Życie odnalezione. Poznaj, przyjmij i pokochaj siebie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  ROZDZIAŁ PIERWSZY: Nie można zdradzać siebie bez końca

  ROZDZIAŁ DRUGI: Ślepy punkt

  ROZDZIAŁ TRZECI: „Obym mógł umierać żywy!”

  ROZDZIAŁ CZWARTY: Poznanie siebie czy troska o siebie?

  ROZDZIAŁ PIĄTY: W obliczu lęku

  ROZDZIAŁ SZÓSTY: Małe szaleństwa staną się wielkimi

  ROZDZIAŁ SIÓDMY: Osobisty rozwój?

  ROZDZIAŁ ÓSMY: To dobrze, że istniejesz

  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: „Wtedy zastanowił się”

  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: Wewnętrzne kino

  ROZDZIAŁ JEDENASTY: Znaleźć swoje miejsce na ziemi

  ROZDZIAŁ DWUNASTY: Wierny sobie

  ROZDZIAŁ TRZYNASTY: Siła wyobraźni

  ROZDZIAŁ CZTERNASTY: Powrót do siebie

  ROZDZIAŁ PIĘTNASTY: Od boga intymności do Boga objawienia


Życie odnalezione


jean-françois noel

Życie odnalezione

Poznaj, przyjmij i pokochaj siebie

Przełożył Mateusz Chodacki

wydawnictwo w drodze, poznań 2021

Tytuł oryginału

Travailler à être soi

© Yves Briend Éditeur S.A./Éditions Salvator – Paris 2015

Published by arrangement with SAS Lester Literary Agency & Associates

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2021

Redaktor prowadząca – Ewa Kubiak

Redakcja – Agnieszka Czapczyk

Korekta – Monika Simińska, Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie – Aleksandra Lebioda

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki i layoutu – Krzysztof Lorczyk OP

Fotografia (s. 2) – OLGA KURI | unsplash.com

ISBN 978-83-7906-432-8 (wersja drukowana)

ISBN 978-83-7906-433-5 (wersja elektroniczna)

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami,

którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie

dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to

najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba,

a ja tu przymieram głodem. Zabiorę się i pójdę

do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem

przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem

godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie

choćby jednym z twoich najemników. Zabrał się

więc i poszedł do swojego ojca.

(Łk 15,16–20)

Rozdział pierwszy

Nie można zdradzać siebie bez końca

Nie można zdradzać siebie bez końca. Wcześniej czy później fałszywy krok, złe samopoczucie lub pojawienie się lęku na nowo obudzą pytania, które pozornie znalazły już swoje odpowiedzi, pytania o siebie i własne życie, narzucające się naszej świadomości z taką mocą, że staną się niemożliwe do odparcia. Tak wygląda początek powrotu do siebie. „Wtedy zastanowił się” – powiedziano o synu marnotrawnym patrzącym na niejadalne strąki – i tu rozpoczął się jego powrót do siebie i do Ojca.

Ogród wewnątrz siebie

Nadejście kryzysów często zauważa się na początku nowych etapów dojrzewania, od których biorą one swoje nazwy – na przykład kryzys wywołany przez „demona południa”1. Chociaż w tych momentach stają się one wyraźniej widoczne, to w rzeczywistości są nieustannie obecne w naszym życiu i wyznaczają rytm naszego wzrostu. Jak mógłby wzrastać organizm, gdyby nie owe „metamorfozy”, na które godzimy się mniej lub bardziej chętnie, gdy chodzi o nasze ciało, a niechętnie w odniesieniu do życia psychicznego? Rodzące się pytania próbują najpierw określić, co jest nie tak. Dumne ze swej nowej przenikliwości – zbyt często branej za inteligencję – rzucają podejrzenie na nasze życiowe zaangażowania i wybory, które jakoby wprowadziły nas w ślepy zaułek albo pułapkę. W pierwszym odruchu chcielibyśmy się więc od nich uwolnić. Poczucie dyskomfortu może się stać tak nieznośne, że popchnie nas do szukania szybkich rozwiązań. Jak będę jeszcze miał okazję wielokrotnie powiedzieć, błędne odpowiedzi nie unieważniają prawdziwego pytania. Powrót do siebie oznacza więc, że musimy podjąć na nowo, jedno po drugim, pozostawione w zawieszeniu pytania, nie dając się zwieść zbyt łatwym rozwiązaniom. Znaleźć czas na przechodzenie od jednego pytania do drugiego – pierwsze sformułowanie otworzy możliwość następnego i tak dalej. W ten sposób może się rozpocząć „praca nad sobą”.

