Wyznaję

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Zapamiętałem ojca jako starego człowieka. Natomiast matka to była matka. Szkoda, że mnie nie kochała. Adrian wiedział o niej tylko tyle, że dziadek, młody wdowiec, który został sam z małym dzieckiem, wychował ją tak, jak umiał, rozglądając się rozpaczliwie wokół w poszukiwaniu gotowej instrukcji, jakie wyznaczyć dziecku miejsce w swoim życiu. Babcia Vicenta zmarła młodo, mama miała wtedy sześć lat. Mogła o niej zachować najwyżej mgliste wspomnienie, a ja jestem zdany na dwie fotografie, na których została uwieczniona: zdjęcie ślubne zrobione w salonie fotograficznym Caria, przedstawiające młodych i atrakcyjnych nowożeńców, wystrojonych z ostentacją kogoś, kto się wybiera do fotografa, i zdjęcie babci z mamą na ręku, na którym uśmiecha się niewesoło, jakby wiedziała, że nie dożyje jej pierwszej komunii, z wypisanym na twarzy pytaniem, dlaczego mam umierać młodo i przetrwać tylko na fotografii w kolorze sepii dla wnuka, który ponoć będzie cudownym dzieckiem, ale ja go już nie poznam. Matka wychowywała się sama. Nikt nigdy nie zabrał jej na Tibidabo i pewnie dlatego nie przyszło jej do głowy, że ja chciałem wiedzieć, co to takiego te żywe automaty, o których słyszałem, że poruszają się, kiedy się wrzuca monetę, i sprawiają wrażenie prawdziwych ludzi.

Matka wychowywała się sama, w latach dwudziestych, kiedy zabijano ludzi na ulicy, cała Barcelona była w kolorze sepii, a dyktatura Primo de Rivery zasnuwała goryczą wzrok jej mieszkańców. Kiedy dziadek Adrian zrozumiał, że dziewczynka rośnie i trzeba jej wytłumaczyć sprawy, na których on się nie zna, bardzo odległe od paleografii, sprowadził do domu córkę Loli, którą babcia Vicenta darzyła zaufaniem i która nadal zajmowała się domem, od ósmej rano do ósmej wieczorem, mimo że jej pani już nie żyła. Córka Loli, dwa i pół roku starsza od mojej matki, też miała na imię Lola. Lolę matkę nazywano Dużą Lolą. Biedna kobieta nie doczekała proklamowania republiki. Na łożu śmierci przekazała swój testament córce. Opiekuj się Carme, jakby chodziło o twoje własne życie, i Mała Lola została na dobre przy mojej matce. Do czasu, kiedy matka odeszła. Różne Lole w naszej rodzinie pojawiają się i znikają, kiedy ktoś umiera.

Nadzieja, jaką niosły ze sobą postulaty republikańskie, ucieczka króla, proklamowanie Republiki Katalońskiej i przepychanki z rządem centralnym, sprawiła, że w Barcelonie sepia zamieniła się w szarość, a ludzie chodzili po ulicach, trzymając ręce w kieszeni, kiedy było zimno, ale nie zważając na chłód, pozdrawiali się, częstowali papierosami nieznajomych i uśmiechali się do siebie, bo mieli nadzieję; nadzieję na co, nie wiedzieli, ale zawsze jakąś nadzieję. Feliks Ardèvol, obojętny na sepię i szarość, wyjeżdżał i wracał, podróżując ze swoim cennym towarem; przyświecał mu jeden cel: powiększyć zbiory, zaspokoić wieczne pragnienie, nie tyle kolekcjonera, co raczej ciułacza. Tło szare czy w kolorze sepii było mu obojętne. Interesowało go tylko to, co służyło gromadzeniu kolekcji. Dlatego zwrócił uwagę na doktora Adriana Boscha, wybitnego paleografa z Uniwersytetu w Barcelonie, uczonego, o którym mówiono, że bezbłędnie i bez zastanowienia potrafi datować obiekty. To była znajomość korzystna dla obu stron i Feliks Ardèvol stał się częstym gościem w gabinecie doktora Boscha na uniwersytecie, aż w końcu zaczęło to przeszkadzać niektórym asystentom. Feliks Ardèvol wolał spotykać się z doktorem Boschem w jego domu niż na uczelni. Niby nic ważnego, ale nie czuł się dobrze, wchodząc do tamtego szacownego gmachu. Mógł tam spotkać dawnych kolegów z Gregorianum; co więcej, dwóch profesorów filozofii, dwóch kanoników, pamiętało go jeszcze z seminarium w Vic i mogliby się dziwić, że tak często odwiedza wybitnego paleografa, i życzliwie zainteresować się, czym się teraz zajmujesz, Ardèvol? Czy to prawda, że rzuciłeś wszystko dla kobiety? Że zrezygnowałeś ze świetlanej przyszłości teologa i znawcy sanskrytu z powodu jakiejś spódniczki? Naprawdę? Było o tym głośno! Żebyś wiedział, Ardèvol, jakie rzeczy ludzie o tobie opowiadali! A co się z nią stało, z tą słynną Włoszką?

