Ty, ja i fejs

Tekst
Autor:Jay Asher
Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Carolyn Mackler

Jonasowi, Milesowi i Leifowi Rideoutom

Jay Asher

JoanMarie i Isaiahowi Asherom

Naszej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości

Jest rok 1996 Mniej niż połowa licealistów choć raz w życiu używała Internetu.

Facebook zostanie założony dopiero za kilka lat.

Emma i Josh za chwilę zalogują się do swojej przyszłości.

niedziela

1://Emma

Nie mogę zerwać dzisiaj z Grahamem, choć zapowiedziałam przyjaciołom, że już naprawdę to zrobię, jak tylko go spotkam. Zamiast tego więc ukrywam się w swoim pokoju i próbuję uruchomić komputer, gdy Graham tymczasem gra sobie we frisbee w parku po drugiej stronie ulicy.

Komputer wysłał mi w prezencie tata. Znów ma wyrzuty sumienia. Zeszłego lata, nim wyprowadzili się z moją macochą z Pensylwanii na Florydę, oddał mi kluczyki do swojej starej hondy i rozpoczął nowe życie. Właśnie urodziło im się pierwsze dziecko, więc dostałam komputer, Windowsa 95 i kolorowy monitor.

Przeglądam rozliczne wygaszacze ekranu, gdy ktoś dzwoni do drzwi. Zostawiam to mamie, bo nie mogę się zdecydować, czy wolę labirynt z poruszających się cegiełek, czy plątaninę rur. Mam tylko nadzieję, że w drzwiach na dole nie stoi Graham.

– Emmo! – woła mama. – Przyszedł Josh!

Hmm. Tego się akurat nie spodziewałam. Josh Templeton mieszka w sąsiedztwie. W dzieciństwie bezustannie biegaliśmy w tę i z powrotem między naszymi domami. W naszych ogródkach rozbijaliśmy namiot albo budowaliśmy forty, a w sobotnie poranki Josh przychodził do mnie ze swoją miską płatków, żeby razem oglądać kreskówki. Jeszcze w liceum zawsze się ze sobą trzymaliśmy. Ale w listopadzie wszystko się zmieniło. W szkole nadal jemy razem lunch z całą naszą paczką, ale od sześciu miesięcy Josh ani razu nie był u mnie w domu.

Decyduję się w końcu na wygaszacz z cegłami i schodzę na dół. Josh stoi na werandzie i lekko kopie framugę sfatygowanym trampkiem. Jest dopiero w drugiej klasie liceum, o rok niżej ode mnie. Ma jak zawsze potargane, rudawe włosy i nieśmiały uśmiech, ale urósł w tym roku dobre kilkanaście centymetrów.

Patrzę, jak samochód mamy zjeżdża tyłem z naszego podjazdu. Mama trąbi i macha nam, a potem wykręca na ulicę.

– Twoja mama powiedziała, że cały dzień nie wyszłaś z pokoju – mówi Josh.

– Uruchamiam komputer – odpowiadam, żeby uniknąć tematu Grahama. – Jest całkiem fajny.

– Następnym razem, jak twoja macocha zajdzie w ciążę, powinnaś namówić tatę na komórkę.

– Taaa, jasne.

W epoce przed listopadem nigdy byśmy tak dziwacznie nie stali w drzwiach. Mama po prostu wpuściłaby go do środka, a on pobiegłby prosto do mojego pokoju.

– Mama kazała ci to przynieść – mówi Josh i podaje mi CD-ROM. – America Online daje sto darmowych minut, jeśli się do nich zapiszesz. Przysłali nam to w zeszłym tygodniu.

Nasza wspólna kumpela Kellan też od niedawna ma AOL-a. Piszczy za każdym razem, gdy dostaje od kogoś wiadomość. Spędza godziny pochylona nad klawiaturą, gadając na czacie z ludźmi, którzy nawet nie chodzą do naszej szkoły.

– A wy tego nie chcecie? – pytam.

Josh kręci głową.

