Wyznaję

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po odmówieniu krótkiego, anemicznego responsorium oraz szybkim, żałobnym pobłogosławieniu skromnej trumny brat Julian z Sau, który pełnił rolę celebransa, odprawił pięciu wieśniaków z Escaló, uczestniczących w tej smutnej uroczystości. Na próżno wypatrywał braci z opactwa Santa Maria de Gerri, którzy mieli potwierdzić zamknięcie klasztornego terytorium. Dotrą już po fakcie, jak zawsze, kiedy byli potrzebni.

Brat Julian z Sau przekroczył próg maleńkiego klasztoru Sant Pere. Znalazł się we wnętrzu kościoła. Ze łzami w oczach wyciągnął młotek i dłuto, żeby przebić kamień w ołtarzu głównym i wydobyć zeń niewielki drewniany relikwiarz, kryjący szczątki świętych. Ogarnął go strach, bo pierwszy raz w życiu był sam. Zupełnie sam. Bez żadnego brata. Jego kroki rozbrzmiewały donośnie w wąskim korytarzu. Rzucił okiem na maleńki refektarz. Jedna z ławek przysuniętych do ściany wyżłobiła wgłębienie w brudnym gipsie. Nie warto było jej odsuwać. Otarł łzę i ruszył w kierunku swojej celi. Stamtąd spojrzał przez okno na ukochany pejzaż, który znał na pamięć, każdą gałąź, każde drzewo. Na pryczy leżała Święta Skrzynia, a na jej dnie spoczywał już akt erekcyjny klasztoru; teraz umieścił w niej również relikwiarz ze szczątkami nieznanych świętych, którzy towarzyszyli im przez całe wieki w czasie mszy i codziennych śpiewów. Włożył jeszcze kielich i patenę, należące do wspólnoty. A także dwa klucze, jedyne, jakie klasztor Sant Pere del Burgal posiadał: klucz do kościoła i do klauzury. Długie lata wychwalania Pana sprowadzały się do solidnej skrzyni z jałowcowego drewna, która stawała się w tym momencie jedynym świadectwem historii zdesakralizowanego klasztoru. W kącie na sienniku leżały dwa zawiniątka z jego dobytkiem: dwie sztuki ubrania, coś w rodzaju szalika i brewiarz. I sakiewka z nasionami świerku i klonu, pamiątka po dawnym życiu, o którym wolałby zapomnieć, kiedy jeszcze był bratem Michałem i należał do zakonu dominikanów. Wtedy, w pałacu jego ekscelencji, żona Guerxa z Salt zatrzymała go przy kuchni i powiedziała proszę, bracie Michale, macie tu świerkowe i piniowe orzeszki, i skrzydlaki klonu.

— A po co mi one?

— Nic innego nie mogę wam ofiarować.

— A dlaczego miałabyś mi cokolwiek ofiarowywać? — niecierpliwił się brat Michał.

Kobieta pochyliła głowę i powiedziała ledwie dosłyszalnym szeptem Jego Ekscelencja zgwałcił mnie; chcę się zabić, żeby nie dowiedział się mój mąż, bo wtedy to on mnie zabije.

Oszołomiony brat Michał musiał wyjść na korytarz, żeby przysiąść na bukszpanowej ławce.

— Co ty mówisz — zwrócił się do kobiety, która poszła za nim, a teraz stała naprzeciwko.

Guerxa milczała, bo nie miała już nic do dodania.

— Nie wierzę ci, wierutna kłamczucho. Tobie chodzi tylko o to...

— Kiedy się powieszę na zmurszałej belce, to mi uwierzycie? — Teraz wpatrywała się w niego wzrokiem, którego można było się przestraszyć.

— Ależ, kobieto...

— Chcę, żebyście mnie rozgrzeszyli z tego grzechu, bo zamierzam się zabić.

— Nie jestem kapłanem.

— Ale chyba możecie... Pozostała mi tylko śmierć. Ale to przecież nie moja wina, chyba Bóg mi wybaczy. Prawda, bracie Michale?

— Samobójstwo to wielki grzech. Uciekaj stąd! Odejdź jak najdalej!

— A niby dokąd miałaby się udać samotna kobieta? Co?

