Król, który uciekłTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ludzie będą zawsze dla ciebie źli,

jeżeli konieczność nie zmusi ich do tego,

by byli dobrzy.

Niccolò Machiavelli, Książę

Prolog

Trudno było o lepszą śmierć. Pomimo bólów, które cierpiał, Zygmunt August do ostatniej chwili dbał o interesy królestwa. Wśród roznegliżowanych dam, na oczach zatroskanych dworzan, naszprycowany medykamentami, roku Pańskiego 1572 płodził potomka na łożu śmierci. Potrzeba była pilna – lekarze nie dawali królowi szans na ozdrowienie, a Rzeczpospolita, ten byt osobny, obdarzony własnymi pragnieniami niczym współczesne korporacje, oczekiwała dziedzica. Koniecznie płci męskiej i koniecznie z dynastii panującej. Bez zapłodnienia Rzeczpospolitą czekał chaos wewnętrzny, upadek, a może nawet rozbiory. Takie reguły rządziły światem w XVI wieku: dziś uznano by je za absurdalne, wówczas były uświęcone. Toteż Zygmunt August spełniał swój patriotyczny obowiązek – penisem. Walczył dzielnie ze sflaczeniem oręża, wspomagany inteligencją całego sztabu doradców, również patriotów, którzy uciekali się nawet do oszustw, byleby podtrzymać królewską chuć, o którą bynajmniej nie łatwo u pięćdziesięciodwuletniego schorowanego mężczyzny. W tym celu do posiadłości w Knyszynie sprowadzili niejaką Barbarę Giżankę, niewiastę łudząco podobną do zmarłej małżonki króla, Barbary Radziwiłłówny. Nawet imię nosiły to samo. Mieli nadzieję, że wspomnienie ukochanej rozpali Zygmunta i zachęci go do czynów. Czy słusznie zakładali, czy satysfakcjonujący był ostatni stosunek monarchy, czy zmienniczka stanęła na wysokości zadania – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że dzieci z tej mąki nie było. 7 lipca Zygmunt August umarł, nie pozostawiwszy legalnego potomka, a w Rzeczypospolitej rozpoczęło się bezkrólewie. Polacy i Litwini potrzebowali nowego króla. Dalsze losy kraju miały rozstrzygnąć się podczas eksperymentalnej wolnej elekcji, pierwszej w historii Europy próby demokratycznego wyboru suwerena. Demokratycznego, oczywiście, w granicach renesansowego rozsądku – chłopów, mieszczan i kobiet nie dopuszczono do głosowania.

Niewielu jednak zdawało sobie sprawę, że o wynikach elekcji zadecydowała pewna niewielka transakcja, która odbyła się dziesięć lat wcześniej, w odległej jak na ówczesne standardy Francji.

Rozdział pierwszy
ZABAWY W LUWRZE

– Milcz, słuchaj, wykonuj polecenia – rozkazał Niels. – A może nie skończysz w pasztecie z gołębiami.

Jan Krasowski, oszołomiony widokiem Tuileries, zdawał się nie słyszeć żabliwie skrzekliwego falsetu flamandzkiego kupca. W zbyt dziwnym znalazł się miejscu, żeby rozrzedzać wrażenia zbędnymi myślami. Francuski ogród niczym nie przypominał świata, który znał do tej pory. Przede wszystkim byli tu ludzie. I było niebo. Wiele zgromadzonych pod otwartym niebem osób. Podobnych cudów jeszcze nie widział w swoim dwudziestokilkuletnim życiu.

– I tylko błagam, na litość boską, nie pyskuj – kontynuował Niels. – Pal licho moją reputację, ale pomyśl o sobie. Jedno niefortunne słowo i rzucą cię psom na pożarcie. Dlatego schowaj dumę do kieszeni i chociaż raz nie wspominaj o pochodzeniu. Nikogo nie obchodzi genealogia jakiegoś kundla ze słowiańskiego zadupia, arktycznej krainy, która nie ma w ręku lepszych kart, więc szczyci się, że jest spichlerzem Europy. Tylko zanudzisz tym Walezych. Dla nich jesteś najwyżej egzotyczną zabawką, wypełniaczem czasu pomiędzy aperitifem a przystawką. Toteż proszę, zachowuj się jak na zabawkę przystało. Milcz, słuchaj, wykonuj polecenia. I pamiętaj: przedmioty nie mają głosu. Bądź przedmiotem.

