Dom bez klamekTekst

Z serii: Ze Strachem
Z serii: Nina Warwiłow #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dom bez klamek
Dom bez klamek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Dom bez klamek
Dom bez klamek
Dom bez klamek
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Już w księgarniach:

Thomas Enger Bóle fantomowe

Lotte i Søren Hammer Wszystko ma swoją cenę

Matti Rönkä Przyjaciele z daleka

Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel

Bernhard Jaumann Godzina szakala

Johan Theorin Święty Psychol

Friedrich Ani Ludzie za ścianą

Lars Kepler Świadek

Thomas Enger Żądza krwi

Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel

Bernhard Jaumann Kamienista ziemia

Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Duch na wyspie

Johan Theorin Zmierzch (wyd. 2)

Martín Solares Czarne minuty

Jean-Luc Bannalec Sztorm na Glenanach

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

Lars Kepler Stalker

Wojciech Chmielarz Podpalacz (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Zombie

Anna Kańtoch Wiara

Więcej informacji: czarne.com.pl

Jędrzej Pasierski

Dom bez klamek


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Mark Owen / Trevillion Images

Fotografia Autora © by Mikołaj Starzyński

Copyright © by Jędrzej Pasierski, 2018

Redakcja Wojciech Górnaś / redaktornia.com

Korekta Ewa Ostafin / d2d.pl, Anna Gancarczyk / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-710-8

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

O siódmej rano budzono pacjentów na leki. Wydawano je w plastikowych kubeczkach. Na podłodze leżało później sporo porozrzucanych tabletek, które po wieczornym myciu podłogi lądowały w śmieciach.

Większość pacjentów wracała potem do łóżek, część czekała w jadalni na śniadanie złożone z zupy mlecznej, kromek chleba z mielonką, czasem odrobiny marmolady i kawy zbożowej. Chorzy ustawiali się w kolejkę już kilka­naście minut przed przybyciem wózka. Stali, milcząc, najczęściej w piżamach, niektórzy czyści i schludni, inni niedomyci.

Pokój numer dwa dla mężczyzn znajdował się najbliżej wejścia na oddział i dyżurki pielęgniarskiej; wąski, ale dość obszerny jak na standardy szpitala w Weseliskach. Przeznaczony był dla pacjentów, którzy stanowili największe zagrożenie, przede wszystkim dla samych siebie. Na pierwszy rzut oka nie było tego widać: trzej rezydujący tam mężczyźni przeważnie spali, czasem czytali, siedzieli na łóżkach, a nawet – choć z rzadka – konwersowali.

Każde łóżko na oddziale miało swój numerek i tak też nazywani byli pacjenci: „piątka spod siódemki”, „trójka spod dwójki” i tym podobnie. Niektórych pacjentów oddziału przyjmowanych na okres nawrotu choroby traktowano jak stałych bywalców w lokalnym barze. Pielęgniarze używali ich imion, często zdrobniałych. Ci pacjenci wiedzieli, gdzie można palić i kiedy przemycić na oddział coś do picia, które produkty ze wspólnej lodówki są do wzięcia, kiedy wystawiają chleb i gdzie nie zostawiać papierosów. Mieli pod kontrolą pilota w sali telewizyjnej i zajmowali najwygodniejsze fotele. Codzienność oddziału C8 z podziałem na „nowych” i „starych” nie różniła się wiele od świata zewnętrznego.

We środę 12 grudnia o siódmej pięć rano pielęgniarka Barbara Traczyk stała nad „jedynką spod dwójki”. Wysoka, o szerokich barkach byłej pływaczki, pracowała na oddziale C8 na pół etatu, a resztę wyrabiała na neurologii. Już poprzedniego wieczoru nie mogła pacjenta dobudzić, obawiała się też, że rozrzucił swoje tabletki i wziął najwyżej połowę. Zdenerwowała się. Lekarze jeszcze nie przyszli na obchód, do tego czasu oddział był we władaniu pielęgniarzy. Traczyk nie patyczkowała się z trudnymi pacjentami, miała renomę tej, na której można polegać w kryzysowych sytuacjach.

„Jedynka spod dwójki”, czyli pan Piotr, wciąż spał na brzuchu, szczelnie przykryty kołdrą i kraciastym kocem. Gdy słowa nie wystarczyły, potrząsnęła go lekko za ramię. Nie zareagował, ciało było zimne i nieruchome. Zwęziła oczy i mocnym, zdecydowanym ruchem przekręciła pacjenta na plecy.

