WyznaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jean-Jacques Rousseau

Wyznania

Warszawa 2020

Spis treści

Tom pierwszy

Księga I

Księga II

Księga III

Księga IV

Księga V

Księga VI

Księga VII

Księga VIII

Tom drugi

Księga IX

Księga X

Księga XI

Księga XII

Tom pierwszy

Księga I

(1712–1719). Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy. Chcę pokazać moim bliźnim człowieka w całej prawdzie jego natury; a tym człowiekiem będę ja.

Ja sam. Czuję moje serce i znam ludzi. Nie jestem podobny do żadnego z tych, których widziałem; śmiem wierzyć, iż nie jestem podobny do żadnego z istniejących. Jeśli nie lepszy, w każdym razie jestem inny. Czy natura uczyniła źle, czy dobrze, niszcząc formę, w której mnie odlała, o tym wolno będzie sądzić dopiero po przeczytaniu tych kartek.

Niechaj trąba ostatecznego sądu zabrzmi, kiedy przyjdzie godzina: przybędę z tą książką w ręku stanąć przed obliczem Najwyższego Sędziego. Powiem głośno: oto co czyniłem, co myślałem, czym byłem. Wyznałem dobre i złe równie szczerze. Nie przemilczałem nic złego, nie dodałem nic dobrego; a jeśli zdarzyło mi się uciec do czczej ozdoby, to jedynie wówczas, gdy trzeba było wypełnić lukę ułomnej pamięci. Mogłem wziąć za prawdę to, o czym wiedziałem, że mogło być prawdą; nigdy tego, o czym wiedziałem, iż było fałszem. Pokazałem się takim, jakim jestem: godnym pogardy i szpetnym, kiedy nim byłem; dobrym, szlachetnym, wzniosłym, kiedy nim byłem: odsłoniłem moje wnętrze takim, jakim tyś je widział sam, Najwyższy Sędzio. Zgromadź dokoła mnie nieprzeliczoną liczbę moich bliźnich; niech słuchają mej spowiedzi, niech litują się mych nieprawości, niech się rumienią za me niedole. Niech każdy z nich kolejno odsłoni serce u stóp twego tronu z równą szczerością; a potem niechaj jeden jedyny powie ci, jeśli będzie miał czoło: „Byłem lepszy od tego człowieka”.

Urodziłem się w Genewie w r. 1712, z Izaaka Rousseau, obywatela, i Zuzanny Bernard, obywatelki. Ojciec mój, którego ojcowizna wskutek podziału między piętnaścioro rodzeństwa równa była niemal zeru, musiał szukać środków do życia w zawodzie zegarmistrza, w którym istotnie był bardzo biegły. Matka, córka pastora Bernard, była bogatsza od niego: miała urodę i cnotę. Nie bez trudności przyszło ojcu otrzymać jej rękę. Miłość ich zaczęła się niemal z życiem: mając osiem czy dziewięć lat przechadzali się co wieczór wspólnie po wybrzeżu Treille, jako dziesięciolatki stanowili nierozłączną parę. Sympatia, porozumienie dusz wzmocniły w nich jeszcze uczucie zrodzone z przyzwyczajenia. Los, który sprzeciwiał się poniekąd ich miłości, spotęgował ją tylko. Młody kochanek, nie mogąc otrzymać bogdanki, usychał z rozpaczy; poradziła mu udać się w podróż, aby szukać zapomnienia. Zwędrowawszy świat bez skutku, wrócił tym bardziej rozkochany. Zastał swą ulubioną tkliwą i wierną jak wprzódy. Po tej próbie nie pozostało im nic, jak kochać się całe życie; przysięgli to sobie i niebo pobłogosławiło ich ślubom.

Gabriel Bernard, brat mojej matki, zakochał się w jednej z sióstr ojca; zgodziła się zań wyjść jedynie pod warunkiem, że brat jej poślubi jego siostrę. Miłość usunęła wszystkie zapory i oba związki skojarzyły się jednego dnia. W ten sposób wuj mój był mężem mej ciotki, a dzieci ich mym stryjeczno-ciotecznym rodzeństwem. Urodziło się z końcem roku po jednym w każdym domu, po czym trzeba było się rozłączyć.

Wuj Bernard był inżynierem wojskowym; pociągnął do cesarstwa i do Węgier służyć pod księciem Eugeniuszem. Ojciec, po urodzeniu mego jedynego brata, udał się do Konstantynopola, dokąd go powołano: został zegarmistrzem seraju. Podczas jego nieobecności piękność matki, jej dowcip i talenty znęciły wielbicieli. Pan de la Closure, poseł francuski, był jednym z najgorliwszych. Można wnosić, iż uczucie jego było gorące, skoro po upływie trzydziestu lat, mówiąc o niej, nie mógł ukryć wzruszenia. Matka miała ku obronie więcej niż samą cnotę: kochała czule męża. Napisała do niego, aby wrócił: rzucił wszystko i pośpieszył na wezwanie. Ja byłem smutnym owocem tego powrotu. W dziesięć miesięcy potem przyszedłem na świat, wątły i chory. Urodzenie moje kosztowało matkę życie i stało się pierwszym z mych nieszczęść.

