Żołnierze spod Salaminy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Od Autora

Część pierwsza. Przyjaciele z lasu

Część druga. Żołnierze spod Salaminy

Część trzecia. Spotkanie w Stockton

Epilog do wydania z 2015 roku

Przypisy

Inne książki Javiera Cercasa

Tytuł oryginału: Soldados de Salamina

Opracowanie redakcyjne epilogu: ANNA BRZEZIŃSKA

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, ANNA BRZEZIŃSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Copyright © Javier Cercas, 2001

For the Polish edition

Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

For the Polish translation

Copyright © by Ewa Zaleska

ISBN 978-83-7392-691-2

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Raülowi Cercasowi i Mercè Mas

Gdyż bogowie w ukryciu przed ludźmi ich życie trzymają.

Hezjod, Prace i dnie (przeł. Jerzy Łanowski)

Od autora

Książka ta jest owocem licznych lektur i długich rozmów. Wiele osób, wobec których mam dług wdzięczności, pojawia się na jej kartach pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Wśród tych, którzy się nie pojawiają, pragnę wymienić Josepa Clarę, Jordiego Gracię, Eliane i Jeana-Marie Lavaud, José-Carlosa Mainera, Natalię Molero, Josepa Marię Nadala i Carlosa Tríasa, a szczególnie Monicę Carbajosa, której praca doktorska, zatytułowana La prosa del 27: Rafael Sánchez Mazas, była mi ogromnie pomocna. Wszystkim bardzo dziękuję.

CZĘŚĆ PIERWSZA

PRZYJACIELE Z LASU

.

O egzekucji Rafaela Sancheza Mazasa usłyszałem po raz pierwszy latem 1994 roku, a więc przeszło sześć lat temu. Miałem właśnie za sobą trudne chwile: po pierwsze umarł mój ojciec, po drugie zostawiła mnie żona, po trzecie zarzuciłem pisanie. Kłamię. Z wymienionych trzech zdarzeń tylko dwa pierwsze są prawdziwe, najprawdziwsze, trzecie natomiast nie. W rzeczywistości moja kariera pisarska nigdy nie rozpoczęła się na dobre, trudno więc mówić o jej zarzuceniu. Właściwsze byłoby stwierdzenie, że zarzuciłem ją, ledwie się rozpoczęła. W 1989 roku wydałem pierwszą powieść. Podobnie jak opublikowany dwa lata wcześniej zbiór opowiadań została przyjęta z całkowitą obojętnością, ale moja miłość własna oraz pochlebna recenzja jednego z ówczesnych przyjaciół wystarczyły, bym sobie wmówił, że mogę zostać pisarzem, i że najlepiej zrobię, jeżeli w tym celu zostawię pracę w redakcji gazety i poświęcę się całkowicie pisaniu książek. Konsekwencją takiej zmiany życia było pięć lat udręki finansowej, fizycznej i duchowej, trzy niedokończone powieści i przerażająca depresja, która na dwa miesiące przykuła mnie do fotela przed telewizorem. Ledwie zacząłem wracać do siebie, zostawiła mnie żona. Nie mogła już dłużej znieść płacenia wszystkich rachunków, nawet tego za pogrzeb mego ojca, i widoku męża wpatrującego się wilgotnymi od łez oczami w zgaszony telewizor. Nie pozostało mi nic innego, jak zrezygnować raz na zawsze z ambicji literackich i napisać podanie o ponowne zatrudnienie w gazecie.

