Malpertuis

Tekst
Autor:Jean Ray
Z serii: PROZA OBCA
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria przekładów

Dedykacja

Zamiast przedmowy i wyjaśnień – spis skrybów

Wizja Anacharsisa

Część pierwsza. Alekta

Rozdział pierwszy. Wuj Kasawiusz odchodzi

Rozdział drugi. Opis domu Malpertuis

Rozdział trzeci. Pieśń nad Pieśniami

Rozdział czwarty. Dom na Nabrzeżu nad Bakanem

Rozdział piąty. Exit Dideloo... exit Nancy... exit Czik...

Rozdział szósty. Bożonarodzeniowy koszmar

Rozdział wtrącony. Pojmanie bogów

Część druga. Euriale

Rozdział siódmy. Wołania Malpertuisa

Rozdział ósmy. Ten, który gasił lampy

Rozdział dziewiąty. W Noc Gromniczną

Rozdział dziesiąty. Opowieść ojca Doucedame’a

Rozdział jedenasty. Idy marcowe

Rozdział dwunasty. Opowieść Eisengotta

Epilog. Bożek Termin

Posłowie. Jakub Polaszczyk

Przypisy

Jean Ray, Malpertuis, tłumaczenie Jakub Polaszczyk, Kraków 2021

Copyright © 2021, for the translation by Jakub Polaszczyk

Copyright © 2021, for this edition by Korporacja Ha!art

Copyright © 2017, Héritier Jean Ray & Alma Éditeur Paris

This edition is published by arrangement with Alma Éditeur Paris,

in conjunction with its duly appointed agent Renata de La Chapelle Agency.

All rights reserved.

Redaktor prowadzący · Piotr Marecki

Redakcja i korekta · Filip Fierek

Projekt okładki · Michalina Mosurek

Projekt typograficzny · Marcin Hernas

Skład i łamanie · By Mouse | www.bymouse.pl

Zgodnie z wydaniem drukowanym, część tekstu wydania elektronicznego jest złożona kolorem szarym.

With the support of the Wallonia-Brussels Federation


Wydanie I

ISBN 978-83-66571-32-7

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

SERIA PRZEKŁADÓW prowadzona przez Aleksandrę Małecką i Piotra Mareckiego

· Napitki & literatura. Antologia opowiadań holenderskich i flamandzkich, pod redakcją Barbary Kalli i Bożeny Czarneckiej, przełożyły z języka niderlandzkiego Barbara Kalla, Bożena Czarnecka i Ewa Dynarowicz

· Ambrose Bierce, Diabli dykcjonarz, przełożył Mateusz Kopacz

· Anthony Joseph, Afrykańskie korzenie UFO, przełożyła Teresa Tyszowiecka Blask!

· Robert Burton, Anatomia melancholii, wybrał i przełożył Michał Tabaczyński

· Jean Ray, Malpertuis, przełożył Jakub Polaszczyk

KOLEJNA KSIĄŻKA W SERII

· Niña Weijers, Konsekwencje, przełożyła Jadwiga Jędryas

Dedykuję tę książkę mojemu życzliwemu koledze i przyjacielowi Jules’owi Stéphane’owi z wydawnictwa Auteurs Associés.

Ku uwadze Stanislasa-Andrégo Steemana, innego pisarza należącego do grupy Auteurs Associés:

Na 111 stronie powieści pt. Zamordowany manekin[1] napisał Pan: „Powinno się zburzyć ten dom, wpędza mnie w potworne zasępienie. Przeszłość zżera go niczym rak. Niestety nie jestem w stanie wysadzić tej rudery, jak to próbowaliśmy robić w dzieciństwie”.

Słowa te, Steeman, nie dają mi spokoju.

Powinienem umieścić Malpertuisa pod ich znakiem, gdybym tylko miał do tego prawo. Choć darmo by najstraszniejsze fugasy w jego cieniu pękały, i tak nie zdołałyby wprawić w drżenie szyb jego fasady.

Jean Ray

Zamiast przedmowy i wyjaśnień – spis skrybów

Muszę przyznać, że robota w klasztorze Białych Ojców była warta zachodu.

Z powodzeniem mógłbym przywłaszczyć sobie wiele cennych rzeczy, lecz pomimo mego braku nabożności nie jestem osobą niewierzącą i sama myśl o zagarnięciu przedmiotów kultu, choćby z czystego srebra i złota, napełnia mnie wstrętem.

Tak oto poczciwi mnisi opłakiwać będą swe zaginione palimpsesty, inkunabuły i antyfonarze, lecz chwalić będą Pana za to, że odwrócił świętokradczą rękę od ich cyboriów i monstrancji.