Nie wiem, jak ojciec przeniósł tę stratę, ale to wiem, że nie pocieszył się po niej nigdy. Patrząc na mnie, odnajdywał we mnie matkę, nie mogąc z drugiej strony zapomnieć, że to ja mu ją zabrałem; ilekroć mnie brał w ramiona, czułem, po jego westchnieniach, po konwulsyjnym uścisku, że gorzki żal wplata się w jego pieszczoty: tym czulsze były wszelako! Kiedy mówił: „Chodź, dziecko, pomówimy o matce”, odpowiadałem: „Ach, ojcze, znowu będziemy płakać!”. I te słowa już wystarczały, aby go pobudzić do łez. „Ach! – powiadał, wzdychając – oddaj mi ją, pociesz mnie po niej, zapełnij pustkę, jaką zostawiła w mej duszy. Czyżbym cię kochał tyle, gdybyś był tylko moim synem?” W czterdzieści lat po jej stracie umarł w ramionach drugiej żony, ale z imieniem pierwszej na ustach i z jej obrazem w sercu.

Tacy byli twórcy moich dni. Ze wszystkich darów, jakich użyczyło im niebo, przekazali mi tylko jeden, to jest tkliwe serce; ale to, co dla nich było szczęściem, stało się źródłem wszystkich nieszczęść mego życia.

Urodziłem się na wpół umarły; niewiele było nadziei utrzymania mnie przy życiu. Przyniosłem na świat zaród dolegliwości, która wzmogła się z latami i która teraz daje mi niekiedy folgę jedynie po to, aby mi kazać cierpieć jeszcze okrutniej, choć w odmienny sposób. Siostra ojca, miła i zacna dziewczyna, otoczyła mnie opieką tak tkliwą, że mnie uratowała. W chwili gdy piszę te słowa, żyje jeszcze i pielęgnuje, mając osiemdziesiąt lat, męża młodszego od niej, ale zniszczonego trunkiem. Droga ciotko, przebaczam ci, że utrzymałaś mnie przy życiu, i boleję, iż nie mogę na schyłku twoich dni oddać ci tkliwych starań, którymi otoczyłaś mnie w niemowlęctwie. Żyje także piastunka Joanna, czerstwa do dziś i zdrowa. Ręce, które mi otworzyły oczy przy urodzeniu, będą mi je mogły zamknąć.

Zacząłem wcześniej czuć niż myśleć – to wspólna dola ludzkości. Doświadczyłem jej bardziej niż ktokolwiek. Nie wiem, com robił do pięciu lub sześciu lat. Nie wiem, jak nauczyłem się czytać; pamiętam jedynie chwile pierwszych czytań i wrażenia, które im zawdzięczam; od tego czasu towarzyszy mi już nieprzerwanie świadomość. Po matce zostały jakieś powieści; zaczęliśmy je z ojcem czytywać wspólnie po wieczerzy. Zrazu chodziło o to, aby mnie zaprawić w czytaniu przy pomocy zajmujących książek; ale niebawem przykuły nas do tego stopnia, iż czytaliśmy kolejno, bez przerwy, i spędzali na tym całe noce. Nie byliśmy w stanie oderwać się przed skończeniem tomu. Niekiedy ojciec, słysząc ranne jaskółki, powiadał zawstydzony: „Kładźmy się spać; większy ze mnie dzieciak od ciebie”.

Dzięki tej niebezpiecznej metodzie, posiadłem, w krótkim czasie, nie tylko nadzwyczajną łatwość czytania i rozumienia, ale także niezwykłą na mój wiek inteligencję uczuć. Nie miałem najmniejszego pojęcia o rzeczach, kiedy wszystkie uczucia były mi znajome. Nic nie pojmowałem jeszcze, a wszystko już czułem. Te mgliste wzruszenia nie zamąciły mi rozumu, którego jeszcze nie miałem, ale stworzyły we mnie rozum jakiś odmienny, innego rodzaju, i dały mi o życiu ludzkim dziwaczne i romantyczne pojęcia, z których doświadczenie i refleksja nigdy mnie nie zdołały zupełnie wyleczyć.