Nasza psychika rozwija się, jak gdyby wstępując na kolejne piętra. To trochę tak, jakby musiała od swego powstania wciąż na nowo uczyć się oddzielać, opuszczać… jakby pewnego rodzaju żałoba – w szerokim znaczeniu tego słowa, będąca, jak zobaczymy, raczej piękną i porywającą zagadką – była faktycznie jej zwyczajnym sposobem bycia. Tak sobie tłumaczę nieodwołalne stwierdzenie tego wersetu Księgi Rodzaju: „Dlatego mężczyzna opuszcza swego ojca i matkę” (Rdz 2,24)2, podczas gdy Adam i Ewa, bez ojca i matki, zaledwie obudzili się do świadomego życia. Polecenie dane Abrahamowi: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca” (Rdz 12,1), ma podobne znaczenie.

Jednocześnie trzeba stwierdzić, że współczesny podmiot zachodni padł ofiarą nowej trudności – trudności bycia sobą i pozostania wiernym sobie. Zwrócił na to uwagę już Marcel Gauchet, pisząc: „Schyłek religijności przerodził się w trudność bycia sobą”3. Od tego czasu pojawiły się inne czynniki. Oprócz schyłku religijności można zauważyć między innymi spadek zaufania do życia wspólnego (na co wskazuje zanik zmysłu politycznego) czy mondializację obrazu, by wspomnieć tylko niektóre. Wszystkie one przyczyniły się do oczywistego osłabienia podmiotu. Podmiot zadaje sobie dzisiaj pytania w sposób dotąd nieznany, a jeszcze nie zawsze dysponuje odpowiednimi narzędziami do spokojnego rozeznawania. Stąd mnożące się „terapie”, od psychoanalitycznych po wspierające osobisty rozwój.

Osobie zamierzającej poddać się psychoanalizie zalecano dawniej, by na czas jej trwania zawiesiła podejmowanie wszelkich decyzji. Chodziło o to, by pozostawić świadomości miejsce i czas, aby przebudziła się zgodnie z własnym rytmem; inteligencji – by głębiej nasyciła myśl, przystępując do lektury relacji z samym sobą oraz z innymi; zaś zmysłom – by odnalazły swobodę i smak życia. Dzisiaj zbyt często działa się w pośpiechu, szukając skutecznego uwolnienia i próbując dróg na skróty.

