Malpertuis

Tekst
Autor:
Z serii: PROZA OBCA
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Opis domu Malpertuis

Geniusz nocy porwał głowę lisa, by przyozdobić nią swój dom i oddać mu cześć.

(Opowieści Husseina)

Słońce! Daj mi słońce!

Ibsen (Upiory)

Bóstwa pomniejsze, takie jak penaty, skrzaty, Brownies czy Glasmännchen, nie są w żadnym wypadku duchami, lecz drobnych rozmiarów stworzeniami. Są tym samym całkowicie cielesne i czerpią swą moc z ziemi, na której żyją.

Worth (Folklor porównawczy)

Powinienem zabrać się za opis domu Malpertuis, ale wtem ogarnia mnie osobliwa niemoc. Jego obraz uchodzi z pola widzenia niczym zamki czarodziejki Morgan; pędzel ciężki jak kamień wysuwa się z ręki malarza; tak wiele rzeczy, które chciałbym utrwalić w opisie czy definicji, traci na wyrazie i ulatuje we mgle.

Bez pomocy mojego wspaniałego mistrza, dobrego ojca Doucedame’a, który nieraz sprawił, żem przejrzał na oczy, byłbym się na pewno odwrócił od przedsięwziętego zadania.

Na sześć tygodni przed śmiercią wuja Kasawiusza opuściliśmy nasz dom na Nabrzeżu nad Bakanem, aby zamieszkać w Malpertuisie.

Wspomnienie domu na nabrzeżu pozostanie miłe mojej pamięci. Był on niewielkich rozmiarów i dziwacznej budowy, jego okna o zielonkawym zabarwieniu wypełniały go poświatą akwarium o niesłychanej łagodności. Pachniał werbeną i tytoniem, który palił ojciec Doucedame, nasz wierny gość.

Drzwi otwierały się na hall, jedyną szeroką przestrzeń, którą osłaniał jego wąski dach; w hallu tym czuwał portret mojego ojca, kapitana Mikołaja Grandsire’a, którym z kolei opiekowały się budzące strach panoplia.

Kapitan wysyłał nam wystarczająco pieniędzy, byśmy opłacili czynsz i wiedli życie bez większych zmartwień. W okresie, kiedy wuj Kasawiusz przywołał nas do siebie, czeki z Singapuru, Szanghaju czy Kantonu stawały się jednak coraz skromniejsze i rzadsze.

W czasach naszego względnego dobrobytu Élodie podejmowała jak należy małe grono przyjaciół, a ojciec Doucedame był bez wątpienia naszym najgorliwszym i najdostojniejszym gościem.

Był to niskiego wzrostu mężczyzna, pękaty jak baryłka, o twarzy radosnej i okrągłej niczym pełnia księżyca, noszący zatłuszczoną sutannę. Doucedame uwielbiał dobrą kuchnię – Élodie była wspaniałą kucharką – przyzwoite wino, holenderski tytoń i stare księgi.

Jego imię nie popadło całkowicie w zapomnienie, i tym sprawiedliwej, gdyż widniało ono na kilku publikacjach, które cieszą się jeszcze niejakim autorytetem.

Tak też zawdzięczamy mu bardzo drobiazgowe studium rycin Wendela Dietterlina[17], niezwykle osobliwą biografię Gerarda Dou[18], a także kilka opracowań z dziedziny kowalstwa artystycznego XV wieku.

Postanowił również kontynuować niezwykłe badania Doktora Misèsa[19] z Lipska dotyczące wyglądu, mowy i anatomii porównawczej aniołów.

Twierdził on, że te niebiańskie istoty wyrażają swą myśl za pomocą światła i że posługują się kolorami miast słów.

Doucedame regularnie odprawiał mszę, nigdy nie zaniedbywał brewiarza, wykazywał się przykładną cnotliwością i pokorą, a mimo to nie cieszył się większym poważaniem ze strony swych przełożonych. Swoje zainteresowanie pracami Dr. Misèsa przypłacił on niesłuszną reputacją heretyka, a nawet kilkoma karnymi pobytami w srogich klasztorach. Młodość tego księdza upłynęła jednak pod dalekimi i niebezpiecznymi niebami, w tych zakątkach świata, gdzie żołnierze Chrystusa płacą swą krwią i cierpieniem, by bronić chwały bożej, a tego nawet ci pedantyczni i biadolący biskupi nie odważyliby się zapomnieć.