Skończyłem właśnie czterdzieści lat, ale na szczęście mnie przyjęli – może dlatego, że nie będąc dobrym pisarzem, nie jestem wszakże złym dziennikarzem, a może, co bardziej prawdopodobne, w gazecie nie mieli nikogo, kto chciałby wykonywać moją pracę za tak marne wynagrodzenie. Przydzielono mnie do działu kultury, to znaczy tam, gdzie posyła się ludzi, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Początkowo, z niewypowiedzianym wprost, lecz oczywistym zamiarem ukarania mnie za brak lojalności – porzucający dziennikarstwo dla literatury jest dla niektórych kolegów niemal zdrajcą – kazano mi robić wszystko, z wyjątkiem przynoszenia naczelnemu kawy z bistra za rogiem, i tylko nieliczni powstrzymali się od złośliwych i ironicznych docinków pod moim adresem. Z biegiem czasu pamięć o mojej nielojalności musiała jednak zblaknąć, bo wkrótce zacząłem redagować, pisać artykuły i przeprowadzać wywiady. Takim oto sposobem w lipcu 1994 roku przeprowadziłem rozmowę z Rafaelem Sanchezem Ferlosio, wygłaszającym wówczas cykl wykładów na uniwersytecie. Wiedziałem, że Ferlosio nie zgadza się z zasady na żadne rozmowy z dziennikarzami, ale dzięki pewnemu znajomemu (a raczej znajomej tego znajomego, która była organizatorką pobytu Ferlosia) udało się namówić go na krótkie spotkanie, przesadą byłoby bowiem nazywanie tego wywiadem, a jeśli już, to był to najdziwaczniejszy wywiad, jaki przeprowadziłem w życiu. Przede wszystkim dlatego, że Ferlosio pojawił się przed wystawionymi na zewnątrz stolikami „Bistrota” w towarzystwie chmary przyjaciół, uczniów, wielbicieli i potakiewiczów; fakt ten, w zestawieniu z niedbałym strojem i z powierzchownością, która łączyła w sobie cechy zawstydzonego własną pozycją kastylijskiego arystokraty i starego samuraja – potężna głowa, zmierzwione, poprzetykane siwizną włosy, szorstki i surowy wyraz wychudzonej twarzy, semicki nos i policzki ocienione brodą – sprawiał, że postronny obserwator mógł go wziąć za jakiegoś religijnego guru otoczonego przez akolitów. Poza tym Ferlosio kategorycznie odmówił odpowiedzi na wszystkie moje pytania, twierdząc, że najlepszych, na jakie go stać, udzielił już w swoich książkach. Nie znaczy to, że nie chciał ze mną rozmawiać; wprost przeciwnie: był ogromnie serdeczny i całe popołudnie upłynęło nam na rozmowie, zupełnie jakby chciał zadać kłam opinii o jego nieprzystępnym charakterze (może zresztą opinia ta była całkiem bezzasadna). Problem polegał jednak na tym, że gdy ja, próbując ratować wywiad, pytałem go (dajmy na to) o różnice między suwerennymi i reaktywnymi postaciami literackimi, zbywał mnie rozważaniami o (dajmy na to) przyczynach klęski floty perskiej w bitwie pod Salaminą; kiedy zaś starałem się wydusić z niego opinię o (dajmy na to) pompatycznych obchodach pięćsetlecia podboju Ameryki, odpowiadał mi, obszernie i nie szczędząc ożywionej gestykulacji, na czym polega (dajmy na to) prawidłowe użycie hebla. Była to wycieńczająca zabawa w kotka i myszkę i dopiero przy ostatnim tego wieczoru piwie opowiedział mi historię swego ojca postawionego kiedyś przed plutonem egzekucyjnym, która od dwóch lat nie daje mi spokoju. Nie przypominam sobie, kto i dlaczego wymienił nazwisko Rafaela Sancheza Mazasa (może zrobił to któryś ze znajomych Ferlosia, a może sam Ferlosio). Pamiętam, że Ferlosio powiedział:

– Strzelali do niego niedaleko stąd, w sanktuarium Collell. – Spojrzał na mnie. – Był pan tam kiedyś? Ja też nie byłem, ale wiem, że to pod Banyoles. Wszystko działo się już pod koniec wojny. Wydarzenia osiemnastego lipca zastały ojca w Madrycie; znalazł schronienie w ambasadzie Chile, gdzie spędził ponad rok. Pod koniec trzydziestego siódmego uciekł z ambasady i opuścił Madryt, ukryty w ciężarówce, prawdopodobnie z zamiarem przedostania się do Francji. Został jednak zatrzymany w Barcelonie, a kiedy wojska Franco podchodziły pod miasto, wywieziono go do Collell, pod granicę francuską. Tam miał być rozstrzelany. To była zbiorowa egzekucja, prawdopodobnie dość chaotyczna, bo wojna była już wtedy przegrana i republikanie uciekali w rozsypce przez Pireneje; pewnie więc nawet nie wiedzieli, że biorą na muszkę jednego z założycieli Falangi, w dodatku bliskiego przyjaciela José Antonia Primo de Rivery. Ojciec przechowywał w domu kurtkę podbitą kożuchem i spodnie, które miał na sobie, gdy do niego strzelano, wielokrotnie mi je pokazywał, może jeszcze gdzieś tam leżą: spodnie były podziurawione, ale kule tylko go drasnęły, skorzystał więc z chwilowego zamieszania, żeby uciec do lasu i tam się ukryć. Schował się w jakimś dole i stamtąd słyszał szczekanie psów, huk wystrzałów, głosy żołnierzy, którzy go szukali, wiedząc wszakże, że nie mogą stracić na te poszukiwania zbyt dużo czasu, bo frankiści już im depczą po piętach. W pewnej chwili z tyłu, za plecami, ojciec usłyszał trzask gałęzi; odwrócił się i ujrzał przyglądającego mu się żołnierza. Równocześnie dobiegł go krzyk: „Znalazłeś go?”. Ojciec opowiadał, że żołnierz wpatrywał się w niego przez kilka sekund, po czym, nie odrywając wzroku, odpowiedział: „Nie, nikogo tu nie ma!”, odwrócił się na pięcie i zniknął.