Historycy do dziś nie wiedzą, kiedy dokładnie Jan Krasowski przestał uważać się za gadający mebel. W ogóle niewiele o nim wiedzą. Nie zachowały się żadne pamiętniki szlachcica z Podlasia, a nadworni kronikarze epoki zwykli portretować postaci większego kalibru. Głównie królów, wojskowych i świętych. Trudno obwiniać pisarzy o tendencyjny wybór bohaterów – w XVI wieku tylko wojskowych, duchownych i królów stać było na pensje dla kronikarzy. Reszta społeczeństwa niedostatecznie się nudziła, aby marnować czas, a tym bardziej pieniądze, na literaturę. Przez dwa, trzy, siedem, a później nawet więcej dni w tygodniu odrabiali na polach pańszczyznę, by wyżywić duchownych, królów i wojskowych. Po czternastu dniach pracy w tygodniu niewielu chłopów znajdowało jeszcze czas na czytanie. Szczególnie gdy nie potrafili czytać. Pisarze natomiast, co nie zmieniło się do dziś, pragnęli być czytani, lecz przede wszystkim – opłacani. Dlatego pisemne źródła historyczne milczą na temat renesansowych wykolejeńców pokroju Krasowskiego. Ot, wolny rynek w wydaniu gospodarki feudalnej.

– Obiecujesz, że będziesz milczeć?

Jan wzruszył ramionami. Zdecydowanie wolał niderlandzkiego kupca od poprzednich właścicieli. Tamtym życzył śmierci. Nielsowi – jedynie bankructwa bądź chłosty. Tamci – porywacze i złodzieje, dwójka litewskich gołodupców, typowa gołota szlachecka – dożywotnio okaleczyli Krasowskiego. Kupiec tylko na tym zarobił.

– Cholerna pokrako! – Jan poczuł na policzku uderzenie drewnianej flamandzkiej laseczki. – Tak się odwdzięczasz za wszystkie koszty, które dla ciebie poniosłem? Nawet nie odpowiesz?

Krasowski zadarł głowę. Szum pod czaszką, nieznośne echo bolesnego razu, nie pozwalał zebrać myśli. Wytrzymał ponaglające spojrzenie kupca. Sytuacja właściwie nawet bawiła Jana. Na co dzień bity i poniżany, nagle zyskał coś na kształt władzy nad właścicielem. Wreszcie miał możliwość zaszkodzić jego interesom.

– Kazałeś mi milczeć – odparł. – Milczałem.

Pulsujące na niderlandzkich skroniach żyły zdradzały intensywną pracę umysłową. Po kilkunastu sekundach procesy ustały, a mężczyzna w odpowiedzi parsknął śmiechem. Głośnym, tubalnym, udawanym.

– Możesz nie wierzyć – kupiec kucnął i w geście sympatii potarmosił brunatne, krótko ścięte loczki na głowie podwładnego – ale będzie mi brakować twojej pokrętnej logiki.

Jan nie wierzył w ani jedno słowo. Dwa lata służby u Nielsa nauczyły go, że kupcy wypowiadają tylko opłacalne zdania. Prawda natomiast rzadko daje się monetyzować.

Sytuacja przedstawiała się zaś następująco. Przyjechali do Paryża na jedenaste urodziny Henryka Walezego – zwanego księciem andegaweńskim – dokonać transakcji, a jej przedmiotem był Krasowski. Krnąbrne zachowanie podczas uroczystości mogło obniżyć cenę sprzedaży. A ponieważ argumenty siłowe nie przekonały Jana, kupiec spróbował pochlebstw. Nie cenił podwładnego, zmieniał tylko strategię handlową. Był tak rozczarowująco sztampowy… Jan powstrzymał się jednak od komentarza i skłonił głowę w geście fałszywej skromności. Zemści się później.

Uspokojony kupiec poprowadził podwładnego w stronę drewnianej konstrukcji pośrodku ogrodu. Krasowski chłonął atmosferę Tuileries, zachwycony nowością umysł działał na przyspieszonych obrotach, notował każdy szczegół. W cieniu Zegarowego Pawilonu, pałacu zwieńczonego okazałą kopułą, bawił się kwiat francuskiej arystokracji. Opięte ciasnymi gorsetami kobiety oraz pozbawieni zarostu mężczyzni w cienkich rajtuzach przechadzali się parkowymi alejkami i wymieniali najświeższymi dworskimi plotkami.