W sercu jakich to niebezpiecznych przygód Doucedame poznał kapitana Mikołaja Grandsire’a? Nigdy nie wypowiadał się on na ten temat, mój ojciec natomiast zwykł kończyć swe listy do nas zdaniem: „Serdeczne pozdrowienia dla naszego świętobliwego Pancernika, niech Najjaśniejszy ma go w swej pieczy, tak aby wszyscy żałośni śmiertelnicy mogli dostąpić wiecznej chwały”.

– A cóż to takiego, ten pancernik? – pytała Élodie z nieufnością.

– A, to taka bestia jak ja – tłumaczył ojciec Doucedame – tylko że ona, w przeciwieństwie do mnie, została na brzegach Amazonki, bo ja siedzę tu przecież z wami, popijam dobre wina, zajadam się smakołykami i bardzo słabo staram się o boskie miłosierdzie.

Pewnego razu zapytałem go tonem, jakbym co notował:

– A jak tłumaczy ojciec nazwę Malpertuis[20], którą to dom wuja Kasawiusza zdaje się nosić jak jakąś klątwę?

Ojciec Doucedame zrobił wówczas bardzo poważną minę, która mu zresztą wcale nie pasowała:

– W sławetnej i malowniczej Powieści o Lisie[21] duchowni nazwali tak właśnie jamę samego Lisa Renarta, zwanego Złośliwym. Nie sądzę, bym się mylił, twierdząc, że nazwa ta oznacza dom złego, lub raczej złośliwości. A złośliwość jest niczym innym jak domeną Ducha Ciemności. W szerszym rozumieniu tak postawionego postulatu mógłbym rzec, iż jest to dom Zła lub diabła...

Wykrzywiłem się ze strachu.

– Osobiście wolę po prostu lisa. Na nadprożach bliźniaczych okien fasady jest kilka takich szkaradnych rzeźb...

– Kałamarnice, wiwerny, herpetony – uściślił duchowny.

– A pośród nich lisie głowy są najżyczliwsze. Takie same rzeźby widnieją na kamiennych konsolach.

– To tylko złośliwe, długouche psy, nic innego. Ale zaraz, spokojnie, mój młody przyjacielu. Postać lisa słusznie należy do dziedziny demonologii. Japończycy, przodujący w tej mrocznej i srogiej nauce, uznają lisa za maga, potężnego taumaturga i ducha nocy o wielce rozległych piekielnych mocach. Spotkałem się niegdyś w kilku grymuarach[22], których to lekturę, a jeszcze bardziej znajomość, należy potępić, z rycinami przedstawiającymi walkę świętego Michała ze zbuntowanym Aniołem. Otóż nadawały one rozgromionemu duchowi podstępną i bezecną postać lisa. Niestety, archiwa, którem przeglądał tyleż to razy, nie zdradziły mi powodu tak obranego miana dla domu wuja Kasawiusza. Wydaje mi się, że zawdzięczamy go mnichom barbuskinom, właścicielom, w ubiegłych wiekach, głównych przyległości tego domostwa, które to jawi mi się jako posępne i złowrogie.

– Proszę opowiedzieć mi coś jeszcze o zakonie barbuskinów – rzekłem szorstko, dobrze wiedząc, że Doucedame niechętnie wypowiadał się na ów temat.

Jego krótkie i pękate ramiona odpowiedziały serią gestów wyrażających bezsilność i zakłopotanie.

– Zakon ten... zakon ten, no cóż, mój chłopcze. Tak naprawdę zakon ten nigdy nie istniał, a nazwa jest czysto ludowa. Ci poczciwi zakonnicy, o których myślisz, to cystersi, którzy wiele wycierpieli od morskich i leśnych gezów[23] w czasach wielkiego powstania Niderlandów przeciwko Katolickiemu Monarsze.

Nie dawałem jednak za wygraną.

– A może to dlatego, że ci mnisi nosili brodę...