Pomyślałem wpierw, że masywny cynowy futerał, który znalazłem w schowku klasztornej biblioteki, na pewno musiał zawierać parę kosztownych pergaminów, za które jakiś kolekcjoner bez większych skrupułów zaoferowałby mi pokaźną sumę, lecz znalazłem tam jedynie gryzmoły, których niełatwą lekturę odłożyłem na późniejsze dni.

Owe dni nastały w czasie, gdy plon mojej wyprawy uczynił mnie majętnym obywatelem o uporządkowanych i wyważonych aspiracjach. Albowiem nic prócz bogactwa nie jest w stanie przemienić łajdaka w uczciwego człowieka poddanego ludzkiemu prawu.

Co do mnie, winien jestem kilka wyjaśnień. Nie będą one jednak zbyt długie, gdyż moje przeszłe życie nade wszystko wymaga dyskrecji.

W oczach moich bliskich miałem poświęcić się szerzeniu oświaty. Przeszedłem przez École Normale[2], gdzie byłem przykładnym uczniem. Niezmiernie żałuję, że nie mogłem podjąć się napisania jakiejś filologicznej rozprawy, dzięki której stałbym się obiektem szczerych pochwał egzaminatorów. Okoliczności te tłumaczą moje zainteresowanie znaleziskiem, jak i upór, z jakim starałem się rozwiązać pewną zagadkę o wielce zawikłanych przesłankach. A jeśli wysiłki moje zostały wynagrodzone w sposób nad wyraz fantastyczny, to naprawdę nie z mojej zasługi.

Gdy tylko opróżniłem zawartość cynowej tuby i gdy zasiadłem do stołu zastawionego pożółkłymi zwojami, trzeba mi było na nowo wzbudzić w sobie benedyktyńską cierpliwość i ciekawość mych młodzieńczych lat, aby zabrać się pracy. Początkowo ograniczała się ona jedynie do sporządzenia pewnego rodzaju inwentarza.

Otóż jeśli zbiór owych stronic miałby zostać przedłożony wydawcy, stanowiłby w rzeczywistości dzieło o kolosalnych rozmiarach i nikłej wartości, tak bardzo przepełniony byłby próżnymi dygresjami, dziwacznymi uwagami czy też próbami demonstracji jakichś wątpliwych uczoności.

Zmuszony byłem przebierać, porządkować, eliminować.

Cztery, jeśli nie pięć rąk trawionych gorączką pracowało przy redakcji owych wspomnień wypełnionych tajemnicą i grozą.

Pierwsza to ręka genialnego awanturnika, a zarazem człowieka Kościoła, którego szyję zdobił zwieńczony koloratką kołnierzyk. Nazwę go Doucedame’em Starszym, by odróżnić go od jednego z jego potomków noszącego to samo imię i jak on świętą suknię: ojca Doucedame’a, który był świętym i czcigodnym mężem. On również pracował nad wspomnieniami zawierającymi historię domu Malpertuis. Był on w pewnej mierze pochodnią prawdy w tych mrokach pełnych zjaw. Tak oto Doucedame Starszy jest pierwszym z czterech – jeśli nie z pięciu – autorów wspomnień, a Doucedame Młodszy trzecim. Według moich rachunków zdarzenia, w które wplątany był Doucedame Starszy, miały miejsce w pierwszym ćwierćwieczu ostatniego stulecia, natomiast światło wniesione przez jego wnuka, ojca Doucedame’a Młodszego, zdaje się płonąć na początku ostatniego ćwierćwiecza.

Pewien młodzieniec o wyśmienitym wychowaniu i, śmiem sądzić, szerokich horyzontach, lecz naznaczony piętnem nieszczęścia, jest drugim w kolejności autorem owych wspomnień. To jemu zawdzięczamy trzon tej historii.

Wszystko obraca się wokół niego, zataczając burzliwe i niebezpieczne kręgi. Przy lekturze pierwszych stron, które wyszły spod jego ręki, wydawało mi się, że mam przed sobą jeden z tych dzienników, jakie pisywała w poprzednim wieku młodzież rozentuzjazmowana Podróżą sentymentalną Sterne’a. Odczytałem go właściwie, gdy moja praca z wolna nabierała kształtu. Odkryłem wówczas, że powierzał on swe myśli pamiętnikowi jedynie w chwilach nieszczęścia i przeczucia zbliżającego się końca.

 

Niewielkich rozmiarów kajet, pokryty starannym pismem, znajdujący się w metalowym schowku, domyka liczbę czterech współautorów.