Zanim Feliks Ardèvol oświadczył profesorowi Boschowi chcę porozmawiać o twojej córce, już od sześciu lat był w centrum jej zainteresowania; zawsze kiedy dziadek Adrian przyjmował u siebie Feliksa Ardèvola, ona otwierała mu drzwi. Skończyła siedemnaście lat w roku proklamowania republiki; wtedy też uświadomiła sobie, że podoba się jej sposób, w jaki pan Ardèvol zdejmował kapelusz na dzień dobry. Zawsze pozdrawiał ją jak się masz, ślicznotko. Bardzo jej to pochlebiało. Jak się masz, ślicznotko. Aż wreszcie zainteresowała się kolorem oczu pana Ardèvola. Ciemnobrązowe. I angielską lawendą, która pachniała tak pięknie, że można było się w niej zakochać.

Wkrótce nadeszły złe czasy — trzy lata wojny. Barcelona utraciła kolor sepii i szarości i przybrała kolor ognia, grozy, głodu, bombardowań i śmierci. Feliks Ardèvol całymi tygodniami przebywał w podróży, nie dając znaku życia; mimo że uniwersytet działał, we wszystkich aulach wisiała w powietrzu groza. A kiedy nastał pokój, złowieszczy pokój, Franco zlustrował większość profesorów, którzy nie wybrali emigracji; uniwersytet, teraz wyłącznie w języku hiszpańskim, bez kompleksów popisywał się ignorancją. Ale pozostawały wyspy, takie jak Instytut Paleografii, mało istotny z perspektywy zwycięzców. Pan Feliks Ardèvol znów zaczął się pojawiać, przynosząc różne obiekty. Obaj je klasyfikowali, datowali i sprawdzali autentyczność, a Feliks sprzedawał towar na całym świecie. Zyskiem dzielili się między sobą; przydawał się dodatkowy zarobek w ciężkich czasach. Jednak wykładowcy, którzy przeszli przez frankistowskie czystki, krzywo patrzyli na tego handlarza, bo panoszył się w instytucie, jakby był profesorem. W instytucie i w domu doktora Boscha.

W czasie wojny Carme Bosch rzadko miała okazję go widywać. Jednak kiedy wojna się skończyła, pan Ardèvol znów zaczął odwiedzać jej ojca i obaj zamykali się w gabinecie, a ona zajmowała się w tym czasie swoimi sprawami i mówiła Mała Lolu, teraz nie pójdę kupować sandałów, a Mała Lola wiedziała, że to dlatego, że pan Ardèvol jest w domu i rozmawia o starych papierach z panem, i uśmiechając się pod nosem, mówiła jak chcesz, Carme. W tym czasie ojciec, praktycznie nie pytając jej o zdanie, zapisał ją do otwartej ponownie Szkoły Bibliotekarek, a te trzy lata, które w niej spędziła, praktycznie tuż obok domu, bo mieszkali przy ulicy Àngels, były najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Poznała tam koleżanki, które obiecały jej, że będą się spotykać, choćby wszystko u nich się zmieniło, wyszły za mąż i tak dalej, ale później przestała się z nimi widywać, nawet z Pepitą Masrierą. Zaczęła pracować w bibliotece uniwersyteckiej; ciągnęła wózki z książkami, starała się bez powodzenia upodobnić do surowej pani Canyameres i raz po raz spotykała na swojej drodze pana Ardèvola, który przypadkiem zaczął teraz częściej zaglądać do biblioteki i mówił jaka jesteś śliczna, a ona tęskniła za koleżankami ze studiów, zwłaszcza za Pepitą Masrierą.

— Ciemnobrązowy to żaden kolor.

Mała Lola patrzyła na Carme z ironią, czekając na odpowiedź.

— Tak. Taki ładny brąz. Jak ciemny miód, jak eukaliptus.

— Jest w wieku twojego ojca.

— Nie! Jest siedem i pół roku młodszy.

— Skoro tak, to już nic nie mówię.