(1719–1723). Powieści skończyły się z latem roku 1719. Następnej zimy przyszło co innego. Wyczerpawszy bibliotekę matki, sięgnęliśmy do książek, które zostały nam po jej ojcu. Szczęściem znalazło się między nimi wiele dzieł wartościowych: nie mogło być inaczej w bibliotece pastora, to prawda, i uczonego nawet, było to bowiem podówczas w modzie, ale człowieka światłego i z dobrym smakiem. Historia Kościoła i Cesarstwa przez Le Sueura; Rozprawy Bossueta o historii powszechnej; Znakomici mężowie Plutarcha; Historia Wenecji Naniego; Metamorfozy Owidiusza; La Bruyere; Światy Fontenelle’a; tegoż Rozmowy umarłych i parę tomów Moliera przewędrowały do pracowni ojca, gdzie mu je czytywałem, gdy pracował. Nabrałem do tych dzieł szczególnego i niezwykłego w tym wieku upodobania. Plutarch zwłaszcza stał się mą ulubioną lekturą. Rozkosz, jaką znajdywałem w odczytywaniu go bez przerwy, wyleczyła mnie nieco z romansów; wkrótce Agesilaus, Brutus i Arystydes stali mi się milsi od Orondata, Artamena i Juby. W tym szale czytania, w rozmowach, jakie toczyliśmy z ojcem, wytworzył się we mnie ów wolny i republikański duch, ów charakter nieokiełzany i hardy, czuły na jarzmo i niewolę, który mnie dręczył przez całe życie w sytuacjach najmniej sposobnych. Nieustannie pochłonięty Rzymem i Atenami, żyjąc niejako z ich wielkimi mężami, urodzony sam jako obywatel rzeczypospolitej i syn ojca, u którego miłość ojczyzny była najsilniejszą namiętnością, rozpłomieniałem się za jego przykładem; zdawało mi się, że jestem Grekiem lub Rzymianinem; stawałem się osobą, której czytałem żywot. Kiedy czytałem historię ich hartu i nieustraszonych czynów, oczy błyszczały mi jaśniej, głos stawał się potężniejszy. Jednego dnia, opowiadając przy stole przygodę Scewoli, ku przerażeniu wszystkich omal nie włożyłem ręki w płomień, aby tym żywiej przedstawić jego postępek.

 

Miałem brata, starszego ode mnie o lat siedem. Kształcił się w rzemiośle ojca. Niezmierne przywiązanie ojca do mnie sprawiało, iż zaniedbywał brata, czego mu bynajmniej nie chwalę. Wychowanie chłopca ucierpiało na tym. Przyzwyczaił się do swywoli, zanim jeszcze osiągnął wiek, w którym przywary młodości dochodzą do głosu. Oddano go do innego majstra, skąd wymykał się niejednokrotnie, jak wprzódy z domu rodzicielskiego. Nie widywałem go prawie wcale; ledwie mogę powiedzieć, żeśmy się znali; mimo to kochałem go czule i on mnie także, o ile taki wisus zdolny jest coś kochać. Przypominam sobie, iż raz, gdy ojciec karcił go surowo, rzuciłem się między nich, obejmując brata z całych sił. Osłoniłem go swoim ciałem, przyjmując ciosy przeznaczone dla niego, i tak zaciekłem się w tej pozycji, iż w końcu ojciec musiał mu darować, bądź rozbrojony moimi łzami, bądź czując, iż kara godziłaby dotkliwiej we mnie niż w brata. W końcu chłopiec zeszedł na tak złe drogi, iż uciekł i znikł zupełnie. Doszły słuchy, że jest w Niemczech. Nie napisał do domu ani razu. Od tego czasu nie było o nim wiadomości, i oto jak zostałem jedynakiem.

Jeśli wychowanie tego nieboraka zostawiało wiele do życzenia, inaczej było ze mną; dzieci królewskie nie mogłyby się cieszyć staranniejszą opieką niż ja w pierwszych latach. Ani razu, do czasu, w którym opuściłem dom rodzicielski, nie zdarzyło się, aby mi pozwolono uganiać po ulicy z innymi dziećmi; nigdy nie było potrzeby poskramiać we mnie ani zaspakajać owych kaprysów, które przypisuje się naturze, a które rodzą się jeno z błędnego wychowania. Miałem przywary mego wieku: byłem papla, łakotniś, niekiedy kłamałem. Zdarzyło mi się ściągnąć owoce, cukierki, łakocie; ale nigdy nie szukałem przyjemności w robieniu złego, w wyrządzaniu szkody, składaniu winy na drugich, w dręczeniu biednych zwierząt. Przypominam sobie wszelako, iż raz nasiusiałem do rondla sąsiadki, pani Clot, gdy była na kazaniu. Przyznaję nawet, że to wspomnienie jeszcze mnie śmieszy, pani Clot bowiem, dobra zresztą kobiecina, była najzrzędniejszą staruszką, jaką spotkałem. Oto krótka i szczera spowiedź z występków młodości.