Jest on dziełem Dom Misserona, zmarłego mnicha z klasztoru Białych Ojców, który to stał się celem mej owocnej wyprawy zwieńczonej odkryciem cynowej skrytki.

Na ostatniej stronie kajetu widniała data, niczym nieruchomo tkwiący punkt w szaleńczym upływie czasu: 26 września 1898 roku!

Na piątym i ostatnim miejscu muszę wliczyć także i siebie w poczet skrybów, którzy prawie nie znając się wzajemnie, wyznaczyli domowi Malpertuis miejsce w historii ludzkiej trwogi.

*

Na wstępie tych zapisków umieszczę krótki rozdział, którego autorem jest z pewnością Doucedame Starszy, mimo że nie pisze on tu w pierwszej osobie. Do takiego sądu skłania mnie tożsamość charakterów pisma tego tekstu i innych wersów, których autorstwo rości sobie ów człowiek o rozległej wiedzy, lecz o mrocznych intencjach. Wydaje mi się, że ten wiarołomny ksiądz pragnął sporządzić relację zgodnych z prawdą przygód, napisaną w obiektywny sposób, w której to jego własna postać nie zostałaby oszczędzona bardziej niż inne, a może nawet w której z cynizmem oczerniłby się niegodziwymi postępkami.

To bez wątpienia zamęt w jego życiu sprawił, że musiał on zarzucić swoje pisarskie ambicje i zadowolić się jedynie kilkoma stronicami, aczkolwiek o wielkim znaczeniu dla historii domu Malpertuis.

Zachowałem tytuł, którym opatrzył on początek swej opowieści, i przytaczam ją bez żadnej ingerencji z mojej strony.

Wizja Anacharsisa

Darmo kościoły budować będziecie, darmo krzyże i kaplice stać będą przy drogach, bogowie starożytnej Tesalii i tak powrócą w pieśniach poetów i pismach mędrców waszych.

Hawthorne

Mgły rozdarły się i ukazała się wyspa, którą gniew kipieli zapowiadał już z daleka. Widok ten był tak straszny, że marynarz Anacharsis, uczepiony steru, począł krzyczeć z trwogi.

Od kilku godzin jego tartana[3], Fena, zmierzała ku własnej zgubie, przyciągana zabójczym magnesem tej monstrualnej skały smaganej wysokimi, sinymi falami i przyozdobionej u szczytu płomienną złością piorunów.

Anacharsis krzyczał ze strachu przed śmiercią, której obraz widział wokół siebie już od świtu: upadek rejki okazał się śmiertelny dla Miralesa, sternika łodzi, a gdy ta przechylała się na prawą burtę i gdy woda zalegająca na pokładzie poczęła wypływać, Anacharsis ujrzał trupa Estopoulosa, majtka pokładowego, którego głowa utknęła w ścieku okrętowym.

Fena była głucha na ster od poprzedniego wieczoru, a jej właściciel kierował się już tylko swoją intuicją.

Wiedział on dobrze, że całkowicie stracił kurs zarówno przez dryf, jak przez nieprzychylne wiatry i nieznane pływy. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej widział tę wyspę, mimo że znał morze od wielu lat.

Od strony tej śmiertelnej ziemi, już tak bliskiej, dochodził ku niemu obrzydliwy zapach anagyrii[4], po trzykroć przeklętych ziół, tym samym zrozumiał, że siły nieczyste wmieszane były w jego przygodę.

Nie miał już co do tego żadnych wątpliwości, gdy dostrzegł u szczytu kamiennej góry jakieś unoszące się w powietrzu sylwetki. Przybierały one odrażające ludzkie formy i były w większości gigantyczne ponad wszelkie porównanie.

Były różnej płci, zważywszy na tężyznę jednych i względne piękno innych. Różniły się także wielkością: niektóre zbliżały się nawet do normy, inne zaś wydawały się karłowate i niekształtne. Możliwe jednak, że to odległość dzieląca je od marynarza powodowała w jakiś sposób ową rozbieżność w wyglądzie widziadeł.

Nieruchome, wbijały wzrok we wzburzone niebo, tkwiąc w straszliwej rozpaczy.

– Trupy – powiedział, łkając – trupy wielkie jak góry!

Z trwogą odwrócił wzrok od jednej ze zjaw, która w swoim imponującym bezruchu pozostawała naznaczona nieopisanym majestatem.

Inna zaś nie unosiła się w powietrzu, lecz przywierała do skały. Skręcona ze zgrozy i nieludzkiego cierpienia, ukazywała swe ziejące na oścież trzewia i jako jedyna zdawała się zdradzać co raz jakiś ohydny dreszcz życia i ruchu. Niewyraźny cień unosił się nad nią, lecz z powodu obłoków mgły, które okalały chwilami ów cień, marynarz nie zdołał nadać zjawisku wyraźnego znaczenia.