To, co wiąże się z religią, postrzegane pod kątem obowiązków, oceniane jako najbardziej ograniczające i najmniej skuteczne jarzmo, dość prędko odstawia się w kąt. Pewnego dnia, czekając przy drzwiach mojego kościoła na orszak żałobny przed rozpoczęciem ceremonii pogrzebu, usłyszałem zaskakujące wyznanie: „Ach, religie… Próbowałem wszystkich – żadna nie działa”. Bywa też odwrotnie, sfera religijna zostaje przeinwestowana i człowiek próbuje ukryć w nadmiarze dobrych uczuć nienawiść do świata, świata, przed którym ucieka, chroniąc się w jakimś rodzaju transcendencji, bezpiecznej od zarażenia jego wpływem. Zarówno porzucenie religii, jak i jej wypaczenie dają ten sam efekt: odczucie ulgi jest natychmiastowe. I krótkotrwałe, oczywiście. Zapomina się w ten sposób, że religia, która wydawała się tak ograniczająca, rozwijała jednak zdolność interioryzacji, otwierała dostęp do intymności i pobudzała do podejmowanej wciąż na nowo pracy w „ogrodzie wewnątrz siebie”. Choćby przez zaproszenie do modlitwy. Pozbawiając się tego zaproszenia do spotkania z sobą, do wejścia w siebie, człowiek powoli się od siebie oddalił. Ponieważ nie da się ukryć obecnych w tej wewnętrznej sferze pytań (o sens życia, cierpienie, pochodzenie zła…), nie ryzykując przy tym wyrządzenia sobie krzywdy, współczesny człowiek przywykł do tworzenia sobie religijności lepiej dostosowanej do jego potrzeb i odciętej od wszelkiej transcendencji. Oddaje się jej bez zastrzeżeń, nie zdając sobie sprawy z tego, że jego nowa nieświadoma niewola jest gorsza od tej, z której chciał się uwolnić. Uwięziony poza sobą, oddala się od siebie. Stąd mnożące się kryzysy, które przywołują go do porządku.

Trzeba mu więc powrócić na drogę do siebie. Dotrzeć do intymnego wnętrza, gdzie w nieustannym wysiłku przekształcania tkana jest prawda. Jak nigdy dotąd człowiek jest dzisiaj wezwany do wejścia w siebie. Praca nad sobą polega na „rozszerzaniu przestrzeni namiotu”, innymi słowy na otwieraniu, na ile to możliwe, pola świadomości.

 

Intymny ruch życia wydaje się być powolnym i pracowitym wchodzeniem w posiadanie siebie. Zrozumiejmy się dobrze, czytelnik nie znajdzie tutaj nowej pochwały indywidualizmu ani wezwania do szacunku dla skrzywdzonego ego, które należałoby wyemancypować od ideałów i chronić przed innymi. To prawda, że tylko powoli i stopniowo zyskuje się świadomość, że ów ogród wewnątrz siebie, uważany za bezpiecznie ukryty, był w przeszłości uprawiany i obsiewany ideami, opiniami oraz świadomością innych – i to w stopniu większym, niż się sądziło. To prawda, że trzeba było najpierw nauczyć się przyjmować, być uczniem.

Grać swoją partię nut

Następny etap będzie polegał na przepracowaniu całego tego dziedzictwa i uczynieniu go swoim, aby zdobyć się na własną odpowiedź i w ten sposób odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Czy nie jest to droga stawania się odpowiedzialnym? Innymi słowy, chodzi o znalezienie w życiu odpowiedzi, dostosowanej do tego, czym mogę się stać, a czego jeszcze nie znam. Samo zaś uznanie, że nie znam, narzuca mi potrzebę ciągłego korygowania odpowiedzi, co bynajmniej nie jest ograniczeniem, ale staje się sposobem życia, moim własnym sposobem bycia żywym. Dlatego, jak wspomniałem, ów ruch (wysiłek związany z żałobą) polega na pozostawianiu za sobą jednego po drugim wszystkich niepotrzebnych obciążeń, które w przeszłości pozwoliły mi dojrzewać. Jest to, jak później zobaczymy, oddzielenie uwzględniające nasze prawo do mówienia „nie”, tego „nie”, które znajduje właściwą miarę szacunku dla siebie, bez popadania przy tym w całkowitą negację.

Praca nad sobą prowadzi do pytania: „W jaki sposób można być obecnym dla siebie?”. Owo „wewnątrz siebie” nie jest dla mnie schronieniem, szczelnym zamknięciem. Im bardziej „zstępuję” w siebie, tym lepiej zdaję sobie sprawę, że byłem i jestem przenikany przez wiele obcych mi rzeczy, bez których jednak nie mogłem się obejść przy „pisaniu” mojego życia, mojej partii nut. Świadomość ta uczestniczy we wspomnianym ruchu wchodzenia w posiadanie siebie.

