Bezpieczna przystańTekst

Z serii: Bracia Warner #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książkę tę dedykuję wszystkim osobom,

które przygodę z romansem rozpoczęły,

kradnąc książkę mamie.


Jesteście moimi bratnimi duszami!



Prolog


Sześć miesięcy wcześniej…

Emrys

To wyłącznie moja wina, że ci uzbrojeni faceci nas złapali.

Wiedziałam, że chcą nas skrzywdzić. Wiedziałam też, że są szybsi od nas na tych swoich quadach i motocyklach terenowych. Że nie zawahają się nas zabić.

Wyrzucali ciała do rzeki jak jakieś śmieci. Byłam pewna, że jeśli nas dogonią, czeka nas ten sam los. Byli gotowi sięgnąć po ekstremalne środki, aby tylko ochronić akry nielegalnej uprawy marihuany ukrytej głęboko w lasach stanu Wyoming. Nie mogli nam pozwolić na opuszczenie tych terenów. Za pewne tajemnice ludzie są w stanie zabić... A to była jedna z nich.

Wiedziałam o tym wszystkim, a mimo to zmusiłam Suttona Warnera, żeby się zatrzymał. Nie byłam tak dobrym jeźdźcem jak on, a trzeba przyznać, że narzucił mi iście szaleńcze tempo, chcąc doprowadzić mnie bezpiecznie z powrotem na swoje rodzinne ranczo. Pozostali uczestnicy wyprawy podzielili się na dwie mniejsze grupy i rozeszli w różnych kierunkach, by uciec uzbrojonemu gangowi, chroniącemu uprawę marihuany.

Ja i Sutton tworzyliśmy najmniejszą grupę, ale z zawrotną wręcz prędkością przedzieraliśmy się przez gąszcz. Chcieliśmy się jak najszybciej dostać na ranczo i wezwać pomoc – zanim komukolwiek z pozostałych uczestników stanie się krzywda. Myśleliśmy, że będziemy najszybsi, ale nie mogliśmy w żaden sposób porównać naszego tempa do pozostałych dwóch grup. Starszy brat Suttona miał już pewne obrażenia, a inny członek wyprawy został poważnie ranny po tym, jak gang zaatakował nasz obóz i zaczął nas ostrzeliwać. W mgnieniu oka sprawy przybrały dramatyczny obrót. To był koniec spokojnej i beztroskiej wyprawy w góry, na którą namówiłam swoją najlepszą przyjaciółkę. Od tamtej pory zaczął się wyścig o życie, podczas którego uciekaliśmy przed uzbrojonymi po zęby gangsterami.

Sutton nie chciał się zatrzymać, chociaż brakowało mi już tchu i ledwo trzymałam się w siodle. Nie zrobiliśmy przerwy, od kiedy rozdzieliśmy się z tamtymi. Nie mieliśmy czasu na odpoczynek, zjedzenie czegokolwiek ani nawet na zastanowienie się nad zagrożeniem. Mój koń również zaczynał wykazywać oznaki zmęczenia. Wyczerpane zwierzę potykało się, stawiało opór, gdy szarpałam za lejce i uderzałam piętami w jego boki. Całe ciało miałam obolałe, do tego wzrok zaczął mi się rozmazywać, więc ledwo widziałam tego wielkiego blondyna pędzącego przede mną. Prawie się do mnie nie odzywał, odkąd ruszyliśmy w las. Do diabła, wcześniej też niewiele mówił. Nawet nie próbował ukrywać, że jestem dla niego ciężarem w tej sytuacji. Nie omieszkał wspomnieć, raz czy dwa, że beze mnie zajechałby już dwa razy dalej. Nie był serdeczny ani nawet uprzejmy. Nie zawracał sobie głowy podnoszeniem mnie na duchu.