Mógłby jednak przysiąc, że był to ogromnych rozmiarów ptak. Unosił się i opadał w zależności od siły nawałnicy. Widać było w każdym razie, że czuwał on z okrutną żarłocznością nad zniewoloną sylwetką. W pewnym momencie zleciał z niebios, by rzucić się na swą widmową ofiarę, którą to przerył pazurami i dziobem.

Wir wodny zawładnął tartaną, sprawił, iż poczęła kołować niczym jaki bąk, i wyrzucił ją poza kipiel. Bezan[5] i bukszpryt[6] zostały wyrwane, a trup majtka wyleciał przez burtę.

Jeden z drzewców upadł na Anacharsisa i uderzył go w kark.

Stracił on świadomość na jakiś czas, a kiedy odzyskał zmysły, nie znajdował się już przy sterze, lecz uczepiony był kikuta masztu.

Od tej chwili nie dostrzegał już wyspy, którą ogarnęła mgła, ni owych ohydnych unoszących się postaci, a jedynie jakąś szkaradną twarz, która chyliła się nad nim.

Raz jeszcze krzyknął przerażony widokiem okrutnych oczu i obwisłych warg, lecz chwilę potem zdał sobie sprawę, że nie ma powodu, by się ich obawiać, gdyż były częścią galionu[7], rzeźby wielce paskudnej, lecz bez złych zamiarów.

Górowała ona nad wysoką dziobnicą[8] żaglowca wznoszącą się nad bakburtą tartany; po chwili Fena dostała silne uderzenie ostrzem dziobu i zatonęła.

Z nadpływającego okrętu zauważono jednak marynarza, a zręcznie dzierżony chwytak wyrwał go z sideł morza.

Anacharsis cierpiał nad wyraz. Miał kilka złamanych żeber, okrutnie bolały go biodra, a włosy i broda ociekały krwią; uśmiech pojawił się jednak na jego twarzy, gdy leżał już na koi w ciasnej kabinie oświetlonej lampą na kardanie. Stali przy nim jacyś mężczyźni i gawędzili między sobą.

Jeden z nich, potężny brunet, z zagubieniem na twarzy drapał się w swoją pokaźną czarną czuprynę.

– Niech mnie diabli porwą, jeślim spodziewał się podobnej łajby w tych okolicach! – wydzierał się. – A ty, co sądzisz?

Mężczyzna, do którego się zwracał, nie wyglądał na mniej zdziwionego.

– Trzeba będzie zadać mu kilka pytań – wybełkotał ten drugi. – Sęk w tym, że na pewno gada jakimś niezrozumiałym szwargotem. Niech mi ktoś zawoła tę kanalię Doucedame’a: jest uczony, a jeśli nie jest pijany jak bela, to z pewnością coś z niego wyciągnie.

Po chwili Anacharsis spostrzegł, jak zbliża się ku niemu jakiś opasły jegomość, o łuszczącej się twarzy i zezującym, złośliwym spojrzeniu, który w charakterze powitania pokazał mu język. Osobnik ten, którego zwano Doucedame, natychmiast przemówił mową wyspiarzy pobliskiego archipelagu, będącą językiem rozbitka:

– Czego szukasz w tych stronach?

Anacharsis miał wiele trudności, by zebrać myśli, a jeszcze więcej, aby przemówić, gdyż istna góra przygniatała mu pierś. Przemógł jednak swoje cierpienia, by przypodobać się wybawcom.

W miarę możliwości opowiedział swoją historię, utratę kursu, potworny sztorm, który wyprowadził Fenę z dala od znanych okolic.

– Powiedz mi, jak się nazywasz – rozkazał Doucedame.

– Anacharsis!

– Co?! Powtórz, coś powiedział! – krzyknął grubas.

– Powiedziałem „Anacharsis”... Nazwisko to nosimy w rodzinie od wielu pokoleń.

– Wszechmocny Boże! – zawołał tamten, odwracając się ku swoim towarzyszom.

– Co to ma do rzeczy, Doucedame? – zapytał jeden z nich.

– A niech mnie kule biją, jeśli to nie przeznaczenie!

– Mów jaśniej, ty beczko łoju! – zawołał czarnowłosy mężczyzna.

– Trochę cierpliwości, panie Anzelmie – odparł grubas z szacunkiem umniejszonym szczyptą ironii. – Musimy uciec się do mojej pamięci i wiedzy.