Otóż młody książę Henryk wykazywał ponoć zdolności aktorskie… zorganizował własny teatrzyk… udawał kalwińskiego duchownego… obśmiali się wszyscy… król Karol natomiast wciąż za młody był na kochankę… realną władzę nadal więc sprawowała jego matka, Katarzyna… ale tylko do czasu, aż lędźwia królewskie dostatecznie dojrzeją… może mu w tym pomóc poezja Ronsarda… opublikował niedawno erotyk w stylu Petrarki… epikurejska pochwała radości życia… ze szczególnym wskazaniem rozkoszy łóżkowych… a tak w ogóle to wojna religijna wisiała w powietrzu… wiosną książę de Guise wymordował hugenotów w Wassy… zbuntowani protestanci gromadzili się pod przywództwem admirała Coligny… tymczasem wczorajszej nocy jeleń pokrył zaledwie dwie sarny w królewskim lesie… choć większość obstawiała co najmniej czwórkę zwierzęcych kochanek… zakład wygrał niejaki Didier… ostatnio miał szczęście również w kartach… istniało podejrzenie, iż nowy wróżbita przybył do Paryża… bo skąd inaczej taka passa Didiera… wszyscy pragnęli go poznać… odkąd Katarzyna odprawiła lekarza Nostradamusa… za wywróżenie korony dla każdego z synów królowej… wpadła w panikę, że się synowie wzajemnie wymordują… od tego czasu wakat jasnowidza stał pusty… wszystkim brakowało przepowiedni… bo ileż można pić wino, wciąż to samo… choć w prowansalskim wyczuwalne były ostatnio cierpkie nuty… znacznie się skiepściło w tym sezonie… na prowadzenie wychodził szczep langwedocki…

Ze strzępków zdań Krasowski pospiesznie składał portret Francuzów. Raczej przystojne, choć intelektualnie miałkie i zdziecinniałe to były istoty. Tragedię i codzienny banał traktowali tak samo. Modę stawiali ponad politykę. W skrócie: naród na wskroś zblazowany. W sumie miłe towarzystwo, jakaś odmiana po piwnicznych szczurach. Luwr również wydawał się przyjemniejszym domem od ceramicznej wazy. Jan właściwie nie miał nic przeciwko, aby zabawić przez chwilę w Paryżu. Przespacerować się alejkami Tuileries, poplotkować ze znudzonym biskupem, pożartować z celibatu, podlać żywopłot winem, bo za cierpkie, po czym zażądać słodszego. Nie najgorzej.

Wiedział jednak, że tak nie będzie. W Luwrze, na Wawelu, w Londynie czy w Madrycie, gdziekolwiek – nikt nigdy nie pozwoli Krasowskiemu czuć się w pełni człowiekiem. Nie miał złudzeń. Za dużo się naczytał Machiavellego. I zbyt często spoglądał w lustro.

 

– Z okazji jedenastych urodzin księcia andegaweńskiego – głos Nielsa wytrącił Jana z zamyślenia – dołączam nową osobliwość do walezjańskiej menażerii! Mały Polacron o giętkim języku!

Uwaga arystokratów skupiła się na Krasowskim. Kupiec lekko popchnął podwładnego, by ten wystąpił przed szereg. Stał teraz przed drewnianym podwyższeniem pośrodku ogrodu, na którym siedziała rodzina królewska. Pulchna królowa, przeszło czterdziestoletnia Katarzyna Medycejska, czesała włosy młodszego syna pochłoniętego lekturą antycznej tragedii. Starszy – wątły nastolatek w koronie – zakrywał usta chustką niczym medyk w czasie epidemii. Nachylił się i wyszeptał coś do matczynego ucha.

– Król pragnie sprawdzić wartość Polacrona w praktyce – powiedziała królowa. – Do karlej fosy miłości z nim! Natychmiast!

– Jak to „karlej”? – Jan rozejrzał się w poszukiwaniu kupca, ten jednak zniknął już w tłumie. Krasowski nie zdążył zaprotestować. Gwardzista siłą zerwał z niego szaty, odsłaniając niezgrabne, wyglądające jak powykręcane kończyny, po czym, całkiem nagiego, zarzucił na muskularne ramię i przeniósł na drugą stronę drewnianego podwyższenia. I wtedy oczom Jana ukazał się koszmar jakby żywcem wyjęty z obrazów Hieronima Boscha. W niewielkim stawie, czy też raczej błotnistej sadzawce, taplał się tuzin nagich karłów.

Karla fosa miłości, jeden z najdziwniejszych w historii pomysłów na spędzanie wolnego czasu, wzięła się z odwiecznej przypadłości rasy ludzkiej: tragicznej zdolności odczuwania nudy. Repertuar rozrywek w szesnastowiecznej Europie nie był szczególnie bogaty, a zblazowanie arystokracji rosło. Dlatego każde odstępstwo od pijaństwa, polowań bądź misteriów sakralnych cieszyło się niezwykłą estymą. Jeden z ciekawszych sposobów zabijania nudy wymyśliła Katarzyna Medycejska. Na tyłach królewskich ogrodów rozkazała wykopać płytki, zalany wodą dół, do którego wpuszczono nagie karły, aby na oczach możnych zaznawały uciech cielesnych. Voyeurystyczna przyjemność, jaką szlachetnie urodzeni czerpali z obserwowania karlich aktów seksualnych, mogła świadczyć o wrodzonej potrzebie pornografii wśród homo sapiens. Bądź o wyjątkowym znudzeniu francuskich elit politycznych w renesansie.