A jednak zatrzymał się, gdy powiedziałam mu, że potrzebuję przerwy, i zrobiłby wszystko, co w jego mocy, aby zapewnić mi bezpieczeństwo. Pozostawał czujny i uważnie obserwował otoczenie, całkowicie skupił się na zadaniu. Z pewnością martwił się też o swoich braci, którzy byli przewodnikami na naszej wyprawie i poprowadzili przez las pozostałe dwie grupy. Wiele się wydarzyło w ciągu ostatniego tygodnia, ucieczka od zabójców stanowiła tylko wierzchołek góry lodowej. Moja najlepsza przyjaciółka znajdowała się gdzieś pośrodku tej dziczy, a towarzyszył jej starszy brat Suttona; tak jak my usiłowali wyjść cało z tego chaosu. Na szczęście najstarszy Warner bardzo ją polubił i nie traktował jej jak… ciężaru.

Sutton się zatrzymał, ale nie krył zdenerwowania. Najwyraźniej uważał to za fatalny pomysł, tylko że ja ledwo się trzymałam w siodle. Od godziny miałam zupełnie zdrętwiały tyłek. Mój koń potknął się i przechylił na bok, ale byłam zbyt wyczerpana i odrętwiała, aby odpowiednio na to zareagować. Osunęłam się na ziemię z krzykiem, a towarzyszący mi blondyn zaklął cicho pod nosem.

Zatrzymał swojego nakrapianego appaloosa i zsunął się z siodła jednym płynnym ruchem. Pewnie zachwyciłaby mnie jego zwinność, gdybym nie była tak bliska utraty przytomności. Przed wyjazdem na tę wyprawę przeczytałam mnóstwo romansów o seksownych kowbojach i krzepkich farmerach. Zawsze skrycie marzyłam o przystojniaku w obcisłych dżinsach i kowbojskich butach – wydawał mi się wzorem prawdziwego mężczyzny, co to potrafi sam upolować kolację czy wymienić koło, a w dodatku wie, jak zadbać o kobietę, w sypialni i poza nią.

W San Francisco nie znałam nikogo takiego. Przyjaźniłam się raczej z artystami i poetami. Przyciągałam też do siebie aktorów i muzyków. Ciągle natrafiałam na facetów z branży artystycznej, którzy nie mieli stałych dochodów i którym bardziej niż na mnie zależało na tym, bym zapewniła im dach nad głową.

Wpadłam w zachwyt, kiedy po przyjeździe na ranczo Warnerów zostałyśmy powitane przez trzech zupełnie różnych kowbojów. Moja najlepsza przyjaciółka Leo nazwała najstarszego z braci, Cyrusa Warnera, „niezupełnie prawdziwym kowbojem”. Miała rację. Przypominał raczej dyrektora generalnego jeżdżącego na motocyklu aniżeli ranczera. Był wielki, szorstki i groźny. Wydawał się wręcz niebezpieczny. Miał specyficzny, zaskakujący styl jak na człowieka mieszkającego na oddalonym od cywilizowanego świata ranczu i równie łatwo można by go sobie wyobrazić na sali konferencyjnej wielkiej korporacji, jak w stajni pełnej koni. Taki kowboj wyższego szczebla. To on zamienił podupadające ranczo w ośrodek turystyczny przynoszący zyski.

Najmłodszy Warner, Lane, wyglądał z kolei na stereotypowego kowboja. Miał jasnoniebieskie oczy, falowane ciemne włosy i mocno opaloną skórę. Nosił ciasne wranglery, a na nieprzyzwoicie przystojnej twarzy rozciągał się rozbrajający uśmiech, który zaświadczał o doskonałym opanowaniu sztuki wykorzystywania własnego uroku. Przypominał jednego z tych mężczyzn z kalendarza, których fotografuje się bez koszulki ze źrebakiem lub jakimś innym zwierzęciem na ręku. Kwintesencja wyobrażeń o kowboju! Dziewczęta z miasta na pewno padały na jego widok.