– Do diabła z jedną i drugą, ty belfrze godny szubienicy! – zagrzmiał pan Anzelm.

– Anacharsis – tłumaczył Doucedame, czyniąc ukłony w stronę jakiejś niewidocznej postaci – to imię tego scytyjskiego filozofa, który w VI wieku przed Chrystusem, opłynąwszy wsypy Attyki, pojawił się w Atenach, gdzie wprowadzić chciał kult Demeter, jak również Plutona. Słono za to zapłacił, gdyż nie zawsze można bezkarnie mieszać się w sprawy bogów. Uduszono go.

Szyper Feny, nie rozumiejąc niczego z tej gadaniny, przerwał mu, by móc opowiedzieć o owych potwornych postaciach, które zauważył był pośród mgieł wyspy.

Doucedame począł krzyczeć i gestykulować.

– No to jesteśmy blisko! – zaśmiał się groźnie. – Obiecuję wam pełny ładunek złota, moi przyjaciele. Anacharsis, wyraziciel woli bogów, posłużył się ostatnim ze swych potomków, by dokonać swojej misji. Tak! Wieki czy tysiąclecia, są one niczym dla zjaw.

Pan Anzelm spoważniał.

– Każ mu podać szczegóły co do ostatniego kursu jego tartany – nakazał.

– Samo południe – wyszeptał ranny, po tym jak Doucedame skończył tłumaczyć mu ich słowa.

– I co teraz?

– Nie możemy trzymać na pokładzie niepotrzebnych pasażerów – oznajmił stanowczo pan Anzelm.

– Było napisane, że ci z rodu Anacharsis zostaną uduszeni! – wybuchnął śmiechem gruby Doucedame.

Anacharsis nie rozumiał niczego z tych słów, lecz wyczytał swój los na niewzruszonych twarzach mężczyzn, którym winien był ostatnią godzinę życia.

Wyszeptał on modlitwę, której nie ukończył już na tym świecie.

*

Zanim przedłożę czytelnikowi dalszy ciąg opowiadania Doucedame’a Starszego, umieszczę tutaj pierwszą część opowieści Jean-Jacques’a Grandsire’a. Opowieść ta, jak już zaznaczyłem wyżej, stanowi rdzeń historii. To właśnie wokół wstrząsającego losu Jean-Jacques’a krąży istota grozy domu Malpertuis.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Alekta

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wuj Kasawiusz odchodzi

Człowiek, który wstąpił w misterium śmierci, a nie powierzył ludziom tajemnicy żywota swego, oszukał tym samym i śmierć, i życie.

Stéphane Zannovitch

Wuj Kasawiusz będzie umierał.

Biała, szeleszcząca broda spływa z jego sinobladej twarzy na czerwoną pierzynę. Wdycha powietrze tak, jakby raczył się nad wyraz rozkosznymi zapachami, a jego dłonie, wielkie i włochate, rysują szponami wszystko, co znajduje się w ich zasięgu.

Służąca Griboin, która przyniosła mu herbaty z cytryną, rzekła:

– O, już pakuje manatki.

Wuj Kasawiusz usłyszał jej słowa.

– Jeszcze nie, babo, jeszcze nie – odparł, śmiejąc się szyderczo.

Zakotłowało się od jej przelękłej spódnicy, a gdy była już za progiem, wuj zwrócił się do mnie:

– Nie żeby zostało mi jeszcze dużo czasu, mój mały, ale umieranie to w końcu rzecz poważna i nie trzeba się z tym zbytnio śpieszyć.

Potem jego wzrok jął ponownie błądzić po pokoju, zatrzymując się na każdym przedmiocie, jakby w celu dokonania ostatecznego inwentarza.

Spoczywa on kolejno na muzyku ze sztucznego brązu grającym na teorbie, na jakimś niewielkim i mglistym Adriaenie Brouwerze[9], na sztychu za trzy grosze przedstawiającym jakąś lampę nocną i na bardzo cennej Amfitrycie[10] Mabuse’a[11].

Nagle słychać pukanie do drzwi, to wuj Dideloo pojawia się w progu.

– Dzień dobry, stryju – powiedział.

Tylko on z całej rodziny zwraca się tak do wuja Kasawiusza.

Dideloo to urzędnik, człowiek drobiazgowy. Karierę rozpoczął jako nauczyciel, lecz obrywał od własnych uczniów. A dziś, kiedy piastuje stanowisko starszego urzędnika w ratuszu, nie ma większego oprawcy dla jego podwładnych.

– Karolu – mówi wuj Kasawiusz – zechciej wygłosić mi jakąś mowę.