– Nie, nie. Nie dopuszczaj się tak wulgarnego błędu. Na znak pokuty ci duchowni nosili barbutę, która zakrywała im podbródek, i kto wie czy ich nazwa nie ma w tym właśnie swego źródła. Nie odważyłbym się jednak tego głosić, a jeszcze mniej napisać! Pozostaw zmarłych w spokoju, zwłaszcza że byli to ludzie święci, których zasługi powiększone zostały o cierpienie i prześladowania.

– Ooo! Ojcze, wydaje mi się, że tradycja inaczej o tym zadecydowała!

– Zamilcz! – wykrzyknął błagalnym tonem ojciec Doucedame. – Tradycja jest paskudną przekazicielką błędów, którym to diabeł zapewnia długie życie.

Po przywołaniu tej rozmowy, która powtarzała się kilkakrotnie w ten sam sposób, czuję się lepiej przygotowany, by na nowo podjąć opis domu Malpertuis.

Często zdarzało mi się pochylać nad wiekowymi rycinami, na których widniały stare ulice pełne pogardliwej nudy, opierające się każdemu wysiłkowi ożywienia ich jakimkolwiek światłem czy też ruchem.

Pośród nich, bez najmniejszego trudu, odnaleźć mogę ulicę Na Warsztat[24], na której to stoi Malpertuis, a i bez większego zachodu odnajduję tamże i sam dom, stojący pośród wysokich i posępnych sąsiednich budynków. Oto i on, zdobią go obszerne lodżie, ganki otoczone po bokach masywną balustradą z kamienia, wieżyczki przyozdobione krzyżem, bliźniacze okna krzyżowe, szkaradne rzeźby wiwern i innych jaszczurów, drzwi nabijane ćwiekami.

Czuć tam butę mieszkających w nim osobistości i trwogę tych, którzy się doń zbliżają.

Jego fasada to sroga maska, na której próżno by szukać spokoju. To twarz skręcona dreszczem lęku i gniewu, twarz, która nie jest w mocy zasłonić trawiących ją okropności. Ludzie, którzy zasypiają w jego rozległych pokojach, wydają się na pastwę koszmarów, ci, którzy goszczą tam za dnia, muszą przywyknąć do towarzystwa okrutnych cieni skazanych na męki, żywcem obdartych ze skóry czy to zamurowanych osób.

Tak też z pewnością myśli spacerowicz, który na chwilę zatrzymuje się w jego cieniu i który natychmiast ucieka na drugi koniec ulicy, gdzie stoi kilka drzew, szemrząca fontanna, gołębnik z białego kamienia i kapliczka Matki Boskiej od Siedmiu Boleści.

Niestety!... Oto jak odwracam się nagle od raz powziętego zamiaru.

Ojciec Doucedame powiedział wszystko, co stare archiwa mogłyby podać na temat tego domu, choć jednak tego nie zrobiły.

Wszedłem do domu Malpertuis. Należę do niego. Nie robi on żadnej tajemnicy ze swego wnętrza. Nie ma w nim drzwi, które uparcie pozostawałyby zamknięte, nie ma choćby jednej izby, która opierałaby się mojej ciekawości, żadnej zakazanej komnaty czy tajemnego przejścia, a jednak...

A jednak dom ten pozostanie tajemnicą na każdym kroku i otoczy on każdy ów krok ruchomym więzieniem ciemności.

Ojciec Doucedame nieraz przejawiał oznaki ciekawości wobec ogrodu, który, rozległy niczym park, otoczony jest murem tak wysokim i tak wspaniałym, że sterczące na jego szczycie kute groty rzucają cień tylko w południe.

 

Kiedy wychyli się głowę przez któreś z okien wyższych pięter domu, wówczas ogród ten przypomina rozłożystą, pokrytą darnią równinę, z której wynurzają się kłębowiska zieleni stuletnich drzew. W rzeczywistości jednak trawa jest tam szorstka i nikła, trzmielina wątła, a krzewiny cherlawe. Li tylko głuchy owies i dziki szczaw triumfują nad tym niewdzięcznym gruntem i wyścielają podstawy murów.

Szeregi drzew niczym sroga gwardia stawiają opór światłu dnia i przejawiają upodobanie do wszystkiego rodzaju istnień larwalnych i do bladej mnogości kryptogamów.