– Moi rodzice nie chcą Internetu. Mówią, że to strata czasu, a do tego mama jest przekonana, że na czatach siedzą sami zboczeńcy.

Wybucham śmiechem.

– Dlatego mnie to daje?

Josh wzrusza ramionami.

– Powiedziałem o tym twojej mamie i stwierdziła, że możesz się podłączyć, jeśli założysz jej i Martinowi konta e-mailowe.

Na dźwięk imienia Martin odruchowo przewracam oczami. Mama wyszła za niego latem, oświadczając wszem i wobec, że tym razem odnalazła prawdziwą miłość. Tylko że to samo mówiła o Eriku, a wytrzymała z nim jedynie dwa lata.

Biorę CD-ROM od Josha, a on pakuje ręce do tylnych kieszeni spodni.

– Podobno chwilę się ściąga – mówi.

– Czy moja mama mówiła, kiedy wróci? – pytam. – Bo może mogłabym teraz zająć linię telefoniczną.

– Powiedziała, że jedzie po Martina, a potem pojadą razem do Pittsburgha popatrzeć na zlewy.

Nie zżyłam się specjalnie z moim poprzednim ojczymem, ale Erik przynajmniej nie próbował rozbierać nam domu na części. Za to namówił moją mamę do hodowli papużek, kilka lat więc towarzyszył mi nieustanny świergot ptaszków. Martin natomiast przekonał mamę, że niezbędny nam jest kapitalny remont, i napełnił dom trocinami i smrodem farb. Właśnie skończyli z kuchnią i wykładzinami, a teraz walczą z łazienką na dole.

– Jeśli chcesz – mówię, głównie, by wypełnić ciszę – możesz wpaść do mnie kiedyś wypróbować tego AOL-a.

Josh odgarnia sobie włosy z oczu.

– Tyson mówi, że AOL jest niesamowity. Mówi, że to kompletnie zmieni nasze życie.

– Taaa, tylko że on tak mówi o każdym kolejnym odcinku Przyjaciół.

Josh uśmiecha się i odwraca. Głową już prawie dotyka dzwonków wiatrowych, które Martin zawiesił nam na werandzie. Zadziwiające, że Josh ma już chyba z metr osiemdziesiąt. Czasami, gdy widzę go z oddali, to w ogóle ledwo go poznaję.

Wkładam CD-ROM i słucham, jak obraca się w komputerze. Klikam w odpowiedzi na kolejne komunikaty i wreszcie naciskam „Enter”, żeby rozpocząć ściąganie. Niebieski pasek stanu pokazuje mi, że cały proces zajmie dziewięćdziesiąt siedem minut. Wyglądam tęsknie przez okno. Jest idealne majowe popołudnie. Po ostrej zimie i kilku miesiącach chłodnej, deszczowej wiosny wreszcie nadchodzi lato.

Jutro zawody, a od trzech dni ani razu nie biegałam. Wiem, że to głupota martwić się, że wpadnę na Grahama. Park Wagnera jest naprawdę spory. Rozciąga się od obrzeży centrum aż po nowsze osiedla domków. Graham może sobie grać w to swoje frisbee gdziekolwiek. Ale jeśli mnie zobaczy, na pewno złapie mnie za ramię i zaprowadzi w jakiś kąt, żeby się do mnie dobierać. Na balu maturalnym dosłownie się do mnie lepił. Przez to wszystko przegapiłam nawet makarenę z Kellan, Ruby i resztą dziewczyn.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie warto by przerwać ściągania i zadzwonić do domu Grahama, żeby sprawdzić, czy może już wrócił. Jeśli odbierze, po prostu odłożę słuchawkę. Ale Kellan coś ostatnio mówiła, że jest taka nowa usługa, dzięki której telefon może wyświetlić numer osoby dzwoniącej. Nie. Muszę podejść do tego bardziej dojrzale. Nie mogę się bez końca ukrywać w pokoju. Jeśli natknę się w parku na Grahama, po prostu do niego zamacham i krzyknę, że muszę biec dalej.