Lubię porównywać życie do momentu kakofonii, jaką słychać podczas próby w miejscu przeznaczonym dla orkiestry, przed przybyciem dyrygenta. Każdy przy swoim pulpicie próbuje grać swoją partię i dostosować ją do gry innych instrumentów. Oczywiście obok pierwszych skrzypiec są i te, które nie są pierwsze. Ale wyobraźcie sobie, że ten, który trzyma trójkąt, nie zagra w odpowiednim momencie. Sparaliżuje to całą orkiestrę. Potem następuje chwila, kiedy dyrygent unosi batutę i każdy na swoim miejscu gra na własnym instrumencie partię, którą dano mu do wykonania. Wcześniej oczywiście muzyk musiał się nauczyć grać na swoim instrumencie. Ktokolwiek „ugiął się” pod wymogami nauki, wie, że jej powodzenie zależy przede wszystkim od zdolności bycia obecnym dla samego siebie, połączonej z głęboką i długotrwałą uwagą. Pisarz przy stole do pracy musi skupić uwagę na swojej intuicji oraz słowach służących jej wyrażeniu, malarz – na swym modelu, muzyk – na instrumencie i duchu kompozycji, ten, kto się modli – na niewidzialnej obecności itd.

W chwilach powrotu do siebie, podobnych do wspomnianych momentów podczas próby orkiestry, najbardziej uporczywym żalem, jaki może dotknąć naszą świadomość, jest ten, że biegało się tu i tam, robiło, co było do zrobienia, spełniało obowiązki stanu, jak to się często mówi, a ostatecznie w pożałowania godny sposób „zaniedbało się” siebie. W kryzysach przeżywanych ostentacyjnie przez tych, którzy podjęli ryzyko zaangażowania, słychać zawsze ten sam refren: „Nie szanowałem siebie”. Często wskutek fascynacji tym, co spektakularne – patrząc na rozwód zaprzyjaźnionego małżeństwa lub słysząc o księdzu zamierzającym porzucić kapłaństwo – zapomina się o cierpieniu, jakie poprzedziło to zerwanie. Także tutaj nie rozpoznaje się błędnej odpowiedzi na prawdziwe pytanie. Trzeba spróbować sobie wyobrazić siłę – nie zamierzam tu niczego usprawiedliwić – która sprawiła, że zerwali więzi, gotowi ściągnąć na siebie hańbę w środowisku, byle dłużej nie naruszać obowiązku szacunku dla siebie. Nie można bez końca siebie zdradzać.

Zawieszając na chwilę chęć osądzania, wyczuwa się za takimi decyzjami siłę wewnętrznego ciążenia, która nie zważa na żadne bariery moralne. Dla mnie, księdza i psychoanalityka, jest zresztą źródłem nieustannego zdziwienia to, że człowiek nie może uciec przed swoją prawdą, nawet jeśli wykazuje pewien opór przed dobrowolnym jej przyjęciem. Prędzej czy później będzie jednak musiał spotkać i przyjąć samego siebie.

Pierwsze odczytanie mogłoby się w tym dopatrzyć konsekwencji naturalnego prawa, zgodnie z którym każdy organizm szuka swojego punktu równowagi i nie może pozostawać poza nim, nie wywołując sygnału alarmowego. Tutaj znowu trzeba się nauczyć tego, by nie dać się nabrać odpowiedzi – może ona bowiem być nieadekwatna i zakrywać prawdziwe pytanie, które ją zrodziło. Wyznaję, że dochodzi tu do głosu typowy dla psychoanalityków odruch, aby dokładnie wypełnić nieporadny jeszcze zamiar respektowania ukrytego pragnienia. To ostatnie jest tak ściśle złączone z objawami, że oddzielenie go od nich staje się zadaniem bardzo delikatnym. Zawsze pojawia się pokusa radykalnego rozstrzygnięcia poprzez prymitywną interpretację albo pocieszające rady. Dobre ziarno i kąkol zawsze rosną razem. Kompulsywne próby wyrywania tego drugiego niczemu nie służą.