Ferlosio przerwał na chwilę, zmrużył oczy i spojrzał bystro i chytrze, jak dziecko, które się hamuje, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Kilka dni ukrywał się w lesie, żywiąc się tym, co znalazł i co dostał w chłopskich obejściach. Nie znał okolicy, a na domiar złego stłukł sobie okulary, więc niewiele widział. Dlatego zawsze powtarzał, że nie zdołałby przeżyć, gdyby nie spotkał młodych mężczyzn z pobliskiej wioski, która nazywała się, a może nadal się nazywa Cornellà de Terri; ci chłopcy otaczali go opieką i żywili aż do nadejścia frankistów. Byli bardzo przyjacielscy i gdy niebezpieczeństwo minęło, zatrzymał się jeszcze na kilka dni u nich w domu. Nie sądzę, żeby kiedyś potem jeszcze się spotkali, ale nieraz mi o nich opowiadał. Pamiętam, że zawsze używał w stosunku do nich ich własnego określenia: „przyjaciele z lasu”.

 

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem tę historię, opowiedzianą w taki właśnie sposób. Co się tyczy wywiadu z Ferlosiem, udało mi się w końcu wyjść z niego obronną ręką, może zresztą zmyśliłem go w całości: o ile pamiętam, nie ma w nim żadnej wzmianki o bitwie pod Salaminą (jest natomiast mowa o różnicy między postaciami literackimi suwerennymi i reaktywnymi) ani o szczegółach użycia hebla (jest natomiast o hucznych obchodach pięćsetlecia odkrycia Ameryki). W wywiadzie nikt także nie wspomina o egzekucji w Collell ani o Sanchezie Mazasie. O samej egzekucji wiedziałem tylko tyle, ile opowiedział mi Ferlosio; o Sanchezie Mazasie – niewiele więcej, w owym czasie nie przeczytałem jeszcze ani jednego napisanego przez niego zdania, a nazwisko kojarzyłem tylko mgliście z jednym z wielu polityków i pisarzy Falangi, ludzi, których pogrzebała pospiesznie historia Hiszpanii lat ostatnich, jakby grabarze obawiali się, że nieboszczycy nie całkiem jeszcze umarli.