W życiu widziała już wiele martwych ciał, choć oddział psychiatryczny z pewnością dostarczał ich mniej niż neuro­logiczny. Kiedy jednak zobaczyła zmasakrowany korpus „jedynki”, z głębokim westchnieniem osunęła się ciężko na ziemię.

Obchód zawieszono i czekano na przybycie policji. Ordynator wezwał rezydentów do gabinetu – niewielkiego, wysokiego pomieszczenia, z którego wyszli po piętnastu minutach. Policja przez telefon nakazała zabezpieczyć miejsce zbrodni i niczego nie ruszać, należało więc ewakuować pozostałych pacjentów z pokoju numer dwa. Oddział jednakże był obłożony, i to nadmiernie, jak zwykle o tej depresyjnej porze roku – z powodu braku wolnych łóżek dwóch pacjentów wciąż leżało na korytarzu. W związku z tym ordynator podjął jedyną możliwą decyzję: pozostałych pacjentów z dwójki również wyprowadzi się na korytarz, ale na razie posadzono ich na krzesłach w jadalni, gdzie pielęgniarze mieli na nich oko.

Wieść o morderstwie szybko obiegła niewielki oddział. Niektórzy pacjenci reagowali na nią jak na wszystko inne: całkowitą obojętnością. Inni, w stanie manii, zaczynali na tej podstawie snuć teorie spiskowe, szybko oddalając się od źródła i zapominając, co się naprawdę stało. Kilkoro bardziej przytomnych, z lżejszymi objawami, szukało ze sobą kontaktu, by zebrać do kupy skąpe informacje.

Wszyscy jednak zwrócili uwagę na młodą podkomisarz Ninę Warwiłow, kiedy weszła na oddział czterdzieści minut później. Skromnie ubrana, miała śniadą cerę, lekko zadarty nos o dużych nozdrzach i pełne usta, a do tego zielone oczy poważnie spoglądające spod mocnych, niemal męskich brwi. Warwiłow była średniego wzrostu, ale sprawiała wrażenie gibkiej i silnej.

Mniejszym zainteresowaniem pacjenci obdarzyli jej towarzysza. Miał szeroką, przyjazną twarz, dobiegał trzydziestki, mimo to wyraźnie już łysiał i tył. Obydwoje byli po cywilnemu, ale przyjechali z nimi funkcjonariusze z prewencji, których postawiono przy wejściu. Zabroniono pacjentom, a także pielęgniarzom, którzy dyżurowali tragicznej nocy, opuszczać oddział. C8 zostało zamknięte dla świata.

Podkomisarz Warwiłow poczekała, aż technicy sfotografują zwłoki i otoczenie, następnie w gumowych rękawiczkach zbadała łóżko i trupa. Tania flanelowa piżama zmarłego była podarta na brzuchu. W dziurze widać było z lekka już zakrzepłą krew, mieszały się tam fragmenty materiału i wnętrzności. Biała wykrochmalona pościel i jasne ściany kontrastowały z karmazynem zeskorupiałej krwi, a cały pokój – wąski i wysoki – przypominał kosmicznie powiększoną kryptę.

Zmarły był mężczyzną średniego wzrostu, w wieku około sześćdziesięciu lat. W przeszłości mógł być przystojnym facetem, o ile dało się to ocenić po masce bólu, która zastygła na jego pomarszczonej twarzy. Spod stężenia wyzierały regularne rysy, włosy miał gęste i jeszcze nie całkiem siwe. Delikatnie odchyliła kołnierz koszuli – na szyi denata widoczny był rozległy krwiak.

„Źle się stało, że pielęgniarka obróciła zwłoki”, westchnęła do siebie Warwiłow. Spojrzała na podłogę: choć posadzka wyglądała na czystą, w pobliżu łóżka widać było wiele śladów butów. Polecono nie zbliżać się do zwłok aż do przyjazdu ekipy, mimo to dostrzegła co najmniej trzy różne odciski. „Z traseologii nici”, pomyślała. Jeśli technikom uda się cokolwiek opisać, okaże się, że ślady należą do pielęgniarek, lekarzy, no i pozostałych pacjentów w pokoju.