Odnalezione życie

Powrotowi do siebie towarzyszy pewnego rodzaju nostalgia, jak gdybyśmy zagubili coś z siebie, czego nie potrafimy zidentyfikować. „Zgubiłem się w drodze, ale trudno mi powiedzieć, co właściwie zgubiłem”. Bez tego pierwszego wyznania ten, kto tak mówi, mógłby popaść w depresję. Ale ukryte w nim pytanie otworzy drogę poszukiwania. Gdy nie wiem jeszcze, kim jestem, mogę przynajmniej uznać, kim nie jestem.

Jedno z dwojga: albo rozpaczam nad stratą i widzę w niej jakiś fatalizm („Co takiego zrobiłem Panu Bogu?”), albo przeciwnie, wybieram siebie wbrew wszystkiemu. Jest tak, jak gdyby nie wystarczyło żyć, aby pozostać przy życiu. Jakby życie musiało zostać wybrane, w przeciwnym bowiem razie…

Dzięki temu lepiej rozumiem przypowieść o zgubionej drachmie i kobiecie, która porusza niebo i ziemię w poszukiwaniu tej straconej, zaniedbując wszystkie, jakie jej pozostały. To, co zostało utracone, a potem odzyskane, daje więcej radości niż to, co zawsze było nasze4. Jak gdyby życie mogło pozostać żywe tylko pod warunkiem, że będzie stracone i odnalezione. Być może w ten sposób stajemy się uczestnikami naszego własnego przebudzenia, co, jak zobaczymy, pomaga w odbudowaniu szacunku dla samego siebie, będącego pierwszym motorem powrotu do siebie.

Celem jest więc określenie, czym powinna być praca nad sobą, chociaż trzeba przyznać, że wyrażenie „praca” nie jest zbyt szczęśliwe. Zdefiniowałem ją najpierw jako powrót do własnej intymności, przy czym wyraźnie widać, że nie jest to ani powrót triumfalny, ani gwarancja natychmiastowego pokoju. Wydaje się nawet, że ów powrót do siebie musi prowadzić przez jakąś strefę turbulencji. Tłumaczyłoby to opór, jakiego człowiek – i tak już mocno absorbowany przez sprawy zewnętrzne – doświadcza wobec pracy wewnętrznej.

Jednak pierwszą rzeczą, jaką sobie uświadamia, jest to, że musi przestać przed sobą uciekać. Że uniki mogą trwać tylko przez jakiś czas i że jego pierwszym obowiązkiem stanu jest konfrontacja z sobą, spotkanie z najgroźniejszym sędzią, jakiego kiedykolwiek spotkał – z sobą samym. Wtedy odkryje, że spojrzenie, jakie kieruje na siebie, jest tym samym, które kieruje na innych, a nawet na Boga. Tylko wskutek zaślepienia mogę wyjąć siebie spod reguły, którą uważam za powszechną. Oznacza to, że podczas pracy nad sobą napotyka się w drodze powody do żalu i rozczarowań, które trudno nam jest sobie wybaczyć i które psują nasz wewnętrzny obraz samych siebie. Oznacza to również, że praca nad sobą będzie polegała na odbudowaniu szacunku dla siebie, bardzo nadszarpniętego i podejrzewanego o pychę, egoizm bądź szukanie narcystycznych satysfakcji. Podejrzenia te słusznie oceniają niebezpieczeństwa zawarte w wymienionych wadach, jednak mylnie określają ich przyczyny. Jest to bowiem tylko rozpaczliwa próba obrony przed złym obrazem siebie.