Gwardzista postawił nagiego Jana na brzegu sadzawki. Tłum gęstniał. Pojawienie się nowej osobliwości chwilowo wytrąciło arystokratów z marazmu. Ciekawskie spojrzenia zwróciły się w kierunku odsłoniętego przyrodzenia Krasowskiego.

– Do dzieła, karzełku! – krzyknął ktoś. – Dołączaj do sióstr w kąpieli! Albo braci, jeśli takie masz preferencje. Nie mnie oceniać gusty.

– Nie jestem karłem – zaprotestował Jan, wzbudzając powszechne rozbawienie, gdyż w istocie był karłem. A przynajmniej na takiego wyglądał. Nie zdążył jednak wyjaśnić skomplikowanych niuansów swojej budowy anatomicznej, gdyż z tłumu wyłonił się nagle kupiec Niels i wepchnął Krasowskiego do stawu. Błotnista woda zalała mu oczy, a stopy ugrzęzły w mule. Nie mógł złapać równowagi ani wychylić głowy ponad taflę brudnej sadzawki. Instynkt przetrwania toczył nierówną walkę z brakiem motywacji do dalszego życia. Upokorzony i zniesmaczony, przez chwilę wręcz marzył, aby utonąć i umrzeć na miejscu. Przynajmniej nie musiałby już więcej oglądać obmierzłych ciał karłów oddanych nieszczerym pieszczotom. Lepiej było zginąć, niż brać udział w tym karykaturalnym teatrze; satyrze miłości, którą odprawiano w stawie.

Poczuł dłoń na ramieniu. Cudzą siłą, wbrew własnej woli, wydostał się ponad powierzchnię sadzawki. Znów mógł oddychać. Przetarł oczy z mułu i wodorostów.

Stała przed nim karlica w wieku lat dwudziestu, a może czterdziestu. Z karłami nigdy nie było wiadomo – każdy starzał się we własny nieprzewidywalny sposób.

– Musisz słuchać dużych – poradziła, dziarsko klepiąc Jana po plecach, by odkrztusił z płuc wodę. – Mają większe ciała i mózgi, dlatego wiedzą, co jest dla nas najlepsze.

Krasowski miał odmienne zdanie na ten temat: wychowane w stereotypie podludzi karły uwierzyły w narzuconą narrację i nie widziały powodu, by ją kwestionować. Opinię wyraził dość ostentacyjnie: splunął karlicy w twarz. Wśród zgromadzonych na brzegu Francuzów rozległy się wiwaty.

– Didier obstawiał, że nowy karzeł nie polubi lilipucich kobiet.

– A jeśli na mężczyzn też nie znajdzie ochoty? Dawno nie było tutaj sodomity!

– Przyprowadźcie klacz! Sprawdzimy to! Albo chociaż owcę. Klaczy może nie dosięgnąć.

Jan zerknął na tłum, odnalazł Nielsa. Z rozbieganego spojrzenia Flamandczyka można było wyczytać radość i chciwość – arystokraci dawno nie okazywali podobnego podniecenia. Każdy wiwat powiększał potencjalny stos monet, które zarobi na sprzedaży karła. Jedynym, co trzymało teraz Krasowskiego przy życiu, było pragnienie, by zepsuć kupcowi interes.

Ruszył w stronę brzegu, by jak najszybciej zakończyć tę farsę. Drogę jednak zastawiła mu karlica. Ślina Jana wciąż ściekała jej po twarzy.

– Odsuń się – rozkazał polski szlachcic z Podlasia.

– Chyba nie do końca pojmujesz świat – odpowiedziała. Wyglądała na zagubioną i do żywego zranioną; jakby nie rozumiała, dlaczego za uratowanie komuś życia spotkała ją kara. – Oni mogą zrobić z nami, co tylko zechcą. Nawet…

– Nie jestem karłem – powtórzył głucho Krasowski, po czym spróbował obejść dziewczynę, ta jednak desperacko wpiła palce w jego dłonie i zaczęła ciągnąć na środek stawu, w stronę nadal oddających się niemrawym pieszczotom karłów.

– Zabiją cię, jeśli nie będziesz taki jak my!

– W takim razie wolę umrzeć – odpowiedział i odepchnął od siebie karlicę. Z chlupotem runęła do wody, doprowadzając Francuzów do obłędu rozkoszy. Nawet nastoletni król Karol odstawił chustkę od twarzy. Znów szeptał coś do matki. Królowa wysłuchała go w milczeniu, po czym wstała z krzesła. Jazgot zelżał nieco.