Brat Michał chciałby się teraz znaleźć gdzieś daleko, na końcu świata, nie zważając na niebezpieczeństwa, jakie tam czyhają.

W celi w Sant Pere del Burgal brat Julian wysypał na rękę nasiona, które mu podarowała zdesperowana kobieta, choć nie umiał udzielić jej duchowego wsparcia. Następnego dnia znaleziono ją na zmurszałej belce w wielkiej stodole. Powiesiła się na różańcu z piętnastu tajemnic, przypasanym zazwyczaj do habitu jego ekscelencji, który gdzieś się zawieruszył dwa dni wcześniej. Z jego rozkazu samobójczyni odmówiono pochówku w poświęconej ziemi, a Guerxo z Salt został wypędzony z pałacu, ponieważ dopuścił, by jego żona swoim czynem obraziła niebiosa. Mąż sam znalazł ją rankiem i próbował rozerwać różaniec w szalonej nadziei, że Guerxa jeszcze oddycha. Kiedy brat Michał dowiedział się o tym, zapłakał gorzko i modlił się, wbrew zakazom przełożonego, za zbawienie duszy zdesperowanej kobiety oraz złożył przyrzeczenie przed Bogiem, że nigdy nie straci tych nasion klonu i świerku, które będą mu ciągle przypominać o jego tchórzliwym milczeniu. Jeszcze raz popatrzył na leżącą na dłoni pamiątkę, która przetrwała dwadzieścia lat, aż do momentu, gdy w jego życiu dokonał się kolejny zwrot — przejście do klasztoru Santa Maria de Gerri. Schował piniowe orzeszki do kieszeni benedyktyńskiego habitu. Popatrzył przez okno. Pewnie byli już blisko, ale nie dostrzegał żadnego ruchu w oddali. Zawiązał byle jak zawiniątko z ubraniem. Tej nocy żaden mnich nie będzie spał w klasztorze w Burgalu.

Niosąc przed sobą Świętą Skrzynię, dreptał od celi do celi, zaczynając od brata Marcela, brata Marcina, brata Adriana, ojca Ramona, ojca Bazylego, ojca Józefa od Świętego Bartłomieja, a kończąc na własnej skromnej celi na końcu wąskiego korytarza, położonej najbliżej wirydarza i furty klasztornej, do której został przypisany, można powiedzieć, od pierwszego dnia pobytu w klasztorze. Potem jeszcze zajrzał do pralni, do skromnego kapitularza, do kuchni i znów do refektarza, gdzie ławka nadal wbijała się w gipsową ścianę. Kiedy znalazł się w wirydarzu, rozpłakał się z rozpaczy; trudno mu było się pogodzić, że taka była wola Boża. Szukał ukojenia w klasztornej kaplicy, do której wszedł, żeby się pożegnać na zawsze z długimi latami benedyktyńskiego życia. Uklęknął przed ołtarzem, przytrzymując jedną ręką Świętą Skrzynię. Po raz ostatni oglądał postaci namalowane w apsydzie. Prorocy i archaniołowie. Święty Piotr i święty Paweł, święty Jan i inni apostołowie oraz Matka Boża, wszyscy wychwalali, wraz z archaniołami, surowego Pantokratora. Poczuł się winny, winny z powodu wygaśnięcia kultu w skromnym klasztorze w Sant Pere del Burgal. Wolną ręką bił się w piersi, mówiąc confiteor, Domine. Confiteor, mea culpa. Postawił Świętą Skrzynię na ziemi i pochylił się, żeby ucałować posadzkę, po której wiele pokoleń mnichów stąpało na chwałę Boga wszechmogącego, spoglądającego na nich surowo z góry.

Wstał, podniósł Świętą Skrzynię, popatrzył po raz ostatni na święte malowidła i wycofał się tyłem do drzwi. Kiedy już znalazł się na zewnątrz, energicznie zatrzasnął oba skrzydła, po raz ostatni przekręcił klucz i umieścił go w Świętej Skrzyni. Tych ukochanych malowideł na ścianach nie będą oglądać oczy ludzkie aż do momentu, gdy Jachiam z Pardàcu otworzy zmurszałe drzwi jednym pchnięciem ręki, prawie trzysta lat później.