Pan Ardèvol, mimo czystek, też patrzył nieufnie na starych i nowych profesorów. Ci ostatni nie mieli zamiaru się wtrącać do jego spraw uczuciowych, bo najprawdopodobniej o nich nie słyszeli, ale chętnie by go ostrzegli, przyjacielu, poruszasz się po śliskim terenie. Feliks Ardèvol nie miał ochoty tłumaczyć się ze wszystkiego komuś na pozór kulturalnemu, kto spoglądał na niego z ironią i wymownym milczeniem dawał do zrozumienia, że nie prosi, żeby mu cokolwiek wyjaśniać. Aż pewnego dnia zdecydował: koniec, nie mam ochoty żyć w stresie; poszedł prosto do komisariatu na Via Laietana i powiedział profesor Montells z paleografii.

— Kto taki?

— Profesor Montells z paleografii.

— Montells de Paleografia — zapisywał powoli komisarz. — A imię?

— Eloi. Nazwisko matki...

— Eloi Montells de Paleografia, już mam oba nazwiska.

W kancelarii komisarza Plasencii pomalowanej na brudno-oliwkowy kolor znajdowała się szafa na akta oraz portrety Franco i José Antonia na popękanej ścianie. Przez brudną szybę można było śledzić ruch samochodów na Via Laietana. Ale pana Feliksa Ardèvola nie interesowały teraz głupstwa. Zapisywał pełne dane doktora Eloi Montellsa, łącznie z nazwiskiem panieńskim matki, Ciurana, zatrudnionego w Katedrze Paleografii, wychowanka Gregorianum, tak jak on, tyle że w innym czasie, który patrzył na niego krzywo za każdym razem, kiedy odwiedzał doktora Boscha w interesach, dla niego niedostępnych.

— A co to za jeden?

— Nacjonalista kataloński. Komunista.

Komisarz gwizdnął i powiedział no no no... I ktoś taki przed nami się uchował?

Pan Ardèvol nie odpowiedział na pytanie, które miało charakter retoryczny, a poza tym lepiej było nie mówić, że uchował się dzięki zwykłej policyjnej indolencji.

— To już drugi profesor, którego pan denuncjuje. To dziwne — stukał ołówkiem w stół, jakby chciał wysłać wiadomość alfabetem Morse’a. — Pan przecież nie jest profesorem, prawda? Dlaczego pan to robi?

Żeby oczyścić teren. Żeby poruszać się swobodnie, nie narażając się na niedyskretne spojrzenia.

— Z patriotyzmu. Niech żyje Franco.

Było ich więcej. Trzech lub czterech. A wszyscy okazywali się katalońskimi nacjonalistami i komunistami. Na próżno powoływali się na swoje bezwarunkowe poparcie dla reżimu i ze świętym oburzeniem dziwili się głośno ja miałbym być komunistą? Nic im nie pomogło wykrzykiwanie niech żyje Franco, w obecności komisarza, bo więzienie Modelo musiało się wykazać nieprzerwaną aktywnością, dlatego trafiali tam niepoprawni zwyrodnialcy, którzy nie skorzystali ze wspaniałomyślności Generalissimusa i uparcie trwali w błędzie. Po kilku celnych doniesieniach wokół doktora Boscha zrobiło się dużo pustego miejsca; on sam nie miał o niczym pojęcia i nadal dostarczał informacji temu obrotnemu mężczyźnie, który tak bardzo go podziwiał.

 

Jakiś czas po aresztowaniu profesorów Feliks Ardèvol na wszelki wypadek zamiast w pokoju uniwersyteckim zjawił się w domu doktora Boscha, wprawiając w zachwyt Carme Bosch.

— Jak się masz, ślicznotko?

Dziewczyna, która piękniała z każdym dniem, odpowiadała uśmiechem i skromnie spuszczała oczy, zawsze tak samo, dzięki czemu te oczy stały się jedną z najbardziej ekscytujących tajemnic, jakie Feliks Ardèvol chciał pilnie rozwikłać. Niemal tak ekscytującą jak bezpański rękopis Goethego.

— Przynoszę ci dzisiaj większą robotę i lepiej płatną — z tymi słowami wszedł do gabinetu profesora Boscha. Dziadek Adrian zabrał się do ekspertyzy, poświadczenia autentyczności i inkasowania należności bez zadawania zbędnych pytań w stylu, słuchaj, Feliks, skąd u diabła ty to wszystko bierzesz? Jak do tego dotarłeś, co?

Patrząc, jak gość wyciąga papiery, dziadek Adrian przetarł binokle. Dopóki rękopis nie znajdzie się na biurku, spektakl nie może się rozpocząć.

— Tekstura gotycka — stwierdził doktor Bosch; założył okulary i łakomym wzrokiem obrzucił rękopis, który tamten położył na stole. Wziął go do ręki i przez dłuższą chwilę oglądał dokładnie z każdej strony.

— Jest niekompletny — przerwał nazbyt przedłużające się milczenie.

— Z wieku czternastego?

— Tak. Widzę, że robisz postępy.