Spojrzała na pozostałe łóżka: wymięte, nieposłane, może wciąż ciepłe; pozostawione tak, jakby ich użytkowników wyrwano ze snu w środku nocy. „Próbki zapachowe i DNA”, zanotowała w głowie. Dopiero teraz dotarło do niej, że w pomieszczeniu nie ma nawet ubikacji. Szpitalne standardy… Mimo wszystko była zdziwiona, bo pamiętała, że w ośrodku, do którego ten jeden raz udało się zabrać ojca, były i odnowione wnętrza, i telewizory, i nawet łazienka z prysznicem w każdym pokoju… Weseliska wyglądały zaś, jakby świat przestał tu zaglądać dawno temu.

Monitoringu też w szpitalu nie było – bo i tak zaraz będą likwidować placówkę, potem pewnie wyburzać budynek, no a poza tym kamery to punkt zapalny dla obrońców prywatności. Westchnęła. Wyczytała po drodze, że szpital powstał z udziałem prywatnych darczyńców w dziewiętnastym wieku. Od tego czasu chyba niewiele się zmieniło.

Stanęła przy ścianie przeciwległej do miejsca zbrodni. Łóżko zmarłego było pierwsze od wejścia, a pokój na tyle wąski, że wychodząc, nie dało się przejść obok niego w odległości większej niż półtora, może dwa metry. „Ci faceci musieli być na jakichś prochach – pomyślała. – Ale w pewnym wieku nie obędzie się bez pieluch albo wyprawy do łazienki, gdziekolwiek ona była”.

 

Prokuratura do Weselisk wysłała dyżurnego, a po wyglądzie sądząc, może wręcz asesora, który nawet nie pofatygował się na miejsce zbrodni. Wymknął się z oddziału, chyba zapalić na zewnątrz, byle tylko nie oczekiwano od niego, że przejmie dowodzenie. To nie była żadna nowość dla Warwiłow, mimo to trochę się zdziwiła, bo stary Włodkiewicz, z którym zazwyczaj współpracowała, nie odpuszczał zabójstw i miał niezły instynkt śledczy. W tej sytuacji faktycznie nadzorowała postępowanie. Podszedł do niej szef ekipy z Nowolipia, gruby, irytująco zadowolony z siebie, ale znający się na rzeczy technik.

– Był między materacem a stelażem – powiedział, pokazując jej nóż kuchenny, opisany i zabezpieczony, w torebce foliowej.

Wyglądał, jakby pośpiesznie ścierano z niego krew; blado­czerwone smugi były wciąż widoczne. Rączka była wytarta, a ostrze sprawiało wrażenie wielokrotnie ostrzonego.

– DNA, daktyloskopia, próbki zapachowe, chemia – wyliczyła Warwiłow dla porządku. Głos miała niespodziewanie niski, jak u chłopaka. – Chyba mocno używany?

Technik przytaknął.

– Nie należy oczywiście do asortymentu kuchennego – powiedział. – Nie dają tutaj ostrych rzeczy, same tępawe noże.

– Zabójca mógł przyjść z zewnątrz albo był kimś z oddziału, kto tylko otrzymał narzędzie – odparła Warwiłow. – Wyślijcie protokół prosto na Jagiellońską, polecenie inspektora Matkowskiego.

Oddała torbę z dowodem technikowi.

– Odciski? – zapytała.

– Nie. Tylko denata. Solidna, dokładna robota – stwierdził z uznaniem w głosie. – Sprawdzimy DNA i ślady bio­logiczne, ale nie spodziewajcie się wiele. Zdaje się, że facet był duszony. Ma krwiak na szyi, ale lekarz nie może stwierdzić, czy to jest przyczyną śmierci, czy krwotok spowodowany uszkodzeniem narządów wewnętrznych. Sekcja prawdę powie.

– Czas zgonu?

– Niech pani porozmawia z lekarzem. Ale stężenie jest we wszystkich grupach mięśniowych. Ciało chłodne w dotyku. Mówimy o kilku godzinach, to na pewno.

– Morderca wytarł nóż, który zostawił… Czym wytarł? I co z tym zrobił? – zapytała Warwiłow.

– Raczej nie wyrzucił przez okno – zarechotał technik. – Zamknięte i bez klamek, jak to w psychiatryku.

– No ale jakoś się je otwiera, nie? Może miał klucz.

– No, możemy sprawdzić na zewnątrz, czy czegoś tam nie ma.

– Tak zróbcie. Choć wątpię, żebyśmy coś znaleźli. A jeśli morderca był z zewnątrz, to… czemu pozostawił nóż? A zabrał rękawiczki? I cokolwiek innego miał na sobie?

– Czy to pytanie? – skomentował technik. – Hipotezami śledczymi się nie zajmuję, a mam jeszcze robotę.