Jednak życie, jakie można by podejrzewać pośród owych drzew, pozostaje tam nieobecne; nadaremnie wypatrywać by tam bezwstydnych spacerów kosa, płochliwych grzywaczy lub rozjuszonych sójek.

Raz tylko, o północy, usłyszałem szczebiot lerki, tego tajemniczego skowronka nocy, a ojciec Doucedame dostrzegł w nim znak nieszczęścia i groźbę.

Za to pośród strzałek wodnych rosnących przy sadzawce mieszka osadzony na długich nogach wodnik, który od czasu do czasu wydaje swój donośny zgrzyt, a kiedy zapada szarówka, wówczas to w głębi nieba lamentują sieweczki.

Ten rozłożysty staw wyłania się nagle zza muru dębów, które tłoczą się jeden przy drugim, gmatwając swe kuse i węźlaste ugałęzienie.

Atramentowa czerń zdradza głębię wód, które są tam lodowate do tego stopnia, że na zanurzonej dłoni sprawiają wrażenie ugryzienia. Mimo to staw obfituje w ryby, Griboin łowi więcierzem lustrzenie, perłowe okonie i szarozielone węgorze. Dwadzieścia sążni od południowego brzegu sadzawki wznosi się drugi żywopłot. Tworzą go wysokie i masywne iglaki, tak odstręczające, że człowiek waha się w nie zapuszczać.

Jednak gdy już raz przedostaniemy się przez tę kurtynę pogrążoną w cieniu i najeżoną szpilkami, wyłania się przed nami niesłychanie szpetna budowla z zaśniedziałymi murami, które zżera coś na podobieństwo trądu, ze zniszczonymi oknami i dziurawym dachem: to ruiny dawnego zakonu ojców barbuskinów.

Do jedynego wejścia, kutych żelazem drzwi, prowadzą gigantyczne schody, których piętnaście stopni mieści się pomiędzy murowanymi balustradami.

Potrzeba było mojemu wspaniałemu mistrzowi, ojcu Doucedame’owi, nie lada zrywu odwagi, by pokonać schody i oddać się następnie sondowaniu tychże strzeżonych brzydotą, ponurych miejsc.

Postanowił on później poświęcić im broszurę. W istocie sporządził jakieś niezborne i pośpieszne notatki, lecz nigdy nie zredagował dziełka, które, jak wierzył, miało mu przynieść niejaką renomę. Dziwi mnie, pisał, w jak wielkiej niewygodzie żyli zamieszkujący tu niegdyś mnisi, i śmiem twierdzić, że szukali w niej jakiegoś sposobu na świętą pokutę. Wąskim i niskim celom klasztornym brakuje powietrza i światła. W refektarzu znajdują się stoły i ławy z grubo ciosanego, szarego kamienia. Kaplica zaś jest tak wysoką i ciemną, że wyglądem zbliża się do studni. Nigdzie, poza przestronną i odstręczającą kuchnią, nie było śladu paleniska czy pieca. Zdaje się, że niegdyś część piwnic mieściła w sobie laboratorium, gdyż jeszcze dziś można tam zauważyć potężne kominy, murowany alembik pokaźnych rozmiarów, kanały doprowadzające wodę i kotliny kowalskie. W ubiegłych wiekach uczeni mnisi praktykowali niekiedy spagyrię[25], mimo że jej uprawianie było potępiane.

Jestem również zdumiony niezwykłymi rozmiarami suteren, które dziś już nie pozwalają na eksploracje wskutek osunięć terenu, częściowych zatopień, jak i z powodu rozwoju roślin ruderalnych, które z pewnością zainteresowałyby wytrawnych botaników. Oczywistym jest, że smutne i obfitujące w prześladowania czasy, w których żyli, zmusiły tych dobrych mnichów do stworzenia sobie w tych stronach schronienia i do wypracowania środków komunikacji i ucieczki.