W tym czasie Feliks Ardèvol już zdążył zorganizować sieć wywiadowczą, pozwalającą na wytropienie wszelkiego rodzaju cennych papierów, papirusów, pergaminów luźnych i w plikach, zalegających na zagraconych, zakurzonych półkach archiwów, bibliotek, instytucji kulturalnych, ratuszy i parafii w różnych miejscach Europy. Młody pan Berenguer, jak najprawdziwszy rasowy tropiciel, całe dnie spędzał, przeszukując owe zbiory i na miejscu dokonywał pierwszej oceny, którą następnie przekazywał przez zawodne telefony tamtych czasów. W zależności od tego, jaka zapadła decyzja, dawał parę groszy właścicielom, jeśli nie udało się wykorzystać ich nieuwagi, i przekazywał dokument Ardèvolowi, który dokonywał ekspertyzy wspólnie z doktorem Boschem. Wszyscy na tym korzystali, pamięć o rzeczach również. Wszyscy. W ciągu dziesięciu lat przeszło przez jego ręce dużo makulatury, bardzo dużo. Ale od czasu do czasu zdarzał się prawdziwy rarytas, jak egzemplarz wydania z 1876 roku L’aprés-midi d’un faune z ilustracjami Maneta, w którym zachowały się odręczne dopiski Mallarmégo, na pewno ostatnie słowa, jakie napisał, i które przetrwały na strychu skromnej biblioteki miejskiej w Valvins. Albo trzy czy cztery pergaminy, kompletne i w dobrym stanie, z korpusu kancelaryjnego Joana II, cudem ocalone z masy spadkowej wystawionej na licytację w Göteborgu. Trafiały się trzy, cztery takie perełki w ciągu roku. To dla nich Ardèvol pracował dniami i nocami. Powoli, w samotności wielkiego mieszkania, jakie wynajął w dzielnicy Eixample, dojrzewał pomysł, żeby założyć sklep antykwaryczny, w którym można by wystawić to wszystko, co zostawało po odłowieniu pereł. Ta decyzja pociągała za sobą następną: przejmowanie całej masy spadkowej, nie tylko rękopisów. Dzbany, bongosy, osiemnastowieczne meble zaprojektowane przez Chippendale’a stojaki na parasole, broń... wszystko, co powstało dawno temu i obecnie nie służyło już do niczego. W ten sposób w jego domu pojawił się pierwszy instrument muzyczny.

Lata mijały; pan Ardèvol, mój ojciec, odwiedzał regularnie profesora Boscha, mojego dziadka, którego jeszcze zdążyłem poznać, kiedy byłem mały. Carme, moja matka, skończyła dwadzieścia dwa lata i pewnego dnia pan Feliks Ardèvol powiedział swemu koledze chcę porozmawiać o twojej córce.

— Coś jej się stało? — lekko przestraszony doktor Bosch spojrzał na przyjaciela, zdejmując binokle.

— Chcę się z nią ożenić. Jeśli nie masz nic przeciw temu.

Doktor Bosch wstał i wyszedł do ciemnego przedpokoju, zdezorientowany, przekładając z ręki do ręki binokle. Ardèvol stał kilka kroków dalej i obserwował go z uwagą. Po paru minutach nerwowego miotania się po przedpokoju odwrócił się i spojrzał na Ardèvola, nie doceniając jego ciemnobrązowych oczu.

— Ile masz lat?

— Czterdzieści cztery.

— A Carme ma najwyżej osiemnaście czy dziewiętnaście.

— Dwadzieścia dwa i pół. Twoja córka skończyła dwadzieścia dwa lata.

— Jesteś pewien?

Cisza. Doktor Bosch włożył binokle, jakby miał zamiar sprawdzić gdzieś wiek córki. Spojrzał na Ardèvola, otworzył usta, zdjął binokle i patrząc w nieokreślonym kierunku, wyszeptał pod nosem z podziwem, jakby miał przed sobą papirus ptolemejski, Carme skończyła dwadzieścia dwa lata...

— Już parę miesięcy temu.

W tym momencie otworzyły się drzwi mieszkania i weszła Carme w towarzystwie Małej Loli. Popatrzyła na obu mężczyzn stojących w milczeniu na środku przedpokoju. Mała Lola zabrała koszyk z zakupami i znikła, a Carme przypatrywała się im, zdejmując płaszcz.

— Czy coś się stało? — zapytała.

5

Bardzo długo nie przejmowałem się ponurym charakterem ojca. Byłem nim zafascynowany i chciałem, żeby on był ze mnie zadowolony. A przede wszystkim pragnąłem zasłużyć na jego podziw. Potrafił być brutalny — tak, złośliwy też — i wcale mnie nie kochał. Ale ja go uwielbiałem. I to pewnie z tego powodu tak ciężko mi teraz o nim mówić. Żeby go nie usprawiedliwiać. Ani nie oskarżać.