– Król wydaje się zaniepokojony zachowaniem prezentu – oznajmiła Katarzyna Medycejska. – Powątpiewa w jego walory, tak żywiołowo opiewane przez Nielsa Wiersmę. Kupiec chwalił giętkość jego języka. Pragniemy więc, aby karzeł językiem udowodnił swe przymioty. Obiektem pieszczot oralnych ma natomiast stać się karlica, którą przed chwilą tak jawnie odtrącił.

Krasowski zatrzymał się, nadal po kolana zanurzony w wodzie. Rozejrzał się. Niderlandzki kupiec zachęcał gestem, by ruszył w stronę karlicy. Sukces transakcji całkowicie leżał w rękach Jana. Czy też raczej – w języku. Karzeł rozkoszował się chwilą władzy, nastał odpowiedni moment na zemstę. Mrugnął do Nielsa, po czym odwrócił się w stronę rodziny królewskiej i skłonił nisko, po szlachecku.

– Wasza Królewska Mość wybaczy – wskazał w stronę karłów zastygłych w erotycznych pozach – lecz obawiam się, że teatralna kopulacja liliputów nie ma wystarczającej mocy sprawczej, by zmusić moje członki do posłuszeństwa. Za mało w nich naturalności i autentyzmu. Nie wierzę w ich podniecenie, by samemu się podniecić.

Na dowód chwycił za sflaczałe przyrodzenie, które znajdowało się nad powierzchnią płytkiej wody. Gotów był zapłacić wszelką, nawet najwyższą, cenę, byleby pognębić kupca. Król tymczasem momentalnie spurpurowiał na twarzy. Wstał z krzesła i tupnął nogą.

– Karzeł szydzi z mojego majestatu! – wykrzyczał skrzekliwie jak ropucha, po chłopięcemu. Właśnie przechodził mutację. – Chcę, żeby zawisł, mamo!

Reakcja króla zainteresowała drugiego z synów Katarzyny. Henryk podniósł głowę znad dramatu Sofoklesa, przyjrzał się bratu, po czym wykoślawił twarz w grymasie komedianta.

– Mamusiu! – krzyknął, imitując głos króla. – Nawet karzełek nie liczy się z moim zdaniem. Rozkaż go zabić, bo jak ja rozkażę, to przecież nikt mnie nie posłucha!

Królowa posłała synowi karcące spojrzenie, z trudem jednak powstrzymując uśmiech.

– Henryczku – odgarnęła pukiel długich, równo przystrzyżonych włosów z twarzy dziecka – nie przedrzeźniaj brata. A co do karła… słyszeliście rozkaz króla. Zabić go.

Dwóch gwardzistów wskoczyło do sadzawki i wyciągnęło Krasowskiego na brzeg. Pojmany nie wyrywał się ani nie walczył. Dawno już pogodził się z losem. Kto nie miał szansy na godne życie, nie bał się śmierci. A jeśli przy okazji mógł przynajmniej zaszkodzić interesom niderlandzkiego właściciela – tym lepiej. Ze wszystkich osób zgromadzonych w Tuileries tylko kupiec wydawał się szczerze przejęty nadchodzącą egzekucją Jana. Padł na kolana przed królewską rodziną.

– Wasza Królewska Mość, karzeł co prawda miał być prezentem urodzinowym dla księcia andegaweńskiego, a jak wszyscy wiemy, zwyczajowo zwykło się wynagradzać podarunki upustami podatkowymi lub przynajmniej przywilejami handlowymi. Skoro jednak prezent nie przypadł do gustu solenizantowi, domyślam się, że nie mogę liczyć na żadne benefity, dlatego chciałbym zaznaczyć, że oficjalnie i zgodnie z prawem, przynajmniej dopóki nie przekażę Waszej Królewskiej Mości aktu własności, wciąż jestem jeszcze właścicielem karła, więc…

– Wypłaćcie mu dwieście liwrów – przerwała Katarzyna.

– Pięćset byłoby bardziej adekwatną sumą – zasugerował.

– Dostaniesz sto – ucięła ponownie królowa. – I nigdy więcej nie pokażesz się we Francji.

Niels skłonił głowę i pospiesznie się wycofał, choć wynegocjowana cena nie była satysfakcjonująca. Na pewno nie zadowalała też Krasowskiego, nie o takiej zemście marzył. Zakaz handlu nad Loarą – to zdecydowanie za mało. Liczył co najmniej na areszt dla kupca, a w najlepszym wypadku – pręgierz. Momentalnie odechciało mu się umierać. Służba już jednak przerzucała sznur przez gałąź starego klonu, a gwardziści prowadzili Jana na miejsce egzekucji. Karzeł rozejrzał się po ogrodzie w poszukiwaniu sojuszników. Francuzi oczekiwali kaźni, popijając aperitify. Ogrodnicy pielęgnowali żywopłoty. Psy obsikiwały sadzonki.