Sutton był dziwną mieszkanką obu braci. Ze swoimi zmierzwionymi blond włosami i ciemnozielonymi oczami miał bardziej tradycyjną urodę niż oni. Był niższy od Cyrusa, ale wyższy od Lane’a, chociaż żaden z nich nie mógł narzekać na niski wzrost (na co zresztą od razu zwróciłam uwagę, gdyż sama należę do wysokich kobiet). Nosił typowe kowbojskie buty i wygodne dżinsy, ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kto lubi przebywać na ranczu, a przynajmniej nie tak bardzo jak pozostali Warnerowie. Nie wydawał się tak surowy jak jego milczący starszy brat, za to przemawiał niegrzecznym, sarkastycznym tonem, znacznie ostrzejszym niż jego uprzejmy młodszy brat. Poruszał się pewnie po swojej ziemi, ale w każdym jego kroku dało się wyczuć jakąś skrywaną złość. Nie ulegało wątpliwości, że jest prawdziwym kowbojem i że wcale go to nie cieszy. Zdecydowanie męczył się w tej roli. Oczywiście to właśnie na niego zwróciłam uwagę, a już od dłuższego czasu nikt mnie szczególnie nie zainteresował.

Zawsze pociągali mnie chłopcy z problemami, pragnęłam ich naprawiać. Co jakiś czas angażowałam się w pomaganie jakiemuś zranionemu ptakowi, trafiającemu do mojego gniazda.

Sutton wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. Chwyciłam ją, a on przyciągnął mnie do siebie i nagle moje dłonie wylądowały na jego muskularnej klatce piersiowej. Stałam z głową odchyloną do tyłu, dzięki czemu mogłam spojrzeć mu prosto w oczy. Zapłonęły żarem, gdy do niego przylgnęłam. Ewidentnie nie chciał dać po sobie poznać, że tak na niego działam, bo zacisnął usta w cienką linię.

– Wszystko w porządku, Em? – zapytał szorstkim głosem, a ja bardzo chciałam wierzyć, że pyta o to nie tylko z powodu swojej słabo ukrywanej niecierpliwości, lecz także z autentycznej troski.

Na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że zwróciłam na niego uwagę. Być może ja także mu się spodobałam. Jeśli tak, nie wydawał się z tego powodu szczęśliwy.

Pochyliłam głowę i wypuściłam powietrze.

– Nic mi nie jest – odparłam. – Potrzebuję tylko kilku minut. Nie jestem przyzwyczajona do takiego wysiłku i adrenaliny. Serce mi chyba zaraz wyskoczy z piersi.

Nie mówiąc już o obtartych od jazdy na koniu udach.

Przyłożyłam dłoń do piersi, serce waliło mi jak oszalałe, jego wzrok podążył za tym ruchem. Zamrugał kilka razy i odsunął się ode mnie nagle, jakby moja skóra porosła cierniami.

– Zabiorę konie nad rzekę, żeby je napoić – oznajmił. – Znajdź jakieś osłonięte miejsce, w którym będziesz się mogła ukryć i poczekać na mnie. Rozprostuj nogi. Jeszcze tylko jeden dzień intensywnej jazdy i znajdziemy się na ranczu. Po powrocie będziesz mogła odpoczywać, ile tylko zechcesz. Musisz zagryźć zęby, Em. Leo na ciebie liczy.

 

Oczywiście musiał wspomnieć o mojej najlepszej przyjaciółce znajdującej się w niebezpieczeństwie. To z mojej winy wpadliśmy w tarapaty, to ja uznałam, że wyprawa na odludzie będzie doskonałym sposobem na uleczenie jej złamanego serca. Nie podejrzewałam jednak, że uzdrowi ją najstarszy Warner, a nie sama wyprawa.

Już miałam odpowiedzieć Suttonowi, że schowam się za wielką sosną, gdy rozległ się pierwszy strzał. Ktoś trafił w jego konia i zwierzę rzuciło się do ucieczki. Serce mi się ścisnęło, gdy usłyszałam przeraźliwe rżenie. Sutton natychmiast powalił mnie na ziemię. W tym momencie usłyszeliśmy warkot silników, a mój koń zatańczył nerwowo.

Nie byliśmy wystarczająco szybcy, nie zdołaliśmy uciec dostatecznie daleko. W dodatku wymusiłam postój, chociaż wiedziałam, jak bardzo jest to niebezpieczne.

Okrążyły nas motocykle. Schowałam twarz w szyi Suttona, osłaniającego mnie swoim wielkim ciałem, i tylko kątem oka ujrzałam cztery karabiny automatyczne skierowane w naszą stronę. Jakiś mężczyzna zszedł z pojazdu, zbliżył się do nas i mocno kopnął Suttona w żebra. Miałam wrażenie, że bandyta pogruchotał mu kości, ale dzielny kowboj wydał z siebie tylko cichy jęk, po czym ścisnął mnie mocniej i kazał mi zachować spokój.