Jedną z nielicznych sytuacji, o ile w ogóle nie jedyną, kiedy ojciec przyznał mi rację, powiedział bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność, zachowałem w swojej pamięci jak puzderko ze skarbem. Bo na ogół to inni, my wszyscy byliśmy w błędzie w każdej sprawie. Rozumiem, że matka wybrała oglądanie życia z balkonu. Ale ja byłem mały i chciałem być zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Więc kiedy ojciec stawiał przede mną nieosiągalne cele, brałem to za dobrą monetę. Chociaż tych zasadniczych w końcu nie zrealizowałem. Nie studiowałem prawa; ukończyłem tylko jeden kierunek, ale za to poświęciłem praktycznie całe życie nauce. Nie gromadziłem żmudnej kolekcji dziesięciu czy dwunastu języków, żeby pobić rekord ojca Levinskiego z Gregorianum; nauczyłem się ich bez trudności dlatego, że taką miałem fantazję. I chociaż mam z ojcem niewyrównane porachunki, nigdy nie zabiegałem o to, żeby czuł się ze mnie dumny tam, gdzie się teraz znajduje, czyli moim zdaniem nigdzie, bo podobnie jak on też nie wierzę w życie wieczne. Zamiary mojej matki, zawsze na drugim planie, też spełzły na niczym. No, może nie całkiem. Bardzo długo nie wiedziałem, że matka ma wobec mnie jakieś zamiary, ale ukrywa je przed ojcem.

Tak więc byłem jedynakiem obserwowanym przez rodziców, którzy po inteligentnym dziecku spodziewali się błyskotliwych wyników. Tak można podsumować moje dzieciństwo: wysoko ustawiona poprzeczka. Poprzeczkę miałem wysoko we wszystkim, nawet w jedzeniu z zamkniętymi ustami, bez opierania łokci na stole i bez przerywania rozmów dorosłym, choć zdarzały się takie dni, kiedy miałem dość, i wtedy nawet Carson i Czarny Orzeł nie potrafili mnie uspokoić i powstrzymać przed wybuchem złości. Dlatego zawsze, kiedy Mała Lola miała coś do załatwienia w Dzielnicy Gotyckiej, korzystałem z okazji, żeby jej towarzyszyć w zakupach, i czekałem na nią, chłonąc wszystko szeroko otwartymi oczami.

W miarę jak dorastałem, coraz bardziej fascynował mnie sklep ojca: niepokoił mnie i dostarczał silnych emocji. W domu mówiliśmy o nim sklep, żeby nie komplikować, ale tak naprawdę był to samowystarczalny, kompletny świat i można było w nim zapomnieć, że za jego ścianami toczy się jakieś życie. Od strony ulicy Palla, naprzeciwko ponurej fasady kościoła, którym nie interesowała się ani kuria, ani władze miasta, znajdowało się wejście. Kiedy otwierałeś drzwi, odzywał się dzwoneczek, którego dźwięk słyszę do dziś, uprzedzający Cecylię lub pana Berenguera o wizycie klienta. W tym momencie zaczynała się orgia wrażeń, głównie wzroku i węchu. Z wyjątkiem dotyku, ponieważ Adrianowi surowo zakazano bezpośredniego kontaktu z czymkolwiek, ty chyba masz wzrok w palcach, pamiętaj, żebyś absolutnie niczego nie dotykał, bo pożałujesz. Niczego to niczego, rozumiesz mnie, Adrianie, chłopcze? Ponieważ nic znaczy nic, spacerowałem z rękami w kieszeniach wąskim przejściem i tylko przyglądałem się obiektom, wśród których był polichromowany anioł, nadgryziony przez korniki, obok pozłacanej miski Marii Antoniny. Był też gong, który należał do dynastii Ming i wart był fortunę. Adrian marzył, żeby weń uderzyć chociaż raz, zanim umrze.

— A to do czego służy?

Pan Berenguer najpierw spojrzał na japoński sztylet, potem na mnie i uśmiechnął się:

— To japoński puginał kaiken, używany przez samurajki wyznające bushido.

Adrian aż otworzył usta z wrażenia. Pan Berenguer sprawdził, że Cecylia jest zajęta polerowaniem waz z brązu, i pochylając się nad chłopcem tak nisko, że czuć było jego nieświeży oddech, wyszeptał:

— To taki sztylet, który służył walecznym Japonkom do odbierania sobie życia. — Spojrzał, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywarły jego słowa. Ponieważ jednak chłopiec pozostał niewzruszony, dokończył beznamiętnym tonem: — Okres Edo, szesnasty wiek.