Byłbym rad, gdyby ksiądz zechciał podjąć się eksploracji, bez wątpienia łatwiejszej, samego domu, lecz wzbraniał się przed tym ze stanowczością, która graniczyła niekiedy ze wzburzeniem. Podczas kilku rzadkich wizyt, które tam poczynił, zawsze siedział skulony na krześle, ze spuszczoną głową, zaciśniętymi ustami, spotniałymi dłońmi, a ja podejrzewam, że w czasie tych długich minut ciszy szeptał zawiłe egzorcyzmy. To bez wątpienia Bóg, którego był on skromnym, lecz wytrwałym sługą, zezwolił mu dostrzec potworny los, który rezerwował dlań ów dom Złego, los, który przyjął on tak, jak święci przyjmują męczeństwo.

Jedna tylko ponura kuchnia znajdowała łaskę w jego przerażonych oczach. Élodie pomagała mu znosić, a może nawet i przeciwstawiać się innym tajemnym, niewidocznym, aczkolwiek jakże bardzo groźnym istnieniom.

Biedak cierpiał z powodu niemożliwości usunięcia spośród grzechów głównych karygodnego występku łakomstwa. Wzdychał głęboko na widok sufletów na szpiku wołowym, jagnięciny w czosnku czy to ociekających sosem kuraków, które nasza służąca stawiała przed nim na przeogromnym, błyszczącym, dębowym stole.

Z duszą toczoną wyrzutami sumienia wbijał widelec w tłuste balotyny, przecinał filety, rozgniatał przeciery owocowe, a w tym czasie na jego ustach zwilżonych sosem rysowało się lekkie wygięcie, któremu chciał wpierw nadać wyraz goryczy i zmartwienia, lecz w końcu przemieniało się ono w uśmiech radości i szczęścia.

Zresztą, koniec końców, i tak udawało mu się przekonać samego siebie o niewinności jego łakomej uciechy.

– Jeśli Bóg sadzi bielaki w bezpiecznych wydrążeniach łąk, kładzie mięsiste grzebienie na kogucich łbach, każe kwitnąć dzikiemu czosnkowi w głębi zacisznych dolin i pozwala dojrzewać winogronom z Madery w żarze Południa, to nie po to, by z salami, którego smak uwydatnia ta winorośl, robić narzędzie stracenia. Zresztą strawa na stole Minosa nie była najlepszą...

Tak też rozprawiał. Wymawiając imię króla Piekieł, drżał jednak, a odrobina niepokoju mąciła jego błękitne spojrzenie. Często stawiałem pytania, które kłopotały dzielnego księdza, zwłaszcza gdy dotyczyły one domu Malpertuis, wuja Kasawiusza czy nawet mojego ojca, Mikołaja Grandsire’a.

– Są księgi, w których nie powraca się do raz przeczytanej strony – powiadał z namaszczeniem. – Życie cierpi na wieczny kręcz karku, co uniemożliwia oglądanie się wstecz. Bierzmy z niego przykład. Przeszłość należy do Śmierci, która z zazdrością strzeże swego dobytku.

– Ale przecież pozwoliła wymknąć się Łazarzowi – odparłem.

– Zamilcz, nieszczęsny!

– Niestety Łazarz nie był skory do gawęd... Ach, gdyby tylko pozostawił po sobie pamiętnik!

Wówczas ojciec Doucedame odpowiadał gniewem.

– Twoje wypowiedzi, którym brak rozeznania i szacunku, zmuszają mnie do odbywania dodatkowych, przykrych ekspiacji – skarżył się.

Gdy rozstawaliśmy się na progu domu Malpertuis, zatrzymywałem go czasami, chwytając się poły jego sutanny.

– Dlaczego wuj Kasawiusz zakupił sklep?

Wychodziłem z nim na ulicę i zmuszałem go do tego, by odwrócił się ku osobliwie zestawionym fasadom: tej należącej do wyniosłej rezydencji i drugiej, należącej do nieznacznego sklepu o wypłowiałych witrynach.

Był to wąski budynek bez żadnych upiększeń, mimo że bardzo stary i mimo że jego konstrukcja sięgała czasów kunsztu i harmonii.

Jego szpiczasty niczym nocny czepiec szczyt, przyozdobiony wiatrowskazem i latarnią z czerwonego piaskowca, chylił się ku tyłowi jakby ugodzony gwałtownym podmuchem. Jego okna, cokolwiek szersze od otworów strzelniczych, nosiły w sobie witraże koloru butelkowej zieleni, które błyszczały jak po woskowaniu.