– Chętnie, stryju, gdybym tylko miał pewność, że stryja nie znużę...

– W takim razie podziwiaj mnie w ciszy, tylko szybko, bo nie przepadam za twoim obliczem.

Starego Kasawiusza powoli ogarnia złość.

– Niestety – westchnął wuj Dideloo – jestem zmuszony poruszyć kilka przykrych kwestii finansowych, stryju. Potrzebujemy pieniędzy...

 

– Naprawdę? To zadziwiające!...

– Musimy opłacić lekarza...

– Sambuka? Przestań, byle dać mu coś do jedzenia i picia, a w potrzebie pozwolić spać na kanapie, nie poprosi o więcej.

– Do tego aptekarz...

– Nie opróżniłem żadnej z jego fiolek i nigdy nie tknąłem jego proszków. Prawda jest taka, że pochłania je twoja żona, urocza Sylwia, która cierpi na wszystkie choroby, jakie widnieją w księgach medycznych.

– Jest jeszcze wiele innych spraw, stryjku... Gdzie znajdziemy pieniądze?

– W trzeciej piwnicy, pod siódmą płytą, na głębokości dziewięciu stóp i czerech cali, znajduje się zakopana skrzynia złota. Czy to ci wystarczy?

– Co za człowiek! – popłakuje wuj Dideloo.

– Naprawdę przykro mi, że nie mogę powiedzieć tego samego o tobie, Dideloo, no a teraz zmykajże już, ty uparty ośle.

Karol Dideloo rzucił mi groźne spojrzenie i wymknął się z pokoju, tak chudy i drobny, że wystarczyło mu ledwie uchylić drzwi.

Usadowiłem się w fotelu z frędzlami, z twarzą zwróconą ku łóżku. Wuj odwzajemnił spojrzenie.

– Obróć się bardziej do światła, Jean-Jacques.

Spełniłem prośbę. Konający przygląda mi się z nieprzyjemną dla mnie uwagą.

– Nie ma co – szepce, mierząc mnie wzrokiem przez dość długą chwilę – bez wątpienia jesteś z rodu Grandsire’ów, mimo że rysy twe utraciły nieco charakteru. Trochę słabsza krew wystarczyła, by wygładzić szorstką skórę twoich przodków. No, a twój dziad, Anzelm Grandsire, pan Anzelm, jak go niegdyś nazywano, był sławetną szelmą.

Wuj często uciekał się do tej obelgi, ale ja nie żywiłem do niego urazy, bom nigdy nie poznał tego przodka o tak złej sławie.

– Zmarł na beri-beri, na wybrzeżu gwinejskim, inaczej stałby się jeszcze większą szelmą – kontynuował wuj Kasawiusz, śmiejąc się – twój dziadek wielbił doskonałość w każdej dziedzinie!

Drzwi otworzyły się na oścież, a w nich ukazała się moja siostra Nancy.

Jej obcisła suknia objawia zachwycającą sylwetkę. Stan sukni, z głębokim wycięciem, nie robi żadnej tajemnicy z obfitości jej ciała.

Jej twarz, gorejąca i posępna, zdradza złość.

– Odprawiłeś wujka Karola – powiedziała. – Bardzo dobrze, niech nauczy się zajmować swoimi sprawami. Miał jednak rację, potrzebujemy pieniędzy.

– Ty to nie to samo, co on – odpowiada wuj Kasawiusz.

– No to gdzie one są? – niecierpliwi się Nancy. – Służba nie ma już ani grosza, a my dostajemy rachunki od dostawców.

– Wystarczy wziąć pieniądze ze sklepu!

Nancy zaśmiała się swoim przenikliwym śmiechem, bardzo pasującym do jej wyniosłego piękna.

– Od siódmej rano obsłużyliśmy dziesięciu klientów na sumę czterdziestu dwu soli.

– A mówią, że sytuacja w handlu się poprawia! – śmieje się szyderczo starzec. – Mniejsza o to, moja piękna. Idź do sklepu, weź tę małą drabinę, która liczy siedem stopni, i stań na ostatnim. Tylko nie rób tego w obecności męskiej klienteli, bo nosisz dość krótkie spódnice. Z siódmego stopnia, z twoim wzrostem, dosięgniesz skrzynki z białej blachy, która nosi napis „Ziemia ze Sieny”. Zanurz swe białe dłonie w tym pyle bez uroku, moja radości, a w końcu znajdziesz cztery czy pięć mieszków, dość ciężkich jak na ich rozmiar. Czekaj, nie śpiesz się, twoja obecność jest mi przyjemna. Jeśli ziemia ze Sieny wśliźnie ci się pod paznokcie, godzinami będziesz je sobie czyścić. Idź, idź, moja wspaniałości, a jeśli w mroku klatki schodowej Mathias Krook uszczypnie cię w pośladki, nie warto krzyczeć, nie przyjdę.