– Głośno myślę. Pracujcie dalej. Wyjdźmy na korytarz – rzuciła Warwiłow do młodszego aspiranta Chodkowskiego, który w czasie rozmowy wsunął się do dwójki.

Narada okazała się kłopotliwa. Podkomisarz nie wiedziała, którzy chorzy na oddziale wykonują swoje codzienne rytuały, snując się w piżamach i dresach po niedoświetlonym korytarzu, którzy zaś są zwyczajnymi gapiami. I jedni, i drudzy wprawiali ją w irytację.

– Morderca użył rękawiczek: lateksowych, winylowych albo z jakiegoś bardziej fikuśnego materiału. Postawmy hipotezę, że pielęgniarze nie wpuścili go od środka – powiedziała do aspiranta. – Pozostają wtedy trzy opcje.

– Pierwsza?

– Odpływ. No bo w końcu dlaczego zostawił narzędzie zbrodni, a usunął wszystko inne? Takiej brzytwy z wodą nie spuścisz. Zostawił ją, bo nie miał innego wyjścia.

– Będziemy grzebać w szpitalnej kanalizacji? – zapytał Chodkowski. – Technicy nie będą zachwyceni.

Żachnęła się.

– To nie dwudziesty wiek. W Stanach wydobyli ostatnio dowody przy pomocy zakładu oczyszczania. Mieli coś w rodzaju kamerki do wykrywania blokad w rurach.

Chodkowski parsknął śmiechem.

– Brzmi jak rewolucja dla ludzi, co gubią telefony w ­kiblu.

– Zorientuj się w tym. Nie wiem, czy nasi spece od gówna mają taką technologię. Ale jeśli mają, to niech nam pomogą, i to jak najszybciej. W końcu jesteśmy w szpitalu, a nie w domku jednorodzinnym.

– A jeśli hipoteza dotycząca pielęgniarzy jest błędna i jednak otworzyli komuś drzwi? – zapytał Chodkowski. – Niby dyżur, a zamordowano gościa. Co robili?

– Może się rżnęli? – zapytała.

– Może. – Aspirant się zaśmiał. – Choć zakładam, że nie całą noc. Poza tym męska łazienka jest tylko jedna, w dalszej części korytarza. W takim razie pacjenci muszą chodzić w nocy po oddziale, choćby żeby się wysikać. Pielęgniarze powinni widzieć, kto wchodził do dwójki i kto wychodził.

– Nie wiem, co ci ludzie robili w nocy, czy powinniśmy ich od razu zgarnąć – powiedziała Warwiłow. – Rozpruli faceta pod ich okiem. Może obyło się bez hałasu, choć w to nie wierzę. Będziemy mądrzejsi po badaniu krwi, dowiemy się, czym go tutaj faszerowano. Jeśli mordercą jest jeden z pacjentów z dwójki, mógł wynieść rękawiczki, idąc w nocy do łazienki. Dla mnie to wszystko jednak przemawia za drugą opcją.

– To znaczy?

– Że one wciąż znajdują się na oddziale – odparła Warwiłow. – Zwłaszcza że sprawca miał na sobie coś więcej.

– Co masz na myśli? – zapytał Chodkowski.

– Pomyśl: nie ma odcisków. Jeśli technicy nie znajdą DNA ani śladów zapachowych… Morderca był przygotowany. Może miał na sobie jakiś uniform czy kombinezon ochronny. Maseczka medyczna, coś na głowę, czepek laboratoryjny albo kaptur… Pełen rynsztunek.

– To za duże, żeby spuścić w toalecie.

– No właśnie. Dlatego pozostaje nam druga opcja: rewizja.

– Myślisz, że to wciąż tu jest?

– Nic nie myślę, to tylko hipotezy. Bo zostaje nam jeszcze jedna: morderca to spalił.

– Byłby smród. I za długo.

– Zależy, jaki materiał. Polipropylen na pewno będzie śmierdział. Ale jest za cienki, dobry może na sam korpus, ale nie na dłonie. Może winyl, który łatwiej się pali… Trzeba zapytać techników – stwierdziła Warwiłow. – Ale to wszystko ryzykowne. Przeprowadź rewizję u wszystkich, którzy byli wczoraj na oddziale.

– Lekarze nie będą robić problemów?

– Poradzisz sobie, ja muszę przesłuchać ordynatora. Czas ucieka, ślady się zacierają, a nie mamy w tym momencie więcej ludzi. – Poklepała go po ramieniu. – Może to i jest szczególne miejsce, ale nie dajmy sobie wejść na głowę, trup to trup.