Rzeczywiście nie umarli. A w każdym razie nie do końca. Historia egzekucji Sancheza Mazasa w Collell i okoliczności tego zdarzenia wywarły na mnie wielkie wrażenie, więc po spotkaniu z Ferlosiem zainteresowałem się postacią jego ojca, samą wojną domową, o której wiedziałem wówczas niewiele więcej niż o bitwie pod Salaminą albo sposobach użycia hebla, a także strasznymi historiami związanymi z wojną, które, opowiadane przez starych ludzi, zawsze wcześniej wydawały mi się pretekstem, by dać upust nostalgii i paliwem napędzającym wyobraźnię pisarzy bez wyobraźni. Przypadek sprawił (a może nie było to takie przypadkowe), że w tym samym czasie wśród pisarzy hiszpańskich zapanowała moda na upominanie się o twórców związanych z Falangą. Właściwie zaczęło się to już wcześniej, w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy kilka znakomitych i wpływowych wydawnictw wypuściło na rynek pojedyncze książki jakichś znakomitych, a zapomnianych falangistów. Gdy jednak ja zacząłem interesować się Sanchezem Mazasem, w niektórych kołach literackich upominano się już nie tylko o dobrych pisarzy falangistowskich, lecz także o tych przeciętnych, a nawet kiepskich. Zdarzali się naiwni, jak w przypadku paru strażników lewicowej ortodoksji, albo zwyczajni głupcy, którzy oskarżycielskim tonem oświadczali, że upominanie się o pisarza Falangi jest odgrzewaniem ideologii Falangi (lub przygotowywaniem pod to gruntu). W rzeczywistości było wprost przeciwnie: upominanie się o pisarza falangistowskiego było tylko upominaniem się o pisarza lub, precyzyjniej rzecz ujmując: upominaniem się o samego siebie jako pisarza upominającego się o dobrego pisarza. Chcę powiedzieć, że w najlepszych przypadkach (o najgorszych nie warto mówić) moda ta wzięła się z naturalnej u pisarza potrzeby wymyślania sobie własnej tradycji, także z zamiłowania do prowokacji, z problematycznego przeświadczenia, że co innego literatura, a co innego życie, i że dlatego można być dobrym pisarzem, będąc zarazem bardzo złym człowiekiem (lub człowiekiem, który wspiera najgorsze sprawy albo im sprzyja), z przekonania, że oto na gruncie literackim potraktowano niesprawiedliwie pewnych pisarzy falangistowskich, którzy – by użyć tu wyrażenia ukutego przez Andresa Trapiello – wygrali wprawdzie wojnę, lecz przegrali historię literatury. Tak czy inaczej, Sánchez Mazas nie uniknął tej zbiorowej ekshumacji. W 1986 wydano po raz pierwszy jego poezje zebrane, w 1995 wyszła ponownie jego powieść La vida nueva de Pedrito de Andía w bardzo popularnej serii wydawniczej; w 1996 wznowiono także inną jego powieść, Rosę Krüger, której pierwsze wydanie ukazało się dopiero w roku 1984. Przeczytałem wtedy te wszystkie książki. Przeczytałem je z zainteresowaniem, a nawet z przyjemnością, ale bez entuzjazmu: nie musiałem długo czytać, by dojść do wniosku, że Sánchez Mazas był dobrym pisarzem, nie był jednak wielkim pisarzem, choć założę się, że nie umiałbym jasno wytłumaczyć, co odróżnia wielkiego pisarza od pisarza dobrego. Pamiętam, że w późniejszych miesiącach czy latach notowałem nawiązania do Sancheza Mazasa, na jakie natykałem się podczas różnych lektur, a nawet bardzo zdawkowe i luźne wzmianki o wydarzeniu w Collell.

Upłynęło trochę czasu. Zacząłem zapominać o tej historii. Pewnego dnia w początkach lutego 1999 roku, czyli w roku obchodów sześćdziesiątej rocznicy zakończenia wojny domowej, ktoś w gazecie poddał myśl, by napisać artykuł przypominający smutne okoliczności śmierci poety Antonia Machado, który w styczniu 1939 roku, wraz z matką i bratem José, podobnie jak setki tysięcy przerażonych Hiszpanów uciekł z Barcelony do Collioure po francuskiej stronie granicy, gdzie wkrótce potem umarł. Był to powszechnie znany epizod i pomyślałem, nie bez racji, że każda katalońska (i nie tylko katalońska) gazeta wspomni o nim w tych dniach. Zasiadałem zatem do napisania rutynowego tekstu, gdy pamięć podsunęła mi historię Sancheza Mazasa i uświadomiłem sobie, że jego niedoszłe rozstrzelanie wydarzyło się mniej więcej w tym samym czasie co śmierć Machada, tyle tylko, że po hiszpańskiej stronie granicy. Wyobraziłem sobie wówczas, że symetria i kontrast między tymi dwoma straszliwymi wydarzeniami – niemal jakiś chiazm historii – nie były być może przypadkowe i że jeżeli uda mi się przedstawić je w tym samym artykule, niewykluczone, że ich dziwny paralelizm wydobędzie z nich nieznane dotąd znaczenie. Utwierdziłem się w tym przeczuciu, natrafiwszy przypadkiem – przy okazji gromadzenia potrzebnej dokumentacji – na historię podróży Manuela Machado do Collioure, wkrótce po śmierci brata Antonia. Zacząłem pisać. Powstał artykuł zatytułowany Istotna tajemnica. Przytaczam go tu w całości, ponieważ jest też na swój sposób istotny dla całej tej opowieści:

„Mija właśnie sześćdziesiąt lat od śmierci Antonia Machado w ostatnich dniach wojny domowej. Ze wszystkich historii, jakie wydarzyły się w tamtym czasie, historia Machada jest niewątpliwie najsmutniejsza, bo kończy się źle. Pisano o niej wielokrotnie. W kwietniu 1938 roku Machado przyjechał do Barcelony z Walencji razem z matką i bratem José. Zatrzymał się w hotelu «Majestic», a potem w Torre de Castañer, starym pałacyku przy alei Sant Gervasi. W Barcelonie Machado zajął się tym, co robił od początku wojny, czyli pisaniem tekstów w obronie prawowitego rządu Republiki. Był stary, zmęczony i chory, i nie wierzył już w pokonanie Franco. Pisał: «To już koniec. Barcelona padnie lada dzień. Dla strategów, dla polityków, dla historyków wszystko jest już jasne: przegraliśmy wojnę. Ale w wymiarze ludzkim nie jestem tego taki pewny. (...) Może ją wygraliśmy». Trudno powiedzieć, czy ten ostatni osąd był słuszny. Trafny był jednak pierwszy. Nocą dwudziestego drugiego stycznia 1939 roku, na cztery dni przed zdobyciem Barcelony przez oddziały frankistowskie, Machado i jego rodzina wyruszyli w konwoju ku granicy francuskiej. W tym koszmarnym exodusie towarzyszyli im inni pisarze, a wśród nich Corpus Barga i Carles Riba. Stawali na odpoczynek w Cervià de Ter i w Mas Faixat, niedaleko Figueres. Wreszcie, nocą dwudziestego siódmego stycznia, pokonawszy pieszo ostatnie sześćset metrów w strugach deszczu, przekroczyli granicę. Musieli porzucić bagaże, nie mieli też pieniędzy. Dzięki pomocy Corpusa Bargi zdołali dotrzeć do Collioure i zamieszkali tam w hotelu «Bougnol Quintana». Poeta umarł w niespełna miesiąc później; matka przeżyła go o trzy dni. W kieszeni palta Antonia jego brat José znalazł luźne zapiski, wśród nich tę oto strofę, może pierwszą linijkę ostatniego wiersza poety: «Te dni błękitne i słońce dzieciństwa».

Historia tu się nie kończy. Wkrótce po śmierci Antonia jego drugi brat, poeta Manuel Machado, mieszkający w Burgos, dowiedział się o wszystkim z zagranicznej prasy. Manuel i Antonio nie tylko byli braćmi, łączyła ich głęboka przyjaźń. Bunt osiemnastego lipca zastał Manuela w Burgos, na terenie zajętym przez rebeliantów, podczas gdy Antonio był wówczas w Madrycie, na terenie wiernym Republice. Nie można wykluczyć, że gdyby Manuel przebywał w owych dniach w Madrycie, pozostałby wierny Republice. Bezcelowe zapewne jest spekulowanie, co by było, gdyby to Antonio przebywał wówczas w Burgos. Wiadomo tylko, że na wieść o śmierci brata Manuel wyrobił sobie natychmiast list żelazny i po wielodniowej podróży przez spaloną Hiszpanię dotarł do Collioure. W hotelu dowiedział się o śmierci matki. Poszedł na cmentarz. Tam, przy grobach matki i Antonia, spotkał brata, José. Porozmawiali. Dwa dni później Manuel wrócił do Burgos.

Jednakże historia, przynajmniej ta historia, którą dziś chcę opowiedzieć, na tym się nie kończy. W tym samym mniej więcej czasie, kiedy Machado umierał w Collioure, w pobliżu sanktuarium Collell stawiano przed plutonem egzekucyjnym Rafaela Sancheza Mazasa. Sánchez Mazas był pisarzem, był także dobrym przyjacielem José Antonia Primo de Rivery oraz jednym z założycieli i ideologów Falangi. Jego wojenne losy spowija mgła tajemnicy. Przed kilkoma laty syn Sancheza Mazasa, Rafael Sánchez Ferlosio, opowiedział mi swoją wersję. Nie wiem, czy odpowiada ona prawdzie. Przedstawiam ją tak, jak została mi opowiedziana. Sánchez Mazas, zaskoczony przez pucz wojskowy w republikańskim Madrycie, schronił się w ambasadzie Chile. Przeżył tam dużą część wojny; pod koniec podjął próbę ucieczki ukryty w ciężarówce, ale został zatrzymany w Barcelonie i, gdy oddziały Franco podchodziły pod miasto, wywieziony w stronę granicy. Pod samą granicą postawiono go przed plutonem egzekucyjnym, kule jednak zaledwie go drasnęły, a on sam wykorzystał zamieszanie i uciekł do lasu. Ze swojej kryjówki słyszał głosy tropiących go żołnierzy. W końcu jeden z nich go znalazł. Spojrzał zbiegowi w oczy. Potem krzyknął do towarzyszy: «Nikogo tu nie ma!». Odwrócił się i odszedł.