Nancy pokazała nam język, czerwony i spiczasty jak płomień, po czym wyszła, trzaskając drzwiami.

Przez moment słychać, jak jej obcasy stukają w dźwięczne stopnie klatki schodowej, chwilę później rozbrzmiewa jej groźny głos.

– Świnia!

Wuj Kasawiusz zaśmiał się.

– To nie Mathias – powiedział.

Usłyszeliśmy uderzenie w policzek.

– To wuj Karol.

Starzec jest w doskonałym humorze i gdyby nie jego sinoblada cera i ciężki miech jego piersi, nigdy nie uwierzyłbym, że jest u krańca żywota.

– Przynajmniej ona godna jest tego szelmy, jej dziadka – oznajmił z oczywistą satysfakcją.

W pokoju ponownie zapadła cisza. Kowalski miech rozgrzewa niewidzialny żar. Szponiaste dłonie drapią pościel, wydając odgłos pilnika.

– Jean-Jacques?

– Tak, wujku?

– Dziś rano ty i Nancy otrzymaliście list od ojca, Mikołaja Grandsire’a?

– Wczoraj rano, wujku.

– Dobrze, dobrze, dni tak mało się dla mnie liczą. Skąd przyszedł ten list?

– Z Singapuru. Daddy ma się dobrze.

– O ile w ciągu dwunastu tygodni, podczas których list ten podróżował, nie został po prostu powieszony. Przebóg! Jeśli w ogóle kiedyś wróci...

Wuj rozmyśla przez chwilę, z głową pochyloną na ramieniu, jakby jakaś dziwaczna wrona.

– Nie wróci... Bo w sumie po co? Grandsire’owie rodzą się, by pod pełnymi żaglami przemierzać morza i oceany, a nie żeby gnuśnieć pod ludzkim dachem.

Nagle otwierają się drzwi. Nancy przychodzi z powrotem, uśmiechnięta, jej złośliwe usposobienie ulotniło się.

– Znalazłam pięć mieszków, wujku! – mówi.

– Ciężkie to złoto, nieprawdaż? – zażartował wuj... – Czuję, że wiesz, jaki zrobić z niego użytek.

– A jakże! – odpowiedziała zuchwale Nancy.

W chwilę potem opuszcza pokój, a zamykając drzwi, rzecze do mnie:

– Jiji[12], Élodie czeka na ciebie w kuchni.

Z klatki schodowej dobiega nas jej delikatny śmiech i kokosze pogdakiwania.

– Tym razem to Mathias! – powiedział wuj.

I od razu roześmiał się ochoczo, choć radość ta wywołała w jego piersi istną burzę kaszlu.

– Powiedziała „pięć mieszków”? Było ich sześć! Ha, oto córa godna tego szelmy Anzelma Grandsire’a... Wielcem z tego kontent!

Wizyty, śmiech i rozmowy strudziły go najwyraźniej.

– Pójdź do Élodie, mój mały – mówi głosem, który nagle osłabł i stał się odległy.

Nie pragnę niczego więcej: z głębi niezmierzonych i ciemnych suteren, w sercu których mieści się kuchnia przestronna niczym sala konferencyjna, dochodzi ciepły zapach gofrów i delikatna woń topionego masła z dodatkiem cukru i cynamonu.

Przemierzam nad wyraz długi korytarz, którego pomrokę przeszywa środkiem lichy kwadrat światła. W głębi przedpokoju skąpanego chybotliwym światłem lampy gazowej ukazuje się skrawek sklepu, odległy i nierzeczywisty, jakby oglądało się go przez odwróconą lornetkę.

Oficyna ta, dostawiona do potężnej kamienicy wuja, ma naprawdę osobliwą historię... Lecz będę miał wkrótce okazję, by jeszcze do niej powrócić.

Dostrzegam tam wysoki kontuar z brunatnego drewna, szklane słoje, sterty papierowych worków i sylwetki Nancy i Mathiasa, jedna przy drugiej, blisko siebie, może nawet zbyt blisko.

Widok ten budzi we mnie nikłe zainteresowanie, bo łakome wołanie kuchni ma dalece większą moc niż próżna młodzieńcza ciekawość.

Melodia topionego masła i szczęk gofrownic narzucają radosną nutę mrocznej ciszy wieczornych godzin.