Dopiero teraz Warwiłow miała okazję rzucić okiem na oddział. Dwójka była pierwszym pokojem od wejścia, naprzeciwko znajdował się magazyn leków, jak przeczytała na mosiężnej tabliczce. Pod magazynem, odróżniając się kolorystycznie od reszty, stał czerwony pojemnik na odpady medyczne. Zajrzała do środka. Worek był świeżo założony, znalazła tylko pozostałości po porannym przyjmowaniu leków: puste pojemniczki po tabletkach i kubki po wodzie.

Skierowała się w głąb oddziału. Tuż za dwójką korytarz skręcał w lewo pod kątem prostym. Przeszła tam i znalazła się w ciemnej jadalni zastawionej odrapanymi wąskimi stołami; na ścianach wisiało kilka tandetnych pejzaży, a także bardziej fantazyjnych dzieł, zapewne wyprodukowanych przez pacjentów.

Po drugiej stronie korytarza była dyżurka; w środku jak zaniepokojone kury siedziały pielęgniarki. Ucichły i wgapiły się w Warwiłow, kiedy podeszła. Z pokoju pielęgniarskiego miało się bezpośrednio oko na cały oddział poza dwójką, magazynem leków i drzwiami wejściowymi.

Dalej korytarz ciągnął się prosto, z braku okien coraz mniej widoczny pod żarówkami zbyt słabymi na tak wysokie wnętrza. Dopiero teraz dotarło do Warwiłow, że muszą tu być prawie cztery metry, grubo ponad metr powyżej współczesnych standardów. Ciemno, no i zimno, bo skoro wyżej, to i większa objętość… Dla dziewiętnastowiecznych ludzi wnętrza musiały być wysokie, reprezentacyjne; sto lat później było to w warunkach szpitalnych absurdalne. Brakowało tylko fresków na ścianach.

Zdawało jej się, że na końcu jest jeszcze jeden zakręt. Na oddziale pachniało melanżem jedzenia, środków dezynfekujących, potu i – co ją zaskoczyło – dymu papierosowego, od którego rozbolały ją oczy. Odniosła wrażenie, że jego źródło znajduje się gdzieś na samym końcu korytarza.

Usłyszała donośny baryton Chodkowskiego, ­który sprawnie organizował przeszukanie mimo słabych protestów młodziutkiej lekarki, zdaje się rezydentki. „W sam raz zajmie uwagę ordynatora”, pomyślała Warwiłow, opuszczając C8, bo gabinet szefa oddziału był na zewnątrz.

Inspektor Matkowski uczulił ją, by była ostrożna, a Chodkowski wydobył nawet i streścił po drodze instrukcję policyjną na temat postępowania z pacjentami z psychiatryka. Zamykając drzwi oddziału, wiedziała, że aspirant sobie poradzi. Chodkowski dysponował tą naturalną, przydatną miękkością obycia, a jego budzący zaufanie wygląd i ślad swojskiego akcentu również nie zawadzały.

Doktor habilitowany Adam Barwiecki był wysokim mężczyzną w średnim wieku. Miał okulary w modnych rogowych oprawkach i zaczesane do tyłu włosy, którym już przydałby się fryzjer. Wyglądał jak jeden z wiecznie młodych biznesmenów branży informatycznej, reklamowej bądź medialnej: do tego stopnia, że kitel w dziwny sposób do niego nie pasował. Sztywnym, pozbawionym cienia kurtuazji gestem zaprosił ją do środka. Ten wąski pokój był mniejszą kopią miejsca zbrodni i również przypominał trumnę, tak jakby po zmroku to wampiry zasiedlały szpital w Weseliskach. Wnętrze ocieplały jednak półki, które uginały się pod ciężarem książek, a biurko zawalone było papierami i czasopismami, w większości, jak zauważyła, zagranicznymi. Na szczęście było odrobinę jaśniej niż na oddziale.

– Napije się pani czegoś? Blado pani wygląda – stwierdził ordynator.

Odmówiła i wyjęła brązowy notatnik, a także dyktafon.

– Proszę opowiedzieć o Piotrze Setniku: wiek, choroby, związki, rodzina, praca, zachowanie w ostatnim czasie – poprosiła.

Spojrzała na szarą teczkę na biurku, a ordynator przechwycił jej spojrzenie.

– Tak, zebrałem jego dokumentację, ale jej pani nie wydam.