«Ze wszystkich historii w Historii – pisał Jaime Gil – najsmutniejsza jest niewątpliwie historia Hiszpanii, ponieważ kończy się źle». Kończy się źle? Nigdy się nie dowiemy, kim był żołnierz republikański, który ocalił życie Sanchezowi Mazasowi, ani co myślał, patrząc mu w oczy. Nigdy się nie dowiemy, co sobie powiedzieli José i Manuel Machado, stojąc przy grobach matki i brata Antonia. Nie wiem dlaczego, ale czasem myślę, że gdybyśmy potrafili wyjaśnić jedną z tych równoległych tajemnic, może dotknęlibyśmy także tajemnicy dużo istotniejszej”.

Byłem bardzo zadowolony z artykułu. Kiedy się ukazał, dwudziestego drugiego lutego 1999 roku, dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę śmierci Machada w Collioure, dokładnie sześćdziesiąt lat i dwadzieścia dwa dni po nieudanym rozstrzelaniu Sancheza Mazasa w Collell (datę egzekucji poznałem później), zebrałem wiele gratulacji w gazecie. W następnych dniach nadeszły na moje nazwisko trzy listy i, co dziwne – bo nie należałem do dziennikarzy wywołujących polemiki, tych, których nazwiska często pojawiają się w dziale listów do redakcji, ani też nic nie pozwalało przypuszczać, by wydarzenia sprzed sześćdziesięciu lat mogły kogoś szczególnie poruszyć – wszystkie trzy dotyczyły tego właśnie artykułu. Pierwszy, napisany, jak sobie wyobraziłem, przez jakiegoś studenta filologii, zarzucał mi, że w artykule sugeruję (nie sądzę, bym to zrobił, a w każdym razie nie sądzę, bym to zrobił do końca), iż Antonio Machado stanąłby po stronie frankistów, gdyby w lipcu trzydziestego szóstego roku znajdował się w zbuntowanym Burgos. Drugi był ostrzejszy w tonie; napisał go człowiek w tak zaawansowanym wieku, że z pewnością doświadczył wojny na własnej skórze. Używając charakterystycznego żargonu, oskarżał mnie o „poprawianie historii”, ponieważ znakiem zapytania w ostatnim ustępie, po cytacie z Jaime Gila („Kończy się źle?”), sugerowałem niedwuznacznie, że historia Hiszpanii kończy się dobrze, co on osobiście bezwzględnie uważał za fałsz. „Kończy się dobrze dla tych, którzy wygrali wojnę – pisał. – Ale źle dla nas, którzy ją przegraliśmy. Nikt się nie pofatygował, by podziękować nam za walkę o wolność. We wszystkich miasteczkach stoją pomniki upamiętniające poległych w czasie wojny. A na ilu z nich widział pan nazwiska poległych po obu stronach?”. Ostatnie zdanie listu brzmiało następująco: „I niech szlag trafi to gówniane przejście do demokracji! Z wyrazami szacunku. Mateu Recasens”.

Trzeci list był najciekawszy. Podpisał go niejaki Miquel Aguirre, historyk, według jego słów, od kilku lat zajmujący się badaniem wydarzeń okresu wojny domowej w powiecie Banyoles. Przedstawiał, między innymi, fakt wówczas dla mnie zdumiewający: Sánchez Mazas nie był jedynym więźniem, który przeżył egzekucję w Collell. Człowiek o nazwisku Jesús Pascual Aguilar również uszedł z życiem i, co więcej, wszystko wskazuje na to, że opisał to zdarzenie w książce zatytułowanej Zamordowali mnie czerwoni. „Obawiam się, że książka jest praktycznie nieosiągalna – kończył Aguirre z właściwą erudycie pyszałkowatością. – Ale jeżeli pana interesuje, mam egzemplarz do pańskiej dyspozycji”. Na dole kartki napisał swój adres i numer telefonu.

 

Bezzwłocznie do niego zadzwoniłem. Kilka razy mnie przełączano, z czego wywnioskowałem, że pracuje w jakiejś firmie lub instytucji państwowej, wreszcie udało mi się z nim porozmawiać. Zapytałem, czy posiada jakieś informacje na temat egzekucji w Collell; odpowiedział twierdząco. Zapytałem, czy jego propozycja pożyczenia mi książki Pascuala pozostaje aktualna; odpowiedział twierdząco. Zapytałem, czy ma ochotę umówić się ze mną na obiad; odpowiedział, że mieszka w Banyoles, ale w każdy czwartek przyjeżdża do Gerony, żeby wziąć udział w programie radiowym.

– Możemy umówić się na czwartek – oznajmił.