Krzyczałam na całe gardło, gdy odciągnęli go ode mnie i przyłożyli mu lufę pod uniesiony wyzywająco podbródek. Facet, który go kopnął, schylił się i złapał mnie za kucyk. Szarpnął brutalnie i przyciągnął moją głowę do siebie. Wbijał we mnie swój pożądliwy wzrok, nie ukrywając, jakie ma zamiary.

– Przyjadą po ciebie, jak tylko zdadzą sobie sprawę, że zaginęłaś – zwrócił się do mnie bandyta. – Puścimy wolno rannego konia, żeby się domyślili, kto się tobą zajął. A w międzyczasie się zabawimy. Tkwimy w tych górach naprawdę bardzo, bardzo długo. Oddalibyśmy wszystko za odrobinę rozrywki. – Odwrócił się do swoich kolegów, podniósł rękę i ogłosił: – Chłopcy, poznajcie waszą nową zabawkę.

Uśmiechnął się do mnie złowrogo, aż żołądek skręcił mi się w ciasny supeł.

– Nie dotykaj jej! – krzyknął Sutton.

Nie zważając na to, że bandyci mają nad nim zdecydowaną przewagę, rzucił się na zbira, który trzymał mnie w łapach. Daremny wysiłek. Stojący z tyłu opryszek uderzył go w głowę kolbą karabinu i Sutton padł bezwładnie na kolana. Karmazynowa krew spływała obficie po jego jasnych włosach. Potrząsnął głową, po czym opadł na ziemię, usiłując podtrzymać się jeszcze na rękach. Facet, który go uderzył, zamachnął się ponownie, a ja krzyknęłam i mimowolnie wyrwałam się w kierunku napastnika, żeby go powstrzymać.

Poczułam szarpnięcie za włosy. Opryszek chwycił mnie brutalnie za twarz i warknął:

– Jeśli będziesz walczyć i utrudniać nam powrót do obozu, wpakuję mu kulkę między oczy. Jeden zakładnik nam wystarczy.

Spojrzałam bezradnie na nieprzytomnego kowboja leżącego na ziemi i łzy spłynęły mi po policzkach. Sutton wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że nie powinniśmy się zatrzymywać. Według niego od rancza dzielił nas tylko jeden dzień jazdy. To wszystko moja wina… Znowu. Jeśli coś mu się stanie, ja będę za to odpowiedzialna. Skinęłam sztywno głową i otarłam łzy.

Mężczyźni przerzucili jego bezwładne, zakrwawione ciało przez grzbiet konia. Mnie związali z przodu ręce i zmusili do wejścia na quada. Całą drogę przez las trzymali broń wycelowaną w moją stronę, a ja nie mogłam powstrzymać płaczu. Rozpaczliwie pragnęłam uciec, przemknęło mi przez myśl, żeby zeskoczyć z pojazdu, ale wówczas zastrzeliliby Suttona. Nie zasłużył na śmierć tylko dlatego, że byłam słaba i nie umiałam się utrzymać na koniu.

Gdy dotarliśmy do ich prowizorycznego obozowiska, facet, który mnie pojmał, wciągnął mnie do jednego z białych namiotów i popchnął na brudny, śmierdzący materac. Jakiś mężczyzna rzucił Suttona na ziemię. Nawet się nie zorientowałam, kiedy mój oprawca rozciął mi nożem koszulkę i biustonosz, obnażając klatkę piersiową.

Nie mogłam pozostać bierna. Musiałam o siebie zawalczyć. Kopnęłam go w klatkę piersiową i uderzyłam związanymi rękami. Wyrywałam mu się, nawet gdy wbił we mnie nóż, którym wcześniej rozerwał mi ubrania. Z rany trysnęła krew. Krzyczałam tak głośno, że wepchnął mi moją podartą koszulkę do ust. Ugryzł mnie mocno w sutek i zebrało mi się na wymioty. Przycisnął mnie do materaca, trzymając mi rękę na twarzy; ledwo mogłam oddychać. Zdjął ze mnie resztę ubrań. Chciałam zniknąć. Było tam jeszcze dwóch innych opryszków. Obaj trzymali w rękach spluwy i ślinili się na widok mojego nagiego ciała. Wyglądali na coraz bardziej podnieconych i zadowolonych z powodu nagości oraz z tego, że usiłuję walczyć.