– Najmądrzejszy z królów! – zaimprowizował Krasowski. – Czy Wasza Królewska Mość będzie na tyle łaskawy i pozwoli wisielcowi wybrać przynajmniej drzewo, na którym dokona żywota?

Karol zerknął na matkę, szukając podpowiedzi. Ta jednak zajęta była czesaniem bujnych loków Henryka. Najwyraźniej sprawę karła uznała już za zamkniętą.

– Niech i tak będzie – oznajmił król szeptem, jakby wstydził się brzmienia własnego głosu.

Gwardziści puścili Jana. Karzeł znów poczuł trawę pod stopami. Arystokraci zbliżyli się, ciekawi wyboru drzewa. Krasowski z premedytacją odwlekał moment podjęcia decyzji. Pragnął, by najpierw jak największe audytorium zebrało się wokół. Łatwiej manipulować tłumem niż jednostkami.

– Szybciej – niecierpliwił się Karol. – Nie zamierzam poświęcać całego dnia na błahostki.

Jan ruszył w stronę żywopłotów, Francuzi podążyli za nim. Wypatrywał ratunku w trawie. Miał jedną szansę, musiał to dobrze rozegrać – najlepiej od niechcenia i z nonszalancją. Efekt zaskoczenia miał kluczowe znaczenie dla powodzenia planu.

– W takim razie – wskazał na ledwo odstającą od ziemi sadzonkę – wybieram ten królewski dąb.

Zaskoczeni dworzanie zamilkli. Instynkty zawiodły w obliczu tak jawnej kpiny, nie spotkali się jeszcze z podobnie wisielczym poczuciem humoru i nie potrafili ocenić, czy wypada się śmiać. Oczywiste było, że na wskazanym drzewie nie dało się przeprowadzić egzekucji – przynajmniej przez kilkanaście najbliższych lat. Zerkali na króla, szukając wskazówek, jak zareagować. Ten nabrał powietrza, jednak nie znalazł odpowiednich słów, by wyrazić gniew; zapowietrzył się tylko. Niewątpliwie był wściekły – z tak bezczelną obrazą majestatu jeszcze się nie spotkał. Wyglądał, jakby zaraz miał dostać ataku epilepsji. Napiętą ciszę przerwał dopiero śmiech Henryka Walezego, który rechotał głośno i szczerze, wprost z przepony. Konsternacja wśród poddanych tylko wzrosła. Nie wiedzieli, z kogo brać przykład – solenizanta czy króla? Błędna decyzja mogła kosztować ich utratę wpływów w Luwrze.

Po chwili dylemat sam się rozwiązał. Do młodszego syna dołączyła też matka, Katarzyna Medycejska. Kobiecy chichot przeważył szalę, był niczym rozkaz wymarszu dla żołnierzy. Ponad setka Francuzów wybuchła śmiechem, a w ogólnym rozbawieniu nikt nie myślał już o egzekucji karła. Pomimo upływu wieków jedno nie zmieniało się na kartach historii – dowcip zawsze był, i nadal jest, najskuteczniejszą bronią desperatów.

* * *

Dziesięć lat później Jan Krasowski stanowił stały element krajobrazu walezjańskiego Luwru. Powszechnie znany jako Mały Polacron, karzeł, który nie uważał się za karła, był jednym z najbardziej rozpoznawalnych błaznów na dworze. Bezczelny, bystry i cyniczny, a zarazem do cna zgorzkniały, obrażał wszystkich bez wyjątku: arystokrację, chłopów, stan rycerski, duchowieństwo, służbę, a nawet rodzinę królewską oraz – przede wszystkim – inne karły. Wielokrotnie straszony stryczkiem, utopieniem, a czasem spaleniem na stosie – nigdy nie wahał się kończyć dowcipu, gdyż nie bał się śmierci, będąc całkowicie pozbawiony woli przetrwania oraz instynktu samozachowawczego. Spostrzegłszy to, Francuzi uznali, że najlepszym żartem będzie karła nigdy nie zabijać. Zyskał tym samym wolność wypowiedzi, o którą nigdy nie prosił, a jego brak chęci do życia stał się wręcz legendarny. We wrześniu każdego roku, w dniu urodzin księcia Henryka Walezego, urządzano specjalne przyjęcie przy młodym dębie, na którym znieważone karlim dowcipem osoby wieszały miniaturowe powrozy zaciśnięte na szyjach kukiełek symbolicznie przedstawiających postać Jana. Aktualnie drzewo miało już trzy łokcie wysokości i przewyższało karła o głowę. Miejscowi bukmacherzy przyjmowali nawet zakłady, kiedy dąb będzie wystarczająco masywny, by unieść ciężar Krasowskiego. Sam obiekt żartów nie brał udziału w uroczystości, bojkotował ją, jak zresztą większość francuskich rozrywek, które uważał za okrutne, nudne oraz głupie. Czas wolny poświęcał przede wszystkim na własną edukację, a jego ulubionym miejscem stała się paryska biblioteka. Czytał wszystko – namiętnie, nienawistnie i krytycznie. W Biblii cenił jedynie Stary Testament – za filozofię zemsty. Villona wprost nie cierpiał – za dobrze wydawał się bawić poeta, opisując własne cierpienia. Jedynie Machiavelli jako tako do niego przemawiał, choć dzieła włoskiego amoralisty znał już od dawna na pamięć.