Przebieram się w szorty i stanik do biegania, a kręcone włosy związuję gumką-owijką. Przyczepiam sobie discmana paskiem do ramienia, wychodzę na trawnik przed dom i zabieram się do ćwiczeń rozciągających. Otwiera się brama garażu sąsiadów. Po chwili Josh wyjeżdża na deskorolce.

Na mój widok przystaje na podjeździe.

– I co? Zaczęłaś to ściąganie?

– No, ale to zajmuje całe wieki. Gdzie jedziesz?

– Do Odjechanego Szczura – rzuca. – Muszę sobie kupić nowe kółka.

– To na razie – odpowiadam, gdy jego deskorolka wyjeżdża na ulicę.

Jeszcze nie tak dawno pogadalibyśmy dłużej, ale teraz już nie. Wybiegam na chodnik i skręcam w lewo. Przy pierwszym przejściu przebiegam przez ulicę i wskakuję na wybrukowaną ścieżkę prowadzącą do parku. Wciskam „Play” na discmanie. Kellan ułożyła mi składankę specjalnie do biegania – zaczyna się od Alanis Morissette, potem Pearl Jam i na końcu Dave Matthews.

Robię pięciokilometrowe kółko bez odpoczynku i z ulgą stwierdzam, że nie widać żadnych meczów frisbee. Już jestem prawie z powrotem na swojej ulicy, gdy zaczyna się gitarowy początek Crash into Me.

– „Lost for you” – śpiewam bezgłośnie. – „I'm so lost for you”.

Te słowa zawsze przywodzą mi na myśl Cody'ego Graingera z mojej drużyny lekkoatletycznej. Jest w klasie maturalnej i niesamowicie biega na krótki dystans, plasuje się w pierwszej dwudziestce w całym stanie. Na wiosnę, w drodze powrotnej z zawodów, usiadł koło mnie i opowiedział mi wszystko o drużynie z uniwerku, która już do niego dzwoniła. A potem, kiedy nie udało mi się powstrzymać ziewania, pozwolił mi oprzeć głowę na swoim ramieniu. Zamknęłam wtedy oczy i udawałam, że śpię, ale myślałam sobie tylko w kółko: Chociaż w ogóle nie wierzę w prawdziwą miłość, to dla Cody'ego chyba mogłabym jednak zmienić zdanie.

Kellan mówi, że mam na jego punkcie jakieś urojenia. I kto to mówi! Kiedy zeszli się z Tysonem latem, zachowywała się tak, jakby wynalazła miłość. Kellan ma superwysokie IQ i pisze genialne artykuły do szkolnej gazetki, ale całe lato nawijała tylko o Tysonie. Kiedy zerwał z nią zaraz po feriach, tak się załamała, że dwa tygodnie nie było jej w szkole.

Może i wzdycham do Cody'ego, ale i tak muszę żyć własnym życiem. Przez ostatnie dwa miesiące spotykałam się z Grahamem Wilde'em. Jesteśmy razem w szkolnym zespole. On gra na perkusji, a ja na saksofonie. Jest sexy i ma jasne włosy do ramion, ale to, jak się do mnie lepił na balu, było naprawdę denerwujące. Zerwę z nim jak najszybciej.

Albo może po prostu samo się to jakoś tak rozejdzie przez lato.

Pasek stanu nadal pełznie po ekranie.

Biorę prysznic, a potem sadowię się w fotelu papasan, żeby przejrzeć jeszcze raz notatki na końcowy egzamin z biologii. Miałam w tym roku z biologii same bardzo dobre oceny. Jest to zdecydowanie mój najmocniejszy przedmiot. Kellan próbuje mnie nawet przekonać, żebym się z nią na jesień zapisała na kurs z biologii na uniwersytecie, ale chyba nie dam się namówić. W klasie maturalnej wolę jednak nie szaleć.