Wtedy brat Julian przypomniał sobie dzień, kiedy pierwszy raz uderzył pięścią w bramę klasztoru Sant Pere. Nogi same go tam przyniosły, utrudzone pośpiechem, niewolne jeszcze od lęku. Intra muros klasztoru żyło wtedy piętnastu mnichów. O Boże, Panie Wiecznej Chwały, jak bardzo wtedy tęsknił, choć nie miał prawa odczuwać nostalgii za czymś, czego nigdy dobrze nie poznał, za tymi dniami, w których wszyscy mnisi mieli co robić i każdy miał swoje zadanie. Kiedy zapukał do tych drzwi, błagając o przyjęcie, miał za sobą lata, gdy nie troszcząc się o bezpieczeństwo, zdał się na łaskę królestwa strachu, jaki zawsze towarzyszy uciekinierowi. Tym bardziej, jeśli ten ostatni sam podejrzewa, że zbłądził, ponieważ Jezus mówił nam o miłości i dobroci, a ja nie wypełniłem tego przykazania. Był posłuszny generalnemu inkwizytorowi; ojciec Mikołaj Eymeric był jego przełożonym i wszystko się działo w imię Boże i dla dobra Kościoła i prawdziwej wiary, ale ja nie mogłem, nie mogłem, bo Jezus był coraz dalej; a kimże wy jesteście, bracie Michale, głupi, świecki braciszku, żeby pytać, gdzie jest Jezus? Pan i Bóg Nasz jest w ślepym, bezwarunkowym posłuszeństwie. Bóg jest ze mną, bracie Michale. A kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Patrzcie mi w oczy, kiedy do was mówię! Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Wtedy brat Michał postanowił uciec, wolał niepewność, a może nawet piekło niż zbawienie za cenę wyrzutów sumienia. W końcu uciekł, zrzucił habit dominikański i wstąpił do królestwa strachu; pielgrzymował do Ziemi Świętej, żeby otrzymać rozgrzeszenie, tak jakby na tym czy na tamtym świecie przebaczenie grzechów było możliwe. Jeżeli to były grzechy. W stroju pielgrzymim był świadkiem wielu nieszczęść, skrucha popychała go naprzód; składał puste obietnice, ale nie zaznawał spokoju, bo jeżeli nie słuchasz głosu zbawienia, pokój nigdy nie zagości w twojej duszy.

— Gdzie ty się pchasz z rękami!

— Ależ ojcze... Tylko chciałem dotknąć pergaminu. Powiedziałeś, że jest też mój.

— Tylko tym palcem. Uważaj.

Adrian przysunął nieśmiało rękę, wyciągając jeden palec, i dotknął pergaminu. Wydawało mu się, że jest we wnętrzu klasztoru.

— No już, dość, bo pobrudzisz.

— Jeszcze trochę, ojcze.

— Czy ty nie rozumiesz, co znaczy dość? — krzyknął ojciec.

Cofnąłem rękę, jakby pergamin parzył, pewnie dlatego, że kiedy dawny zakonnik wrócił z podróży do Ziemi Świętej z duszą postarzałą, ciałem wychudłym, ogorzałą twarzą i spojrzeniem twardym jak diament, jeszcze czuł w sobie piekło. Nie odważył się zbliżyć do domu swoich rodziców ani sprawdzić, czy jeszcze żyją; zaczął błądzić po drogach w pielgrzymiej szacie, prosząc o jałmużnę i wydając ją natychmiast w karczmach na najgorsze trunki, żeby przedwczesna śmierć wymazała wszystko z pamięci. Również zatracał się w grzechach cielesnych, obsesyjnie szukając w nich zapomnienia i odkupienia, którego nie dostąpił, czyniąc pokutę. Był prawdziwie zagubioną duszą. Dobrotliwy uśmiech brata Juliana z Carcassonne, furtiana z opactwa benedyktyńskiego w Grassie, do którego bramy zapukał, prosząc o gościnę na jedną noc podczas mroźnej zimy, oświetlił mu nagle, nieoczekiwanie dalszą drogę. Ta jedna noc wytchnienia wydłużyła się do dziesięciu dni modlitwy w kościele opactwa, na kolanach, przy najbardziej oddalonej od zakonnych stalli ścianie. W klasztorze Santa Maria de la Grassa usłyszał po raz pierwszy o Burgalu, wspólnocie tak odległej od świata, że ponoć nawet deszcz docierał tam zmęczony i nie miał siły niczego przemoczyć. Zachował w pamięci uśmiech brata Juliana, który mógł być wyrazem szczęścia z ukrytego głęboko tajemnego skarbu, i za radą mnichów z Grassy wyruszył w drogę, najpierw do opactwa Santa Maria de Gerri. Wyposażony w to, co miał na sobie, i jeszcze w sakwę z jedzeniem, którą dostał od miłosiernych braci, oraz tajemniczy, pełen szczęścia uśmiech, skierował się w stronę górskiej krainy wiecznych śniegów, świata wiecznego milczenia, gdzie przy odrobinie szczęścia mógłby wreszcie dostąpić odpuszczenia grzechów. Przemierzył doliny, pokonał przełęcze i zamoczył zdarte sandały w lodowatej wodzie strumieni, które powstawały z topniejących górskich śniegów. W opactwie Santa Maria de Gerri usłyszał, że faktycznie klasztor Sant Pere del Burgal jest bardzo niefortunnie odizolowany od świata i nie ma pewności, czy myśli docierają tam kompletne. Uzyskał zapewnienie, że decyzja, jaką podejmie w twojej sprawie tamtejszy przeor, zostanie zaaprobowana przez tutejszego ojca opata.