 

Samotny i wyszydzany, w pewnym sensie dopiął jednak swego: był traktowany inaczej niż pozostałe karły, których populacja na dworze królewskim wynosiła wówczas kilkadziesiąt osobników. Krasowski, choć sypiał w tych samych komnatach, był raczej istotą odrębną, ewenementem i kuriozum na skalę Luwru. Dysponował wolnością poruszania się w obrębie miasta, a za świadczenie swoich usług otrzymywał niewielką pensję. Nie musiał też uczestniczyć w zwyczajowych aktywnościach karłów: erotycznych balach maskowych, świńskich wyścigach czy wyskakiwaniu wraz z gołębiami z monstrualnych rozmiarów pasztetów, co miało miejsce przy okazji ślubów bądź urodzin. Jego rola była prosta – żyć bez celu, błąkać się korytarzami Luwru i utyskiwać na bezsens egzystencji ku uciesze znudzonej arystokracji. Karle nieszczęście nieodmiennie poprawiało im humory.

Toteż żył w permanentnej – jak byśmy dziś powiedzieli – depresji. O ucieczce nawet nie myślał, bo i nie miał dokąd ani po co uciekać. W Paryżu przynajmniej nie musiał się wysilać, a skromne honorarium starczało na karczmy i dziewczęta. W tej jednej sprawie akurat zgadzał się z poetą Villonem – hedonizm, a przynajmniej nietrzeźwość, bywał jedynym wybawieniem od nieznośności dnia codziennego. Samobójstwa nie rozważał ani przez chwilę, ku własnej rozpaczy i własnemu rozczarowaniu. Brak chęci do życia nie oznaczał w jego przypadku, niestety, automatycznego pragnienia śmierci. Gdyby chociaż zachciało mu się umrzeć – przyjąłby tę żądzę z radością. Niestety, największą tragedią Krasowskiego był brak chęci do czegokolwiek.

* * *

To był zwykły dzień, jakich wiele w Luwrze. 18 lipca roku Pańskiego 1572 Jan Krasowski obudził się w samo południe – z potworną migreną oraz lukami w pamięci. Sprawdził sakiewkę – była pusta. No tak. Nocą musiał wszystko przepić. Teraz oznaczało to tylko jedno – do końca miesiąca nie odbierze radości życia ani jednej prostytutce. Sytuacja karła komplikowała się – musiał zmienić harmonogram dnia, gdyż na jedyne zaplanowane na dziś zajęcie brakowało mu środków.

Dormitorium świeciło pustkami o tej porze, większość karłów budzono jeszcze przed świtem, by służyli rozrywce możnych od samego rana. Samotność ucieszyła Krasowskiego – zdecydowanie wolał towarzystwo pustych łóżek od przygłupich karłów, zachowujących się niczym gadające psy. Z drugiej strony przegapił wspólne śniadanie, a bardzo potrzebował teraz tłuszczu, mocno przyprawionego mięsa i chleba. Niektóre potrzeby ludzkie nie zmieniły się na przestrzeni wieków.

Przed zejściem do kuchni rytualnie rozpiął zapięcie siennika i zaczął szperać w sianie. Szukał jedynego wartościowego przedmiotu, jaki posiadał – rodowego wisioru przedstawiającego krzyż i podkowę, na których siedział drapieżny ptak. Każdej nocy chował artefakt do bezpiecznej skrytki, a nad ranem znów zakładał go na szyję, tym razem jednak nie mógł znaleźć rodzinnej pamiątki z Rzeczypospolitej. Krew odpłynęła Janowi z mózgu, w głowie mu zawirowało, a nogi ugięły się pod ciężarem paniki i nocnego pijaństwa. Rozerwał siennik, wybebeszył go z siana, przeszukał raz jeszcze. Nic.

Przymknął oczy, uspokoił oddech i, jak zwykle w chwilach niepokoju, poszukał przewodnictwa w słowach mądrzejszych od siebie.

„Uważaj – wspomniał fragment Rozmyślań Marka Aureliusza – byś wskutek upodobania w tej rzeczy nie przyzwyczaił się jej tak wysoko cenić, iżbyś miał doznać niepokoju duszy, gdyby ci jej zabrakło”.