Był piątek, pragnąc więc oszczędzić sobie tygodnia niecierpliwości, o mało nie zaproponowałem, byśmy się spotkali jeszcze tego samego popołudnia w Banyoles.

– Zgoda – przytaknąłem mimo wszystko i w tej samej chwili przypomniałem sobie Ferlosia o wyglądzie dobrotliwego guru i bystrych oczach, jak opowiadał o ojcu, siedząc przy wystawionym na zewnątrz stoliku „Bistrota” i spoglądał na mnie drapieżnie wesołym wzrokiem.

– Możemy umówić się w „Bistrocie”? – zapytałem.

„Bistrot” to bar w starej części miasta, urządzony w lekko modernistycznym stylu, z marmurowymi stolikami na nogach z kutego żelaza, wentylatorami o powolnych śmigłach, wielkimi lustrami i ukwieconymi balkonami, wychodzącymi na uliczkę prowadzącą do placu San Domènech. W czwartek, na długo przed umówioną porą, siedziałem już przy okrągłym stoliku „Bistrota”, sącząc piwo. Wokół mnie wykładowcy z wydziału literatury, którzy jadają tam obiady, toczyli ożywione rozmowy. Przeglądając gazetę, pomyślałem, że ani mnie, ani Aguirremu nie przyszło do głowy, by umawiając się na ten obiad, ustalić jakiś znak rozpoznawczy, bo przecież się nie znaliśmy. Zacząłem właśnie wyobrażać sobie, jak może wyglądać Aguirre, wnioskując o wyglądzie z usłyszanego tydzień wcześniej w telefonie głosu, gdy przed moim stolikiem zatrzymał się ktoś niski i krępy, o ciemnych włosach, w okularach i z czerwoną aktówką pod pachą; trzydniowy zarost i spiczasta bródka złoczyńcy zakrywały mu prawie całą twarz. Z jakiegoś powodu przypuszczałem, że Aguirre będzie spokojnym starszym panem o zacięciu dydaktycznym, a nie bardzo młodym mężczyzną, którego miałem przed sobą i który sprawiał wrażenie skacowanego (a może tylko wyglądał ekscentrycznie). Stał bez słowa, więc spytałem go, czy to on. Powiedział, że tak. Potem on mnie zapytał, czy to ja. Odpowiedziałem, że tak. Roześmialiśmy się. Kiedy podeszła kelnerka, Aguirre zamówił ryż z mięsem i warzywami oraz antrykot w sosie rokforowym, ja – sałatkę i królika. Czekając na jedzenie, Aguirre powiedział, że rozpoznał mnie dzięki fotografii na skrzydełku jednej z moich książek, którą czytał jakiś czas temu. Pokonawszy gwałtowny spazm próżności, rzuciłem zjadliwie:

– Ach, więc to byłeś ty?

– Nie rozumiem.

– To był taki żart – poczułem się w obowiązku wyjaśnić.

Wolałem przejść od razu do właściwego tematu, ale ponieważ nie chciałem wydać się człowiekiem nieuprzejmym ani okazać, że bardzo mi zależy na jego informacjach, zapytałem najpierw o program radiowy. Aguirre roześmiał się nerwowo, odsłaniając białe i nierówne zęby.

– W założeniu to program satyryczny, ale tak naprawdę, takie tam głupoty. Gram komisarza policji, faszystę, który nazywa się Antonio Gargallo i sporządza raporty na temat przesłuchiwanych. Słowo daję, chyba się w facecie zakochuję. Naturalnie w urzędzie miejskim nic o tym programie nie wiedzą.

– Pracujesz w urzędzie miejskim w Banyoles?

Aguirre przytaknął, jakby z zażenowaniem i przykrością.

– Jestem sekretarzem burmistrza – powiedział. – Kolejny idiotyzm. Burmistrz to mój znajomek, poprosił mnie i nie umiałem odmówić. Ale spadam stamtąd, jak tylko skończy się kadencja.

Od pewnego czasu miastem Banyoles zarządzali bardzo młodzi ludzie z radykalnej nacjonalistycznej partii katalońskiej Esquerra Republicana de Catalunya.

– Nie wiem, jakie jest pańskie zdanie – powiedział Aguirre – ale mnie się wydaje, że w cywilizowanym kraju ludzie nie muszą tracić czasu na politykę.

Nie uszło mojej uwagi to zwracanie się do mnie per pan, ale zachowałem spokój i podjąłem natychmiast wątek polityki.

– Odwrotnie niż w trzydziestym szóstym roku.