Założyła nogę na nogę i taksowała lekarza uważnym wzrokiem. Głos i spojrzenie miał spokojne, wręcz kojące, ale na czole pojawiła się niewielka kropla potu, mimo że w szpitalu zdecydowanie nie było ciepło. Warwiłow czekała.

– Był u nas leczony od dawna, z powodu ChAD-u – zaczął w końcu Barwiecki.

– Czego?

– Skrót od choroby afektywnej dwubiegunowej. Chyba nie odrobiła pani lekcji.

– Od jak dawna? – zignorowała złośliwość.

– Musiałbym zweryfikować, żeby nie wprowadzić pani w błąd, ale myślę, że najmniej rok. W zeszłym tygodniu, o ile dobrze pamiętam, pełnił funkcję przewodniczącego zebrania społeczności. Ta funkcja zmienia się raz na tydzień. Chory wywiązywał się całkiem skrupulatnie.

– Czyli jego stan nie pogorszył się ostatnio drastycznie?

– Nie powiedziałbym – odparł Barwiecki. – Rozumiem, że samobójstwo jest wykluczone?

Powoli pokręciła głową.

– Nie sądzę, żeby to było możliwe przy takich obrażeniach. Zmarłby, zanim zadałby sobie te wszystkie cięcia. Sam pan to rozumie jako lekarz.

– Jestem psychiatrą. Zresztą nie oglądałem zwłok. Poleciliście zostawić je tak, jak leżały.

„Dziwne, że tego nie zrobił. Może i psychiatra nie musi być specjalistą od obrażeń wewnętrznych, ale w końcu to też lekarz, a na jego oddziale poćwiartowano człowieka”, pomyślała.

– Zgadza się – powiedziała. – Poczekamy na protokół oględzin, a potem na sekcję zwłok. Czy oddział jest zamykany na noc?

– Oczywiście. Ostatni odwiedzający wychodzą zwykle około dwudziestej.

– Tak późno? Na drzwiach wisi tabliczka. Godziny są tam sztywne.

– W praktyce trudno je utrzymać. Zależy nam, by pacjenci byli odwiedzani przez bliskich, utrzymywali kontakt ze światem. To dobry oddział – powiedział, patrząc jej prosto w oczy. – Tak jak mojemu poprzednikowi, tak i mnie zależy na pacjentach, na tym, żeby mieli tu jak najlepszą atmosferę do wyzdrowienia, jak najbardziej odpoczęli.

– Gdzie znajduje się klucz?

– Drzwi otwierane są elektronicznie, przycisk jest w pokoju pielęgniarek.

– Czy istnieje inny sposób otwierania drzwi? Może kluczem?

– Nie. Tylko elektronicznie i tylko z pokoju pielęgniarskiego.

– Czy zdarzało się, że drzwi były otwierane przez osoby niepowołane?

 

– Nie za mojej ordynatury – powiedział z naciskiem. – W pokoju zawsze przebywa przynajmniej jedna pielęgniarka bądź pielęgniarz, a wejście jest starannie zamykane.

– Ale nie może pan całkowicie wykluczyć włamania bądź otwarcia drzwi przez osoby niepowołane?

– Określiłbym to jako wysoce nieprawdopodobne.

– Kto dyżurował w nocy?

– Pielęgniarka i pielęgniarz, zawsze musi być jakiś mężczyzna.

– Dwie osoby na cały oddział?

– Sezon na chorobowe nie omija szpitali. Nawet salowa nam zachorowała. Przewidziana jest jeszcze jedna pielęgniarka, ale jest na zwolnieniu. Musimy sobie jakoś radzić.

– To zgodne z regulaminem?

Barwiecki wzruszył ramionami.

– Jesteśmy państwową placówką i, jak sama pani widzi, średnio nowoczesną. Zgodne z regulaminem jest, że dyżurował pielęgniarz mężczyzna.

– To dlatego, że pacjenci są niebezpieczni? Były jakieś wypadki? – zapytała Warwiłow.

– Bardzo rzadko. Kiedyś pacjent stłukł szybę… pielęgniarzem. Ale to było lata temu. – Na surowej twarzy Barwieckiego pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Obserwowała to prawie z fascynacją.

– Proszę mi opowiedzieć o tych pracownikach – zażądała.

Lekarz skrzywił się lekko.

– Mam nadzieję, że ich pani nie podejrzewa? Jacek Antkowiak, który jest wręcz legendą oddziału, i Barbara Traczyk. Obydwoje należą do pracowników o najdłuższym stażu.