Jasne, że Adrian był pod wrażeniem, ale jak się ma osiem lat, tak jak ja wtedy, umie się kontrolować emocje, podobnie jak moja matka, kiedy ojciec zamykał się w gabinecie i oglądał przez lupę swoje rękopisy, a w domu nie wolno było podnosić głosu, bo ojciec czytał w gabinecie i nie wiadomo było, o której z niego wyjdzie na kolację.

— Nie. Zaczekaj z podawaniem, dopóki nie wyjrzy z gabinetu.

Mała Lola wracała do kuchni, mrucząc pod nosem, już ja bym nauczyła rozumu tego fagasa, kto to widział, żeby cały dom musiał się podporządkować jego lupie. A jeżeli ja akurat byłem obok tego fagasa, wsłuchiwałem się, jak czyta:

A un vassalh aragones. / Be sabetz lo vassalh qui es, / El a nom. N’Amfos de Barbastre. / Ar aujatz, senher, cal desastre. / Li avenc per sa gilozia.

— Co to jest?

— La reprensió dels gelosos. Upomnienie zazdrośników. Nowelka.

— To starokataloński?

— Nie. Prowansalski.

— Brzmi podobnie.

— Bardzo.

— Co znaczy zazdrośnik?

— Napisał ją Ramon Vidal de Besalú. Wiek trzynasty.

— Coś takiego, ale stara. Co znaczy zazdrośnik?

— Foliał 132 z kancjonarza prowansalskiego z Karlsruhe. Drugi znajduje się w Bibliotece Narodowej w Paryżu. Ten jest mój. Jest twój.

Adrian zrozumiał to jak zachętę i wyciągnął rękę. Ojciec ukłuł wyciągniętą dłoń i bardzo mnie zabolało. Nawet mnie nie ostrzegł słowami masz wzrok w palcach. Nadal pochylał się z lupą i powtarzał co za traf, że życie dostarczyło mi w tych dniach tyle radości.

Japoński sztylet do babskich samobójstw, podsumował Adrian. I kontynuował swój obchód aż do ceramicznych donic. Grafiki i rękopisy zostawił na koniec, ponieważ czuł dla nich respekt.

— Może byś nam kiedyś pomógł, widzisz, ile tu mamy pracy.

Adrian obrzucił wzrokiem sklep, w którym nie było klientów, i uśmiechnął się grzecznie do Cecylii.

— Jak tylko ojciec mi pozwoli — powiedział.

Chciała mu coś odpowiedzieć, ale po chwili zmieniła zdanie i została z otwartymi ustami. Z iskierką w oku powiedziała tylko no, daj mi całusa.

Pocałowałem ją, bo nie chciałem robić afery. W ubiegłym roku byłem w niej szczerze zakochany, ale teraz zaczynała mnie krępować ta jej mania całowania. Chociaż byłem jeszcze dzieckiem, w moim życiu zaczął się już okres głębokiej awersji do całusów, jakbym miał co najmniej ze dwanaście czy trzynaście lat; zawsze byłem cudownym dzieckiem w sprawach drugorzędnych. Od ósmego czy dziewiątego roku życia, bo tyle wtedy miałem, ta niechęć do całowania utrzymała się u mnie aż do... no dobrze, ty wiesz najlepiej, jak długo. A może jeszcze nie wiesz. A właśnie, co miałaś na myśli, mówiąc sprzedawcy encyklopedii „zmieniłam swoje życie”?

Przez chwilę Adrian i Cecylia obserwowali ludzi przechodzących ulicą, którzy nie zwracali uwagi na ich okno wystawowe.

— Zawsze jest tu coś do roboty — powiedziała Cecylia, jakby czytała mi w myślach. — Jutro opróżniamy mieszkanie z biblioteką. Będzie niezłe zamieszanie.

Wróciła do polerowania brązu. Woń netolu przeniknęła aż do mózgu Adriana, i musiał się odsunąć na bezpieczną odległość. Dlaczego te japońskie kobiety muszą sobie odbierać życie, pomyślał.

 