 

I tak po wielu tygodniach wędrówki, postarzały, mimo że nie przekroczył jeszcze czterdziestki, zapukał głośno do furty klasztoru Sant Pere. Był chłodny zmierzch; mnisi skończyli właśnie wieczorne nieszpory i zabierali się do kolacji, jeśli kolacją można nazwać talerz ciepłej wody. Udzielili mu gościny i zapytali o cel wizyty, a on ich błagał, żeby mu pozwolili wstąpić do ich małej wspólnoty; nie przyznał się do swego cierpienia, powiedział tylko, że chciałby służyć Kościołowi Świętemu, wykonując w pokorze każdą pracę jako świecki braciszek, ostatni z ostatnich, pod okiem Pana i Boga Naszego. Ojciec Józef od Świętego Bartłomieja, który już wtedy był przeorem, spojrzał mu w oczy i odgadł sekret jego duszy. Przez trzydzieści dni i trzydzieści nocy trzymali go w nędznej chatce u wrót klasztoru. Ale jemu zależało na ochronie, jaką niesie ze sobą habit, na bezpieczeństwie życia zgodnego ze świętą regułą benedyktyńską, która przemienia ludzi i zapewnia pokój wewnętrzny stosującym ją braciom. Dwadzieścia dziewięć razy prosił, by pozwolili mu zostać jednym z mnichów, i dwadzieścia dziewięć razy ojciec przeor, patrząc mu w oczy, odmawiał. Aż nadszedł pewien szczęśliwy, deszczowy piątek, kiedy po raz trzydziesty poprosił o przyjęcie do wspólnoty.

— Nie dotykaj go, do cholery, czy ty wzrok masz w palcach?

Komitywa z ojcem zadrżała w posadach, o ile już wcześniej nie zarysowały się na niej pęknięcia.

— Ale ja tylko...

— Ani ale, ani wcale. Chcesz oberwać, co? Chcesz oberwać?

Upłynęło wiele lat od tamtego piątku. Wstąpił do klasztoru w Burgalu jako postulant i kiedy minęły trzy mroźne zimy, złożył śluby jako świecki zakonnik. Przyjął imię Julian na pamiątkę tamtego uśmiechu, który dokonał w nim przemiany. Nauczył się dbać o spokój swojej duszy i o równowagę umysłu; nauczył się kochać życie. Wprawdzie ludzie diuka z Cardony czy hrabiego Hugo Rogera często najeżdżali dolinę i niszczyli nieswoje dobra, to z bezpiecznej wysokości klasztoru bliżej było do Boga i bożego pokoju. Wkroczył na trudną ścieżkę mądrości. Nie znalazł na niej szczęścia, mimo uporczywych poszukiwań, ale osiągnął pogodę ducha, która doprowadziła go prostą drogą do równowagi, i nauczył się tego uśmiechu. Niektórzy bracia byli przekonani, że pokorny braciszek Julian dreptał już po gościńcach świętości.