Jakże miałbym się stać złym, gdy przed oczyma miałem same jeno przykłady słodyczy i naokoło siebie najlepszych ludzi pod słońcem? Ojciec, ciotka, piastunka, krewni, przyjaciele, sąsiedzi, całe otoczenie, nie ulegali mi, to prawda, ale mnie kochali; i ja ich. Wola moja spotykała tak mało podniet i tak mało zapór, że nie przychodziło mi na myśl ją objawiać. Mogę przysiąc, że aż do czasu kiedy się dostałem pod jarzmo zwierzchnika, nie wiedziałem nawet, co to kaprys. Wyjąwszy czas pisania i czytania pod okiem ojca albo przechadzki z piastunką, przebywałem zawsze w towarzystwie ciotki, patrząc, jak haftuje, słuchając, jak śpiewa, stojąc lub siedząc przy niej; i czułem się szczęśliwy. Jej wesołość, słodycz, miła fizjonomia, odcisnęły się we mnie tak silnie, że widzę jeszcze jej twarz, spojrzenie, ruchy: przypominam sobie pieszczotliwe słówka; umiałbym opisać jak była ubrana i uczesana, wszystko, aż do dwóch ciemnych loczków na skroniach, wedle ówczesnej mody.

Jestem przekonany, że jej zawdzięczam upodobanie albo raczej namiętność do muzyki, namiętność, która rozwinęła się o wiele później. Umiała moc piosenek i nuciła je głosikiem pełnym słodyczy. Pogoda duszy tej przemiłej dziewczyny oddalała od niej i od wszystkiego, co ją otaczało, zadumę i smutek. Śpiew jej miał dla mnie taki urok, że nie tylko wiele z jej piosnek utrwaliło mi się na zawsze w pamięci, ale nawet teraz, w miarę jak się starzeję, przypominają mi się nowe, zapomniane od dzieciństwa, i wprawiają mnie w zachwyt, którego nie umiem wprost opisać. Czy powiedziałby ktoś, że ja, stary mantyka, zużyty troskami i niedolą, chwytam się niekiedy na tym, iż płaczę jak dziecko, mamrocząc te nikłe aryjki głosem złamanym już i drżącym!

Jedna z nich zwłaszcza przypomniała mi się w całości, przynajmniej melodia, bo część słów stale mi ginie, mimo że mętnie pobrzękują mi jej rymy. Zastanawiam się w czym tkwi rozrzewniający urok, jaki serce moje znajduje w tej piosence; jest to kaprys, którego nie umiem zrozumieć, ale niepodobna mi wręcz prześpiewać jej do końca, iżby łzy nie przerwały mi śpiewania. Sto razy myślałem napisać do Paryża o resztę słów, o ile ktoś zna je jeszcze. Ale jestem prawie pewny, że przyjemność, którą znajduję w przypominaniu sobie tej aryjki rozwiałaby się, gdybym miał dowód, iż śpiewał ją kto inny prócz biednej ciotki Zuzi.

Takie były pierwsze przywiązania w zaraniu mego życia; tak zaczynało się kształtować i objawiać we mnie to serce, tak harde i tak tkliwe, ten charakter niemal kobieco słaby, a jednak niezłomny, który bujając nieustannie między słabością a męstwem, między gnuśnością a hartem, do końca wtrącał mnie w sprzeczności i sprawił, iż powściągliwość i użycie, rozkosz i umiarkowanie zarówno pozostały mi niedoścignione.

Wychowanie to uległo przerwie wskutek wypadku, którego następstwa rozstrzygnęły o mym życiu. Ojciec pokłócił się z niejakim panem Gautier, kapitanem francuskim mającym krewnych w Radzie. Ów Gautier, człowiek bezczelny i podły, skorzystał z lekkiego broczenia nosa, aby przez zemstę obwinić ojca, iż dobył nań szpady w obrębie miasta. Ojciec, którego chciano wtrącić do więzienia, uparł się, aby, wedle litery prawa, oskarżyciela jego również uwięziono; nie mogąc tego uzyskać, wolał opuścić Genewę i kraj na całe życie, niż ustąpić w tym, w czym widział naruszenie honoru i wolności obywatela.

Zostałem pod opieką wuja Bernarda, wówczas zatrudnionego przy fortyfikacjach Genewy. Starsza jego córka umarła, ale miał syna mniej więcej w moim wieku. Umieszczono nas razem w Bossey, u pastora Lambercier, abyśmy wypchali sobie głowy łaciną oraz wszelakim innym rupieciem, które zaszczyca się mianem wykształcenia.