Ponad drzwiami stary szyld wciąż ogłaszał uparcie: „Lampernis, Kolory i Werniksy”.

– Ale dlaczego? – nalegałem.

Urzędującym tam Nancy i Mathiasowi nie zawsze udawało się zarobić stu soli dziennie.

Ojciec Doucedame przybierał wówczas tajemniczy wyraz twarzy, by dać mi odpowiedź:

– Kolory... Ach, mój drogi chłopcze, przypomnij sobie o zdumiewających badaniach Doktora Misèsa. Kolory... mowa aniołów... Wuj Kasawiusz chciał skraść coś naszym niebiańskim przyjaciołom. Ale cicho sza! Lepiej nie mówić o tych rzeczach, bo człowiek nigdy nie wie, kto lub co nadstawia uszu do naszych słów i myśli.

Gwałtownym ruchem uwalniał swą sutannę i uciekał, nie patrząc za siebie. W wietrzne dni zawieja rozwijała jego płaszcz w czarne, szerokie skrzydła.

Moja miła Élodie, która była kobietą prostą, lecz pełną zdrowego rozsądku, tak odpowiadała na moje czcze gadanie:

– Bóg strzeże swych tajemnic i karze ludzi, którzy usiłują je kalać. Dlaczego diabeł, który we wszystkim naśladuje Stwórcę, nie miałby ochoty czynić tak samo? Powinieneś, Jean-Jacques, zadowalać się życiem podług bożego prawa, wyrzec się Szatana i jego przepychu i co wieczór pobożnie odmawiać różaniec. Dobrze jest również mieć przy sobie szkaplerzyk i przyzywać jakichś zasłużonych świętych, wymawiając ich czcigodne imię.

A niech tam! Z pewnością miała rację... Jeśli jednak, jak to zobaczymy później, fala trwogi zagrzmiała nad Élodie, jak i nad innymi, to mroczny urok domu Malpertuis nie był w stanie jej dosięgnąć.

Ceremoniał wprowadzin – wyrażenie cokolwiek pompatyczne, przyznaję otwarcie – nowych mieszkańców domu Malpertuis przebiegł bez większych konfliktów czy przeszkód...

Kuzyn Filaret przybył daleko przed pozostałymi, ze swym skąpym dobytkiem nagromadzonym na dwukołowym wózku przyciągniętym o własnych siłach.

Nancy wybrała mu przestronny pokój z oknami na park, o którym natychmiast wyraził się z satysfakcją i który już po dwóch godzinach wypełniony był zapachem formaliny, jodoformu i etanolu.

Filaret obłożył swój stół misami, przyrządami do wyciągania mózgów, kłębkami waty, naczyniami pełnymi szklanych oczu i barwiących proszków. Martwa fauna, lecz o przejmujących pozorach życia, wyłoniła się na półkach jakby za sprawą czarów, zestawiając cennego błękitnego zimorodka z czarnym wdziękiem jaskółki salangany, podstępne spojrzenie srebrzystej łasicy z czatami gniewnej jaszczurki australijskiej, delikatną puszystość traczy z siną chudością gadów.

– Kuzynie – zasugerował Filaret – moglibyśmy się porozumieć. Mógłbyś dla mnie łapać w tym wielkim ogrodzie wiele różnych zwierzaków, pierzastych czy futerkowych, bez różnicy, a w zamian ja uczyniłbym je jeszcze piękniejszymi, niż są za życia.

– Nie natknąłem się tam na nic prócz szkaradnego wodnika – odparłem bez entuzjazmu.

– Złap mi go, daj mi go, a zobaczysz, czy wciąż będzie taki szkaradny, jak mówisz!

Rodzina Dideloo przybyła dyskretnie.

Kiedy poszedłem się z nimi przywitać w ich przestronnym mieszkaniu na pierwszym piętrze, które Nancy przeznaczyła dla nich bez żalu, ciotka Sylwia zajmowała się już haftem, który wykonywała na dużej niebieskiej kanwie, a wuj Karol przybijał jakiś rozpadający się obraz. Moja kuzynka Euriale udała się do swego osobistego pokoju i nie raczyła się pokazać.