To w głębi mnie samego otwierają się, czy tego chcę, czy nie, drzwi prowadzące do tego, co mnie zamieszkuje i pozwala mi być tym, czym jestem. Chodzi o odnalezienie tego własnego sposobu bycia w świecie, sposobu, który pozwoli mi następnie znaleźć zgodną z nim odpowiedź i stać się odpowiedzialnym w dosłownym rozumieniu tego słowa, to znaczy zdolnym do odpowiedzi…


1 Wyrażenie „demon południa” pochodzi z tradycji ojców pustyni i oznacza pokusę zniechęcenia nawiedzającą mnichów w połowie dnia. Tutaj odnosi się ono raczej do tzw. kryzysu wieku średniego, kiedy osoba osiągająca pełną dojrzałość wchodzi niejako w drugą połowę życia (przyp. tłum.).

2 Fragmenty biblijne pochodzą z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Biblii Tysiąclecia, Pallottinum, wyd. 5, Poznań 2002.

3 Marcel Gauchet, Le désenchantement du monde, Gallimard, Paris 1983. Por. Jacques Arènes, La quête spirituelle hier et aujourd’hui. Un point de vue psychanalytique, Cerf, Paris 2011.

4 Por. Jean-Louis Chrétien, L’espace intérieur, Éditions de Minuit, Paris 2014, s. 43.

Rozdział drugi

Ślepy punkt

To, czego w sobie nie widzę

Gdy chodzi o zauważenie u drugiego człowieka tego, co jest „nie tak”, nasz osąd jest nieodwołalny. Natychmiast narzuca się myśl, że powinien „porozmawiać ze specjalistą” albo przynajmniej „pracować nad sobą”, chociaż jednocześnie przeczuwamy, że nasze życzenie pozostanie niespełnione, a zainteresowany niczego takiego nie zrobi. Ten ślepy punkt – u innego – narzuca nam się z taką oczywistością, że bylibyśmy zdumieni, gdyby ktoś trzeci, słysząc naszą opinię, spróbował uczynić aluzję do znanej, lecz szybko zapominanej przypowieści o drzazdze i belce5. Przypowieść ta chce nas właśnie ostrzec przed naszą ślepotą, kiedy oślepieni odkryciem czyjegoś ślepego punktu, zapominamy o naszym. Owo „oślepienie” wynika z działania mechanizmu obronnego, którego używamy, gdy pojawia się jakaś forma lęku. Nie ma znaczenia to, czy źródłem lęku jest poczucie naszej bezsilności, czy toksyczności innego – mechanizm obronny jest tak skuteczny, że zakrywa nawet to, co go wywołało. Do tego stopnia, że pewność posiadania racji – stanowiąca zawsze zły znak – nie pozwala rozumowi działać i postawić sobie pytania: „Co takiego jest we mnie, co wywołuje jego ślepotę?”. Ponieważ kiedy „coś jest nie tak”, jedyną możliwą do pomyślenia zmianą jest zmiana w nas samych, z pewnością nie w innym. Byłby to pierwszy etap powrotu do siebie, początek pracy nad sobą. To, że ślepota innego jest tak oczywista, powinno wzbudzić w nas myśl, że jest taka również w nas. Podsumowując, można powiedzieć, że jest ona konstytutywna dla naszego sposobu bycia oraz stanowi sposób, w jaki jednocześnie ukazujemy się i ukrywamy zarówno przed innymi, jak i przed sobą.

Jak się rzecz ma z owym ślepym punktem i skąd się on bierze? To coś, czego nie mogę lub nie chcę widzieć, a co rzuca się w oczy tym, którzy mnie otaczają i cierpią na widok mojego cierpienia. Jakaś oczywistość, zdradzająca słaby punkt, często przejaw infantylizmu, chociaż wydawało mi się, że dobrze go w sobie ukryłem. Odruch strusia, przekonanego, że chowając głowę w piasek, staje się niewidzialny. Podobnie jak on wierzy, że nie widząc, nie jest widziany, nasza świadomość wierzy, że jeśli ona postara się nie wiedzieć, nikt się nie dowie. Otóż każda relacja z innym, ktokolwiek to jest, w większym niż chcielibyśmy stopniu powoduje nie tylko udział dwóch świadomości, dwóch wrażliwości, ale coś głębszego i głębiej przenikającego, bo pozostającego poza kontrolą – udział dwóch podświadomości. Innymi słowy podświadoma część tego, co daję i otrzymuję, jest aktywniejsza niż część świadoma. Co pozwala mi powiedzieć, że podświadomość to już inny we mnie6. Ten udział obu podświadomości wyjaśnia wiele reakcji, które zbyt pośpiesznie określa się jako instynktowne, jak na przykład poczucie natychmiastowego porozumienia albo niechęci. Ślepy punkt powstał więc stopniowo w trakcie tych wszystkich nieuświadomionych spotkań jako odpowiedź, która stała się przyzwyczajeniem, a ostatecznie może się okazać nieadekwatna, a nawet szkodliwa tak dla mnie, jak i dla innych.