Słońce bezskutecznie próbowało ogrzać ziemię. Braci z klasztoru Santa Maria de Gerri ciągle nie było widać; pewnie zatrzymali się na noc w Soler. Mimo nieskutecznych wysiłków słońca Burgal wydawał się najzimniejszym miejscem na świecie. Wieśniacy wrócili do Escaló parę godzin temu, ze spuszczonymi głowami, bez nadziei na zapłatę. Zamknął bramę wielkim kluczem, z którym nie rozstawał się przez lata jako brat furtian; teraz miał go oddać w opactwie. Non sum dignus, powtarzał, ściskając klucz, w którym zawierała się pięćsetletnia historia ciągłości życia zakonnego w Burgalu. Pozostał na zewnątrz, sam; siedział pod drzewem orzechowym i trzymał na kolanach Świętą Skrzynię, czekając na braci z Gerri. Non sum dignus. A jeżeli zechcą spędzić noc w Burgalu? Reguła świętego Benedykta surowo zakazuje, by w klasztorze mieszkał samotny mnich, dlatego ojciec przeor, kiedy poczuł się chory, kazał zawiadomić opactwo w Gerri, żeby podjęto odpowiednie kroki. Już od osiemnastu miesięcy ojciec przeor i on byli jedynymi mnichami w klasztorze. Ojciec odprawiał mszę, a on uczestniczył w niej pobożnie; przestrzegali obaj liturgii godzin, ale już nie śpiewali, bo ćwierkanie wróbli było donośniejsze niż ich zmęczone, fałszujące głosy. Poprzedniego dnia wczesnym popołudniem, kiedy śmierć zabrała czcigodnego przeora po dwóch dniach wysokiej gorączki, znów został sam na świecie. Non sum dignus.

Ktoś wspinał się stromą ścieżką od strony Escaló, bo droga z Estaron była zimą niedostępna. Nareszcie. Wstał, otrzepał habit i zrobił kilka kroków ścieżką w dół, trzymając mocno Świętą Skrzynię. Zastanowił się: może powinien był okazać im gościnność i otworzyć bramę? Cała jego wiedza na temat procedury zamknięcia długiej historii wspólnoty monastycznej ograniczała się do paru wskazań, jakich mu udzielił ojciec przeor na łożu śmierci. Bracia z Gerri wspinali się powoli; widać było, że są zmęczeni. Trzej mnisi. Odwrócił się ze łzami w oczach, żeby po raz ostatni spojrzeć na klasztor, i zaczął schodzić w dół, by zaoszczędzić braciom ostatniej stromizny. Tym gestem odsyłał w niepamięć odległe wspomnienie dwadziestu jeden lat w Burgalu. Żegnaj, Sant Pere, żegnaj, zimna wodo śpiewająca w wąwozach. Żegnajcie, lodowate góry, w których znalazłem pogodę ducha. Żegnajcie, bracia zakonni, żegnajcie, wieki śpiewów i modlitw.

— Bracia, pokój wam w dniu Narodzenia Pańskiego.

— Pokój Pański niech będzie z tobą.

— Już go pochowaliśmy.

Jeden z braci ściągnął kaptur. Szlachetne czoło kazało się domyślać ojca po ślubach wieczystych, może ekonoma albo opiekuna nowicjatu. Uśmiechnął się do niego tak, jak w dawnych czasach uśmiechał się brat Julian. Pod peleryną nie miał habitu, tylko rycerską kolczugę. Towarzyszyli mu brat Mateusz i brat Maur z klasztoru w Gerri.

— Kim jest zmarły? — zapytał rycerz.

— Ojciec przeor. Zmarłym jest ojciec przeor. Nie zawiadomiono was, że...

— Jak się nazywa? Jak się nazywał?

— Józef od Świętego Bartłomieja.

— Bogu niech będą dzięki. A więc wy jesteście bratem Michałem z Susquedy.

— Nazywam się brat Julian. Jestem brat Julian.

— Brat Michał. Dominikanin heretyk.

— Kolacja na stole.

W drzwiach gabinetu pojawiła się głowa Małej Loli. Ojciec odprawił ją lekceważącym gestem i spokojnie kontynuował głośną lekturę artykułów aktu erekcyjnego, trudnych do zrozumienia przy pierwszym czytaniu. Nie odpowiadając Małej Loli, polecił mi:

— Czytaj od tego miejsca.