– Chodź wreszcie, podano do stołu – nawołuje stara, dobra Élodie – doktor właśnie zabierał się za twoją część.

– Smaczne, naprawdę smaczne, słodkie, takie jak lubię – chichocze jakiś głosik w cieniu.

W kuchni nie ma gazowego oświetlenia. Wuj Kasawiusz przewidział ten luksus tylko w oficynie; naftowy kagańczyk ubogo oświetla stół i roznieca biel talerzy. Stojąca na gzymsie kominka świeca, której płomień drży niespokojnie, wichrzony ciepłym powietrzem paleniska, oświetla gofrownicę z czarnego żeliwa.

– Jak ma się chory? Bardzo dobrze, nieprawdaż? – ciągnął ten sam głosik.

– A więc wuj wyzdrowieje, doktorze? – pytam.

– Kto mówi, że wyzdrowieje? Zaraz, zaraz, stan lekarski bezspornie uznał Kasawiusza za nieuleczalnie chorego. A mimo to oddam mu pewną przysługę.

W świetle lampy pomarszczona i blada jak wosk dłoń dzierży skrawek papieru.

– Oto świadectwo zgonu i zezwolenie na pochówek ad hoc, gotowe i należycie wypełnione przeze mnie. Należy jedynie wpisać datę. Jeszcze wczoraj dokumenty te podawały jako przyczynę śmierci obustronne zapalenie płuc. Po namyśle jednak wydało mi się, że choroba Brighta zabrzmi dostojniej. Jestem to przecież winien mojemu staremu Kasawiuszowi. No a teraz z przyjemnością poczęstowałbym się jeszcze jednym z tych wyśmienitych gofrów, moja droga Élodie.

Tak oto rzecze doktor Sambuk. Wuj przyjmuje jego wizyty, lecz odmawia wystawianych przez niego recept. Jest on tak niski, tak wątłej postury, że nawet z kapeluszem na głowie brakuje mu co nieco do wzrostu Élodie, która sama też nie jest zbyt wysoka.

Zmarszczki i szramy pokrywają całą jego twarz, z wyjątkiem nosa, który wystaje poza tę wymiętą miniaturę niczym sterczący kawał różowego mięsa.

Jego woskowa dłoń nabiera jednak niezwykłej pewności, gdy kroi ona w regularne kwadraty gofra, którego następnie pokrywa szczelnie masłem i melasą.

– Wydaje mi się – mówi Sambuk – że jestem od niego starszy, choć nie można rzec nic pewnego o tym drogim nam człowieku, a na dodatek odchodzi on jako pierwszy – chichocze radośnie ten stary łakomczuch. – To pocieszające dla człowieka w moim wieku, bo ma się wrażenie, że śmierć o nas zapomina. Kto wie? Być może naprawdę tak jest. To już czterdzieści lat, jak trwa nasza głęboka i szczera przyjaźń. Poznaliśmy się na pokładzie łodzi rzecznej. Wracał z polowania, na którym upolował dwa rycyki. Otrzymał za nie pochwałę, gdyż były to dwa bardzo udane, aczkolwiek trudne strzały. W podzięce zaprosił mnie na wspólny posiłek. Z ochotą przystałem na zaproszenie! Pokaźne rycyki mają jeszcze delikatniejszy smak aniżeli ich kuzyni bekasy. Od tamtej pory miałem swobodny dostęp w różnych, ważnych i mniej ważnych, okolicznościach do domu Malpertuis.

Malpertuis! Po raz pierwszy słowo to spływa ciężkim atramentem z mego przepełnionego trwogą pióra. Dom ów, za sprawą przerażających żądzy, stał się kresem dla tak wielu ścieżek ludzkich, a ja wciąż odsuwam od siebie jego obraz, ustępuję przed nim, zwlekam, by w końcu sprawić, by wyłonił się on na pierwszym planie moich wspomnień.

Swoją drogą wszystkie te postaci zdają się mieć mniej cierpliwości niż ów dom, przytłoczone bez wątpienia świadomością rychłego nadejścia ostatecznego kresu ich ziemskiego bytowania. Gdy one już odejdą, istota rzeczy pozostanie nienaruszona, niczym kamień, który tworzy takie przeklęte domostwa. Ludzi tych wypełnia gorączka i zamęt owiec tłoczących się przed drzwiami rzeźni; niczym ludzkie świece nie mają oni ustanku, do czasu aż znajdą się pod wielkim gasidłem domu Malpertuis.

Nancy robi szeleszczące wejście w kuchni; nie lubi gofrów, woli naleśniki, które to swoimi okrutnymi białymi zębami rozrywa na strzępy niczym rozgrzaną skórę.