Dwa lata spędzone na wsi złagodziły nieco mą rzymską surowość i wróciły mnie do stanu dzieciństwa. W Genewie, gdzie mi w ogóle nie narzucano nic, a już nigdy nauki ani czytania, było ono mą jedyną rozrywką; w Bossey przymus pracy obudził we mnie smak do zabaw, które stanowiły po niej ożywcze wytchnienie. Wieś była dla mnie czymś tak nowym, że nie mogłem się nią nasycić. Nabrałem do niej upodobania, które nigdy we mnie nie wygasło. Wspomnienie szczęśliwych dni na wsi kazało mi wciąż żałować jej uciech i słodyczy, aż wreszcie sprowadziło mnie ku niej z powrotem. Pan Lambercier był to człowiek bardzo rozsądny; nie zaniedbując wychowania, nie przeciążał nas wszakże. Za dowód, iż brał się dobrze do swego zadania, może służyć, iż mimo odrazy do wszelkiego przymusu nigdy nie wspominałem ze wstrętem czasu moich nauk; a jeżeli nie nauczyłem się zbyt wiele, to, czegom się nauczył, posiadłem bez trudu i trwale.

Prostota wiejskiego życia dala mi nieoszacowany skarb, otwierając me serce na uroki przyjaźni. Do tego czasu znałem jedynie uczucia podniosłe, ale urojone. Wspólne życie wśród spokojnych trudów i wywczasów spoiło mnie tkliwym węzłem z kuzynem mym Bernardem. Niebawem nabrałem dlań uczuć serdeczniejszych, niż kiedykolwiek żywiłem je dla brata; a uczucia te nie zatarły się nigdy. Był to wyrośnięty chłopak, szczupły i wątły, równie łagodnego charakteru jak słabych sił fizycznych, dzięki czemu nie nadużywał uprzywilejowanej pozycji, jaką posiadał w domu jako syn mego opiekuna. Mieliśmy jednakie zajęcia, zabawy, upodobania; byliśmy sami, rówieśnicy, każdy zarówno czuł potrzebę towarzysza; rozdzielić nas znaczyłoby niejako unicestwić obu. Przywiązanie nasze, mimo iż niewiele mieliśmy sposobności, aby go sobie dowieść, było ogromne; nie tylko nie mogliśmy żyć rozłączeni, ale nie wyobrażaliśmy sobie, aby to było możebne. Obaj mieliśmy usposobienia łatwe do prowadzenia łagodnością i podatne, o ile ktoś nie chciał nagiąć nas przemocą; z sobą godziliśmy się zawsze we wszystkich punktach. Jeżeli, dzięki wyróżnieniu naszych wychowawców, on miał nade mną przewagę pod ich okiem, to znów kiedy byliśmy sami, ja brałem górę; w ten sposób utrzymywała się równowaga. W czasie nauki podpowiadałem lekcję, gdy nie był jej pewny; uporawszy się z zadaniem, pomagałem jemu; w zabawach ja, bardziej rzutki, byłem przodownikiem. Słowem, zgadzaliśmy się tak dobrze i żyliśmy w tak szczerej przyjaźni, że w ciągu pięciu lat nierozłącznego pożycia, tak w Bossey, jak w Genewie, biliśmy się często, to prawda, ale nigdy nie było trzeba nas rozłączać, nigdy kłótnia nie trwała dłużej kwadransa i nigdy, ani razu, żaden nie poskarżył się na drugiego. Te szczegóły mogą się komu wydać błahe, jednakże zawarty w nich przykład jest może jedyny od czasu jak istnieją dzieci.

Życie, jakie pędziliśmy w Bossey, odpowiadało mi tak dobrze, że, gdyby potrwało dłużej, zdecydowałoby o moim charakterze. Podstawę jego stanowiły uczucia tkliwe, serdeczne, łagodne. Sądzę, iż nie było człowieka, który by z natury mniej był próżny ode mnie. Wznosiłem się w chwili wybuchu do najszczytniejszych wzruszeń, ale niebawem opadałem w zwykłe rozmarzenie. Być kochanym przez wszystkich – to było moje najwyższe pragnienie. Byłem łagodny, mój krewniak również, toż i nasi wychowawcy. Przez całe dwa lata nie byłem ani świadkiem, ani ofiarą gwałtowniejszego wstrząsu. Wszystko podtrzymywało w mym sercu skłonności wszczepione przez naturę. Nie znałem większego szczęścia niż widzieć, że wszyscy są radzi ze mnie i ze świata. Przypominam sobie dziś jeszcze, jak kiedy nas egzaminowano w kościele z katechizmu i zdarzyło mi się zająknąć, największą troską dla mnie były oznaki niepokoju i zmartwienia na twarzy panny Lambercier. To jedno trapiło mnie bardziej niż niepowodzenie publiczne, które wszakże dotykało mnie mocno: mało wrażliwy na chwalby, byłem zawsze bardzo czuły na wstyd; mimo to mogę rzec, iż spodziewane wymówki panny Lambercier mniej mnie dręczyły niż obawa jej przykrości.