Jakimś cudem udało mi się związanymi dłońmi uderzyć obmacującego mnie mężczyznę w głowę. Wierzgnęłam nogami i już miałam go kopnąć w jaja, gdy wbił mi w policzek brudny nóż, lśniący od mojej krwi. Zamarłam z przerażenia. Poczułam, jak ostrze zanurza się w miękkiej skórze ku uciesze oprawcy.

– Myślisz, że jesteś dla mnie za dobra i zasługujesz na kogoś lepszego niż ja? Na coś lepszego niż to? – zapytał. – Wszystkie suki są takie same. Zobaczymy, jaka będziesz wyjątkowa, gdy zmasakruję ci twarz. Będziesz błagała takich mężczyzn jak ja, żeby cię wzięli i odpowiednio się o ciebie zatroszczyli. Nikt cię już nie zechce, gdy wyrzeźbię swoje inicjały na twojej skórze.

Znów przeciągnął mi nożem po ciele, a ja miałam wrażenie, że tonę we własnej krwi. Strużka ciekła mi do uszu, ust i po szyi. Od jej smaku zbierało mi się na wymioty.

Mężczyzna rozciął mi skórę od klatki piersiowej aż do brzucha. Kiedy poczułam ostrze między nogami, zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić o śmierć. Naprawdę chciałam umrzeć. Wbił mi zęby w skórę. Zamarłam zszokowana. Nikt jeszcze nie dotknął mnie wbrew mojej woli, nigdy nie czułam się tak bezradna. Straciłam wiarę w to, że przeżyję. Poczułam między moimi nogami szorstkie palce i ostrze wbijające się w miękkie wnętrze uda. Wydałam stłumiony szloch z zakneblowanych ust. Bezskutecznie próbowałam się wyrwać oprawcy. Wiedziałam, że za chwilę zdarzy się coś, co zmieni mnie na zawsze, o ile to przeżyję, ale nic nie mogłam z tym zrobić.

Nagle dostrzegłam zamieszanie w miejscu, gdzie byli pozostali mężczyźni, niecierpliwie czekający na swoją kolej, aby się mną zabawić. Sutton odzyskał przytomność i właśnie rozpętał piekło. Udało mu się wykraść broń bandytom, stracili czujność, zajęci przyglądaniem się tym scenom przemocy. Zastrzelił jednego z nich, zanim drugi zdołał się na niego rzucić. Kiedy zaczęli walczyć o broń, leżący na mnie bandyta zerwał się na równe nogi. Przestępca właśnie podciągał spodnie i sięgał po swój pistolet, kiedy rozległ się kolejny strzał. Mężczyzna walczący z Suttonem zwalił się na ziemię. Mój wybawca stanął na chwiejnych nogach, trzymając mocno czarny pistolet, jakby nie czuł krwawiącej obficie rany na głowie.

– Puść ją – zażądał.

Stali twarzą w twarz, żaden z nich nie zamierzał ustąpić.

– Dlaczego miałbym to zrobić? – zapytał bandyta. – Dopiero się rozkręcam.

Byłam cała we krwi, wszędzie miałam ślady po jego ugryzieniach. Nie mówiąc o porozcinanej nożem skórze. Nie przeżyłabym dalszej zabawy.

– Więcej jej nie dotkniesz – oznajmił Sutton chrapliwym głosem, mrożąc mężczyznę lodowatym spojrzeniem.

Podniosłam się, żeby wsunąć spodnie i podartą koszulę, co okazało się niełatwe, bo ręce miałam związane, a palce ślizgały się od krwi. Udało mi się okryć klatkę piersiową, ale materiał natychmiast zabarwił się na czerwono. Kiedy do namiotu wszedł kolejny mężczyzna, wstałam i rzuciłam się w kierunku Suttona.