— Ale te litery są jakieś dziwne...

— Czytaj — ojciec uciął dyskusję, zniecierpliwiony i rozczarowany, że z syna taki mięczak. Wtedy Adrian zaczął czytać słowa, które w starannej łacinie średniowiecznej zapisał opat Delligat, mało co z nich rozumiejąc i snując w myślach ciąg dalszy swojej historii.

— Tak... Imię brata Michała pozostało w dawnym życiu, podobnie jak zakon świętego Dominika, o którym zdążyłem zapomnieć. Jestem teraz nowym człowiekiem, odmieniłem się — spojrzał mu w oczy, tak jak patrzył ojciec przeor. — Czego ode mnie chcecie, bracie?

Mężczyzna o szlachetnym czole upadł na kolana i w krótkiej cichej modlitwie podziękował Bogu, a następnie pobożnie się przeżegnał; trzej mnisi zrobili to samo, z szacunkiem. Mężczyzna wstał.

— Trudno było was odnaleźć. Pewien święty brat inkwizytor nakazał was stracić za herezję.

— Jesteście w błędzie.

— Czcigodny panie — odezwał się jeden z mnichów, którzy mu towarzyszyli, chyba brat Mateusz, poważnie zaniepokojony. — Przyszliśmy tu, żeby odebrać klucz do klasztoru i Świętą Skrzynię oraz by odprowadzić brata Juliana do Gerri.

Brat Julian, jakby teraz sobie o niej przypomniał, wręczył mu Skrzynię, którą dotychczas przyciskał do siebie.

— Nigdzie go nie będziecie odprowadzać — uciął stanowczo ten ze szlachetnym czołem. Zwrócił się do brata Juliana: — Nie jestem w błędzie. Mam wam powiedzieć, kto was skazał.

— Nazywam się Julian z Sau i, jak widzicie, jestem benedyktynem.

— Brat Mikołaj Eymeric wydał na was wyrok. Rozkazał mi, żebym wam przypomniał jego imię.

— Mylicie mnie z kimś.

— Brat Mikołaj zmarł dawno temu. Ale ja żyję i wreszcie będę mógł ukoić moją skołataną duszę. W imię Boże.

W obecności przerażonych mnichów z Gerri ostatni mnich z Burgalu, nowy człowiek, odmieniony, który po wielu ciężkich latach odnalazł pogodę ducha, zdążył tylko zobaczyć w coraz słabszym świetle zimowego słońca błysk sztyletu, zanim ten pogrążył się w jego piersi. Aż się udławił całym długo gromadzonym resentymentem. Wypełniając święty rozkaz, szlachetny rycerz odciął mu język i włożył go do pudełka z kości słoniowej, które zabarwiło się na czerwono. Czyszcząc sztylet suchymi liśćmi orzechowca, zdecydowanym, gromkim głosem krzyknął na obu zdrętwiałych z przerażenia mnichów:

— Ten człowiek nie ma prawa do poświęconej ziemi.

Potoczył wokół siebie zimnym wzrokiem i wskazał klepisko za klasztorem.

— Tam. I bez krzyża. Taka jest wola Pana.

Widząc, że mnisi nie ruszają się z miejsca, sparaliżowani przerażeniem, mężczyzna o szlachetnym czole stanął nad nim, kopiąc nieruchome ciało brata Juliana, i zawołał z pogardą:

— Pochowajcie to ścierwo!

Ojciec, po odszyfrowaniu sygnatury dokumentu opata Delligata, złożył go ostrożnie i powiedział jak się dotyka takiego pergaminu, człowiek może sobie wyobrazić całą epokę. Nie sądzisz?

Ja oczywiście dotknąłem pergaminu, tym razem pięcioma zachłannymi palcami. Cios, jaki ojciec wymierzył mi w plecy, był bolesny i upokarzający. Walczyłem ze sobą, żeby się nie rozpłakać, a tymczasem ojciec, obojętny na moje cierpienie, odsunął lupę i schował rękopis w sejfie.

— Na kolację, biegiem — polecił mi, zamiast przypieczętować pakt z synem, który potrafi czytać średniowieczną łacinę. W drodze do jadalni ukradkiem otarłem dwie ulotne łzy.