Bądź co bądź, w razie potrzeby, umiała ona uciec się do surowości, jak również i jej brat; ponieważ jednak ta surowość, prawie zawsze sprawiedliwa, nigdy nie była wywołana uniesieniem, cierpiałem, ale się nie buntowałem. Bardziej niż kara bolała mnie utrata ich łaski, a świadomość niezadowolenia była mi dotkliwsza niż jego następstwa. Trudno mi ściślej się wytłumaczyć, a jednak trzeba. Zmieniono by niewątpliwie metody postępowania z młodzieżą, gdyby lepiej widziano najdalsze skutki owego pedagogicznego środka, stosowanego zawsze bez rozwagi, niekiedy bez miary! Przykład mój, równie pospolity jak opłakany, może posłużyć za naukę: to skłania mnie do przytoczenia go tutaj.

Panna Lambercier, przywiązana do nas jak matka, miała i władzę matki, i posuwała ją niekiedy, o ileśmy zasłużyli, aż do dotkliwej kary, zazwyczaj stosowanej u dzieci. Dość długo poprzestawała na groźbie, a ta groźba kary, całkiem mi nieznanej, przerażała mnie niezmiernie. Po egzekucji wszelako wydała mi się ona mniej straszna niż samo oczekiwanie; a co najosobliwsze, to iż kara ta przywiązała mnie jeszcze do osoby, z której rąk jej doznałem. Trzeba nawet było całej szczerości tego przywiązania i wrodzonej mej łagodności, aby mnie powstrzymać od pokusy powtórnego zasłużenia na tę karę; w tym bólu bowiem, we wstydzie nawet, znalazłem domieszkę zmysłowej rozkoszy, której wspomnienie, silniejsze od obawy, budziło we mnie raczej chęć doznania jeszcze raz tych samych wzruszeń z tej ręki. Bez wątpienia musiało się w tym przejawiać jakieś przedwczesne pobudzenie płciowe, bo sama kara, o ile bym jej doznał z rąk np. pastora, nie byłaby mi wcale przyjemna. Ale wobec jego usposobienia substytucja ta nie groziła wcale; jeżeli tedy wstrzymywałem się od ochoty zasłużenia na karę, to jedynie z obawy zmartwienia panny Lambercier; każde bowiem przywiązanie, nawet to, które zrodziło się pod wpływem zmysłów, zawsze brało nad zmysłami górę.

Ta recydywa, którą oddalałem, nie lękając się jej wszelako, przyszła wreszcie bez mej winy, to znaczy bez mej woli; skorzystałem z niej, mogę rzec, ze spokojnym sumieniem. Ale ten drugi raz był zarazem ostatnim. Panna Lambercier, spostrzegłszy zapewne po jakimś objawie, że kara mija się z celem, oświadczyła, iż rezygnuje z niej jako zbyt dla niej nużącej. Dotąd sypialiśmy w jej pokoju, w zimie niekiedy w jej łóżku – w dwa dni potem pomieszczono nas na noc gdzie indziej. Odtąd (czego byłbym się chętnie wyrzekł) miałem zaszczyt być przez nią traktowany jako duży chłopiec.

 

Któżby uwierzył, że ta dziecinna kara, otrzymana przez ośmioletniego chłopca z rąk trzydziestoletniej panny, rozstrzygnęła o mych upodobaniach, pragnieniach, namiętnościach, o mnie całym, na całe życie, i to właśnie w kierunku przeciwnym temu, który, naturalnym sposobem, powinien by stąd wyniknąć? Równocześnie z tym rozpaleniem zmysłów, pożądania moje wypaczyły się w taki sposób, iż zamykając się w sferze poznanych wrażeń, nie troszczyły się o szukanie innych. Z krwią przepaloną zmysłami niemal od urodzenia, uchowałem się czysty od zmazy do wieku, w którym najzimniejsze i najbardziej spóźnione temperamenty przychodzą do głosu. Dręczony długo sam nie wiedząc czym, pożerałem płomiennym okiem piękne kobiety; wyobraźnia moja przyzywała je nieustannie jedynie po to, aby im kazać działać w myśl moich upodobań i wskrzeszać pod ich postacią pannę Lambercier i jej egzekucję.