Antyczny filozof i stoik należał do nielicznych autorów, których moralizatorstwo nie wywoływało w Krasowskim odruchów wymiotnych. Cenił skromność i prostotę myśli cesarza Rzymu – lecz tylko do czasu, aż spróbował zastosować jego nauki w praktyce.

– Uważałem. I nie zadziałało, cholerny hipokryto – zaklął, podwójnie rozczarowany. Stracił dziś nie tylko rodowy wisior, lecz również intelektualny autorytet. W pewnym sensie jednak aforystyczna kuracja przyniosła rezultaty. Żal po stracie wisiora chwilowo został zastąpiony uczuciem złości.

– Polacron? – rozległ się głos z drugiego końca dormitorium. – Z kim rozmawiasz?

– Z nikim – rzucił na odczepkę. Zbyt jednak był nabuzowany, by nie kontynuować wątku. – Łatwo postulować skromność, gdy masz u stóp cały świat, nie sądzisz? Spróbuj jednak przekonać żebraka, żeby zrzekł się jedynego skarbu w imię jakiejś fikcyjnej cnoty. Napełni brzuch skromnością? No właśnie. Miło jest pościć, gdy półnagie służki donoszą strawę, te półmiski pełne winogron i co tam jeszcze jadali w Rzymie. Jaja, oliwki, jabłka, wszystko okraszone śmierdzącym sosem garum z rybich wnętrzności. Musiał mieć już zgagę z przejedzenia, dlatego tak ochoczo rozmyślał na temat umiaru. Własną dietę usprawiedliwiał filozofią! Gdyby chociaż zrzekł się cesarstwa, cholerny hipokryta, brzmiałby wiarygodnie, lecz tylko głosił prawdy objawione z wyżyn swojej rezydencji. Nic dziwnego, że syn wyrósł mu na tyrana. Dzieci to wiedzą, widzą najwyraźniej grzechy rodziców. Kommodus musiał to rozumieć. Może i był tyranem, ale przynajmniej szczerym, nie to co tatuś, cholerny Aureliusz hipokryta.

W chwilach emocjonalnego wzburzenia Krasowski przejawiał tendencję do wpadania w znerwicowane słowotoki. Umysł wyprzedzał usta, dlatego nie nadążał z formułowaniem gładkich zdań, chaotycznie łączył wątki, przeskakiwał z tematu na temat. Nie cierpiał tego. Nie lubił tracić nad sobą kontroli.

– Nie rozumiem – skomentował ktoś z drugiego końca sali – gdzie podziała się reszta? Już po śniadaniu? Tylko proszę, nie mów, że znów zaspałem! Dlaczego mnie nie obudziłeś? Regularne posiłki to podstawa dobrej kondycji i przyjemnego wyglądu! Pewnie pragniesz, abym zbrzydł! Myślisz, że zajmiesz moje miejsce u boku królowej? Niedoczekanie. A wiesz dlaczego? Bo jestem Bebe. Bebe! Śliczny Bebe!

Właśnie dlatego Jan nienawidził karłów na francuskim dworze. Każdą dyskusję potrafiły sprowadzić do kwestii jedzenia, urody bądź rywalizacji o względy arystokracji. A Bebe, jeden z najgłupszych, zdaniem Krasowskiego, karłów w menażerii Katarzyny Medycejskiej, był najbardziej skrajnym przykładem karlego upośledzenia. Ulubieniec królowej cieszył się specjalnymi względami z powodu klasycznie pięknej budowy anatomicznej. W przeciwieństwie do reszty karłów, a Jana w szczególności, miał symetryczne i antycznie szlachetne rysy twarzy, kończyny natomiast idealnie proporcjonalne w stosunku do reszty ciała. Uroda zaszkodziła jednakże intelektowi Bebe – od urodzenia rozpieszczany i podziwiany, wręcz hodowany do admiracji, nigdy nie musiał walczyć o pozycję, nie wykształcił więc odpowiednich narzędzi krytycznego myślenia i nigdy nie podawał w wątpliwość zasad świata, który wyraźnie go faworyzował. Wszelką dyskusję sprowadzał do jednego mianownika: siebie. Wybredny, marudny i butny wśród karłów, w towarzystwie arystokratów przyjmował rolę kota pieszczocha – łasił się, prężył miniaturowe mięśnie, wskakiwał na kolana. Zachwycone panny dworskie nazywały go słoneczkiem, dziecinką, rycerzykiem nawet. W odpowiedzi na kolejne zdrobnienia mruczał jedynie, gdyż nie był w stanie sformułować choćby jednego zdania, które świadczyłoby o jakiejś samodzielności myślenia. Życie całkowicie podporządkował i oddał we władanie cudzym oczekiwaniom. W zamian był wręcz obrzydliwie szczęśliwy.