Obcy emanował tak złowrogą energią, że aż zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Spojrzał na podziurawionych kulami zbirów, którzy leżeli martwi na ziemi, po czym wyciągnął pistolet i bez słowa ostrzeżenia dwukrotnie strzelił kowbojowi w pierś. Na jego twarzy nie zobaczyłam ani śladu wyrzutów sumienia, gdy patrzył, jak blondyn pada na ziemię. Krzyknęłam przerażona. Położyłam Suttonowi dłoń na plecach. Słyszałam, jak walczy o oddech, i patrzyłam, jak blednie. W końcu oczy mu się wywróciły i ciało zwiotczało. Ujęłam jego głowę i ułożyłam na swoich kolanach.

– Jak mogłeś do tego dopuścić? – zwrócił się do mojego oprawcy mężczyzna z pistoletem, kiwnąwszy w stronę dwóch martwych facetów. Bandyta, który prawie mnie zgwałcił, wzruszył ramionami.

– Byłem zajęty, a kowboj okazał się bardziej zdeterminowany, niż myślałem.

Mężczyzna, najwyraźniej dowódca, skierował na niego pistolet i pociągnął za spust równie chłodno i spokojnie jak wtedy, gdy strzelił do Suttona.

– Nie mamy czasu na rozrywki – skwitował.

Mój oprawca padł martwy, a jego egzekutor odwrócił się do mnie. Mamrotałam coś cicho do Suttona, modliłam się, żeby mi odpowiedział. Czułam, jak jego puls słabnie. Umierał na moich oczach.

– Ten człowiek jest już martwy – zwrócił się do mnie facet z pistoletem, jakby czytał mi w myślach. – Nikt z was nie opuści tego terenu żywy.

Mylił się. W obu przypadkach.

Sutton otarł się o śmierć... A jednak żył.

Patrzyłam, jak siły go opuszczają, oczy ciemnieją, a pierś nieruchomieje, ale się nie poddawał. Ci handlarze narkotyków nie mieli pojęcia, jak uparci są Warnerowie ani jak bardzo chronią się nawzajem.

Nie minęła nawet minuta, gdy Cy zjawił się znikąd z całą kawalerią. Zdołał uratować nas oboje. Chyba tylko dzięki opatrzności Sutton przetrwał lot do Billings w Montanie i trudną, długą operację.

Zawdzięczam mu życie. I dużo więcej.

Chciałam przy nim zostać.

Pragnęłam trzymać go za rękę i mu dziękować.

Zatroszczyć się o niego, jak on zatroszczył się o mnie.

Naprawić go.

I pozwolić sobie zakochać się w nim, bo byłam pewna, że mogłabym go pokochać. Nikt nigdy nie zadbał o mnie tak jak on. Przyjął za mnie kulę, ryzykując własnym życiem.

A jednak gdy tylko otworzył oczy, kazał mi odejść. Nie mógł mówić z powodu rurki w gardle, ale tak się zdenerwował na mój widok, że zmusił swoich braci, by dali mu komórkę. Napisał wiadomość, że nie życzy sobie mnie widzieć. Nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.

Potrzebowałam czasu, żeby się z tym pogodzić. Nie mogłam mieć mu tego za złe. W końcu to przeze mnie znalazł się w opłakanym stanie. Poświęcił się, żeby mnie ratować, i najwyraźniej tego pożałował. Miał przecież rodzinę i córeczkę, o którą musiał zadbać. Mało brakowało, a dziewczynka straciłaby przeze mnie ojca.

Chciał, żebym zniknęła z jego życia, więc to zrobiłam.

A potem zrezygnowałam z pracy, odrzuciłam przyjaciół i rodzinę. Odepchnęłam od siebie wszystkich, którzy próbowali mi pomóc.

Cokolwiek robiłam, gdziekolwiek przebywałam, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że mam z Suttonem niedokończone sprawy. Wciąż o nim myślałam i wszystkie moje odczucia w jakiś sposób się z nim wiązały. Wszędzie mi towarzyszył. Zostawiłam kawałek siebie i swojego serca przy kowboju, który uratował mi życie. Wiedziałam, że muszę do niego wrócić, żeby je odzyskać, jeśli mam kiedykolwiek ruszyć naprzód i być szczęśliwa.