– Zakładając, że nikt nie przedostał się na oddział, zostają oni albo pacjenci?

– Niewiele mogę pani pomóc w zakresie personelu. Proszę ich przesłuchać. Ja mam do nich pełne zaufanie – powiedział Barwiecki, nieznacznie poprawiając pozycję. Linoleum wydało z siebie jęk po zetknięciu z nóżką krzesła.

– Od tego zacznę. Ilu pacjentów przebywa na oddziale?

– W tym momencie siedemnaścioro – odparł. – Pana Setnika, jak rozumiem, już nie liczymy.

Nie zareagowała.

– Sale mamy na szesnaście osób – kontynuował lekarz – ale chorych jest więcej. Obecnie dwie osoby śpią na korytarzu. Przeważnie kilkoro pacjentów czeka, aż zwolnią się miejsca.

– Czemu?

– No, takie mamy warunki – oświadczył cierpko Barwiec­ki. – Na oddziale znajdują się trzy pokoje męskie i trzy kobiece. Miejsc dla mężczyzn jest o kilka więcej.

– Z jakich względów?

Ordynator wzruszył ramionami.

– O tym proszę rozmawiać z dyrekcją szpitala – powiedział.

– Leczycie tutaj na depresję, zgadza się?

– Zajmujemy się leczeniem chorób afektywnych. W tym zarówno zaburzeniami depresyjnymi, jak i ChAD-em.

– Czy mężczyźni chorują na to częściej?

– Nie ma na to żadnych dowodów.

– Okej – skwitowała. – Zatem mamy siedemnaścioro pacjen­tów i dwoje pielęgniarzy na dyżurze. Personel śpi w nocy?

– Każdy jest człowiekiem. Ich zwierzchniczką jest pielęgniarka oddziałowa. Wie, na ile może im pozwolić. Jeśli pielęgniarzom zdarza się zdrzemnąć, to normalne.

– Śpią w pokoju pielęgniarskim?

– Czujnie odpoczywają – podkreślił z irytacją lekarz. – Przeważnie rozkładają sobie przenośne łóżka, zwłaszcza że dwójki, która jest objęta szczególną ochroną, nie widać z pokoju pielęgniarskiego. Oddział ma trochę niekorzystny rozkład i również dlatego pielęgniarze śpią w tej części korytarza. Poza tym obok znajduje się magazyn leków, na który trzeba mieć oko.

– Dlaczego?

– Zdarzały się włamania.

– Czyli jeśli inny pacjent z oddziału miałby wejść do dwójki, musiałby przejść koło pielęgniarza?

– Tak, można tak założyć – odparł Barwiecki.

– Czy w przeszłości pacjentom się to udawało? Powiedział pan o włamaniach.

Ordynator się zawahał.

– Nie sądzę, by tak się zdarzyło w czasie dyżuru pana Jacka – stwierdził w końcu. – To doświadczony pracownik, ma najdłuższy staż po siostrze oddziałowej.

– Czy zatem wszyscy spali tej nocy?

Barwiecki skrzywił się ponownie.

– A pani swoje. Dyżurowali. Nie sposób nie spać całą noc, ci ludzie ciężko pracują, często na kilka etatów.

– Jak było dzisiejszej nocy?

– Zespół jest na tyle doświadczony, że wie, na ile sobie może pozwolić.

– A jednak pod ich okiem doszło do zabójstwa – zauważyła Warwiłow.

– Nie popełnia błędów ten, kto nie jest człowiekiem.

– Ten błąd kosztował ludzkie życie.

– Z pewnością zbadamy ten przypadek dokładnie – odciął się Barwiecki. – Siostra oddziałowa przeprowadziła wywiad z pełniącymi dyżur i przedstawi mi jego wyniki. Obawiam się, że więcej nie pomogę.

Wcześniej ledwie widoczna kropelka potu na czole teraz spływała w całej swej okazałości. Warwiłow była ciekawa, czy Barwiecki o tym wie. A jeszcze bardziej – co zrobi, jeśli wie. Zrobiła krótką pauzę, by dokończyć notatki. Miała nadzieję, że to go zaniepokoi. Niestety: najzwyczajniej w świecie wyjął dość elegancką, zdaje się jedwabną, chusteczkę i dyskretnie otarł czoło. Udała, że nie zauważyła. Barwiecki patrzył, jak notowała, miał przy tym uśmiech sfinksa i ręce założone w uspokajający, zamknięty sposób.