Teraz widzę, że rzadko chodziłem myszkować do sklepu. Myszkować to za dużo powiedziane. Było mi przykro, zwłaszcza gdy podchodziłem do działu instrumentów muzycznych. Raz, kiedy byłem trochę starszy, spróbowałem zagrać na skrzypcach, ale kiedy kątem oka zarejestrowałem, co się dzieje za moimi plecami, i dojrzałem milczącą dezaprobatę w spojrzeniu pana Berenguera, słowo honoru, naprawdę przeszył mnie lęk. Nigdy więcej już tego nie próbowałem. Pamiętam, że instrumenty gromadziły się tam przez lata, oprócz skrzydłówek, tub i trąbek, dobry tuzin skrzypiec, sześć wiolonczeli, dwie altówki i trzy szpinety, a do tego jeszcze gong dynastii Ming, tamburyn etiopski i coś w rodzaju ogromnego, nieruchomego węża, który nie wydawał żadnego dźwięku; jak się później dowiedziałem, to był serpent. Na pewno ktoś te instrumenty kupował i przybywały nowe, bo w tym zbiorze zachodziły zmiany, ale nie co do ilości instrumentów, która utrwaliła mi się w pamięci. Czasami zaglądali do naszego sklepu skrzypkowie z teatru operowego Liceo i negocjowali — zazwyczaj z marnym skutkiem — cenę instrumentu, który chcieli nabyć. Ojciec nie uważał muzyków za pożądanych klientów, bo u nich zawsze krucho z pieniędzmi; chcę mieć do czynienia z kolekcjonerami, którym zależy na obiektach: tacy, co to kradną coś, czego nie mogą kupić, to najlepsza klientela.

— Dlaczego?

— Bo płacą tyle, ile zażądam, i są zadowoleni. A potem wracają z wywieszonym językiem, bo chcą więcej.

Ojciec znał się na tym.

— Muzykowi instrument potrzebny jest do grania. Kiedy go dostanie, używa go. Kolekcjoner nie używa instrumentu: może ich mieć z dziesięć, tylko po to, żeby je głaskać. Albo musnąć wzrokiem. To mu wystarcza do szczęścia. Kolekcjonerowi instrument nie jest potrzebny do grania, tylko do pieszczot.

Ojciec był bardzo inteligentny.

— Muzyk kolekcjoner? Prawdziwa gratka, ale taki mi się nie trafił.

Kiedy Adrianowi wydawało się, że już są w pełnej komitywie, poskarżył się, że Herr Romeu jest nudny jak niedzielne popołudnie, a w odpowiedzi ojciec przeszył go takim wzrokiem, że nawet teraz, choć mam sześćdziesiąt lat, dreszcz przechodzi mi po plecach.

— Coś ty powiedział?

— Że Herr Romeu...

— Nie, nudny jak co?

— Nie wiem.

— Dobrze wiesz.

— Jak niedzielne popołudnie.

— Bardzo dobrze.

Ojciec zawsze miał rację. Wydawało się, że ta chwila ciszy, jaka zapanowała, była mu potrzebna, żeby znaleźć w kieszeni miejsce na moje słowa, które chciał włączyć do swojej kolekcji. Kiedy już je tam umieścił, wrócił do przerwanej rozmowy.

— Dlaczego uważasz, że jest nudny?

— Cały czas mam powtarzać deklinacje i końcówki, które znam na pamięć. Każe mi mówić: ten ser z krowiego mleka jest dobry, gdzie go kupiłeś? Albo: mieszkam w Hanowerze i nazywam się Kurt. A ty skąd jesteś? Podoba ci się Berlin?

— A ty czego chciałbyś się uczyć?

— Nie wiem. Chciałbym przeczytać jakąś zabawną historyjkę. Chcę czytać Karola Maya po niemiecku.

— Bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność.

Pozwolę sobie powtórzyć: bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność. Muszę to podkreślić: to był jedyny raz w życiu, kiedy przyznał mi rację. Gdybym był fetyszystą, oprawiłbym to zdanie w ramki i zapisał dzień i godzinę, kiedy zostało wypowiedziane. Uwieczniłbym je na czarno-białej fotografii.

Następnego dnia nie miałem lekcji, bo Herr Romeu został zwolniony. Adrian poczuł się bardzo ważny, jakby los innych ludzi spoczywał w jego rękach. To był mój wielki wtorek. Tym razem było mi na rękę, że ojciec potrafi przywołać wszystkich do porządku. Musiałem mieć wtedy jakieś dziewięć czy dziesięć lat i bardzo wygórowane poczucie własnej godności. Czy może raczej brak poczucia śmieszności. Zwłaszcza teraz, kiedy spoglądał wstecz, Adrian Ardèvol zdawał sobie sprawę, że nawet kiedy był mały, nie był prawdziwym dzieckiem. Kiedy inni przechodzili infekcje i przeziębienia, on celował we wszystkim, co przedwczesne. Doprawdy, żal mi siebie. Ale i tak nie docierały do mnie szczegóły, które dopiero teraz potrafię zinterpretować. Kiedyś, jeszcze przed oficjalnym otwarciem sklepu, zanim Cecylia zdążyła poprawić przed lustrem fryzurę, odwiedził ojca klient, który miał do niego sprawę, a kiedy obaj przeszli do biura, nieznajomy, patrząc mu w oczy, powiedział panie Ardèvol, nie mam zamiaru niczego kupować, co obudziło czujność ojca.