Jak należało się spodziewać, trzy damy Cormélon okazały się mniej ugodowe. To prawda, że moja siostra zesłała je w głąb wyłożonego kamiennymi płytami, głuchego korytarza, do amfilady pokoi, których imponująca wysokość nadawała im aparycję kaplic. Krytykowały, co tylko możliwe; nawet zachwycające gobeliny, które zdobiły mury, nie znalazły upodobania w ich oczach.

– Takie obrazy to gwarancja szkaradnych snów! – biadoliły.

– Przydałoby się nam trzydzieści świec, żeby należycie oświetlić każdy z naszych pokoi – zaprotestowała Eleonora.

– W każdym pokoju jest ich po sześć – odparła szorstko Nancy – ale przecież możecie sobie pozwolić na zakup dodatkowych dwóch tuzinów świec, jako że notariusz Schamp wypłacił wam z góry pierwsze należności.

– Będziemy wydawały nasze pieniądze podług naszego sądu, panienko, i w tym temacie obejdziemy się bez jej rad – zripostowały złośliwie.

Doktorowi Sambukowi przypadł kuriozalny i dość zabawny okrągły pokój, który mieścił się w wieży przylegającej do zachodniego skrzydła domu. Pomieszczenie trafiło do jego gustu, bo jak sam oznajmiał, preferował on wyborną łagodność zachodów słońca nad zuchwały żar poranków.

Nancy natrafiła na Lampernisa w momencie, gdy wlewał oliwy do jednej z lamp westybulu, i zaproponowała mu niewielkich rozmiarów, dość jasny i wygodny pokoik w południowym aneksie.

Odrzucił propozycję ze złością.

– Nie, nie, nie chcę tego... o Bogini... lepiej, żeby On nie wiedział, gdzie przebywam. Ukrywam się tam, gdzie On nie może mnie odnaleźć, by skraść mi światło i kolory.

Jak zwykle Nancy uśmiechnęła się, a on zbiegł, lamentując.

Jadalnia, w której mieszkańcy mieli się gromadzić dwa razy dziennie, w południe na obiedzie i o siódmej na kolacji, była pomieszczeniem bardzo przestronnym i z pewnością jedynym luksusowym miejscem w tym złowrogim domu.

 

Meble z czarnego drewna, inkrustowane hebanem i różową masą perłową, nabierały przy blasku lamp i wysokich świec woskowych świetlistej głębi krystalicznie czystych wód; wodospady awenturynu rozlewały się w miejscach, gdzie promienie południowego słońca dźgały witraże.

Niepospolitych rozmiarów palenisko przypominało swym wyglądem samą Świątynię Ognia, kiedy już raz rozgorzały polany drewna; trójnogi i pieski z masywnego srebra stały po obu jego stronach.

Para Griboin, której chętnie dopomagała Élodie, donosiła do stołu i według woli zmarłego wuja Kasawiusza każdy posiłek nabierał rozmiarów bankietu.

Pomimo tego, że współbiesiadnicy zdawali się schodzić do stołu, afiszując na wszystkie możliwe sposoby wyniosłość i nieprzystępność, muszę przyznać, że nasz pierwszy posiłek był prawie zabawny.

Siostry Cormélon jadły za cztery, co chwila częstując się na nowo każdym daniem, postanowiwszy konsumować, na ile tylko to było możliwe, wszystko, co im się prawnie należało.

Ciotka Sylwia, po chwili udawanych dąsów pod adresem przystawek, przypuściła dzielny atak na pieczyste i zajadała się łapczywie, brudząc swą serwetkę i plamiąc obrus.

Wuj Dideloo rychło docenił wyjątkową jakość podawanych win, a jego płomienne spojrzenia padały na zachwycające kształty mojej siostry.

Doktor Sambuk, sąsiad Filareta, natychmiast porozumiał się z tym poczciwcem.

– O, o! Mniam, mniam! – wołał taksydermista pełen łakomego entuzjazmu. – Nie wiem, co jem, ale jest to diabelsko dobre!

– To filet duszony w porto z purée z orzechów – wytłumaczył stary lekarz.