 

Nareszcie kończy się ściąganie, zamykam więc podręcznik i restartuję komputer. Kiedy podłączam się do AOL-a, modem trzeszczy i piszczy. W końcu jestem online. Najpierw sprawdzam, czy dostępny jest adres EmmaNelson@aol.com, ale już go ktoś używa. EmmaMarieNelson też już jest niedostępny. Wreszcie decyduję się na EmmaNelson4Ever. Rozważam kilka możliwych haseł, ale i tak wpisuję „Millicent”. Kiedy latem Kellan i Tyson tak za sobą szaleli, nabijaliśmy się z nich z Joshem, udając, że jesteśmy zakochaną parą w średnim wieku, Millicent i Clarence'em, którzy pochłaniają tony gotowych dań z torebek i jeżdżą po mieście zniszczonym samochodem z lodami. Kellan i Tysona jakoś to nie śmieszyło, ale my z Joshem dostawaliśmy od tego napadów zupełnej głupawki.

Wciskam „Enter” i na moim komputerze pojawia się ten sam ekran AOL-a, który widziałam u Kellan.

– Witaj! – skrzeczy elektroniczny głos.

Zabieram się do pisania pierwszego mejla do Kellan, gdy nagle mój ekran rozbłyskuje jasnym światłem i wyskakuje mi przed nosem małe białe okienko z niebieską ramką. Mam znów wprowadzić adres i hasło.

– EmmaNelson4Ever@aol.com – wpisuję. – Millicent.

Mój monitor zamiera na jakieś dwadzieścia sekund. Potem białe okienko zmienia się w maleńką niebieską kropkę i pojawia się jakaś nowa strona. U góry ma niebieski baner, na którym jest napisane „Facebook”. Niżej, pośrodku strony znajduje się kolumna podpisana „Aktualności”, a pod tym napisem niewielkie zdjęcia jakichś nieznanych mi ludzi. Przy każdym zdjęciu znajduje się kilka słów.

Jason Holt

Kocham Nowy Jork. Nigdy jeszcze nie jadłem dwóch babeczek z Magnolii naraz!!

3 godz. temu · Lubię to! · Dodaj komentarz

Kerry Dean

I nie podzieliłeś się ze mną? Ja proszę z czekoladą i posypką.

2 godz. temu · Lubię to!

Mandy Reese

Właśnie wlazłam prosto w pajęczynę i nie umarłam ze strachu. Buu!

17 godz. temu · Lubię to! · Dodaj komentarz

Jeżdżę myszką po ekranie, oszołomiona tą mieszaniną zdjęć i słów. Nie mam pojęcia, co to znaczy: „Zmień status”, „Zaproszenie do grona znajomych” i „Zaczep”.

I wtedy nagle, tuż pod tym niebieskim banerem na górze, widzę coś, od czego mnie ciarki przechodzą. Obok małego zdjęcia z kobietą siedzącą na plaży napisane jest „Emma Nelson Jones”. Kobieta może być trochę po trzydziestce, ma kręcone, brązowe włosy i brązowe oczy. Ściska mnie w żołądku. Ta kobieta wygląda znajomo.

Zbyt znajomo.

Kiedy przesuwam kursor na jej imię, biała strzałka zmienia się w dłoń. Klikam i powoli ładuje się jakaś inna strona. Tym razem jej zdjęcie jest większe i jest tak dużo informacji, że nie wiem, od czego zacząć. W kolumnie na środku, obok malutkiej wersji tego samego zdjęcia, jest napisane:

Emma Nelson Jones

Zastanawiam się nad pasemkami.

4 godz. temu · Lubię to! · Dodaj komentarz

Poza tym jest napisane, że Emma Nelson Jones chodziła do liceum w Lake Forest. Wyszła za kogoś, kto nazywa się Jordan Jones Junior, i urodziła się dwudziestego czwartego lipca. Rok nie jest podany, ale to ja mam urodziny dwudziestego czwartego lipca.