 

Do tego opisu trzeba dodać jeszcze jeden element. Ślepy punkt funkcjonuje jako środek stawiania oporu rodzącym się w nas pytaniom o nas samych, jednak niczemu nie służy ujawnianie go w sposób frontalny. Jest to mało skuteczne, a nawet może wzmocnić jego opór. Serge Tisseron z humorem wkłada w usta młodej bohaterki komiksu następujące słowa: „Nie wiem, co znaczy histeryczka, ale wydaje mi się, że im częściej to słyszę, tym bardziej się taka staję”7.

„Praca” nie polega na poznaniu – bo ślepy punkt nie jest czymś, o czym nie wiemy, ale czymś, o czym nie chcemy i nie możemy wiedzieć – lecz na wydobyciu tego, co spowodowało moją obronę siebie i utrudnia mi dostęp do mojej prawdy.

Uśpiona świadomość

Obawiając się ujawnienia, ślepy punkt ukrywa się i poszukuje wspólników. Pozwala to schronić się przed wszelkim zbyt bezpośrednim pytaniem. Ślepy punkt szuka więc innych, podobnych sobie, co czyni go jeszcze trudniejszym do zauważenia. Zatopiony w grupie każdy z naszych ślepych punktów może pozostać w ukryciu, trzymając na dystans uśpioną świadomość i w ten sposób osłabiając jej wołanie o odpowiedzialność. Wiele grup zawdzięcza swą spójność temu wzajemnemu zaślepieniu. To, że inni myślą i działają tak, jak ja myślę i działam, dostarcza mi uzasadnienia, by nie zadawać sobie pytań. Aż do dnia, kiedy jeden z członków grupy, dotknięty osobistym doświadczeniem – chorobą, żałobą lub innym wydarzeniem powodującym „pęknięcie” – wchodzi w siebie, łamie zmowę milczenia i we własnym wnętrzu zadaje sobie pytania o swój nieświadomy współudział. Tym, co pozwala usłyszeć siebie w prawdzie, jest siła wypowiedzianego „nie”. Powiedzieć, że grupa nie reaguje dobrze, to niewiele powiedzieć. Ileż sióstr i braci ze wspólnot zakonnych zostało do mnie przysłanych przez swych przełożonych z powodu osobistych problemów, owszem niezaprzeczalnych, niemniej jednak ujawniających też ślepe punkty ich wspólnot. Dla tych ostatnich była to może okazja, by zadać sobie ważne pytania. Czy naprawdę tego chciały? A może wolały zaciemnić sprawę i zrzucić problem na siostrę czy brata? „Ksiądz patrzy na to jednocześnie z obu stron, jako kapłan i psychoanalityk – proszę mi powiedzieć: to można wytłumaczyć psychologicznie, prawda?”. Cóż za olbrzymi ślepy punkt – zapominać, że grupa nieświadomie wyznacza kozła ofiarnego, którego potrzebuje do zachowania własnej spójności. Pamiętając o ofierze samego Mistrza, chrześcijanie powinni być tego świadomi. Jak jednak widać, nie są tacy w wystarczającym stopniu.