– Ciekawe, czy mogliby dać nam tego jutro? – zapytał Filaret, dając sąsiadowi kuksańca łokciem.

Czuł on wielką przyjemność w podziwianiu postaci zdobiących cudowną misę z fajansu z Moustiers, w której to podano nam ryż na rumie ze śmietaną.

– Na jego talerzu jest jakiś diabełek z sześcioma rogami! – krzyknął. – A na pana talerzu, doktorze?... Aha, człowiek, który pije z beczki!

Zamierzał przeglądnąć talerze pozostałych, ku wielkiemu gniewowi sióstr Cormélon, które swoje przykryły serwetkami i pytały kuzyna Filareta, czy bywał kiedy w towarzystwie.

Poczciwiec, nie domyślając się ich złośliwości, twierdził, że co tyczyło się towarzystwa, to z pewnością dołączył do najlepszego, jakie istnieje.

Nancy, która w gruncie rzeczy nie była złą dziewczyną, zdawała się czerpać prawdziwą przyjemność z tego przełamania pierwszych lodów, ja jednak czułem się odrobinę zbity z tropu co do Euriale.

Siedziała wyprostowana i sztywna na swoim krześle, jadła mało i z wyraźnym wstrętem. Jej zatopiony w oddali wzrok był bez blasku, a nawet kiedy przypadkowo zatrzymywał się na mnie, czułem, że mnie ona nie widzi.

Miała na sobie jakąś wstrętną, obcisłą sukienkę o bliżej nieokreślonej barwie, która zdawała się deformować jej kształty; sama jej tylko pokaźna fryzura gorała od krwistoczerwonych iskier przy najmniejszym ruchu głowy, sprawiając wrażenie żywej.

Gdy sprzątnięto ze stołu, wuj Karol zaproponował gry.

Ku mojemu zdziwieniu siostry Cormélon zgodziły się na partię wista, w której wuj dopełnił drugą parę.

Kuzyn Filaret wydał okrzyk zadowolenia, gdy usłyszał, że doktor Sambuk wyzwał go na pojedynek w warcaby.

Ciotka Sylwia zwinęła się w kłębek w swoim fotelu i zasnęła. Nancy zniknęła nagle, ku widocznemu rozczarowaniu wuja Karola. Euriale pojawiła się przy mnie, zanim zdążyłem się zorientować. Poczułem na mojej szyi dziwne doznanie, poniekąd bolesne: jej dłoń spoczęła mi na karku, a palce były sztywne i zimne. Pozostały one bez ruchu w tej pozycji tak długo, tak długo, że zdawało mi się, iż moje jestestwo zastyga w wieczności.

Ścienny zegar o krystalicznym brzmieniu wybił jedenastą.

Siostry Cormélon gdakały z radości: wuj Dideloo przegrywał czterdzieści soli.

– Grasz pan zdecydowanie lepiej, niż mogłem przypuszczać, Filaret – mówił doktor Sambuk z nutką żalu w głosie.

– Grałem regularnie w warcaby w oberży Petit Marquis – tłumaczył się taksydermista – ale Piekenbot, szewc, często mnie ogrywał.

– Któregoś razu nauczę pana grać w szachy – oświadczył Sambuk.

Ciotka Sylwia przebudziła się, ziewając, a złoty przebłysk zajaśniał w jej ustach.

– Jean-Jacques... – wyszeptała Euriale.

– Co takiego? – zapytałem cicho, lecz z wielkim trudem, gdyż przenikało mnie dziwne odrętwienie, od chwili gdy jej ręka spoczęła na mej szyi.

– Posłuchaj mnie uważnie, ale nic nie mów.

– Dobrze, Euriale.

– Kiedy wszyscy stąd umrą, zostaniemy tylko my dwoje i wtedy poślubisz mnie...

Chciałem odwrócić się ku niej, ale jej dłoń spoczywająca na mojej szyi stawała się coraz to cięższa i zimniejsza i nie mogłem już uczynić żadnego ruchu. Za to naprzeciw nas wysokie tremo odbijało nasz obraz.

Dostrzegłem w nim dwa zielone płomienie, nieruchome, niczym wielkie kamienie księżycowe pochłonięte przez głębiny nocnych wód.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?