Opieram czoło na dłoniach i usiłuję wziąć głęboki oddech. Przez otwarte okno słyszę, jak pod dom zajeżdża deska Josha, kółka podskakują na krawędziach płyt na chodniku. Zbiegam na dół i wypadam na werandę, mrużąc oczy od jasnego słońca.

– Josh? – wołam.

Wjeżdża na swój podjazd i podbija nogą koniec deski tak, że ląduje mu w dłoni.

Zaciskam ręce na balustradzie werandy.

– Coś się stało, jak ściągnęłam tego AOL-a.

Josh patrzy na mnie. Wiatr gra na dzwonkach.

– Możesz wejść do mnie na górę? Tylko na chwilę? – pytam.

Wpatruje się w trawnik. Nie mówi ani słowa.

– Proszę – dodaję.

Z deską w dłoni Josh wchodzi za mną do domu.

2://Josh

Wchodzę za Emmą po schodach i liczę na palcach. Od listopada do maja. Sześć miesięcy. Tyle nie byłem u niej ani razu. Przedtem jej dom był jak mój drugi dom. Ale po premierze Toy Story źle odczytałem sytuację i wyobraziłem sobie, że Emma chce, żeby łączyło nas coś więcej niż przyjaźń.

Nie chciała.

Wchodzimy do pokoju i Emma macha ręką w kierunku komputera.

– Popatrz.

Na monitorze wyświetla się wygaszacz, od którego się wydaje, że lecimy przez labirynt z ceglanych murów.

– Fajny ten komputer – mówię, opierając deskę o komodę. – Prawie go nie słychać.

Jej pokój wygląda tak jak kiedyś, tylko na komodzie stoi wazon ze zwiędłymi białymi różami. Na suficie wisi kilka czerwonych papierowym lampionów. Dwie tablice korkowe przy łóżku zapchane są zdjęciami, biletami z kina i ze szkolnego balu.

Emma kręci głową.

– Przepraszam – mówi, śmiejąc się nerwowo. – To jakaś bzdura.

– Jaka bzdura? – Odgarniam mokre od potu włosy z oczu. Gdy już zamontowałem sobie nowe kółka, spotkałem się z Tysonem na parkingu przy kościele baptystów. Między porannym a wieczornym nabożeństwem parking jest zupełnie pusty, a mają tam zabójcze asfaltowe podjazdy.

Emma staje przy krześle i odwraca się w moją stronę.

– Dobra, pośmiej się, proszę, z mojej głupoty.

Siadam, a Emma obraca krzesło tak, że ląduję twarzą przed jej monitorem.

– Poruszaj myszką – mówi – i powiedz mi, co widzisz.

Nie wiem, czy to to, że znów jestem w jej pokoju, czy to, że tak dziwnie się zachowuje, ale zaczynam się czuć nieswojo.

– Proszę – mówi i podchodzi do okna.

Przesuwam myszkę. Mur z cegieł zamiera i znika. Pojawia się strona ze słowami i małymi obrazkami porozrzucanymi po całym ekranie jak w kalejdoskopie. Pojęcia nie mam, na co patrzeć.

– Ta kobieta wygląda zupełnie jak ty – zauważam. – Fajne! – Oglądam się na Emmę, ale wciąż spogląda na zewnątrz. Jej okno wychodzi na trawnik, tak jak okno w naszej łazience. – Nie całkiem tak ja ty. Ale gdybyś była starsza, tobyście były bardzo podobne.

– Co jeszcze widzisz? – pyta Emma.

– Ma twoje imię i nazwisko, jeśli nie liczyć tego „Jones” na końcu.

Na górze strony napisane jest „Facebook”. Obrazki i napisy porozrzucane są nader chaotycznie.

– To nie ty to zrobiłaś, nie? – upewniam się. W tym roku robię kurs Przetwarzanie Tekstów I, na którym uczymy się wszystkiego o tworzeniu, poprawianiu i zapisywaniu plików na komputerze. Emma jest klasę wyżej, więc robi już Przetwarzanie Tekstów II.