Zdarzało mi się słyszeć o osobliwych cierpieniach we wspólnotach zakonnych, gdzie pod pretekstem dogmatycznej ortodoksji dopuszczono do rozwoju szczególnie poważnych perwersji. Rygorystyczne odwoływanie się do pism założyciela – stary dylemat: litera czy duch – pozwalało pozostawić na boku duże strefy cienia. Kiedy jakiś naiwny jeszcze członek wspólnoty zastanawiał się nad tymi strefami, powoływano się na grzeszną naturę człowieka oraz Boże miłosierdzie, okrywające naszą słabość swym szerokim płaszczem. Czyżby Bóg miał tak niewiele szacunku dla ludzkiej zdolności do nawrócenia, że lekceważyłby wszelki osobisty wysiłek, topiąc go w oceanie miłosierdzia?

Pierwszymi w odkrywaniu ślepych punktów wspólnoty, mistrzami przenikliwości w dziedzinie słabych punków innych osób, są właśnie najbardziej zepsuci. Dlatego pojawiają się oni wszędzie tam, gdzie ślepy punkt, niczym puste miejsce, opróżnione z wszelkich możliwych pytań, służy ich manipulacjom i uzasadnia nadużycia władzy: „To nie ja tego wymagam, siostro, ale reguła! Zresztą, zawsze tak było”. Ślepy punkt osiąga niekiedy takie rozmiary, że owi „zepsuci”, działając w jego cieniu, wpadają w osłupienie, gdy próbuje się ich skonfrontować z ich manipulacjami. Obecny we wspólnocie ślepy punkt dosięga w końcu ich sumienia i podsuwa łatwe usprawiedliwienie dla skrywanego pęknięcia. Potężny opór, na jaki się wówczas napotyka, staje się bardziej zrozumiały, jeśli wziąć pod uwagę poziom skomplikowania i splątania zabiegów oraz kompromisów, które czerpią z istnienia ślepego punktu pewne korzyści, a niekiedy nawet udaje im się wymazać jego kontury. Ślepy punkt stał się prawdziwą czarną dziurą, ostatecznym zwycięstwem perwersji, która zdołała tak zręcznie spleść dobro i zło, że chcąc ujawnić to drugie, ryzykuje się wyrwanie dobrego ziarna wraz z kąkolem. Aby wyjść jakoś z tej ciemnej wizji, trzeba powiedzieć, że w każdym, nawet najbardziej zamkniętym systemie, znajduje się w końcu słaby punkt. Często też wśród członków wspólnoty pojawia się ktoś, kto w następstwie osobistej przemiany domaga się, niekiedy wbrew sobie, ujawnienia tego, czego nikt nie chciał widzieć. Trzeba jednak jeszcze, aby wspólnota była gotowa to usłyszeć.

Usprawiedliwieniem tej niezbyt przyjemnej podróży do krainy perwersji niech będzie konieczność przekonania nas – jeśli była taka potrzeba – że przyciągająca siła wewnętrznej prawdy, która działa w każdym człowieku, zwłaszcza kiedy staje się on na nią uważny, może pokonać wszelki totalizujący system. Określam więc uświadomienie sobie istnienia ślepego punktu jako początek pracy nad sobą.

To powiedziawszy, moglibyśmy więc wrócić do początku rozumowania, dziwiąc się, że można w ogóle oszukiwać samego siebie. Rzeczywiście zdarza nam się sądzić, zwłaszcza w odniesieniu do ślepego punktu u bliźniego, że odrobina jasnego myślenia i silnej woli zdołałyby pokonać ślepotę. Oznacza to, że zapominamy, iż ta ostatnia pełni jeszcze inną, specjalną funkcję psychiczną. Moją hipotezą jest, że chroni nas ona przed czymś, co nam zagraża, przed owym cieniem, który każdy z nas nieświadomie niesie w głębi siebie.


5 „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?” (Łk 6,41).

6 Por. Jean-François Noel, Le désir inconscient de Dieu, DDB, Paris 2000.

7 Serge Tisseron, Bulles de divan, Calmann – Lévy/Ramsay, Paris 2001.