kreefta „szczę­ście to nie jest słod­ki szcze­nia­czek. Szczę­ście to do­bro”6. Szczę­ście po grec­ku to eu­da­imo­nia, co do­słow­nie ozna­cza „do­bre­go du­cha”, „do­brą du­szę”7.

My ro­zu­mie­my szczę­ście zu­peł­nie ina­czej. We współ­cze­snym świe­cie na­sze ży­cie ma sens wte­dy, kie­dy c z u j e m y s i ę do­brze, a nie kie­dy ż y j e m y do­brze. W ży­ciu, w któ­rym chce­my czuć się do­brze, nie ma miej­sca na cier­pie­nie. Na­to­miast je­śli chce­my żyć do­brze, nie wy­klu­cza­my cier­pie­nia. Czę­sto sami się uniesz­czę­śli­wia­my, bo da­je­my się prze­ko­nać, że szczę­ście jest rów­no­znacz­ne z do­brym sa­mo­po­czu­ciem. Je­że­li opie­ram szczę­ście na uczu­ciach, każ­dy dzień pod­po­rząd­ko­wu­ję temu, aby czuć się do­brze. Je­śli tak nie jest, nie je­stem szczę­śli­wy. Nie mogę więc być szczę­śli­wy pod­czas ro­dzin­nych świąt czy wspól­nych wa­ka­cji, po­nie­waż wła­śnie wte­dy naj­czę­ściej wy­bu­cha­ją kon­flik­ty. Nie­ocze­ki­wa­ny te­le­fon od dy­rek­to­ra szko­ły krzy­żu­je pla­ny i psu­je całą przy­jem­ność. Wia­do­mość o cho­ro­bie od­bie­ra po­czu­cie szczę­ścia we współ­czesnym ro­zu­mie­niu.

Je­śli utoż­sa­miasz szczę­ście z uczu­ciem, nie do­świad­czysz go w cier­pie­niu. Na­to­miast je­że­li szczę­ście ozna­cza dla cie­bie ży­cie do­brym ży­ciem, na­wet w cier­pie­niu mo­żesz być szczęśli­wy, praw­da?

Jed­nak w dzi­siej­szych cza­sach by­cie do­brym jest rów­no­znacz­ne z by­ciem mi­łym. In­ny­mi sło­wy, do­bry czło­wiek nie może zro­bić ni­cze­go, co mo­gło­by wy­rzą­dzić in­nym krzyw­dę. We­dług tej de­fi­ni­cji Bóg nie jest do­bry, sko­ro do­pusz­cza cier­pie­nie. Po­nie­waż nie po­tra­fi­my od­róż­nić szczę­ścia su­biek­tyw­ne­go od obiek­tyw­ne­go, trud­no nam uwie­rzyć w Boga, któ­ry po­zwa­la, aby­śmy cier­pie­li. Kreeft twier­dzi, że „w uję­ciu fi­lo­zo­fii sta­ro­żyt­nej Bóg jest do­bry, mimo że do­pusz­cza cier­pie­nie, sko­ro czy­ni to, ma­jąc na uwa­dze więk­sze do­bro, czy­li szczę­ście wiecz­ne, do­sko­na­le­nie ży­cia, cha­rak­te­ru i duszy czło­wie­ka”8.

Kreeft pi­sze da­lej: „Gdy przy­pa­trzy­my się isto­cie ro­dzi­ciel­stwa, w głę­bi du­szy przy­zna­my ra­cję sta­ro­żyt­nym. Ro­dzi­ców, któ­rzy za wszel­ką cenę chcą uchro­nić swo­je dzie­ci przed cier­pie­niem, nie na­zwie­my prze­cież mą­dry­mi”9. Dzi­siaj wie­lu ro­dzi­ców zda­je so­bie spra­wę z tego, że je­śli po­zwo­lą swo­im dzie­ciom do­świad­czyć cier­pie­nia do pew­ne­go stop­nia, wyj­dzie im to na do­bre, po­nie­waż po­mo­że ukształ­to­wać ich cha­rak­ter. Apo­stoł Pa­weł pod­su­mo­wu­je to tak: „Wie­my prze­cież, że tym, któ­rzy ko­cha­ją Boga i któ­rzy zo­sta­li po­wo­ła­ni zgod­nie z Jego wcze­śniej­szym za­my­słem, wszyst­ko słu­ży dla ich do­bra. Zo­sta­li oni we­zwa­ni we­dług wcze­śniej­sze­go zamysłu” (Rz 8,28).