– Otóż to.

Przyniesiono sałatkę i ryż. Aguirre wskazał na czerwoną aktówkę.

– Zrobiłem panu fotokopię książki Pascuala.

– Znasz szczegóły tego, co wydarzyło się w Collell?

– Nie znam szczegółów – powiedział. – To zagmatwana historia.

Jadł łapczywie ryż, popijając czerwonym winem, a równocześnie, jakby uznał za konieczne, by wprowadzić mnie w temat, opowiedział o pierwszych dniach wojny w powiecie Banyoles: o łatwym do przewidzenia fiasku zamachu stanu, o późniejszej rewolucji, o niekontrolowanym bestialstwie komitetów, o masowym paleniu kościołów, o masakrze duchowieństwa.

– Wciąż jestem antyklerykałem, chociaż to dziś niemodne. Jednakże tamte wydarzenia to był jakiś zbiorowy obłęd – dodał. – Jasne, że łatwo można znaleźć przyczyny takiego obrotu spraw, ale równie łatwo można znaleźć przyczyny tłumaczące nazizm... Niektórzy historycy katalońscy sugerują, że podpalaczami kościołów i zabójcami księży nie byli tutejsi, lecz imigranci i inni tacy. Kłamstwo. To byli tutejsi, a trzy lata później niejeden krzyczał na wiwat, witając wkraczających frankistów. Oczywiście, jak zapytać, to nikogo tu nie było, kiedy podkładano ogień pod kościoły. Ale to inny temat. Wkurwia mnie, że katalońscy nacjonaliści ciągle jeszcze usiłują wciskać kit, że to była wojna między Kastylijczykami i Katalończykami, jak film, w którym są źli i dobrzy.

– Sądziłem, że jesteś nacjonalistą.

Aguirre przestał jeść.

– Nie jestem nacjonalistą – powiedział. – Jestem niepodległościowcem.

– A jaka jest różnica?

– Nacjonalizm to ideologia – wyjaśnił twardszym tonem, jakby irytowała go konieczność tłumaczenia spraw oczywistych. – Moim zdaniem zgubna. Poglądy niepodległościowe to tylko jeden z możliwych wyborów. Nacjonalizm to wiara, a o wierze się nie dyskutuje, więc nie można też dyskutować o nacjonalizmie. O przekonaniach niepodległościowych można. Mogą się panu wydawać słuszne lub nie. Mnie się wydają słuszne.

Nie mogłem tego dłużej znieść.

– Wolałbym, żebyśmy przeszli na ty.

– Przepraszam – powiedział. Uśmiechnął się i znowu zaczął jeść. – Mam zwyczaj zwracania się per pan do osób starszych.

Aguirre wrócił do tematu wojny. Opowiedział szczegółowo o ostatnich jej dniach, kiedy to od wielu miesięcy nie działały już magistraty ani kataloński rząd, Generalitat, i w całym powiecie panował chaos spowodowany bezładną ucieczką: drogi zapchane nieprzebranym tłumem uciekinierów, żołnierze w mundurach różnej rangi wałęsający się po okolicy, zrozpaczeni i rabujący wszystko, co napotkali na swojej drodze, ogromne ilości broni i sprzętu walające się na poboczach... Aguirre wyjaśnił, że w owym czasie przetrzymywano ludzi w Collell, bo na samym początku wojny urządzono w sanktuarium więzienie; siedziało tam około tysiąca osób, wszyscy lub niemal wszyscy pochodzili z Barcelony. Przewieziono ich tam w związku z postępującą ofensywą zbuntowanych oddziałów, ponieważ należeli do tych najbardziej niebezpiecznych albo najbardziej zaangażowanych po stronie puczystów. W odróżnieniu od Ferlosia Aguirre uważał, że republikanie dobrze wiedzieli, kogo stawiają przed plutonem egzekucyjnym, ponieważ tych pięćdziesięciu więźniów, których wybrali, to były znaczące postaci, ludzie przeznaczeni do pełnienia ważnych funkcji społecznych i politycznych po wojnie – lokalny szef Falangi w Barcelonie, dowódcy grup dywersyjnych, finansiści, adwokaci, księża. Większość z nich siedziała najpierw w prowizorycznych aresztach komunistycznych trybunałów ludowych w Barcelonie, a potem była przetrzymywana na statkach-więzieniach, takich jak „Argentina” i „Uruguay”.

Przyniesiono antrykot i królika, a zabrano brudne talerze (talerz Aguirre był tak wymieciony, że lśnił).