Odwraca się w moją stronę, unosząc brwi.

– Nie mówię, że nie umiałabyś... – bąkam.

Wygląda więc na to, że Emma po prostu przygotowała tę stronę na zajęciach, stworzyła sobie na zaliczenie taką fantastyczną przyszłość. Według niej Emma Nelson Jones chodziła do naszego liceum, teraz mieszka na Florydzie i jest żoną jakiegoś Jordana Jonesa Juniora. Nazwisko jej męża wygląda na zmyślone, ale przynajmniej nie nazwała się Emma Nelson Grainger, po tym typie z drużyny lekkoatletycznej. Ani Emma Nelson Wilde, po swoim aktualnym chłopaku. A skoro o Grahamie mowa, czy nie zarzekała się, że już dziś na pewno z nim zerwie?

Emma siedzi na krawędzi łóżka. Dłonie zacisnęła między udami.

– I co myślisz?

– Nie bardzo wiem, do czego w tym zmierzasz... – stwierdzam ostrożnie.

– O czym ty mówisz?

– Na kiedy masz to skończyć? – pytam.

– Co skończyć?

Emma podchodzi do mnie i wpatruje się w ekran, klepiąc się opuszkami palców po ustach. Ze świeżo umytych włosów kapie jej na koszulkę, a przez mokry materiał prześwitują malutkie tęczowe gwiazdki ze stanika. Staram się nie gapić na nie.

– Josh, bez żartów – mówi. – Jak to zrobiłeś?

– Ja?

– No przecież to ty mi kazałeś włączyć ten CD-ROM – upiera się Emma. Pochyla się i otwiera stację dysków. – Twierdziłeś, że to od AOL-a.

– Bo jest od AOL-a! – Wskazuję na ekran. – Naprawdę myślisz, że umiałbym zrobić coś takiego?

– Masz masę moich zdjęć. Może któreś zeskanowałeś sobie w szkole i...

– I tak zmieniłem, żebyś wyglądała na starszą? Niby jak miałbym zrobić coś takiego?

Zaczynają mi się pocić ręce. Skoro nie zrobiła tego Emma, to... Trę dłonie o kolana. Jedna część mózgu podpowiada mi, że to może być strona z przyszłości. Druga część mózgu wrzeszczy na tę pierwszą, że zgłupiała do reszty.

Na monitorze uśmiecha się do nas Emma Nelson Jones. W kącikach jej oczu widać nieznaczne zmarszczki.

Emma robi gest w stronę komputera.

– Myślisz, że to wirus?

– Albo żart – mówię. Wyciągam CD-ROM z jej komputera i przyglądam mu się. Może ktoś w szkole dowiedział się, że Emma dostanie komputer, stworzył więc ten realistycznie wyglądający dysk i... podrzucił go do mojej skrzynki?

Na środku ekranu od góry do dołu ciągną się krótkie zdania. Wszystkie napisane są przez Emmę Nelson Jones, a jacyś inni ludzie na nie odpowiadają.

Emma Nelson Jones

Zastanawiam się nad pasemkami.

4 godz. temu · Lubię to! · Dodaj komentarz

Mark Elliot Nic nie zmieniaj, E!

57 minut(y) temu · Lubię to!

Sondra McAdams Zróbmy je razem!! :)

43 minut(y) temu · Lubię to!

– Jeśli to żart, to nie kumam – mówi Emma. – Co by to niby miało znaczyć?

– No niby że to z przyszłości. – Śmieję się. – Może ta strona oznacza, że stałaś się sławna.

Emma prycha.

– Jasne. Że niby będę sławnym kim? Saksofonistką? Lekkoatletką? A może światowej sławy łyżworolkarką?

Uśmiecham się.

– Kto wie, może łyżworolkarstwo stanie się sportem olimpijskim.

Emma piszczy i klaszcze w dłonie.

– Może Cody zakwalifikuje się na olimpiadę i pojedziemy tam razem!

Nie cierpię, jak wszystko jej się kojarzy z tym Codym Graingerem.