— W takim razie po co pan przyszedł?

— Żeby uprzedzić, że pańskie życie jest w niebezpieczeństwie.

— Ach tak? — Uśmiechnął się z niesmakiem.

— Tak.

— A mogę wiedzieć, dlaczego?

— Na przykład, może pana zainteresować, że doktor Montells już wyszedł z więzienia.

— Nie wiem, o kim pan mówi.

— I sporo nam opowiedział.

— Jakim nam? Kim jesteście?

— Powiedzmy, że pan nam się naraził, denuncjując go jako katalońskiego nacjonalistę i komunistę.

— Ja?

— Pan.

— Nie jestem donosicielem. Coś jeszcze? — zapytał, podnosząc się z krzesła.

Gość pozostał na swoim miejscu. Rozsiadł się wygodnie i bardzo powoli zabrał się do zwijania skręta. Potem go zapalił.

— Tu się nie pali.

— Mnie wolno. — Prawą ręką wskazał swój papieros. — Poza tym wiemy, że doniósł pan na trzy inne osoby. Wszyscy oni pozdrawiają pana, jedni z domu, inni z więzienia. Niech pan teraz uważa w ciemnych zaułkach, mogą być niebezpieczne.

Zdusił papierosa na drewnianym blacie stołu, niczym w ogromnej popielniczce, wypuścił dym prosto w twarz pana Ardèvola, wstał i wyszedł z biura. Feliks Ardèvol patrzył, jak w tym miejscu przypala się drewno, nie robiąc nic, żeby temu zapobiec. Jakby to była jego pokuta.

Wieczorem, w domu, żeby otrząsnąć się z przykrych wrażeń, ojciec zawołał mnie do gabinetu i w nagrodę, w nagrodę za to, że byłem wyjątkiem stawiającym wymagania nauczycielom — tego mogłem się spodziewać po moim synu — pokazał mi złożony pergamin, zapisany po obu stronach, jak się okazało, akt fundacyjny klasztoru Sant Pere del Burgal, i powiedział synu (marzyło mi się, żeby po tym synu dodał jeszcze „w którym pokładam wielkie nadzieje”, skoro już byliśmy w takiej komitywie), ten dokument został napisany ponad tysiąc lat temu, a teraz jest w naszych rękach... Ej, ej, spokojnie, ja go wezmę. Prawda, że jest piękny? Pochodzi z czasów, kiedy powstał tamten klasztor.

— Gdzie to jest?

— W Pallars. Kojarzysz ten pejzaż Urgella w jadalni?

— Przedstawia klasztor Santa Maria de Gerri.

— Tak, tak. Burgal jest jeszcze wyżej. Jakieś dwadzieścia kilometrów w stronę zimna. — Patrząc na pergamin: — Akt założycielski klasztoru Sant Pere del Burgal. Opat Delligat prosi hrabiego Ramona z Tuluzy o immunitet dla swojego niewielkiego klasztoru, który przetrwał setki lat. Jestem wzruszony, trzymając w rękach świadectwo tak długiej historii.

Wyobraziłem sobie to, o czym mówił ojciec, i uświadomiłem sobie, że pomyślał: ten dzień jest zbyt jasny, zbyt wiosenny jak na Boże Narodzenie. Właśnie pochowali czcigodnego ojca przeora, świętej pamięci Józefa od Świętego Bartłomieja, na wilgotnym, ciasnym cmentarzu klasztoru Sant Pere. Życie, które wiosną rozkwitnie na delikatnej, wilgotnej trawie tysiącami kolorowych guziczków, teraz spoczywało przyduszone lodem. Pochowali ojca przeora, a wraz z nim ostatni argument przeciwko zamknięciu klasztoru. Opactwo Sant Pere del Burgal, kiedy jeszcze śniegi padały obfitsze, cieszyło się prawem egzempcji. Od zamierzchłych czasów opata Delligata przechodziło różne koleje losu; miało momenty pomyślne, kiedy aż trzydziestu mnichów podziwiało wspaniały spektakl, jaki dzień w dzień tworzyły wody Noguery na tle lasu Poses; wychwalali Pana, dziękowali mu za jego dzieła i przeklinali Szatana za chłód, który trawił ciała i mroził dusze całej wspólnoty. Sant Pere del Burgal przeżywał też trudne chwile, kiedy nie było co mleć we młynie, a nieledwie sześciu czy siedmiu starych i chorych zakonników musiało samotnie podołać wszystkim zadaniom, jakie każdy mnich wypełnia od momentu wstąpienia do zakonu aż do chwili, gdy znajdzie się na cmentarzu, tak jak się właśnie stało z ojcem przeorem. A teraz pozostawał przy życiu tylko jeden depozytariusz długiej pamięci.