– Ależ przeciwnie, jest pan bardzo pomocny. Chciałabym zapoznać się z tym wywiadem. Jeśli zespół dyżurujący był w istocie tak profesjonalny, to zawęża nam się krąg podejrzanych, zgadza się? – zapytała Warwiłow.

– Wolałbym nie zajmować się przypuszczeniami. Pani prowadzi śledztwo, ja leczę ludzi.

– W pokoju razem z Setnikiem przebywało jeszcze dwóch pacjentów, tak?

– Tak – powiedział Barwiecki. – Ale na ich temat nie udzielę pani szczegółowych informacji lekarskich.

– Jeszcze nie – podkreśliła. – Proszę mi z grubsza przedstawić ich profile.

– Pierwsze łóżko w pokoju zajmował pan Piotr. Dalej, po lewej stronie, leży Michał Strąk. To nasz stały pacjent, choruje na depresję od dawna i właściwie w ogóle nie rusza się z łóżka.

– Młody?

– Zależy, jak patrzeć. Sądzę, że w pani wieku.

– Mam trzydzieści siedem lat – powiedziała wprost.

– Może być nieco młodszy. Tak dokładnie to nie pa­miętam.

– Sprawdzimy później. Czy może być niebezpieczny?

– Bardzo wątpię. Przebywa u nas już trzeci albo czwarty raz, przywozi go rodzeństwo. Bardzo senny.

Czekała, lecz nie powiedział nic więcej.

– Ale pan tajemniczy. Żeby nie powiedzieć: niepomocny – rzuciła z irytacją. – Proszę mi opowiedzieć o drugim pacjencie.

– Andrzej Białorzeczny, śpi na łóżku numer trzy, jest u nas od kilku miesięcy. Dobiega trzydziestki. Dobrze reaguje na leki.

– Na co choruje?

– Na ChAD.

– Trzymacie razem pacjentów z ChAD-em i depresją? – zapytała.

– Trzymać to można konie wyścigowe. Pacjentów się leczy – rzucił Barwiecki. – Jedynek na oddziale nie mamy.

– Andrzej Białorzeczny. Może stwarzać zagrożenie?

– Wątpię. Miał nawracające myśli samobójcze, dlatego lekarz prowadzący skierował go do nas. Ale jest żywy, skory do kontaktu.

– Nie odpowiedział pan na moje pytanie.

Barwiecki westchnął.

– Ci ludzie nie są tutaj na wczasach. Kilka razy przywoziła go do nas policja. Agresja Białorzecznego była jednak skierowana przede wszystkim przeciwko własnej rodzinie, to dość częste, niestety. Interesujący młody człowiek. Potrafi podejść do kogoś i znienacka zadeklamować Puszkina. W oryginale – dodał, ale kiedy nie doczekał się reakcji Warwiłow, zakończył: – Ma świetną pamięć.

– Mógł tej nocy znajdować się przy łóżku zmarłego?

– Innej nocy, nie zdziwiłbym się.

– Dlaczego zatem nie tej?

– Bo nie jest mordercą – powiedział Barwiecki.

– Czy ma urojenia? Czy może być niebezpieczny? Czy mógłby sobie wyobrazić, że zmarły był jego wrogiem albo że chciał go skrzywdzić? Że był powiązany z jego rodziną?

Ordynator parsknął nieprzyjemnym, drwiącym śmiechem.

– Pani sądzi, że to takie proste. Urojenia… My preferujemy określenie, że cierpi na zaburzenia psychotyczne. W każdym razie uważam, że nie. To łagodny człowiek, kontekst rodzinny nie jest do końca jasny. Bliscy mogli nim manipulować, żeby się go pozbyć ze wspólnego mieszkania. Zaburzenia, jeśli w ogóle je ma, są łagodne, skupiają się na nim samym.

Warwiłow nie odpowiedziała, uzupełniła notatki. Wieczne pióro wydawało chroboczący odgłos w ciszy gabinetu. Nie śpieszyła się. Barwiecki z kolei taksował ją spojrzeniem, jak gdyby oceniał staranność, z jaką była ubrana: zbyt dobry jak na policjantkę płaszcz, niebieski żakiet pod spodem, białą bluzkę bez dekoltu. I twarz – bo cerę podkomisarz miała dość zadbaną, ale z niezdrowym zielonkawym odcieniem.

– Okej, dziękuję – powiedziała Warwiłow. – Bardzo proszę nie odpowiadać na żadne pytania dziennikarzy, zajmiemy się tym.

– Nie zamierzałem. – Barwiecki się uśmiechnął.