Nawet po okresie dojrzewania to dziwne upodobanie, wciąż trwające i posunięte aż do deprawacji, do szaleństwa, zachowało we mnie czystość obyczajów, z której na pozór powinno by mnie obedrzeć. Wychowanie moje było w najwyższym stopniu czyste i skromne. Ciotki moje były to osoby nie tylko rzadkiej cnoty, ale i wstydliwości od dawna już w tym stopniu nieznanej kobietom. Ojciec, człowiek lubiący żyć, ale po staroświecku dworny, nigdy w obecności kobiet najbardziej mu miłych nie odezwał się słowem, które by mogło przyprawić o rumieniec dziewicę. Nigdy chyba dalej niż w mojej rodzinie i w mojej obecności nie posunięto względów winnych dzieciom. Nie mniej uwagi znalazłem w domu pana Lambercier: bardzo zdatną służącą odprawiono bezzwłocznie za jedno swobodne słowo, na które pozwoliła sobie przy nas. Nie tylko aż do młodzieńczego wieku nie miałem wyraźnego pojęcia o stosunkach płci, ale i te mgliste domysły przedstawiały mi się zawsze jako obraz pełen wstrętu i ohydy. Dziewczyny publiczne budziły we mnie grozę, która nigdy się nie zatarła; nie mogłem patrzeć na rozpustnika bez wzgardy, bez przerażenia nawet. Odraza moja do rozpusty datowała się od czasu, gdy raz, idąc jarem, ujrzałem po obu stronach drogi zagłębienia w ziemi i gdy mi powiedziano, że tam ci ludzie chronią się parami dla swoich czynności. Obraz ten zlał mi się w jedno z obrazem parzących się psów, które widywałem czasem; czułem w gardle spazm wstrętu na samo wspomnienie.

Temu wychowaniu, które już samo wystarczało, aby opóźnić pierwsze wybuchy zapalnego temperamentu, przyszedł w pomoc, jak rzekłem, rodzaj zboczenia, które skojarzyło się u mnie z pierwszym pobudzeniem zmysłów. Umiałem sobie wyobrazić jedynie to, co już odczułem: mimo dokuczliwego burzenia się krwi, nie umiałem tedy kierować pragnień ku innej rozkoszy, prócz tej, jaka mi była znana; nigdy mi nie przychodziła na myśl ta, którą mi tak zohydzono, a która, bez najmniejszej świadomości z mej strony, tak była tamtej pokrewna. W naiwnych chimerach wyobraźni, w erotycznych uniesieniach, w wariackich postępkach, do których mnie nieraz popychały, uciekałem się w imaginacji do pomocy płci odmiennej, nie przypuszczając ani na chwilę, aby ta płeć mogła służyć do innego użytku, prócz tego, który jej dawałem w marzeniach.

W ten sposób, obdarzony temperamentem bardzo zapalnym, bardzo zmysłowym, bardzo wczesnym, przebyłem okres dojrzewania, nie doznawszy innych pragnień, nie znając innych rozkoszy, prócz tych, których świadomość wszczepiła mi w niewinności ducha panna Lambercier; a kiedy z postępem lat stałem się wreszcie mężczyzną, i wówczas to, co mnie powinno było zgubić, ocaliło mnie. Dawna skłonność dziecka, miast wygasnąć, połączyła się tak ściśle z inną, że nigdy nie mogłem jej zupełnie usunąć z rozpłomienionych zmysłów; szaleństwo to, w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością, czyniło mnie bardzo mało przedsiębiorczym wobec kobiet. Nie śmiałem wszystkiego powiedzieć, a nie mogłem wszystkiego wykonać, ponieważ tej rozkoszy, której inna rozkosz była dla mnie jedynie szczytem, nie może wziąć po prostu ten, który jej pragnie, ani nie może go odgadnąć ta, która mogłaby jej udzielić. W ten sposób przebyłem życie, pożądając i ukrywając moje pożądania przy boku osób, które kochałem najwięcej. Nie śmiejąc nigdy wyznać mych upodobań, oszukiwałem je bodaj, dając stosunkom moim formy pokrewne. Przebywać u kolan despotycznej kochanki, ulegać jej rozkazom, żebrać przebaczenia było dla mnie najsłodszą rozkoszą; im bardziej rozpalona wyobraźnia smagała mi krew, tym bardziej na zewnątrz miałem postać trwożnego wielbiciela. Łatwo zrozumieć, że ten sposób okazywania miłości nie prowadzi do zbyt szybkich postępów i nie zagraża cnocie osób będących jej przedmiotem. Posiadałem też w życiu kobiet bardzo niewiele; mimo to przeżyłem wiele na swój sposób, przez wyobraźnię. Oto jak moje zmysły, jednocząc się z nieśmiałym usposobieniem i romantyczną głową, zachowały mi czystość uczuć i skromność obyczajów dzięki tym samym skłonnościom, które przy większej śmiałości byłyby mnie zanurzyły w odmęt zezwierzęcenia.