Pokazuje mi coś u dołu strony.

– A to co?

Emma Nelson Jones

Zgadnijcie, gdzie się podziewał mój mężuś cały weekend

20 godz. temu · Lubię to! · Dodaj komentarz

Pod tekstem jest jakieś zdjęcie, ale w większości już poza ekranem. Góra wygląda, jakby przedstawiało jakiś ocean. Najeżdżam na nie myszką.

– Może kliknę, żeby zobaczyć, czy...

– Nie! – protestuje Emma. – A jeśli to wirus i im więcej otworzymy, tym gorzej? Nie chcę sobie zepsuć nowiutkiego komputera.

Wyrywa mi CD-ROM i wrzuca go do górnej szuflady biurka.

Obracam się na krześle i patrzę na nią.

– No weź... nawet jeśli to tylko dowcip, nie chcesz zobaczyć, za kogo wyjdziesz?

Emma waha się może sekundę.

– Dobra – zgadza się.

Klikam na zdjęcie i pojawia się nowy ekran. Patrzymy, jak duży kwadrat na środku powoli wypełnia się od góry do dołu. Najpierw lekko wzburzone morze. Potem twarz mężczyzny. Ma czarne okulary przeciwsłoneczne. Potem jego palce, zaciśnięte na podłużnym nosie ryby. Zdjęcie w końcu całe się załadowuje i widzimy mężczyznę stojącego na dziobie kutra.

– Ale wielka ryba! – mówię. – Ciekawe gdzie to? Chyba ma udawać Florydę, nie?

– Ale przystojny! – zauważa Emma. – Jak na starucha. Ciekawe, skąd wzięli to zdjęcie.

Podskakujemy równocześnie, gdy ktoś nagle puka do drzwi. Do pokoju wchodzi mama Emmy.

– I jak ci się podoba ten komputer? – pyta. – Surfujecie po sieci WWW? Trzeba będzie jakoś wykorzystać te wszystkie darmowe godziny, prawda?

Emma przesuwa się ciut bliżej monitora.

– Czytamy o rybach mieczach.

– I przyszłych mężach – dodaję, za co zostaję boleśnie uszczypnięty w ramię.

– Moglibyście poczytać o tym potem? – prosi jej mama. – Marty musi zadzwonić do klienta przed kolacją, a nie może, bo mu blokujecie linię.

– Ale jeszcze nie skończyliśmy – oponuje Emma. – A nie wiem, czy uda nam się potem znów znaleźć tę stronę.

I ma rację. A jeśli nie uda nam się wrócić na tę witrynę? Nawet jeśli to tylko żart, warto by się temu przyjrzeć. Emma musi powiedzieć coś przekonującego, żebyśmy mogli zostać online.

– Mamy tylko jedną linię telefoniczną – przypomina nam jej mama. – Zapiszcie sobie nazwę tej strony na kartce i wróćcie na nią później. Jeśli ten cały Internet będzie powodował jakieś problemy...

– Nie będzie – mówi szybko Emma. Bierze myszkę, powoli wypuszcza powietrze i wylogowuje się z AOL-a.

Elektroniczny głos woła radośnie:

– Do widzenia!

– Dziękuję – mówi mama Emmy. Przechyla głowę i patrzy wprost na mnie. – Miło cię tu znowu widzieć, Joshu. Może zostaniesz na kolacji?

 

Wstaję i nie patrząc na Emmę, łapię deskę.

– Nie mogę. Mam dużo pracy domowej, no i rodzice...

Wychodząc z pokoju, czuję, jak się oblewam rumieńcem.

Schodzimy we trójkę po schodach. Mama Emmy idzie do łazienki, gdzie Martin układa właśnie plastikowe torby z Home Depotu. Emma otwiera mi drzwi i pochyla się w moją stronę.

– Spróbuję potem znów wejść do Internetu – szepce.

– Dobra – mówię, wbijając wzrok w deskę. – Zadzwoń jakby co.