Uczyniłem pierwszy i najtrudniejszy krok w ciemnym i bagnistym labiryncie mej spowiedzi. Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne. Odtąd jestem już pewien siebie; po tym, com ośmielił się powiedzieć, nic mnie nie powstrzyma. Ile musiało mnie kosztować podobne wyznanie, można osądzić z tego, iż przez całe życie, opanowany niekiedy, przy boku istot, które kochałem, namiętnością odejmującą mi wprost wzrok i słuch, wpół przytomny i drżący konwulsyjnie na ciele, nigdy przecież nie mogłem się zdobyć na to, aby wyznać me szaleństwo i nawet w najpoufniejszej sytuacji błagać o jedyną łaskę, której mi brakło. Zdarzyło mi się to raz tylko, w dzieciństwie, z dziewczyną w moim wieku, a i wówczas propozycja wyszła raczej od niej.

Wracając oto myślą do pierwszych śladów życia uczuciowego, odnajduję w nim składniki, które, sprzeczne niekiedy na pozór między sobą, stopiły się mimo to, wywołując z całą siłą jednolite i proste objawy; inne znowuż, na pozór jednorakie, kształtowały się przez zbieg okoliczności w kombinacje tak różnorodne, że nie można sobie wręcz wyobrazić, aby pomiędzy nimi istniał jaki związek. Kto by mniemał na przykład, iż jedna z najsilniejszych sprężyn duszy hartowała się w tym samym źródle, z którego spływały w mą krew miękkość i zmysłowość? Nie opuszczając przedmiotu, o którym mówiliśmy poprzednio, wprowadzę czytelnika w bardzo odmienną sferę wrażeń.

Siedziałem jednego dnia sam nad lekcją w pokoju przy kuchni. Służąca rozłożyła na blasze grzebienie panny Lambercier. Kiedy wróciła po nie, okazało się, iż w jednym wszystkie zęby były połamane. Kogo posądzić o tę psotę? Nikt prócz mnie nie wchodził do pokoju. Biorą mnie na spytki: zaklinam się, że nie ruszałem grzebienia. Państwo Lambercier wzywają mnie, napominają, przypierają do muru, grożą – wciąż przeczę. Poszlaki były wszelako zbyt silne i przeważyły wszystkie zaklęcia, mimo że pierwszy raz zdarzyło się spotkać u mnie z tak zuchwałym kłamstwem. Złośliwość, kłamstwo, upór, wszystko to było godne najsurowszej kary; ale tym razem nie panna Lambercier mi ją wymierzyła. Napisano do wuja: przybył. Mój biedny krewniak pozostawał pod zarzutem innego, nie mniej ciężkiego występku: objęto nas wspólną egzekucją. Była straszliwa. Gdyby, szukając lekarstwa w samym źródle złego, ktoś chciał na zawsze przytłumić me zbłąkane zmysły, nie mógłby się lepiej wziąć do dzieła. Od tego czasu zostawiły mnie długo w spokoju.

Nie było sposobu wydobyć ze mnie wyznania. Brany na kilkanaście zawodów do kaźni i doprowadzony do najopłakańszego stanu, pozostałem niewzruszony. Byłbym przeniósł śmierć i byłem na nią zdecydowany. W końcu nawet siła musiała ustąpić wobec szatańskiego uporu dziecka; nie doświadczano już więcej mej stałości. Wyszedłem z okrutnej próby poszarpany na strzępy, ale tryumfujący.

Upłynęło blisko pięćdziesiąt lat od tej przygody i nie obawiam się już, aby mnie powtórnie ukarano; otóż, oznajmiam w obliczu nieba, że byłem niewinny. Nie złamałem ani nie dotykałem grzebienia, nie zbliżyłem się do blachy, nawet mi to w myślach nie postało. Niech nikt nie pyta, w jaki sposób stała się szkoda; nie wiem i nie pojmuję: to jedno wiem, że nie ja byłem winny.

Niech sobie teraz czytelnik wyobrazi charakter nieśmiały i łatwy w życiu codziennym, ale żarliwy, hardy, niezłomny w uczuciach; dziecko zawsze prowadzone rozsądkiem, słodyczą, wyrozumiałością, uprzejmością, które nawet nie miało pojęcia o istnieniu niesprawiedliwości i które pierwszy raz doznaje jej, i to w tak straszliwej postaci, ze strony osób, dotąd będących dlań przedmiotem czci i ukochania: co za przewrót! co za zamęt uczuć! co za wstrząs w sercu, w mózgu, w całej drobnej duchowej i moralnej istotce! Powiadam, niech sobie ktoś wyobrazi, o ile możebne, gdyż co do mnie, nie czuję się zdolny rozplątać ani pochwycić najmniejszego śladu tego, co się wówczas we mnie działo.